Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

...Nie pomogło mi to jednak strzelić kobiecie w plecy....
Pamiętacie? Tak Deckard powiedział. No cóż...ja miałem podobny problem, siedząc na gałęzi tego cholernego drzewa. Co innego gdybym miał sztruksy, ale nie! Ja musiałem akurat pić wino. To znów ja – Travis, ale tym razem nie będę nawijał o wyścigach konnych w Sztokholmie. Spróbuję zejść na ziemię i nie utopić się przy tym. Gdybyście widzieli ten bezmiar srebrzystego morza, nawet nie ma specjalnych tłumów. Co jakieś 7 miesięcy przechadza się tędy staruszek z dłonią w ręku, czy tam z ręką w dłoni, nieważne. Nie pamiętam, to przez te pomarańcze, które widzę pod oknem. To halucynacje. To przecież niemożliwe. To morze nie ma dna. 6 miliardów ludzi tworzy ten basen swoimi przejawami gniewu i zazdrości. I wszyscy poza snem. Wszyscy w sztruksach. Na środku ja, na ostatnim drzewie. Bez talii kart i opon czerwcowych. Sądząc po ptakach jest 73 stycznia ubiegłego roku a mnie już dawno tu nie ma, bo właśnie jestem na ulicy Powstańców Monachijskich w Tadżykistanie. Wszedłem do kiosku. Ściany były posklejane z jutrzejszych liści, znaczy to, że rzadko grywają tu w brydża. Pamiętam taką jedną blondynkę. Dużo paliła i bała się opowieści z książek fantasy. Ciężko pracowała i chciała tylko by ją zauważono. Jakiś głupi knur mógłby jej powiedzieć: „Jesteś sexy, chodźmy do hotelu” Ucieszyłoby ją to, a potem poderżnęłaby mu gardło. Nie była nigdy skąpcem, ale dawno jej już nie ma.
Rozumiecie? Zasnęliśmy żeby ujrzeć rzeczywistość i wszyscy ci porządni ludzie zdjęli sztruksy i stracili tętno. Piją wino, jak ja. Dano mi szansę znów wędrować na końcu tęczy, kończącego się sensu. Blondyny tu jednak nie ma. Szukam jej i mojej Composteli. Bangkok, Jesień, Późno, Zimno – gdzie się da. Wszędzie jednak coraz droższe te gołębie. Mógłbym wam powiedzieć prawdę, że kocham ją, ale zapomniałbym, że istnieję. To taki nonsens, który mi kiedyś wyszeptała. Zapomnijcie, że jesteście gdy mówicie, że kochacie.
Dotarłszy do pustyni, stwierdzam, iż rosół to kolejny kamień milowy, ale tylko na początek. Przeczytałem już wszystkie książki techno i wiem, że taki wiejący osobnik jak ten, którego widzę, nie powinien tak stać i pić wina z kieliszka. I znowu to morze. Wiatr. Rzuca obelgami w stronę mężczyzny. A oddech tego kogoś liczyłby sobie z 10 gruszek szwardzwaldzkich. Pustynia i wiatr. Niemodny wiatr. Choć powiadają, że moda wyszła ostatnio z mody. Pytam dokąd tak stoi. A on na to, że pije. Pytam po co ma taką rozwianą wiatrem wiatrówkę, a on na to, że nie chciała go przyjąć. Prosił i płakał w telewizji, a oni się śmiali. Więc ja pytam znowu co zrobił. Odpowiedział, iż próbował ogłuchnąć na te śmiechy przez tygodnie. I co? I co? – pytam. Co zrobił?
Powiesił się...
Nawet nie kupił sobie odcięcia tlenu, nie przypalił się o księżyc, nie zapytał czy może nagle rozdzielić się na sto kawałków, lub dwieście arbuzów. Nie rzucił słów na wiatr, by mu wyrwało wątrobę. Nie...
On się powiesił, by widzieli, że ma gdzieś ich otworzone powieki, że ma gdzieś ich samochody z silnikiem Diesla, ich sensownych i wiarygodnych krytyków, że ma gdzieś ich ohydną telewizję i ich biura. I ma gdzieś ich sztruksy. Powiesił się. Śmierć w najbardziej ziemski i spodziewany sposób. Spodziewany jak śmiech, który przeczytać można było we wczorajszych gazetach. Ale czy celowe popadanie w sen o Buongoherze jest bohaterstwem? Na to pytanie sennik nie potrafi już odpowiedzieć. Trzeba by poczekać na gwiezdną terapię z czarami świń londyńskich.

