Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

А Small Russia`s lovely love song `Gandzia` was composed by a Polish author Dennis Feodorovitch Bonkovsky (Dionysiusz  Bańkowski). The composer couldn`t write notes, and asked his friends to do it for him. By the way, the author`s original title of the song was Gandzia-Tsiatsia (Гандзя-цяця Hannah Baby). 


Uroczą piosenkę miłosną Małej Rosji „Gandzia” skomponował polski autor Dennis Feodorovitch Bonkovsky (Dionysiusz  Bańkowski). Kompozytor nie mógł pisać notatek i poprosił znajomych, aby zrobili to za niego. Nawiasem mówiąc, oryginalny tytuł autora piosenki brzmiał Gandzia-Tsiatsia (Гандзя-цяця Hannah Baby).

 

This song was folklorized in a quite natural way, since there left amost no information concerning its author, except for the fact that he lived from 1816 and approximately to 1859. That  Polish songwriter from Small Russia also created no less famous love song `Black eyebrows, brown eyes`("Чорнії брови, карії очі").

 

Piosenka ta została folkloryzowana w dość naturalny sposób, gdyż nie pozostawiło żadnych informacji o jej autorze, poza tym, że żył od 1816 do około 1859 roku. Ten polski autor tekstów z Małej Rosji stworzył też nie mniej słynną piosenkę miłosną „Czarne brwi , brązowe oczy ("Чорнії брови, карії очі").

 

Those masterpieces are enough to consider him a man of genius. Of course, texts of the fokloric covers of the song are much shorter and simpler.

 

Te arcydzieła wystarczą, by uznać go za człowieka genialnego. Oczywiście teksty foklorycznych covery piosenki są znacznie krótsze i prostsze.

 

By  Dionysiusz Bańkowski

(Dennis Bonkovsky) 
GANDZIA (HANNAH BABY)
Is there in the world a maiden 
Who`s like Gandzia white and handsome! 
Oh, do tell me kindly souls 
What will be with me tomorrow? 

 

Czy jest na świecie dziewczyna, 
Kto jest jak Hannah biała i przystojna? 
Och, powiedzcie miły ludzi, 
Co będzie ze mną jutro?

 

Gandzia`s lovely, Gadzia`s my love, 
Gandzia`s dear for me, she`s my dove, 
Little fish of mine, my birdie, 
Gandzia`s pretty as a dolly. 

 

Kochana Hannah, Hannah, moje serce, 
Ona jest mi droga, jest moją gołębicą,
Moja mała rybko, mój ptaszku,
Hannah jest ładna jak lalka. 


Gandzia`s my sweet, Gandzia, by gosh! 
Did you pour me some love potion? 
Either your charm or your magic
Or your sweet words made me crazy. 

 

Hannah to moja słodka, Hannah, do cholery!
Czy nalałeś mi eliksiru miłosnego?
Albo twój urok, albo twoja magia, 
Albo twoje słodkie słowa doprowadziły mnie do szału.

 

On a bad luck I`m bestowed, 
But it must be the God`s order, 
Lest I could sleep at dark night, 
No herb will cure (var.: heal) my love. 

 

Mam pecha! 
Czy to musi być rozkaz Boga,
Żebym nie mógł spać w ciemną noc? 
Żadne zioło nie uleczy mojej miłości. 


Have I not enough circled round? 
Have I never seen a flowerete? 
Why a May rose is the nicest? 
Why is Gandzia my beloved*? 


Czy złapałem trochę wiatru?

Czy nigdy nie widziałem kwiata?
Dlaczego róża majowa jest najładniejsza?
Dlaczego Hannah jest moją ukochaną? 


She has just to lift her eyebrow, 
And my heart would out of blow. 
She has just to start her chatt`ring, 
And I`d know not where I stand. 

 

Musi tylko unieść brwi,
A moje serce wybuchnie.
Ona musi tylko zacząć rozmowę,
I nie wiedziałbym, gdzie stoję.

 

Where has Gandzia emerged? 
Where has she magic learned? 
She has just to meet my eye, 
And as a baby I would cry.

 

Skąd się wyłoniła Hannah? 
Gdzie nauczyła się magii?
Musi tylko spojrzeć mi w oczy, 
Jako dziecko mogłem by szlochać.

 

Gandzia, you are heart of mine! 
Nice are little lips and eyes, 
What a nice little face she`s got! 
Nice are little limbs of hers!


Hannoh,  jesteś moim sercem!
Ładne są małe usta i oczy,
Jaką ma ładną twarzyczkę!
Ładne są jej małe kończyny!

 

Gandzia, kitty, don`t be that shy, 
Put trust in our God Almighty. 
Rest against my loving heart
And, except me, trust no one!

 

Hannoh, kotku, nie bądź taka nieśmiała, 
Zaufaj naszemu Bogu Wszechmogącemu.
Nie oprzyj się mojemu kochającemu sercu, 
I oprócz mnie nikomu nie ufam!


If your will is otherwise, 
And I`m fated to take nay, 
I, most likely, have no dice!

I am a grave`s beloved* fiancé. 

 

Jeśli wolisz inaczej,
I jestem skazany na nie,
Najprawdopodobniej nie mam wyboru!
Jestem ukochanym narzeczonym grobu.

 

*NB: Adjective `beloved` reads as [biˈləvid] whenever it`s not followed by a noun, and as [biˈləvd] when being an attribute.

*NB: Przymiotnik „beloved” czyta się jako [biˈləvid], gdy nie występuje po nim rzeczownik, oraz jako [biˈləvd], gdy jest atrybutem.


The English  translation may even be the `singable` one, if to put up with an idea of stressing the auxiliary parts of speech, such as a possessive pronoun of `me` or a preposition `by` in the third and fourth strophes. After all, there`s a logical stress as a means of expressing inquietude, disturbed state of mind of the song`s lyrical character who fell in love with the girl. Besides, the artistic discourse like the physical love may have right to some liberty. 

 

Angielskie tłumaczenie może być nawet tym, które można śpiewać, jeśli pogodzi się z ideą podkreślenia pomocniczych części mowy, takich jak zaimek dzierżawczy słowa „me” lub przyimek „by” w trzeciej i czwartej strofie. Przecież istnieje logiczny akcent jako sposób na wyrażenie dociekliwego, niespokojnego stanu umysłu lirycznego bohatera piosenki, który zakochał się w dziewczynie. Poza tym dyskurs artystyczny, taki jak fizyczna miłość, może mieć prawo do pewnej wolności.

 

My fave Smallrussian duet of Irina Semenenko (soprano) and Angelina Shvachka (mezzo-soprano). Excellent singers, belle women.

Mój ulubiony małoruski duet Ireny Semienenko (sopran) i Angeliny Szwaczki (mezzosopran). Doskonałe śpiewaczki, piękne kobiety.

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...