Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Śmierci Abla nie poprzedziły żadne znaki na niebie i ziemi tak jak być powinno albo tak jak się tego spodziewano. Abel zginął na swoim polu przytroczony do muła, którym orał i który przyniósł jego zwłoki do domu rodziców.
Kain natomiast żył długo i szczęśliwie jak powiadają a ród jego rósł w siłę


Apokryf Księgi Rodzaju




Wieczór na widnokręgu opadał już drobną ławicą chmur czerwonych jak skurczona twarz noworodka. Wysiadła z samochodu niosąc przed sobą brzuch wielki niczym taran.
Świat był skurczony ona sama wydawała się samej sobie opuszczona. Marzyła o herbacie zimnej z lodówki z cytryną,
Zniszczyć wszystko i zapomnieć o wszystkim. Blok po komunistyczny pudełkowaty z niezliczoną ilością bliźniaczo podobnych do siebie klatek, półpięter, oszklonych tym samym na wpół matowym mlecznym to znów barwionym grubym szkłem, które rzucało na korytarz fantastyczne fajerwerki światła.
Nie było windy blok miał pięć pięter a ona mieszkała na ostatnim piętrze i wchodziła pokonując drogę z przerwami przystając, wyzywając po cichu cały ten splot przypadków, węzeł okoliczności, który ją tutaj zagnał i umiejscowił na szczycie tego bloku, który nie sąsiadował z innymi gdyż był w latach minionych blokiem gdzie przyznawano mieszkania razem z etatem a chociaż po tamtych zawiłościach nie zostało śladu wciąż pamiętała jak było.
Pozostało jeszcze kilku zgrzybiałych lokatorów słyszała ich przez ściany jak to w takim budownictwie cienkim o ścianach gdzie słychać każdy dźwięk poruszenie, kaszlnięcie a nawet odgłos pękającej ziemi pod fundamentami budynku łuszczącej się kory z drzewa, ćwierkanie wróbli, deszcz spływający rynnami.
Czasami miała wrażenie, że cierpi na nadwrażliwość słuchu jej zmysły były jednocześnie zarazem wyczulone i przytępione.
Była u lekarza, ale ten całą sprawę zignorował
-Więcej ruchu -powiedział.
- Zwłaszcza w pani stanie.
Zalecił jej kurację witaminową, spacery i pływanie w basenie.
Pamiętała pierwszą zimą, jaką tu spędziła zwłaszcza po wprowadzeniu się "
Zimę, która była też pierwszą zimą bez niego.
Odszedł zniknął, wyprowadził się, wyjechał.
Nigdy się nie dowiedziała prawdy. Jej pytania, petycję wreszcie osobiste wizyty u wysoko postawionych ludzi nie na wiele się zdały.
Dopóki żył jej ojciec oczywiście miała możliwość składania takich wizyt poniekąd jej ojciec miał nazwisko, które otwierało kilkoro drzwi, ale już nieraz tylko po to, żeby nie odebrać jej resztek nadziei a być może po to, żeby ludzie, którzy znali jej ojca mogli odmówić jego córce patrząc jej prosto w oczy z żalem, który nie był wcale żalem, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

Była to jej daremna peregrynacja, szlak pokutniczy wiodący od jednych drzwi do drugich. Nikt nie wiedział albo nie chciał powiedzieć,
Któregoś dnia nie wrócił z pracy.
Kilka miesięcy później dostała przydział. Ojciec milczący bardziej niż zazwyczaj a odkąd go przeniesiono jego milczenie stało się głębsze, jeśli można tak powiedzieć bezbrzeżne.
Unosił się w tym milczeniu niczym w przejrzystym bąblu, bańce światła siedząc za biurkiem, przy którym zwykł pracować.
Kiedy opowiadała mu o skutkach swoich wizyt milczał słuchał nie patrząc jej w twarz.
Potem zakładał płaszcz i wychodził gdyż lubił spacerować zwłaszcza wieczorami w świetle latarni w płaszczu wraz z psem, który wydawał się wiekowy wręcz niemożliwe by żył już tyle lat, ale wciąż się trzymał pazurami powierzchni swojej psiej egzystencji.
Nie miał już sił wchodzić po schodach do góry, więc od któregoś półpiętra ojciec brał go i wnosił na rękach.


