Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Przybity”


Spędzał całe życie na przystanku autobusowym, zawsze w cieniu, na zapleczu, na tyłach ogrodu. Miał na imię...właściwie to nie wiem. Mówiłem mu Stary. Innych przyjaciół chyba nie miał, więc nie mogę powiedzieć jak nazywali go inni. Stary, filozof bezdomnych. Schowany w nocy. Zbyt letargiczny by choćby pragnąć. Najgorsze w tym wszystkim, że dobrze pamiętał swoje marzenia nim zlepiły się w jeden, bezkształtny sen, owej odległej, dusznej nocy.
Cóż począć? Taki był, jego osobisty sposób bycia, który ukradł niskiemu facetowi w metrze pewnego zimowego dnia. O tym wolał jednak nie pamiętać. Był w końcu perfekcjonistą.

Spotkaliśmy się, jak zwykle, w parku. Stary siedział na ławce z tą swoją ponurą miną, wyjmowaną z rękawa jak na zawołanie, jak gdyby próbował przestraszyć wszystkie duchy dookoła. Z drugiej strony mogło to być wywołane jego schizofrenią, choć nigdy nie lubił się tym usprawiedliwiać.
Podszedłem do niego, z lekką obawą. Tamtego dnia wydawał się bardziej pochmurny niż zwykle.

- Cześć. – przywitałem go, bez szczególnych emocji. Nie lubił tego.

Spojrzał na mnie i poczułem się jakby jego wzrok przestrzelił moje ciało i wykręcił bebechy.

- Cześć. – ton jego głosu dopełnił dzieła.
- Co słychać? – spytałem, jeśli był nie w sosie nasze rozmowy często kończyły się w tym miejscu. Jednak jak wspomniałem, ten dzień był inny niż wszystkie.
- Ech, wiesz jak to jest....bieda. – od razu wydało mi się to niezwykle dziwne jako, zazwyczaj nie uskarżał się na biedę.
- Bieda? – spytałem – To wszystko? Cholera myślałem, że stało się coś ważnego, że prezydent umarł, że masz raka. A ty wylatujesz, przed szereg, z biedą. – spojrzał na mnie jakby autentycznie było mu trochę wstyd.
- Wiem, wiem. Zarzekałem się by nie narzekać. I wiem sam wybrałem taki los, lecz dopiero teraz....zaczęło mnie to wkurwiać. – patrzył z rezygnacją na gołębie siedzące na drzewach, bezwiednie obsrywające przechodniów - By tworzyć sztukę trzeba być jednak szalonym samym w sobie.
- No cóż Stary, rozumiem. – poklepałem go po ramieniu i przysiadłem na ławce - Jednak bycie bezdomnym to nie robota dla mięczaków. – to jego słowa - Tylko prawdziwi twardziele mogą temu sprostać by potem doznać największych zaszczytów w niebie.

Jego twarz skupiła na sobie promienie zachodzącego słońca. Uniósł dłoń by schwytać strugi światła płynące pomiędzy gałęziami drzew. Niestety chmury mu przeszkodziły i słońce zaszło. Głowa upadła bezwładnie wprost w jego strudzone ręce.

- Dorastałem na tysiące różnych sposobów, - powiedział - przemawiałem tysiącem języków. A świat wciąż za mną nie nadążą. Nie wiem co robić. Widocznie nie nadajemy na tych samych falach.

W tym musiałem się z nim zgodzić. Jego umysł był poza, nie, spoza naszego czasu.

- Klaśnij w ręce jeśli nie jesteś przybity do krzyża! – próbowałem rozluźnić atmosferę.

Stary uderzył pięścią w kolano aż kości zatrzeszczały z bólu i przerażenia. Zapomniałem się. Stary nie był wierzący, nie sensu stricte, wierzył, że jest coś większego, wspanialszego od zimnego piwka w popołudniowym słońcu, lecz nie potrafił tego nazwać.

- Licz się ze słowami. – pogroził mi palcem - Może i Chrystus to tylko bujda, ale ta bujda cholernie się wycierpiała. Za mnie, za ciebie i wszystkich popaprańców tego świata.
- Przepraszam Stary. – czułem się okropnie. Jakbym patrzył na zranione niebo i jako jedyny wiedział, że za chwilę zacznie padać.
- Nic się nie stało. Mam nadzieję – spojrzał ku koronom drzew – no....czekam....nie? Tym razem masz szczęście. Bóg cię nie ukarze. Jesteś młody i głupi, ale zmądrzejesz, moja w tym głowa. Jeśli nie zmądrzejesz będę mógł pogadać już tylko ze sobą.

Spojrzałem na niego ze zdumieniem.

- Stary – miałem czelność zauważyć – przecież ty gadasz praktycznie tylko ze sobą.

Uśmiechnął się.

