Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pory roku - Spojrzenie na zimę

Spokój i cisza otacza świat cały,
Puszysty, sypki, błyszczący i biały.
Mała śnieżynko, lodu odrobinko,
Jedna od drugiej inna i wspaniała,
Gwiazdek miliony tworzysz okruszynko,
Nieodgadnionej myśli Boga, chwała.
Jesienne piękno ślesz zimową szatą,
Niby jednaką, a jakże bogatą.
Złotego słońca odbijasz promienie,
Wzbudzasz wciąż we mnie zachwyt i zdumienie,
Jak Wszechmogącym jest jej Stwórca, Świata,
Że dla mnie stworzył, dał mi głębię, duszę,
Niech dusza moja do Niego ulata,
Za wszystko chwała, dziękować Ci muszę,
W ostoi leśnej świerków i jedliny,
Śniegiem pokryte niby wielkie czapy,
Z rzadka rozdziela je drzewo brzeziny,
Tworząc jak niby pojedyncze chałupy,
To leśnych stworzeń, dzikich legowisko,
Jeleni, saren i dzików gromada,
Przez lata z igieł powstało klepisko,
Bo od złych ludzi głów bronić wypada.
W świerkach krzyżodziób wije gniazdko małe,
By przed lutowym zimnem je ochronić,
Popatrz syneczku jak stworzenie całe,
Umie o dzieci swe dbać i je bronić.
W wiekowych sosnach dzięcioł w drzewo puka,
Jak dobry lekarz, drzewo opatruje,
Nic mu nie umknie i wszystko wyszuka,
To dzięki niemu wiele nie choruje,
W oddali widać ,na tle śniegu bieli,
Czerwone brzuszki gili, dwóch kochanków,
Jeden i drugi coś piskliwie kwili,
Kłaniają sobie, dwóch zgodnych wybranków,
Ruchliwe stadko sikorek, bogatki,
Wespół z modrymi sikorki z siostrami,
Zgrabne przemyka z gałęzi na kwiatki,
Gdzie trzeba zwisa, do góry łapkami.
W szczerym zaś polu, widoczne na śniegu,
Jak szare plamki, ciche w swym bezruchu,
To kuropatwy, rodzina w przebiegu,
Wstrzymana, nagłym zamieci podmuchu,
Złocisty bażant krokiem swym poważnym,
Kroczy po polu i okiem odważnym,
Lustruje teren, kury swoje chroniąc,
Przed głodnym psiakiem i lisem je broniąc,
Bliżej domostwa na niedużej łące,
Kucają w zaspie dwa szare zające,
Strzegom uszami, przyszły na śniadanie,
Trudne to czasy, będzie suche danie.
Kwaki i wrony, w przydomowym sadzie,
Obsiadły drzewa, przewodzą gromadzie.
Kruki, gawrony, wielkie jak owoce,
Spędzają ranki i zmierzchy , i noce,
By za dnia w dalszym terenie buszować,
Wszczynając burdy, intrygi swe knować.

Niech ten świat cudny przez Boga stworzony,
Będzie przykładem piękna i harmonii,
Nie chciej człowieku z Boga go okradać,
Nigdy nie będziesz dobrze ziemią władać,
Daj spokój duszy przez Boga stworzonej,
Niech hołdy niesie w podzięce dozgonnej,
Ty który sądzisz, że z małpy powstałeś,
I nigdy w życiu Boga się nie bałeś,
Niech twej rodziny, małp będą bratanki,
Małpy koledzy, małpie koleżanki.