Matka zmarła kilka lat wcześniej właściwie to słabo ją pamiętała zupełnie przez mgłę. Jej roześmiana twarz. Jej wizyty przed zaśnięciem.
Zmarła zupełnie tak nieoczekiwanie jak kończy się pora roku.
Wiedział jej ojciec, że jej stan jest ciężki a jednak, mimo, że wiedział o jej stanie prognozach lekarzy jej śmierć zaskoczyła go" absolutnie".
To słowo absolutnie obijało się jej o uszy, tłukło w głowie gdyż samego pogrzebu nie zapamiętała doznała jakiegoś szoku wpadła w histerię i spędziła kilka tygodni w domu w łóżku majacząc w stanie ni to gorączki ni to nerwowego podniecenia na granicy utraty zmysłów.
Zapamiętała tylko śnieg i czarny węglowy pył na śniegu wysypujący się z furmanki.
Wyschłe liście pod śniegiem.
Mleko z kożuchem.
Kiedy doszła do siebie świat się zmienił, chociaż nie od razu potrafiłaby wskazać, na czym ta zmiana właściwie polegała.
Ale świat zmienił się a także zmienił się jej ojciec.
O ile przedtem był małomówny teraz pogrążył się w jeszcze większym milczeniu jakby raz z odejściem matki stracił ostatni powód, aby cokolwiek mówić.

Kiedy poznała mężczyznę, za którego wyszła miała siedemnaście lat. W ciągu kilku miesięcy jak później to sobie uświadomiła musieli przeżyć cały dany im czas i jakby zdawali sobie z tego sprawę;
Nie, nie świadomie, ale to tkwiło w nich gdzieś głębiej.
Gdyby chciała poszukać miejsca dla tego uczucia to byłoby miejsce w jej brzuchu a czasami w gardle.
Tak, więc zniknął a ona zaczęła poszukiwania.
Jednocześnie jej stan uzmysłowił jej, że w jej ciele tkwił ślad po nim.
Była w ciąży.
Nieomal w tym samym czasie dostali ona wraz z ojcem przydział do tego bloku.

Ojciec jej od wielu lat żył na marginesie wydarzeń.
W tej ciszy, jaką zgotował i jej i sobie było jednak coś, co odbierała, jako nie tyle rezygnację, bunt, co skazaną na bezowocne trwanie ciągłość.
Ciągłość czegoś, co uległo przerwaniu.
W niej natomiast poruszało się życie.

Nieraz stawała przed lustrem i patrzyła na swój brzuch.
-To zapewne związane z ciążą powtórzył lekarz.-Kobiety cierpią na różne przypadłości czasami najdziwniejsze.
Faktem jest, że zaczęła cierpieć na słuchową nadwrażliwość jakby dźwięki z świata zewnętrznego zaczęły docierać do niej z siłą, której nie stawiał tamy jej aparat słuchowy.
Zaczęła słyszeć też jednocześnie od wewnątrz siebie.

Miewała sny, w których unosiła ją fala niekończąca się fala biegnąca przez morze. Unosiła się w niej twarzą do góry jakby była kawałkiem drewienka, kory z drzewa ( kiedyś uwielbiała robić łódki z kory i puszczać na wodzie).
Nieraz się z nich budziła wciąż niesiona.
W niektórych z snów spotykała mężczyzn bez twarzy, którzy ją dotykali a potem brali i budziła się pełna lepkiego pragnienia.
O! dziwo nie śnił jej się mąż. Jego twarz była przy niej wyłącznie w świetle dnia i to tylko wtedy, gdy coś jej o nim przypomniało.
Nieraz czuła się z tego powodu dziwnie winna jakby nad zbyt łatwo pogodziła się z jego odejściem, ale to nie było to.
Uznała, że nie ma wpływu na to, co się dzieje.
Był jej ojciec była ona i wreszcie życie, które nosiła. Wzięła urlop z pracy.
Chodziła po sklepach wyszukując ubranek, ale niczego nie było nawet za dolary na czarnym rynku.
Zazdrościła koleżankom obdarzonym licznymi rodzinami. Mogły się obdarowywać ona natomiast nie miała żadnej rodziny poza ojcem.
Kiedyś spytała i usłyszała, że wyjaśni jej jak...ale czas upływał i nie doczekała się żadnych wyjaśnień.
Zrozumiała, że była wojna a ponieważ przeszłość dla niej niewiele znaczyła łatwo się z tym pogodziła.
Żyła jak ptak tym, co przynosił każdy następny dzień.
Z każdym przebudzeniem się było tak jakby życie zaczynało się od nowa.