Muzyk – tak wyglądał pies siedzący na prawo od kasownika, umieszczonego na prawej ścianie, prawego pociągu, który jechał w prawy róg, prawej strony. Co było dalej to nie wiem, bo ja szedłem aleją, oddaloną o milion dni od tej afery z psem, który był jedynym lewym obiektem w świecie prawych. Rozumiecie dlaczego MUZYK? No, bo oni zawsze chcą się wyróżniać.
Szedłem tak szybko, że słońce zajść nie zdążyło a ja znowu byłem Wczoraj. I taki dumny z mojego swetra. I aż 38 nieodebranych połączeń od rudej wiewiórki, która w wyobraźni matki była studentką, a na co dzień spotykała się z ludźmi takimi sobie.
Tamci co szli za mną dosięgali swoich ramion w cieniutkim powietrzu, albo tylko tak twierdzili.
Paliłem piwo. Już pierwsze, przesada. Tylu nigdy nie dałem rady nawet unieść. To przez tą nadzieję, że te bloki znikną kiedyś z horyzontu, długopisy przestaną być sprężynowe, jak ten co nie odebrał owych 38 połączeń, a wszyscy prawi staną się muzykami. Wtedy Compostela będzie mogła zasnąć tak, aby śmierć nie połknęła jej w tej przesiadce z kajdan w wolność. Ale to inne poszukiwanie, inny człowiek muśnięty jej dłonią. Przepraszam, tylko śpiewałem. To tylko lewicowe poglądy na uschnięte drogi. Dawno nikt ich nie rozkopywał. Stąd tyle tu puszek po cieście. Ale czerń niewiary, jak mrugnięcie, na chwilę znikła. Tak – w oknie wychodzącym z siebie na bramę, mignęła mi Blondyna. Z papierosem. Ale noc szybko powróciła. Ona nie była już taka jak kiedyś. Miała zadrapania wzdłuż ręki i obrazy na czole. Czyli była skąpcem, już nie prostą, miłą osóbką, pragnącą uczucia, tylko oziębłą, zamgloną duszą, której kroki słychać było na pół nieba. Bo tam chciała się znaleźć. Wybrała chciwość. Była dobra za coś. Czy to bezinteresowność? Kazała winić mnie samego, mówiła, że zrobiła to co musiała i jeśli był jakiś powód, to byłem nim ja. Wy, w swoim kąciku nazwalibyście ją złodziejką zapałek. Ale one szybko gasną. Ja powiedziałbym raczej, że nie czas na mecz hokeja. Prędzej ja jestem piekarzem łóżek niż jutro spadnie gołoledź.

Bo widzisz tato, ja, gdy mi ktoś każe nie naciskać i mówi, że musi coś powrzucać do jakiegoś kartonu i, że mam zamilknąć na tydzień, bo potrzebuje samotności, to ja się czuję odsunięty. Ale dlaczego od razu tak reaguję? Po co? Zapytajcie osoby z kartonu. On był Kompostem przez 3 lata i trudno mu znów wrócić do lasu. I ja o tym wiem i boję się odsunięcia na bok z braku powagi związku i uczuć, a z Włoch dzwonią i dzwonią, a ja chcę do Hiszpanii. A tam nie wolno, bo cisza, bo samotność, bo porządki. Nie dość, że szukam jej serca po całym globie, to jeszcze cały ten półwysep zapadł w zmowę ciszy i posępienia. Taki chłód, ku moim oznakom miłości i chęciom opieki. Tak tato, ale nie wiem po co gadam do twoich uszu, skoro jeszcze żyjesz i jesteś nad morzem. Są tacy co wycięli cię ze zdjęć, bo stanąłeś z brzegu. Było dużo zdjęć. Niektóre pocięli, inne spalili. Dla niektórych wisiałeś jak komendant obozu za kradzież ciężarówek, wiozących żarówki i pręciki, pełne ciepłej białości.
Kradłeś radość z osiągnięcia szczęścia poprzez tworzenie marnej sztuki. O to nawet cię oskarżyli w gniewie. I posyłali swych bogów na drogi, którymi podążałeś. Ta ślizgawka, ten przystanek. Ten zgon, to ozdrowienie. Może bogowie jednak ich nie lubią i dali ci wiele kolejnych szans, talii smoków i żółwi. Jak w twoich filmach co?