Pory roku - Spojrzenie na wiosnę

Brzaskiem się budzi, piękna polska wiosna,
Złotym promieniem, dźwięcznym śpiewem kosa,
Strząsa czas zimy, świeża i radosna,
Brylantem błyszczy w drzewach ranna rosa.
Śnieżyczki przebiśniegi spod śniegu strzelają,
Odkryte łachy, kwieciem swoim bielą,
Jak za dar życia do Nieba wołają,
Idącej Pani Wiośnie,drogą sobą ścielą,
Stokrotek kosze, podobne rumiankom,
Uśmiechem radość , obok polne bratki,
W urodzie umkną subtelnym sasankom,
Foremny kielich, w fioletowe płatki,
Pierwiosnka urodna i zawsze wyniosła,
Słabe zapachy kwiatów w łąkę niesie,
Wśród miłków wiosny rodziny wyrosła,
Żółci złotawo na tle sosen w lesie,
Opodal stawy porosłe kaczeńcem,
Brzegi wokoło, niby żółtym wieńcem,
Które w ciepełku, spokojne wieczory,
Żabie koncerty, jakby ludzkie chóry,
Chwalą Boga i wszystko co rośnie,
Skacze i pływa lub śpiewa radośnie,
Perkozy piękne razem z krzyżówkami,
Zwinne igrają w grupie z cyrankami,
A boćki kroczą po podmokłej łące,
Okiem rzucając na klucze lecące,
Żurawi, w wodzie żaby wpatrują,
Mają żal wielki, że ciszę im psują,
Przylaszczki, ostróżeczki rosną tu obficie,
Niosą raz piękno dla owadów życie,
Wonne fiołki, podbiał pospolity,
Tworzą kobierce mleczami spowity,
Ściągną na łąki wielkie ich gromady,
Zapachem kwiatów, przeróżne owady,
Pierwszy bielinek, jest wiosny zwiastunem,
Zapowiedzią spokoju, ludzi opiekunem,
Kto go zobaczy roczek spędzi w zdrowiu,
Z buzią uśmiechu, jak księżyc na nowiu.
Raju ozdobą jest motyli grono,
Tak cudnie piększą w każdym roku łono,
Są fruwającym kwiatem, barwnym w różne wzory,
Przyrody mienią pomnoża w kolory,
Wiele rusałek krąży nad łąkami,
Z paziem królowej, razem z cytrynkami,
Spijają ranną rosę i kwiatów nektary,
Za czas pylenia to są kwiatów dary,
Trzmiele z osami i pszczół roje całe,
Zaspokajają w nie rodziny całe,
Pracowicie z kwiatuszka na kwiatek,
Nektar i pyłki znoszą dla dziatek,
Łąki porosłe kwieciem, trawami różnymi,
Są tu jak lasy , drzewami dużymi,
Które obszarem terenu ogromem,
Dla tych owadów spiżarnią i domem,
Kryją w ostępach ich całe gromady,
Pluskwiaki, prostoskrzydłe, chrząszcze i cykady,
One też w lesie radość z wiosny głoszą,
W świat ptasi grania dziękczynne zanoszą,
Las wielce czuły na wiosny powroty,
Szumem namawia ptactwo do roboty,
Budowy gniazd i dziupli sprzątanie,
Połączy w parki, w dozgonne oddanie,
Niżej przy norze stoi jak na warcie,
Mama lisica, szum słucha uparcie,
Dzieciom zapewni kolejne śniadanie,
Ważne rozpoznać zwierząt różne granie,
Z głębi zaś słychać, z gęstwin zagajnika,
Chrząkanie lochy, kwik małych przenika,
Rodzinka świnek po krzakach buszuje,
Bulwy owoców, z mamą poszukuje,
W każdym dniu z nimi terenu obchody,
Z obejściem pozna póki jeszcze młody,
Gronostaj smukły, borsuk, leśna kuna,
Dzieci swe karmią, prócz leśnego runa,
Którego z wiosną wielki niedostatek,
Znak wiosny, dobry, na runo zadatek,
Każdy z nas czeka na początek wiosny,
Wierzył, że dzień ten, świeży i radosny,
Świat znów spowije szatą swą- młodością,
Węzłem połączy, zgodą i miłością,
Marzenia naraz wszystkich się spełniły,
Przepiękną wiosną tu nam powróciły.

Pory roku- Wiosenne kwiaty

Śnieżyczki, przebiśniegi, razem z krokusami,
Są zwiastunem, że wiosna zawitała z nami.
Kwiaty śnieżyc, dzwonkami chętnie podzwaniają,
Zapach siejąc wokoło, owady ściągają.

Już kaczeńce po brzegach strumyka obsiadły,
Kwiatu buzie otwarte, jakby nic nie jadły.
Obok w lesie ziarnopłon klombami się kładzie,
Tworzy małe dywany, na wiosny paradzie.

Sasanka w bukiecie, wielkimi oczami,
Zdziwiona patrzy, w słoneczko nad nami.
Nie chce wierzyć, że już trzeba wstawać,
I chwalić Boga, piękno światu dawać.
Żółta pierwiosnka, wokoło się złoci,
Życie podkreśla, w tle starej paproci.
W drodze szafirki, kolor ich błękitny,
W niebie odbite, lekko aksamitny.
Wilkomlecz z babka, są we wąskie liście,
I w rannej rosie , błyskają perliście.