Później bezsenność.
Źle sypiała. Mówiąc krótko sypiała tak jak ktoś, kto ma zamiar nigdy się już nie obudzić tyle, że nie może zamknąć oczu. Rzecz w tym, że nie spała:
Nie budziła się z poczuciem, że coś się wydarzyło, że straciła przytomność, sen był snem wielu ludzi przychodził z zewnątrz raczej niż z wewnątrz.
A więc nie był to sen a niemożność doznania śmierci.

Tymczasem czas płynął dzień po dniu i upływał:
Jego ślimaczy spiralny upław znaczył śladem jej wieczory i poranki.
Wkradał się między nią a meble w mieszkaniu. Kładł się ciężką kotarą na firankach i dywanach.
Wydawało jej się teraz jakby była oddzielona od świata cienką różowo mleczną prześwitującą membraną. Chodziła w szlafroku po mieszkaniu rozsiewając nieznośną dla samej siebie woń pączkujących hormonów.
Jej skóra pachniała inaczej niż przedtem.
Wszystko w niej puchło i ogromniało piersi, sutki, uda, brzuch nawet jej usta wydawały się jej samej monstrualnie powiększone i nie wiedziała już sama gdzie się kończy a gdzie zaczyna.
Jej głód był również czymś, co było jakby od niej niezależne:
Zwielokrotniony pochłaniał ja bardziej niż ona go zaspokajała. Momentami uświadamiała sobie, że stała się absolutnie obca samej sobie.
Stała i patrzyła w swoje odbicie w lustrze i widziała kogoś, kim nie była nawet, jeśli jej odbicie było wiernym jej portretem.



Być może pojawił się już wcześniej o wiele wcześniej niż go zauważyła. Niewykluczone, że był nawet wtedy, kiedy nie podejrzewała jego obecności.
Czy mogła go przewidzieć, przeczuć tak jak zwierzęta wyczuwają inne zwierzęta prymitywnym węchem, który u ludzi stał się zastępczo intuicją, przeczuciem?
A może go się już spodziewała na długo zanim go ujrzała gdyż czasami jest tak, że ktoś czeka już na to, co nadchodzi na długo przedtem zanim samo oczekiwanie wyłoni się, jako takie spod mętnej powierzchni codziennych ulotnych doznań.
Niewątpliwie jednak z chwilą, kiedy go ujrzała od razu wiedziała, kim jest i jaką spełni rolę nawet, jeśli nie umiałaby tego ubrać w słowa.
A może to była chwila zaledwie zrozumienia, które zgasło i zatarło się w niej bezpowrotnie bez śladu aż do dnia, kiedy nie wykrzyknie w bólu jego imienia.

Ale to będzie znacznie później i właściwie nie będzie wiadomo, co zaszło między nią a nim i tak do końca pozostanie.
W każdym bądź razie córka, która się urodzi nigdy go nie pozna nawet z wspomnień, jeśli nie liczyć snów, z których się może wyłonić nagle jak zjawa z nieistniejącego świata.
A wtedy matka weźmie jej głowę przytuli i będzie kołysać tak długo aż nie uśnie.
Ale to również będzie dopiero później w przyszłości, która jeszcze się nie dzieje, której na dobrą sprawę nawet nie ma.
A nawet, która może nigdy nie zaistnieje.
Na razie jeszcze niczego nie wiadomo poza kołyszącą w ciemności kasztanami ulewą.
Przypaliła mleko, które miała zanieść ojcu.

II

Któregoś dnia wybrała się do miejsca gdzie pracowała zanim poszła na urlop. Duży szary bezkształtny budynek wznoszący się na skarpie z schodami z betonu wzmacnianego stalą.
Beton był marnej, jakości wykruszał się odsłaniając metalowe dziąsła całej konstrukcji.
Wiał silny wiatr tego dnia i nie wiedzieć, czemu idąc do tego tak dobrze znanego jej miejsca czuła się naga,
Nieraz zresztą to uczucie się pojawiało w niej, kiedy jakiś mężczyzna przyglądał się jej zbyt natarczywie.
Tylko, że na tych schodach akurat nie było nikogo poza nią. Jednak to uczucie jej nie opuściło, mimo, że usiłowała je zracjonalizować.

