Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kalendarz Szaradzisty 1959

SZARADA

Wiatr mroźny przeleciał DWA świecie
i przyniósł TRZY - CZWARTE złowieszcze,
że idą śniegowe zamiecie
a mróz chwyci ludzi w swe kleszcze.

I mówił ów goniec daleki
( a w swej SZÓSTEJ - TRZECIEJ był szczery),
że zimy łagodnej i lekkiej
pragnienie nam się nie PIĘĆ - CZTERY!

I że PIERWSZE - SIÓDME marzenia
RAZ dzionkach bezśnieżnych i miłych
sam los w srogi zawód zamienia,
należy więc zbroić się w siły!

Już oto śnieg prószy i prószy,
wiatr go SIEDEM wszystkie gna strony
i smutno nam czyni si ę w duszy
na wieść o nadziejach straconych!

O sroga PIĘĆ - SZÓSTA! Świat patrzy
na twe poczynania i czeka -
więc zważ co o tobie się DWA -= TRZY
gdy będziesz zadręczać człowieka!

"JUNONA" *

* Janina Gillowa - zainteresowanych - kto zacz? - odsyłam do 'google'

Opublikowano

BOLESŁAW LEŚMIAN


Jest w zbiorku "Dziejba SIÓDMA - DZIEWIĄTA"
wiersz, w którym szkarłat zórz
nazwał Poeta (czy kto pamięta?)
wniebowstąpieniem róż.
Ach, więc ta RAZ- OŚM - DZIEWIĄTA w niebie,
ten karminowy plusz,
to jest, PIĘĆ - RAZ mi, niezwykła czerwień:
wniebowstąpienie róż.
Jak CZWÓR WSPAK- DZIEWIĄTA, jak amfora,
jak najpiękniejsza z kruż,
tak mnie urzekła ta metafora:
" wniebowstąpienie róż".
... Widzę w TRZY - CZWARTYM polanę dużą
na jednym z leśnych wzgórz,
i DZIEWIĘĆ - DRUGIE sosen ... i róże,
wielką procesję róż.
PIĄTA - DZIEWIĄTA gromada czeka,
za chwilę CZWÓR - SZEŚĆ już ...
Patrz! Już się wznosi - płynie jak rzeka,
rzeka czerwonych róż.
W świecie innego DWA - ÓSM - CZWARTEGO,
tam gdzie nie bywa burz,
zaznają szczęścia niewiędnącego
wszystkie odmiany róż.
Otwórz się, modra SZÓSTA i TRZECIA,
wpuść szkarłat kwietnych dusz!
Tak, to jest, wierzę, wierzę Poecie,
wniebowstąpienie róż!

B.W. * - Łódź

* Bolesława Wożniakowa

Opublikowano

SZARADA

Ludzie RAZ - CZTERY - SIEDEM - DZIEWIĘTNI urlopem,
jeszcze pełni słonecznych ożywczych promieni,
dziwią się, że już liście im lecą pod stopy,
że już się zaczął okres prawdziwej jesieni.

Myślą o PIĄTYM - ÓSMYM przyrody calutkiej,
której bujność usycha i więdnie powoli,
która stroi się w złoto i obleka smutkiem
i łzy deszczu DWA - DZIEWIĘĆ, bo serce ją boli.

Oto w DWA - ÓSMEJ stoją astry i złocienie,
CZWÓR - SZÓSTEJ drzew się nitki czepiają pajęcze,
kret SZEŚĆ - SIEDEM i głębiej się kryje pod ziemię
a w pasiece, wśród uli, pełno pszczelich brzęczeń.

PIERWSI - TRZECI - DZIEWIĘTNI w księgach zatopieni
notują skrupulatnie zmiany w atmosferze,
a mnie zachwyca piękno i smętek jesieni,
lecz gdy deszcz OSIEM - TRÓJKA - to się martwię szczerze.


"JUNONA"

Opublikowano

SZARADA

PIERWSZE - DRUGIE, cichutko zadzwońcie strunami
by wtórować poecie, co odprawia czary.
Pełne OSIEM - SZÓSTEGO podnieśmy puchary,
Poezji, DZIEWIĘĆ - CZWARTY, błyśnij słów kwiatami.

Słów piękniejszych od tamtych, które do kochanka
szepcze CZWARTA i PIĄTA, gdy SIEDM - RAZ miłośnie.
Pieśń, to niby RAZ - PIĄTA cicha jest radośnie,
to jak TRZY - PIERWSZA - SZÓSTA roni łzy od ranka.

To ogniem przemieniona, kwitnie purpurowo
jak TRZECIA i PIĄTA . Uniesień kaskadą
w OSIEM - DRUGIE krwi naszej niespokojnie wpada
i tonie w serc głębinach, by śpiewać na nowo.

I poezją olśnieni, SIEDEM, w szarym świecie
śnimy o niej SZEŚĆ jawie, głowy mając w chmurze.
My, DZIEWIĘĆ - PIERWSI wiemy: w złocie i purpurze
rozkwitła dla nas CAŁOŚĆ, jak paproci kwiecie.