A ta sztuka? Czekaj, bo dochodzę właśnie do śniegów zeszłorocznej zimy. Tak, to tu gromadzą się zmartwienia, tak niewinne, różnych zabłąkanych, poplątanych w smutku i nadziei. Te zmartwienia, które ludzie w sztruksach mieli w nosie i potem płakali na grobach 24 minuty i 9 sekund. Tyle przewiduje ustawa. Tyle nakazuje przeciętność i spokój, by nikt się nie czepiał. No więc ta sztuka. To dla niej kiedyś mędrzec, ubogi człowiek z jachtem, chcący kupić sobie pół Norwegii, powiedział, iż był taki pan z siwą brodą , który nigdy nie był mnichem i wy też nigdy nie będziecie mesjaszami grunge’u. „Spieprzajcie żarówkarze!”
To już razem 54 nieodebrane połączenia, a od Composteli głucho. Jej sweter, gruszki, zegarek bo pada, owszem, mam. Ale ona myśli o sensie, o logice, o przyszłości.
...O sztruksach...
Nie słyszy szalonych skrzypiec, nie pije wina zrobionego dziś rano. Ona czyni głośniejszymi swoje ciche kroki nocą. Bo wiesz...ona wszystko analizuje, zastanawia się. Już raz przez nią umarłem, tam w Atenach. Ale wciąż to jutro i jutro. I okienko z grzywką i kreseczkami i milczeniem nic nie mówi.
Gołębie siedzą w dzwonnicy a chleb usycha na placu. A ja bym chciał żeby na życie można było zarabiać wyobraźnią. Tym, że ujrzałem poezję w błysku, na metalowym koniuszku zdobionej, nocnej lampki. Namalował to właśnie mój kolega z dala. Ten, z zaciemnioną swą drugą stroną.
Ktoś tam stęka, że pierwszy raz dopiero jutro. Jutro, jutro i jutro. Ulubione słowo gołębiarzy.
I nawet ta solówka taka od „Daj mi Spokój”
A kasa kasą. I zrobią wszystko, nawet zatańczą i puszczą w telewizorach, które inni też robią dla zielonej trawki, jak kury w kurniku jajka znoszą. Bylebyśmy chcieli na to patrzeć. Czy tam jakiś

alpinista na hotelu, któremu nie wyszło. To nie egoizm. Oni zrobią telewizor, ktoś wytopi plastik, ktoś sprzeda elementy, ktoś go przetransportuje za grosze, by dać chleb dzieciom, by mieli siłę oglądać kury w kurnikach, znoszące jaja w takim samym czarnym pudle. Jeśli tylko chcemy na to patrzeć. I milion dolarów dla ludzi prowadzących to wszystko. Oto ich przebudzenie, sens. Taki jakiego podobno nie ma w moim głosie, w mojej historii. A tam poza snem, czy jest logika? Czy jest sens w rozmyślaniu nad uczuciami tak zwanego serca?
Ja nie wątpię i nie pytam innych jak kochać...
Sens i konkrety przemawiałyby więc za mną. Ale czy sens to sens właściwy czy tylko zjawisko, określające to co jest poza snem? Bo jeśli tak, to ja sobie kupuję tabliczkę z napisem NONSENS.
Ale by ją zdobyć, muszę się obudzić i przejść na ich stronę. Stronę aryjską.
Ha! Tam tak często pada słowo NONSENS. Oczywiście w znaczeniu negatywnym. A już przez chwilę, nie śpiąc rzecz jasna, miałem iskierkę nadziei. Taka kobieta stała na mrozie. Postać iście z mojej wyobraźni o zbuntowanej i wrażliwej osobie, którą odwiedza normalny, lub jak kto woli nienormalny, były żołnierz. Taka podobna, już się cieszyłem, że coś się ruszyło, bo może cały mroźny świat nagle przesiąkł naszymi myślami i marzeniami. No cóż...była sobie okoliczność i zbiegła się z drugą. Zasnąłem znowu, bo to było tylko skapnięcie kropli do oceanu szarości i szukaj w takim diamentu, albo wśród całej planety szkieł. Tak to jest. Uda ci się coś znaleźć to od razu to gubisz. Bo wsiadłem w autobus i zapomniałem już jej twarz i oczy.