Zresztą, kiedy już się nagadały do woli usłyszała:
-Chodź z nami w piątek na tańce.
-Ja? Oszalałyście. W moim stanie? Nie ma mowy.
- Chodź, chodź nie wykręcisz się tak łatwo.
Ustąpiła być może, dlatego, że chciała ustąpić. Pokręciła się jeszcze po zakamarkach biura zajrzała do kilku pokoi.
Tam Lilka w następnym Robert. Uśmiechała się i kiwała głową kiedy do niej coś mówiono ale była nieobecna. Wyszła na papierosa do zakątka gdzie zawsze się kryły mimo, że w budynku obowiązywał zakaz palenia.
- Nie rzuciłaś?
Tylko wzruszyła ramionami.
-Ograniczyłam. Palę słabsze.
Dalej potoczył się dialog o tym, że Lilka załatwiła sobie świetne kozaczki z futerkiem a Anka chyba romansuje z zastępcą naczelnika (stąd jej awans) a Wacława ma widoki na przydział mieszkania.
Stała i słuchała coraz bardziej zamyślona.
-A jakie dasz dziecku nazwisko? Ojca? usłyszała nagle i chwilę trwało zanim dotarła do niej ta wypowiedź i jej sens.
- Jak to? Po mężu.
To Halina najstarsza i najbystrzejsza z nich wszystkich pracowała w rachunkowości jeszcze przed wojną.
Większość się już rozeszła całując ją na pożegnanie życząc wszystkiego najlepszego i wśród „odwiedzaj, odwiedzaj nas koniecznie” śmiechów i oddalających się kroków znikła w wnętrzu korytarzy budynku.
Zostały tylko one obie.
Teraz spojrzała na nią usiłując odgadnąć co ma na myśli.
-Ty, chyba nie mówisz tego poważnie?-zapytała.
-Nie dlaczego?
Jej twarz była smutna i poważna.
Patrzyła na nią. Odkąd sięgała pamięcią miała wrażenie , że jest jej przychylna. W wielu sprawach jej pomogła na samym początku.
- Nie, słonko powiedziała. To nie jest dobry pomysł i ty o tym wiesz…tylko udajesz, że nic do ciebie nie dociera.
-Prawda? powtórzyła kładąc rękę na jej brzuchu.
Nie wiedziała co odpowiedzieć a raczej nie chciała udzielić żadnej odpowiedzi. Pożałowała , że tutaj przyszła.
Za oknem pomieszczenia wiatr toczył liście niósł w powietrzu obracał jakby nic nie ważyły.
Liście są lekkie pomyślała mogą się wzbić w powietrze od byle podmuchu.
Halina wciąż sprawiała wrażenie, że chce coś dodać a zarazem się powstrzymuję. Nie wiedzieć czemu poczuła do niej wdzięczność choć zarazem i jednocześnie niechęć.
Być może sądziła, że powinna zabrać głos w sprawie którą już pewnie niejeden raz dziewczyny z jej wydziału omówiły skrupulatnie z wszystkimi możliwymi szczegółami. Rzecz jasna kiedy jej nie było.
- Nie wiem jeszcze- rzuciła szorstko. Wybacz pójdę już coś nie najlepiej się czuje dzisiaj..
-Tak, tak podchwyciła – Halina –oczywiście.
Była już w niejakiej odległości kiedy usłyszała dobiegające do niej:
-Wrócisz do nas.
Nie wiedzieć czemu przyspieszyła kroku.
Czemu ją o to zagadnęła? Przypomniała sobie jej twarz o ostrych rysach ciemnych zwężających się źrenicach kiedy nad jej czołem zarysowywała się zmarszczka obwieszczająca namysł , niezgodę albo zdziwienie.
Na prawym policzku miała niewielką narośl która nadawała jej nieco brzydki chwilami odpychający wyraz.
Jakby świadoma swojej ułomności wciąż zachowywała się wylewnie nadmiernie serdecznie i niektóre z koleżanek uważały za narzucanie się.
Uważaj- brzmiała obiegowa mądrość tu ci w dupę włazi a za plecami jak się obrócisz sobie nie żałuję i sama ją obrabia.
Nie był pewna, czy to jest to co chciała usłyszeć. Rzecz w tym, że niczego nie była pewna. Usiłowała zdać się na bieg wydarzeń.

