Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    5 038
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @Somalija masz tu piosenkę przeprosinową, Aga, bom łachudra i drań... taki ze mnie marnotrawny...
  2. Arsis

    czas na książkę..

  3. Nuklearna otchłań. Kaskady lodowatego mroku osiadają na mojej twarzy. Sine usta. Sine usta… Sine usta… Przetaczają się pod szarymi murami kamienic wskrzeszone armie umarłych. Poruszają stalowymi skrzydłami. Zwisające, podarte łachmany. Odór trupiego rozkładu… Gdzieś tutaj. gdzieś tutaj, w tej scenerii upiornego pogorzeliska. W chrzęście porozrzucanego żelastwa, pogiętych stalowych prętów, potłuczonego szkła, szarego gruzu… Wyłaniają się, gdzieś stamtąd. Spod tej sterty poczerniałego rumowiska… Jeszcze się chybocze rozjuszona bryła, zwisająca z łukowatego sklepienia, z pajęczyn, w pajęczynach, w kokonie, jakby wielkiego pająka, który przed chwilą wisiał jeszcze na krzyżu. Jego odwłok, niezliczone, cienkie odnóża i te czarne kropki wielokrotnych spojrzeń. Jakieś klekoty i stuki. Jakieś głuche westchnienia… Telefon. Telefon. Dzwoniący w mojej głowie natarczywy telefon… Kto dzwoni?. Kto się próbuje skontaktować z truchłem, co ugrzązł w głębokim fotelu? Telefon w mojej głowie. nie mam siły podnieść ręki a co dopiero wstać i podejść do stolika. Ale skąd tu nagle telefon? Czarny ebonitowy telefon z okrągłą tarczą z otworami na palec. Jego dzwonienie świdruje meandry mojego mózgu. Dziwne to i niesłychane, tym bardziej że kabel jest wyciągnięty z kontaktu i wije się pod stołem, wywijając się w rozmaite, czarne esy-floresy… Dzwonienie na chwilę ustaje, ale znowu to się nasila. Z początku tak trochę nieśmiało, jak nasilający się powoli tępy ból zęba. Rozpłomienia coraz bardziej i bardziej aż do oślepiającej eksplozji z wodorowym grzybem w tle, który się kłębi i wszystko wsysa, zasysa, pochłania do swoich rozżarzonych trzewi. Budzę się. Otwieram oczy. W uszach jednostajny piskliwy szum. Na ścianach… - cóż na ścianach… Falujące pajęczyny, bród. Walające się po kątach uschnięte muchy, ćmy… W tej nocy. Tej oto nocy. W nocy… Chłód i zapamiętanie nicości. Podnoszę się ciężko z fotela. Zapalam światło wiszącej lampy. W fałdach poplamionych nie wiadomo czym zasłon jakieś ruchy i drżenia. Coś się tam przekształca, skrywa, ulega metamorfozie. Omiatam pokój zatopiony w mdławym, żółtawym świetle żyrandola. Okropny szum, niczym spadającego wodospadu albo rwącej rzeki. Kurz. A w kurzu polki regałów zgięte od książek. Jeszcze trochę, a dojdę do siebie. Sen się urwał tak nagle. To niemożliwe! Jest przecież jeszcze tyle monstrualnych kreatur bez oczu i ust w widziadlanej korekturze zdarzeń, w mnogości prześwitów… Jeszcze tyle widm i zwidów, co przechodzą zakapturzone, jakby na jakiejś paradzie maszkaronów. Kto tu jest? Odwracam się, lecz nic. To tylko czyjś cień na ścianie. Czyj? Nie wiem. Na pewno nie mój, albowiem ja nie mam cienia. Nawet cienia. Zatem, kto tu jest? Milczenie. Piskliwa w uszach cisza. Nieruchomy cień czegoś nieżywego. To ten sam cień, ta obłość kształtu, który widziałem wtedy, podczas wędrówki po opuszczonym szpitalu. Leżał na jednym z niezliczonych, skorodowanych szpitalnych łózek, gdzieś w kącie ogromnej sali. W mroku, w półmroku, w potędze zniszczenia i zapomnienia. Doskonale nieruchomy kształt czegoś dawno umarłego. Czego? Nie wiem czym to było, ale z pewnością kiedyś żyło, choć być może nigdy nie żyło. Umarło na samym początku umierania, nie przedostając się nigdy poza śmierć. Zapomniałem sen. Coś mi się śniło. Jakieś widma o nieokreślonych rysach twarzy. Jakieś męczące widzenia, natarczywe i ostre jak podczas chorobowej maligny. Jakieś rozsypujące się domostwa. Wypadające z okien truchła, szkielety ludzi? Ptaków? Ryb? Spalone, czarne kikuty drzew po przebytej pożodze trawiącej mnie gorączki, która jeszcze do tej pory pali moje trzewia. Coś mi się śniło. Moja martwa matka? Martwy ojciec? Ach, tak. szli razem, trzymając się za ręce. Wychodzili z rumowiska rozsypujących się trumien i wracali tam na powrót. Beksiński sportretował ich już dawno. Bardzo dawno temu, kiedy jeszcze żyli. A teraz powracają w dziwnych sytuacjach, zaskakujących momentach. Ale są smutni. Może i dobrze. Przynajmniej nie muszę już się łudzić i trzymać durnej nadziei. coś mówią, coś szepczą. Poruszają sinymi ustami w milczeniu w dziwnym falowaniu powietrza. Poruszają nimi wolno, jak na zwolnionym filmie. Przychodzą razem albo osobno. Czasami ich nie widzę, ale czuję ich obecność w każdym szczególe zapamiętania. Te przyjścia są raczej formą ostrzeżenia albo może nie tyle ostrzeżenia, tylko próby przekazania bezsensowności dalszego trwania. Wiem, ale