Skrajem lasu fiołki, też posiane rosą,
Piękną lasu ozdobą, tylko wczesną wiosną.
W głębi czosnek niedźwiedzi, zapachem i kwieciem,
Nic wspólnego nie łączy, kwiatuszka z niedźwiedziem.
Za to ścielą się zgrabnie, pod drzewami łachy,
Rozsiewając wokoło czosnkowe zapachy.

Podbiał – koszyczki do słońca otwiera,
Kiedy tylko zachodzi, natychmiast zawiera.
Zaś na szerokiej łące, jak perskie dywany,
Każdy inny i piękny, kwiatem ubierany.
Do słońca się uśmiechają, stokrotko- radosne,
Miłki, storczyk, jasnota, tak witając wiosnę.


Pory roku – Spojrzenie na lato

Swoją kolej ma lato, więc też zawitało,
Po roślinkach to widać, wzrastać im kazało,
W pszenicy która w żółć wpada, czerwieni się, złoci,
Żyta w kolorze rosy, gdy się rankiem poci,
Letnim kwiatem przeplata, błękitne chabrami,
Kąkolem i makiem, na miedzach wykami,
Te wchodzą w zagony, nieporządek wnoszą,
Kiedy przyjdzie czas zbioru w ogień rzucić proszą.
Lato w bogactwie polan i też łąki widać,
Może się każdemu tak z daleka wydać,
Niepozorne, że tylko w zieleni skąpane,
One tymczasem w żółciem, fioletem ubrane,
Czerwienią nie gardzi i niebieskim kwiatem,
Tu rodziny storczyków są budziszka bratem,
Który piękne niebieskie bukiety układa,
Obok szałwii, bluszczyka- babka również rada,
I chabrem łąkowym, koniczyn czerwieni,
Pachnąca macierzanką, naparstnica mieni,
Wszystkie te kolory trawy ubierają,
Razem bogactwo tworzą, urody dodają,
A nad tym wszystkim, jak w wielkiej paradzie,
Muzyki wszelkie słychać, to granie owadzie,
Te w trawie skrzypki stroją, pięknie wygrywają,
W powietrzu i na kwiatach, wcale nie odstają,
Trzmiel, pszczoła, podobne tonami,
Jak trąby, wyżej ważka, przygrywa fletami,
Wiele innych pomniejszych, już tutaj nie wspomnę,
Niepodobne wyliczać, bo mnóstwo ogromne,
Nad nimi z góry, król muzyki, śpiewu,
Skowronek, dość często skorawy do gniewu,
Pionowo, na dół , jak jastrząb pikuje,
Lub szybowcem płynie, terenu pilnuje.
W czasie tego czuwania wyśpiewuje nutki,
Wroga straszy, z czasu robiąc krótki.

Kiedy słońce w południe, znajdzie się w zenicie,
Wszystko jakby zamiera, inaczej niż w świcie,
Przycicha, krótko drzemie, by znów rozbudzone,
Chwalić Boga, że było przez Niego stworzone,
W takim dniu życie toczy się rytmem podwójnym,
W końcu kończy dzień piękny, jasny i bezchmurny,
Daje upust zmęczeniu.
Już w oddali widać słonko zachodzące,
Jakby nie chciało odejść, po niebie brodzące,
Czepia się lasu, wierzchołków promieniem,
Życie bierze odchodząc, pozostawia cieniem.
Nim to jednak nastąpi, omiata blaskami,
Robi tysiące złoceń, między gałęziami,
Przez nie patrząc na niebo, na ciemnym błękicie,
Rozchwiane widać liście, drganie, ciągłe życie,
Dębu, wiązu, klonu, urodziwej brzozy,
Pojedyncze wierzby, gdzie ptaki na łozy,
Prowadzą z sobą swary, zawzięcie się kłócą,
Inne nutki swe grają, końcem dnia się smucą,
Wśród traw w polu, przepiórka, daje okrzyk krótki,
By w końcu z dziećmi ukryć, przed wrogami,
W trawie dużej lub liści, zwanych łopianami,
Wiewiórka wśród gałęzi zwinnie się obraca,
Połyskując rudawo niby złota raca,
Dziupla, gałąź, znów dziupla, to znów na dół spada,
Znów do góry, gałąź, do dziupli dopada,
I tak wokoło,
W górze nad drzewami z wiatrem się zmagają,
Ptaki do nocnych gniazdowań zmierzają.
Po koronach drzew i po całym lesie,
Letni wieczorny wiater, polny zapach niesie,
Dojrzałego zboża, siana i kwiecia polnego,
Jakby chciał ukoić do snu wieczornego,
Z zapachem pól, leśne się mieszają,
Dzikiej róży, mchu, paproci i leśnego runa,
Oduża i usypia, anioł – noc zwiastuna.
Zanim przyjdą ciemności ptaki spać położą,
Cienie jednego drzewa, w całość lasu złożą,
Półcienie rządzą lasem, w przedsionku ciemności,
Wszystko powoli cichnie, zmęczon dniem radości!