Któregoś dnia zamknęła się w gabinecie ojca o ile można tak było nazwać przedzieloną dużą szafą część pokoju jednak ojciec wstawił futrynę między szafę i ścianą osadził prowizoryczne drzwi i zamek.
Drzwi były tak lekkie i chwiejne, że można je było wyważyć po prostu wpadając na nie wystarczyło , żeby się potknęła.
Ten pozornie daremny zabieg dawał jednak jakąś namiastkę czasu minionego.
Ich wielopokojowe mieszkanie przepadło mieszkanie na drugim piętrze z balkonem biegnącym wzdłuż rzędu okiennic, tak że można było jeździć po nim na rowerku jak po trasie wyścigowej.
A kiedy była mniejsza ojciec brał ją na ręce i stawiał na balustradzie skąd obserwowali jakieś uroczyste odświętne wydarzenia toczące się na ulicy. O ile rzecz jasna jej ojciec nie brał w nich udziału.

Jeśli tak było ubrany w kapelusz, płaszcz prochowy z laską lekko przygarbiony wychodził z rana całując ja na do widzenia. Natomiast tutaj istniała przynajmniej ta pewność, że nikogo więcej nie dokwaterują. Być może z tej tęsknoty zamknęła się w gabinet- sypialni jeśli tak można było nazywać wydzieloną część obszernego pokoju który wraz z niewielką ślepą kuchnią i ubikacja przydzielono im zamiast starego mieszkania. To dawało złudzenie pewnej podstawowej intymności a jednocześnie dla niej choć nie mogła mieć pewności czy dla ojca również ponieważ istniał dalej gabinet ojca (nazywała go w myślach żartobliwie gabinetem cieni) również pewnej kontynuacji jakby nic się nie stało.

Poruszała się w tej nagle ciasnej pomniejszonej powierzchni skupionej jak obraz w soczewce tak jakby wciąż miała za chwilę na coś wpaść albo o coś się potknąć a każda z rzeczy o której była mowa należała jakoś do przeszłości i tym samym żyła w mauzoleum o pachnących terpentyną podłogach które sama własnoręcznie konserwowała odświeżała i utrzymywała przy życiu. Podlewała rośliny, pastowała podłogę z klepek która pamiętała chyba jeszcze początek wieku.
Dziurę w rogu pokoju w suficie zakleiła własnoręcznie odlaną gipsową rozetą. Okna drewniane były nieszczelne i teraz gdy przyszły chłody wiatr nawiewał kręgi zimna którym przeciwdziałała zaklejając szpary papierem i kładąc szmaty.
Paliła w piecu gdyż ojciec nie wydawał się zbytnio wzruszony temperaturą niezależnie jaka by nie była.
Miała wrażenie, że gdyby zapomniała któregoś dnia siedziałby nadal nieporuszony z soplami lodu w włosach skuty mrozem i mechanicznie przewracał kartki papieru.
Siedział w fotelu otulony kocami i czytał coś godzinami a potem gasił światło.
W każdym razie usiłował sprawiać wrażenie zajętego.
Wychodził co rano i wracał o zwykłej porze. Nie śmiała go zapytać czy wciąż ma pracę taką jaką miał uprzednio ponieważ że pracuje nie ulegało wątpliwości. Nie mieliby pieniędzy na życie.


