fabryka na pomału wypluwała naszych ojców
pluła jak co dzień na matki po piętnastej
ułożone w kolejkach po schabowy bez ości
gdy dotarliśmy na Syberię przy Wyspiańskiego
33 dywizjon bałwanów był już gotowy na śmierć
świat na Arenie składał się tylko z śniegu otoczonego
kamienicami; patrzyły obojętnie
gdy mróz obcinał nasze nogi do kolan
a dziecko z batonem w gębonierce
uciekało na krzywych sankach
zamrożony czas tykał powoli
kłuł płatkami śniegu w serce
śnieżki zabijały pierwszych towarzyszy z tornistrami pełnymi złości
wyślizgnąłem się z chodnika; krupa uratowała mi przedostanie na dziś życie
twój przeterminowany bilet na tramwaj zatrzymał krwawienie
wstałem a mróz dalej kleił ręce do hydrantu
miejskiego przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjnego
kurtka zaczęła przegrywać z lodowym piekłem
jesteś moim bohaterem – powiedziałaś wtedy
najdzielniejszym pośród bałwanów
chodź już stopimy się razem przy piecu
a wojna za nami trwała dalej
wciąż samotne bałwany walczyły
czekały na trochę ciepła
gdzieś się stopić
rozpłynąć