Nowy w niebo wkracza, właściciel przestworzy,
Skłon srebrem jaśni, a na ziemi tworzy,
Różne znaki i kształty, przestrachem serwuje,
W innych wzruszenie, patos, miłość prowokuje.
Tym światłem, nocne życie lasu pobudzone,
Inne wprawdzie, lecz życie, dla nocy stworzone,
Towarzyszy hukanie, puszczyka czy sowy,
Niesie ich nocne śpiewy, po lesie, dąbrowy,
Przerywane czasami matek loch, chrząkaniem,
Rykiem jelenia lub lisa szczekaniem,
Nocne życie ucieka, kiedy dzień się budzi,
Wszystko co nocy własność, obawia się ludzi,
I przechodzi w spoczynek.


Wczesnym rankiem ptactwo obudzone,
Jako dzieci wesołe, nowonarodzone,
Tworzą ze swego życia znów początek wiosny,
Dlatego każdy ranek dla nich radosny,
I ze śpiewem witają, Bogu tak dziękują,
Za następny dzień życia, pieśniami hołdują.

Późne lato rozpoznasz, że od wioski niesie,
Kucie kos, które dźwięcznie odbiją po lesie,
Wczesnym rankiem nim uschnie wód poranna rosa,
Pierwsze pokosy kosi pracowita kosa,
Przed południem i za dnia, gdy zdatna pogoda,
Wiozą chłopskie furmanki tam gdzie ich zagroda,
Płody ziemi, co Bóg dał tego roku hojnie,
A ich ręce w mordęce urobiły znojne.

Pory roku – Kwiaty lata

Czerwcem lato zawita i wzbogaci kwiecie,
Las i łąki w najpiękniejsze w świecie,
Bo tym kwieciem są polskie, kwiaty wszelkie zioła,
Każdy z nich w tym języku coś do siebie woła.
I podkreśla urodę, tej Ojczystej ziemi,
Jeden dom i rodzinę, skarbami wszystkimi.
Oto pola koniczyn, z wiosną siane, nowe,
Tworzą w swoich kolorach, barwy narodowe.
To lucerna się żółci. Pomiędzy zbożami,
Chabry w błękitne płatki, mrugają oczkami,
Makom ślą swoje perski, które wraz z kąkolem,
Poczerwienił łan zboża, rozrastając polem.
Między lasem, a polem, w dużym zakrzaczeniu,
Trochę w słońcu, w większości lesistego cieniu,
Powój polny wraz z groszkiem, podąża po krzakach,
Wisi zgrabnie w tarninie, jak niby na hakach.
Dziewięciosił przykucnie i korony kwiatem,
W słońce hardo wpatrzony, wespół z swoim bratem,
Pewny siebie, bo kolcem piękna swego broni,
Oprócz tego i prawem, które prawnie chroni,
Wśród lasu, na polanie, kwiatem, który górą,
Naparstnicy kolonia, pokryta purpurą,
Piękne grona kielichów, których tu tak wiele,
Odwiedzają gromadnie przyjaciele – trzmiele.

Zaś obrzeżą przyleśne, piaskiem wyłysiałe,
Rozchodnikiem plecione, są łysiny całe.

Rzednie las, mchem porosłe tu całe podłoże,
Wrzosów wielkie wysepki, niby polem zboże,
Wśród kwiecia ich kłosów, ciągle się ugania,
Owadów wielka mnogość smakosz – miodobrania.