listopad 2012

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena  Dobry wiersz. Pozdrawiam.    
    • @KOBIETA  Wieża Eiffela to matematyczna ekspresja miłości, wygrywa siłą ducha, toczy się pomiędzy kochankami, jak błyskawica. Pozdrawiam serdecznie :)
    • Tam gdzie milczące aniołów posągi, Obejmują spojrzeniem swym dumnym, Rozległe panoramy miast średniowiecznych, Spoglądając wymownie ku horyzontowi,   Tam gdzie przecudne aniołów twarze, Wykute w drewnie, piaskowcu, marmurze, Niekiedy szczerym złotem pokryte, Niekiedy miejscami nadkruszone…   Nad krajami Grupy Wyszehradzkiej, Niosą się niesłyszalne szepty anielskie, Rozbudzając nasze uśpione emocje, Czule dotykając naszych serc,   A każdy taki anielski szept, Dla wielowiekowych tradycji jest hołdem, Przez niezliczone hufce niebiańskie, Z nabożnością złożonym ufnie…   Gdy w samym sercu Europy, Ludzie z dziada pradziada pobożni, pracowici, Składając wieczorami ręce do modlitwy, Ofiarowują Bogu ufnie trudy codziennych dni   W czterech krajów zacisznych zakątkach, Gdzie z każdego kąta spogląda historia, Da się posłyszeć i szept anioła, Mówiący o tym co zatarł czas.   W sercu Europy cztery dumne narody, Wierne pozostając swych ojców tradycji, Dla świata całego przykładem są wymownym, Szacunku do ojczystych korzeni,   Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Dumni, szlachetni, niezłomni, Przez dziesięciolecia sowietyzacji się oparli, Przykładem dziś będąc dla całej ludzkości…   Dziś gdy w mroku globalnego bezprawia, Tli się Grupy Wyszehradzkiej idea, Niczym z jednego złoconego świecznika Czterech świec płomieni jasny blask,   Niegasnącemu zacieśnianiu więzi, Pomiędzy czterema bliskimi sobie narodami, W cieniu wielowiekowej pobożności, Z niebios błogosławią dziś anioły…   I od piaszczystych plaż Pomorza, Poprzez tonące w chmurach szczyty Tatr, Przez zabytkowe rynki czeskich miast, Po urokliwe kawiarnie w budapesztańskich zaułkach,   W każdym z krajów Grupy Wyszehradzkiej, Pośród zwyczajnej codzienności szarej, Szepty anielskie da się posłyszeć, Wlewające w serca otuchę…   Gdy w starych drewnianych kościołach Podlasia, Przesuwają rozmodlone staruszki paciorki różańca, Wyszeptując cicho modlitw swych słowa, Wypraszając swym rodzinom obfitych łask,   Bacznie przysłuchujące im się anioły, Gdy mrok ziemię otuli, Zanoszą je wszystkie przed tron Boży, By wysłuchania i spełnienia doczekały…   Gdy pośród licznych mazowieckich wiosek, Gdzie od lat wciąż niezmiennie Przeszłość z przyszłością nierozerwalnie splecione, Wyznaczają kolejnych dni bieg,   Stare pobożne gospodynie, Swych prababek zwyczajem, Starannie naostrzonym nożem, Czynią znak Krzyża na chlebie,   Także identyczny Krzyża znak, W blasku jasnego poranka, Kreśli niewidzialna dłoń anioła, Błogosławiąc wierne Bogu domostwa,   By codzienny prosty posiłek, Okraszony anielskim błogosławieństwem, Smakował niczym dania najwyszukańsze, Na niejednym królewskim dworze…   Gdy o poranku krakowskie kwiaciarki, Zaplatając kolejne bukietów wiązanki, Wymieniają między sobą uprzejmości, Często przyodziane w ciepłe uśmiechy,   Pośród trzepotu gołębich skrzydeł, Gdy w skupieniu wsłuchamy się w ciszę, Da się czasem słyszeć anielski śmiech, Strun naszej wrażliwości dotykający czule.   A gdy z wieży gotyckiego Kościoła, Pośród gwaru Starego Miasta, Ku wszystkim czterem stronom świata, Hejnału Mariackiego niesie się melodia,   Czasem i podniebne anioły, Pod nieboskłonem skrzydła rozpostarłszy, W skupieniu wsłuchają się w jej dźwięki, Skrycie roniąc niewidzialne swe łzy…   Gdy w skupieniu prascy zegarmistrzowie, Z pieczołowitością reperują zegary stare, Od lat niezmiennie całe swe serce, Wkładając z czcią w codzienną pracę,   Niekiedy niewidzialne anioły, Uważnie przypatrując się ich pracy, Zamyślone oddają się refleksji, Nad dziejami całej ludzkości.   