- W sumie masz rację. Ale nie w tym rzecz. Nie rozmawiam tylko ze sobą. Słyszę, odczuwam na wielu poziomach a to może dawać mylne pojęcie. I dlatego musisz szybko dorastać, wiek ku temu odpowiedni. Poza tym nie wiem jak długo wytrzymam na tej wielopoziomowości.
- Rozumiem. Też się obawiam o twoje zdrowie. – powiedziałem szczerze zaniepokojony.
- O moje zdrowie się nie martw. – był chyba lekko wzburzony – Głodowałem to tu, to tam. Chodziłem godzinami po ulicach, nocami przesiadywałem w barach. Pewnego razu spojrzałem na księżyc i odkryłem, że to wszystko to wielka lipa. To był dla mnie koniec. Ale teraz myślę sobie: A co jeśli się pomyliłem, co do niego, co do wszystkich?
- Co do księżyca? – wtrąciłem.
- Nie przerywaj mi jak jakaś tania dziwka! – aż podskoczyłem. Niestety serce nie nadążyło i ugodziło mnie w przeponę. Przez chwilę nie mogłem złapać oddechu. – Miej trochę kurtuazji. Gdzie ja to skończyłem?.....A tak, więc grałem na wyścigach, srałem na wszystko i wszystkim. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to wszystko jedna wielka lipa. Już byłem pewien, że zgarnę Nobla, ale miałem pecha. Wygrał koleś, który odkrył, że kobiety mają rozum. Nie miałem szans.
- Fakt, nieziemski pech – westchnąłem.
- Wiem, - rzekł – ale nie załamałem się. Takie życie. Poszedłem dalej, zgłębiałem swoją teorię. Do punktu, gdy dzieliłem się każdym odkryciem z myszami z mojej okolicy. To były jedyne istoty, które, w granicach swych możliwości, były bliskie pojęcia rangi mojego odkrycia.
- No tak, ale co się stało? – zaczynałem się o niego martwić. Był w gorszym stanie niż zwykle.
- No właśnie - westchnął doniośle – w tamtym mniej więcej okresie a było to jakiś tydzień temu, zadałem sobie pytanie: A co jeśli się myliłem?
- Niemożliwe – stwierdziłem stanowczo by podnieść go na duchu – przecież byłeś o krok od ostatecznego udowodnienia tej teorii.

Ponownie westchnął dramatycznie a głowa znów upadła mu z plaskiem na dłonie. Spoglądałem na niego z przejęciem. Patrząc na wiosenne liście próbowałem wszystko ogarnąć, zinterpretować. Słowa nie chciały znaleźć ujścia przez usta. Myśli zakorkowały się w głowie. Stawało się to niemożliwe do wytrzymania. Miałem wrażenie jak gdyby ktoś kazał mi przebiec przez Atlantyk. Nadzieja wypływała katarem z nosa i w tej właśnie chwili: Eureka!
Odwróciłem się twarzą do Starego.

- Słuchaj chyba już wiem. – powiedziałem.

Spojrzał na mnie pełen nadziei. Prawą ręka wciąż odpędzał głosy.

- No mówże na Boga!
- Może byśmy, na początek, obrobili monopolowy? Co ty na to? – spytałem.
- Obrobić monopolowy? – nie uwierzył mi.
- No...tak...? – zawsze sprawiał, iż wątpiłem w swoje słowa, choćby najszczersze chęci.
- Ale wyjaśnij mi po kiego wała?!
- No...jak to...? To będzie nasz pierwszy krok do bogactwa, będziemy mogli się stąd wyrwać.

Stary spuścił głowę. Kręcił nią z niedowierzaniem. Wreszcie podniósł wzrok i spojrzał na mnie z wyrazem dezaprobaty i rezygnacji w oczach.

- Ty chcesz być bogaty? – spytał.
- Jasne, że tak. – krzyczałem w górach w czasie największego zagrożenia lawinowego.
- Mój Boże! – złapał się za głowę. Wstał i odsunął się na krok – W takim razie, jeśli ty chcesz być bogaty, to ja nie mam wyjścia i chcę być menelem!

Opublikowano

Kompletnie nie wiem co chciał autor powiedzieć, może autor sam do końca nie wie ?
Wszystko się tu rozmywa- nie wiadomo co właściwie ci ludzie myślą, w co wierzą.
Wulgaryzmy nie na miejscu
Początek jest pretensjonalny
Menel fiolozof i jego uczeń- nauczyciel sam powinien jeszcze się uczyć ( jego wypowiedzi są ironiczne, jakby uświadomił sobie iluzoryczność wszelkiego poznania, ale sposób w jaki to mówi zaprzecza temu ) a narrator jest tak nieokreślony, że nie wiem co o nim napisać.
Wydaje mi się, że można to trochę przemodelować.
Przepraszam za kategoryczność; jestem szczery; moja ( konstruktywna mam nadzieję ) krytyka miała Ci pomóc.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...