Pory roku – Spojrzenie na jesień

Zmęczone jakby, kończącym się latem,
Kładą się liściem, usychają kwiatem,
Złoconym pięknem, ubierają liście,
Czerwienią, żółcią, wilgocią się szkliście,
Purpurą, w różne ubierają wzory,
Tworzą na ziemi, upiększając bory,
Kolcem kasztanów, czerwienią się główki,
Z białawą plamką, niby Boże Krówki,
Dąb swe owoce też rozsiewa wszędzie,
W szarych czapeczkach, to właśnie żołędzie,
Leszczyny, jarząb, owoce buczyny,
Tworzą na drzewach, ziemi, magazyny,
Które dla zwierząt we dnie i wieczory,
Są w lesie sklepem, jak na wsi komory.

Po sennych polach srebrną nicią wzlata,
Ostatnią przędzą, pajęczego lata,
Od dawien dawna, zwane babim latem,
Są dla tej ziemi jej ostatnim kwiatem,
Które przyciąga każdego spojrzenie,
I przypomina, że polskie jesienie,
Zwane złotymi nie kończą nim życie,
Ale są przejściem, do ranka, o świcie.

Kartoflisk pola, orane tamtędy,
Tutaj koszone, badyle, ich pędy,
Złożone, potem palone ich kupki,
Niosą do góry dymu gęste słupki,
Kopiącym mówią o dobrej pogodzie,
Pięknym poranku, o pięknym zachodzie,
Czasem zaś wiater, leciutkim swym chuchem,
Snuje po ziemi niosąc swym podmuchem,
Zapachy ziemi, palonej zieleni,
Wspomina wszystkim o późnej jesieni.
Zapach pieczonych w ogniskach ziemniaków,
Też do jesieni należy zapachów,
To ze wsi dzieci, pasąc na ścierniskach,
Jedzą ze smakiem, siedząc przy ogniskach.

Na mokrych łąkach, gdzie się kończą sady,
Boćków klekoty, rodzinne narady,
Któryś podskoczy, inne znów lądują,
Są w ciągłym ruchu, sił swoich próbują,
Przed długim lotem gdzie będą zimować,
Teraz wciąż ćwiczą by szyków nie psować,
Te ich powroty, duże ich ilości,
Mówią o ziemi, ciągłej jej czystości,
Są ich oazą, cieszą gościnnością,
Każde powroty wiosenną radością.

Tam zaś u góry, ku dzieci uciesze,
Płyną kluczami gęsi całe rzesze,
Rzędy żurawi, płyną hen po niebie,
Równo jak liście jesiona na drzewie,
Jedne śpiewają równo, swym krakaniem,
Drugie na zmiany króciutkim gęganiem,
Z krótkich tych pieśni można wywnioskować,
Że chcą pozostać, lecz muszą żeglować,
Pieśni żałosne, jak i smutna pora,
Smutkiem powiewa, poddanie, pokora.

Już często rankiem, po polach się ścieli,
Szroni przyrodę, śnieżynkami bieli,
I dzień jest krótki i często szarugą,
Z krótkiej i letniej, zrobi nockę długą,
Jest coś w jesieni, choć pokryta złotem,
Coś wciąż smutnego, związane z odlotem,
Lecz patrząc na nią, nadziei oczami,
Coś się wywiąże, między nią, a nami,
Bo chociaż smutne bywają odejścia,
Nie do powtórzeń każde wiosny wzejścia,
I słonko dziennie w zachodzie zapada,
Gdy znowu wzejdzie, każda dusza rada.

Tam w gęstym lesie, kolorowe liście,
Chociaż przymglone, żółcią się złociście,
I we tle lasu zielonej jedliny,
Słońcem mrugają wiekowej buczyny,
Im też spoczynek od czasu należy,
Jak człowiekowi, kiedy nocą leży,
Zimową porą, pomaż znów o wiośnie,
Zaraz też wróci, będzie znów radośnie.

Józef Bieniecki

Opublikowano

Proponuję skrócić tytuł do - "Pory roku"
i już w pod tytułach go nie powtarzać,
albo z takim tytułem ograniczyć się tylko do zimy
a jutro poczęstować nas wiosną ) itd.
i czytelnik by się nie nudził, lub znudził ).

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
    • Aby... błoto lubi bibul: oto łby - ba.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...