Gdy czasem stary siwowłosy Czech, Przytykając do ust złocistego piwa kufel Z rozrzewnieniem rozmarzy się tęsknie, Wspominając lata swe młode,   Niekiedy niewidzialny anioł, Kładąc na ramieniu jego swą dłoń, Poruszony jego tęsknotą, Zanuci mu do ucha pieśń swą anielską…   Gdy w cieniu słowackich Tatr, Na wiejskich zacisznych plebaniach, Przy drewnianych kościołach i cerkwiach, Gdzie dawno temu zatrzymał się czas,   Oddani Bogu słowaccy księża, Biorąc wieczorami do ręki brewiarz, Z nabożnością czyniąc znak Krzyża, Składając wieczorami ręce do pacierza,   O pomyślność narodu słowackiego, Przodków swych powierzone im dziedzictwo, W ciszy i w skupieniu się modlą, Okraszając swe modlitwy niejedną łzą,   Zasłuchane w nie za oknami anioły, Gorące z oczu ich łzy, Nanizują na złote swe nici, Niczym kryształowych różańców paciorki,   By na szczycie Krywania, Gdy rozproszy mroki nocy świtu blask, Przed obliczem samego Boga, Ofiarować Mu je niczym najwyszukańszy dar…   Gdy wraz z złotego słońca wschodem, Starzy słowaccy górale, Wypasając bladym świtem liczne stada owiec, Snują gawędy swe barwne,   Niekiedy anioł świetlisty, Choć ludzkim okiem niewidzialny, Na porośniętym mchem głazie polnym, Przysiądzie w zadumie w nie zasłuchany…   Gdy węgierscy uliczni muzycy, Przytykając do ust złote saksofony, Delikatnymi ruchami dłoni, Najcudowniejsze wyczarowują z nich dźwięki,   Niekiedy zasłuchane w nie anioły, Przystanąwszy na rogach ulic, Pięknem ich poruszone do głębi Niebiańskie do nich nucą swe piosnki.   Gdy dostojne węgierskie damy, Gotyckich katedr przekraczają progi, By do mosiężnych skarbon kościelnych Z oddaniem wrzucić hojne swe datki,   Czasem wsłuchując się w siebie, Przed bogato zdobionym ołtarzem, Posłyszą jakby anioła szept, Chwalący dobre ich serce…   Wypraszajcie anioły niebiańskie, Łask obfitych narodom Grupy Wyszehradzkiej, By zawsze odznaczały się odwagą i męstwem, Do wielowiekowych tradycji przywiązaniem,   By wielowiekowe pradziadów dziedzictwo, Cenniejszym im było niż całego świata złoto, Zawsze więcej dla nich znaczyło, Niż złudna pogoń za nowoczesnością,   By w godzinie próby nieubłaganej, Gdy wicher historii zawieje, Zakulisowym knowaniom nie dali się zwieść, Dumni Polak, Czech, Słowak i Węgier.   By w milionów ludzi sercach, Ten sam płonął nieugaszony żar Co na dawnych bitew polach, Co w narodowowyzwoleńczych powstaniach,   By na współczesności bezdrożach Także i dziś drogowskazem im była Prastara odwieczna ta prawda, Niegdyś na kartach kronik spisana,   Iż poszanowaniem historii i ducha niezłomnością, Wierne Bogu narody wciąż trwają, Gdy inne stopniowo wymierając, Z biegiem wieków obracają się w proch,   By Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Zawsze honorowi, lojalni i solidarni, Jak bracia pozostali sobie wierni, Co w jednym domu byli wychowani…   Wiersz opublikowany w dniu 15 lutego w międzynarodowy dzień Grupy Wyszehradzkiej.     Idea zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej zawsze zajmowała szczególnie ważne miejsce w moim światopoglądzie… Z czasem jednak zacząłem zastanawiać się czy nie byłoby dobrym pomysłem spróbować włożyć w tę ideę pierwiastek duchowy...  I tak narodził się pomysł tego wiersza...       Wiersz ten jest próbą włożenia pierwiastka duchowego (motywu opiekuńczego anioła) w ideę zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej.      

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Anioł Stróż autorstwa Romana Stańczaka w Parku Rzeźby na Bródnie w Warszawie.     Anioł na kandelabrze przed frontem audytorium muzycznego Rudolfinum w Pradze.     Rzeźba św. Michała Archanioła w niszy barokowego mostu przy Bramie Michała Archanioła w Bratysławie.     Posąg Archanioła Gabriela na Placu Bohaterów w Budapeszcie.
    • @Berenika97 Dziękuję Ci z całego serca!...  Pozdrawiam Najserdeczniej!!!
    • Meta, leżeli ileże latem?    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...