bronię się jeszcze. Czy tam, dokąd oni wracają jest wieczne lato? Chyba tak. I powinni być uśmiechnięci, ale nie są. Coś blokuje ich uśmiech. Przychodzą do mnie, a raczej zstępują, gdzieś z bardzo wysoka i błąkają się po pogorzelisku piekła. Chrzęszczą stopami po potłuczonym szkle, gruzie, skorodowanych resztkach cywilizacji… Błądzą po polu absolutnego opuszczenia w tym swoim dantejsko-freudowskim zejściu… Otwieram oczy. Siedzę w głębokim fotelu. Wpatruję się w odłupaną drzazgę w futrynie drzwi. Dzień, to? Nie, to dalej noc. Na ścianie cień mojej ręki. W wirujących drobinkach kurzu mżą miriady iskier jakimś takim dziwnym mżeniem szarości. Nasłuchuję. Przytłacza mnie piskliwa w uszach cisza. Więcej nic… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-12-28)
  4. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  5. Czekam w cieniu. Ty, wychodzisz ze światła. Cała w świetle, w świetlistej aureoli. Wychodzisz. Wyłaniasz się. Zstępujesz… Jestem ukryty w cieniu pod powałą ciężkiego mroku. Widzę ciebie. O, jakże wiele widzę! Czy ty płoniesz? Zaiste, jakbyś płonęła rojem gwiazd, które mżą miliardami iskier na twojej długiej do samej ziemi, mniszej czarnej szacie. Idziesz powoli, rozjarzając witraże, wiszące płótna obojętnych twarzy… Ja tu czekam na ciebie od zawsze, w misterium nocy, w rozgorączkowanej melancholii nacierających zewsząd zwidów i mar. Czemu tak płoniesz? Ciągniesz kometarny warkocz swoich długich włosów, przybywając z lodowatej pustki kosmosu. Jesteś tu jeszcze? Czy to tylko o tobie wyobrażenie? Twoje długie włosy rozciągnięte w czasie niczym warkocz Andromedy… Migoczące refleksy schodzą z łukowatego sklepienia, na kamienną posadzkę, na pełne naskalnych malowideł ściany… W chóralnym śpiewie organów, w akordach, w strumieniach ponownego stworzenia… Stajesz na środku przed ławami pełnymi skrzydlatych cieni. Rozkładasz szeroko ramiona cała w czerni i w czarnej na głowie infule. I w tej biskupiej kreacji odchylasz się powoli w tył, wywracając z jękiem białka zamglonych oczu. Osiągasz potęgę orgazmu, w którym nie ma zmiłowania, tylko galopada, galopada, galopada, coraz intensywniejsza, nieubłagana galopada… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-12-25)
  6. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  7. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  8. Jest tutaj tyle czasu. Za dużo jest tego czasu, który wiruje i kłębi się w oceanie powietrza. Nadciągający mrok idzie polami, nadciąga szeptem w podmuchach szeleszczącego wiatru. Wiesz, chciałbym wyśpiewać, wyśpiewać głośno. Wyśpiewać chrapliwym głosem…. Wyśpiewać! Płyniesz tu. Płyniesz wewnątrz niczego, wewnątrz, w podziemiu, w ziemi. Wewnątrz niczego… Wieje chłodem ten przeciąg trzaskający jakimiś dalekimi drzwiami. I wspina się po ornamentach pozrywanych tapet, które liżą mnie czule po twarzy. W deszczu wirujących płatków spopielonego czasu, co opadają na zamknięte powieki, na brwi, włosy, coś się do mnie przymila i łasi. Mruga porozumiewawczo w oparach absurdu. … Przechodzą obok mnie. Idą pojedynczo albo parami. Wychodzą ze ścian, wchodząc na powrót w ściany. Skąd to się nagle tu wzięło? Nie wiem. Z szerokich mankietów peleryn do samej ziemi wystają ich kościste palce kościstych dłoni… Idą powoli i w pochyleniu. Klekoczą kośćmi szkieletów… Zamykam oczy. Zaciskam mocno powieki… To się przejawia pod postacią kalejdoskopowych wizualizacji zmieniających płynnie swoje niepojęte gorączką kształty. Zapomniałem, gdzie to było. Z pewnością, gdzieś tutaj albo nigdzie… Nie pamiętam miejsca tego upadku. Nie pamiętam tego uderzenia meteoru… Gdzie ty jesteś? Nie. To ja wołam do samego siebie, aby odzyskać swoje odbicie w lustrze. Wznoszę oburącz napełniony kielich pod światło wiszącej lampy, pod czujnym wzrokiem mistrza ceremonii. Tej piekielnej nocy. W tej piekielnej otchłani, co kłębi się we mnie, co szumi i szeleści, i postukuje cicho w ciemnych kątach opuszczonych pokoi… Tak sobie mówię do samego siebie, próbując zagłuszyć te westchnienia sennych widm, jakby mniszej modlitwy. Coś do mnie mówią, nie-mówią. Coś szepczą w meandrach mojego mózgu. I patrzą tymi białymi oczodołami w białych czaszkach jakichś pradawnych ptaków. Ich wydłużone dzioby jak maski średniowiecznych lekarzy, przechadzających się nocą po ulicach zadżumionego miasta. Idących powoli z pochodniami w rękach, oświetlając puste bramy i puste okna, puste place, puste… Ktoś tu umarł straszliwą śmiercią samotności, w malignie zapomnienia… W srebrzystej poświacie zimnej nocy spirala schodów. Wytarta , błyszcząca poręcz… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-12-24)
  9. @violetta polecasz.....?