A ten żołnierz? Aha, ale dopiero gdy wysiądę z karetki, wiozącej mnie do kwiaciarni.
Z kwiatkami kojarzy mi się Compostela. Kwiaty w kwiaciarni?!!! O nie!, to niemożliwe! Chyba zaczynam normalnieć!!!
Już nawet nazywam te światy, to czysta logika, o nie! No więc jestem i nie widzę jej. Jeszcze sprząta kompost do kartonu i wszystkie zeszłoroczne śniegi, które on miał gdzieś, a które ich zakończyły jako parę.
Wychodzę z płytą w dłoni. No! Płyta z kwiaciarni to dowód, że znów jestem sobą. Więc ten żołnierz był wyklęty tylko dlatego, że robił rzeczy dobre zupełnie bezinteresownie. Pracował z uśmiechem na twarzy, by mógł kupić pączka albo ciastko swojej ukochanej Dakocie, która miała to w nosie, bo wolała być Paryżanką. Ale w końcu on ją uczy jak zasypiać i tamci go zabijają. Bo był dobrym człowiekiem. Nie wyglądał im na normalnego, bali się, ale o sobie mówią: „Jesteśmy, staramy się i musimy być prawymi.” I tam jest sens a tu nie? W takim razie idę do teatru. O! A po co?! Wypożyczyć buty na grudzień, rzecz jasna! A rozentuzjazmowany Rycerz, który dla Wiewiórki zrobiłby wszystko? Ba! Zjadłby katedrę wręcz! A ona? Nie!
„Ty kłamiesz!” – mówi mu i wkurza blondynę, gardząc przy niej tym, o czym ona marzy, harując jak wół. Ale to już odległe wnioski. Teraz jest mgła i chciwość. Poddały się i Rycerz też.
A ty? Mówisz, że 1 grudnia to dobry dzień na wystrzał. Dobry. Skończyłeś już co trzeba. Nie szukasz nowych misji? A może ja? A może ta Angielka co nie chce na wyspę? No tak, ona woli ślepe uczucia. To taki stan pomiędzy nimi a nami. Nie jest z nią tak źle. A może ten półroczny Niemiec z ludzkim imieniem. Chcesz być odważny, tajemniczy czy romantyczny?
Krew i skowyt psa – to coś osobliwego. Racja. Po co trwać do zimy?!
Cholera, zima w grudniu – znów to samo. Już nie traktor, tylko chmury? – No, wracam do siebie.

A co w moich ramionach, co z moim gniewem i krzykiem. Co z nim? Mam już dosyć swetra i czasu, który szumi w uszach. Co z tym, że miałem Cię trzymać? I ją? Kiedy wreszcie opadną zasłony i powiedzą mi to co chcą. Po co kłamać i ukrywać to, że się kłamie i ukrywać to, że się ukrywa, że się kłamie i kłamać, że się nie ukrywa i ukrywać, że się kłamie, że się nie ukrywa. I na koniec nazywać to wszystko sensem?!!!
Już nie chcę. Kolana mnie bolą, słońce mnie męczy i miasta milczą. Nie przybędą tu, bo nie ma pieniędzy dla tych, którzy pragną się bawić. I nic już nie cieszy. A tak chciałem śnić i z radością słuchać skrzypiec i pić wino i nie znać jutra...i kochać.


Ale ona nie chce i już idzie po sztruksy. I nie ma już dokąd uciekać. Więc gdzie pójdę? Wszak nie ma już takich jak ja. Już nie ma. Czy mam z nimi czuć się lepiej? W ułaskawionym, znieczulonym istnieniu. Bez bólu, bez poświęceń, bez wiary. W rutynie i w spokoju. Bez prostoty w marzeniach. Bez dążenia do pragnień serca. Czy mam porzucić ciężar pracy, potrzebnej do kupna jednego kwiatu dla ukochanej. Czy mam przyłączyć się do produkcji telewizorów, byśmy mogli oglądać kurnik i problemy jego mieszkańców przy wysiadywaniu jaj? Może tak...
Już nie mam celu. Zniknął koniec mojej drogi. Nie mam wyboru. Chyba się obudzę. A może nie?
Chyba powinniście teraz zamilknąć, bo Compostela właśnie dzwoni...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...