  10. @violetta wesołych świąt Bożego Narodzenia, Wiola.
  11. @Somalija ech, co ja ci mogę napisać, Aga... moja już śp. mama z kolei odwrotnie, nie mogła ścierpieć tego, co wyrabiała pisobolszewia przez ostatnie 8 lat.. niestety, nie doczekała zmiany
  12. @Somalija oglądam teraz Szkło Kontaktowe
  13. @Somalija żeby nie było, że zapomniałem... jeśli o oczywiście nie masz nic przeciwko bluesowi...
  14. @Somalija sie masz, Aga...
  15. @violetta masz, a masz... @Somalija która piękniejsza?
  16. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  17. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  18. Spójrz, ja tu, ty, gdzie indziej… Ty, gdzieś tam, ty, gdzieśkolwiek, gdzieś… Spójrz, nie ma już nic, albowiem jest tylko nic, gdzie nic jest w tej właśnie nicości, jedynej takiej… Nie wiem, dokąd iść, tak jak się idzie w noc bezkresną, w mrok i chłód. Nie wiem. Już nic nie wiem. Powiedz mi, czy ty mnie… Dobrze, jeśli nie chcesz nic mówić, milcz. Milcz w tej ekstazie oczekiwania, w tym bezlitosnym pulsowaniu czasu, który dudni w żyłach, w głowie i w sercu, i który… Czy ty mnie… Nie dostrzegasz mnie, mrużąc załzawione od wiatru oczy. Albo dostrzegasz, tylko udajesz niewidzenie. Na tych polach zasnutych mgłą ze stogami siana, z przekrzywionym płotem wokół samotnego domu… Kto tu jest? Kto? Opuszczone to wszystko i ciche tą cichością zagnieżdżoną w ślepym kącie sanktuarium. Wiesz, ja się zmieniłem od tamtego czasu. Jestem jak ten brodaty faun, co klęczy na brzegu i przegląda się w spokojnym nurcie rzeki na podobieństwo pochylonego, starego drzewa. Dokąd tak idę w tym zapamiętaniu? Idę, bo szukam, przechodząc przez bramy z mgieł i powietrza. Zbieram rozrzucone na polu dawne momenty niczym ziarna życiodajnej gleby. Czy ty mnie, powiedz. Czy ty… Przedzieram się przez niepotrzebne nikomu zagaje W chłodzie, w mroku, w oblepiającej mnie miękkim całunem wilgoci, jakby pocałunkiem. Szum. Na liściach szmer padającego deszczu. Na drodze, na rozmokłej ziemi. Na rozmiękłej… To wciąż szumi, w uszach. Sam już nie wiem, co jest realnym spostrzeżeniem rzeczy, a co fantasmagorią potrójnego wniebowstąpienia we śnie. Sam już nie wiem. Ale jak mam wiedzieć i co? Kiedy ty, kiedy tak… Czy ty mnie, powiedz. Czy ty… Widzę zapłakane oczy mojej umarłej już matki, kiedy idzie polami, kiedy tak idzie serpentyną dróg. Skąd ten płacz? Ona wie. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-12-13)
  19. @Somalija kilka wersji tej samej piosenki... a na koniec mistrz: Ray Charles
  20. @violetta kraken to jeden z podwariantów koronawirusa SARS-Cov-2, to nie oddzielny wirus, Pani Wioletto. A ja się pytam o, którego wirusa pani chodzi
  21. @Somalija masz, Aga... żeby nie było, że piękne to komuś innemu...
  22. @violetta ale który koronawirus? Bo jest ich cała rodzina: 229E, HCoV OC43, SARS-CoV-1, SARS-CoV-2, NL63, HKU1, czy MERS-CoV?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...