" B.W." - Łódź

Opublikowano

Jesienny CZWARTY
( Z cyklu: "Echa leśne")

Przyszedł CZWARTY - PIERWSZY - DRUGI,
SZEŚĆ CZWÓR - ÓSMYCH splótł swe imię,
W szyby dzwonią deszczu strugi,
Idą wieści JEDEN zimie.

SIEDEM WSPAK - TRÓJ WSPAK -RAZ liści
Wszystkim drzewom sadu, lasu;
Leżą jak dywan złocisty,
Jak kołderka SZEŚĆ atłasu.

SZÓSTY - TRZECI wiatr dmie, wieje,
płaczą SIÓDME - PIĄTE, klony;
Ich listeczki wiatr rozsieje -
Tu i tam, na wszystkie strony!

Listopadzie, czemuś taki?
Bierzesz złote listki drzewom,
Wypłoszyłeś leśne ptaki,
Wkrótce dasz RAZ - DRUGI śniegu ...


"INEZ" - Ostrów Wlkp.

Opublikowano

JESIEŃ

"CAŁOŚĆ" - powtarzam TRZY lubianym poetą.
(DZIEWIĘĆ trudno odgadnąć jego nazwisko?)
Już TRZY DZIESIĘĆ - PIERWSZYMI zostało lato,
WSPAK TRZECIA - WSPAK RAZ - DZIESIĄTA pora blisko.

Gdy SIEDEM wyjdzie przed SZÓSTĄ domu, na próg,
przez uśmiech kwiatów złota PIĘĆ - SZÓSTA wita:
pachnąca CZWÓR - DWA - ÓSMA kłania się wpół,
i płoni się dalia, OSIEM drzewem skryta.

CZWÓR - DWA igraszek psotnego wiatru, deszczu -
powietrze pachnie miodem, winem i słońcem,
a drzewa rumianym listowiem szeleszczą ...
"CAŁOŚĆ"*) - słowami poety wiersz ten kończę.

------------------
*) DZIEWIĘĆ jest znane słów pochodzenie?
Zdradzę PIĄTE: " Wiosny i jesienie".


"INEZ" - Ostrów Wlkp.

Opublikowano

SZARADA

O ileż lepiej byłoby na ziemi,
Gdyby się wszyscy prawdziwie lubili
I RAZ - DWA - DZIEWIĘĆ wzajem nastrojeni,
Byli dla siebie przyjaźni i mili.

Piękno przyrody, DWA - CZWARTYCH zielonych,
TRZY - PIĄTE kwiatów i barwy motyli,
Wszystko to stwarza ten świat wymarzony,
Gdzie chce się nieba bliźniemu przybliżyć .

Tymczasem niechęć OSIEM - DZIESIĘĆ - SIEDEM
Ludzkie kontakty; SZEŚĆ - DZIESIĘĆ przyczyna,
Wcale PIĘĆ ważna - wywołuje biedę,
Od której nagle się wrogość zaczyna.

Na każdym kroku brak dobrej TRZY - DRUGIEJ,
Drobne zawiści, intryga nieszczera,
Są tak w działaniu wytrwałe i długie,
Aż OSIEM - SIEDEM - DWA się przyjaźń nieraz.

RAZ, Czytelniku , innym powodzenia,
SZEŚĆ DZIEWIĘĆ -CZWARTE były znów łaskawe;
Niech wszelka niechęć w przychylność się zmienia,
A miłość bratnia będzie dla nas prawem.

"ASTRA" *

* Zofia Psarska

Opublikowano

LEŚNA BAJKA

W wieczór świętego DWÓJ - PIERWSZEGO
srebrzył polanę księżyc blady;
w rytmie walczyka świerszczowego
tańczyły RAZ - DWA - CZWARTE, driady.

Gdy bór zaczynał tonąć w mroku,
one przybyły na TRÓJ - CZWARTE:
nimfy z gajów i znad potoków,
znane nam z baśni, z książki kartek.

Chyliły głowy nad kwiatami,
albo w górę spojrzenia słały;
RAZ księżyc, co igrał z chmurkami,
na gwiazdki, co w zenicie drżały.

Ożywił się bór stary, ciemny,
choć TRZECIEGO usypiał już wiatr;
zaszumiały modrzewie, dęby -
i poniosło echo bajkę w świat ...

* * *

Zebrałam z szumu wiatru słowa,
ułożyłam DRUGA szaradę;
w myśl CAŁOŚCI jestem gotowa,
by iść do lasu na ... śniadanie!


"INEZ" - Ostrów Wlkp.

Opublikowano

SZARADA

Na TRZECICH - SZÓSTYCH pszczoły siadają gromadą,
słońce CZWÓR - TRZY, a kwiaty SZEŚĆ - SIEDEM uroczo.
Idę dojrzewającym przyglądać się sadom,
których widok wspaniały uśmiecha się oczom.

Mogę PIĘĆ - RAZ - PIĄTYMI tak iść wiejską dróżką,
wdychać ożywcze wonie od lasów płynące,
cieszyć się każdą ważką, motylem i muszką
i wsłuchiwać się w ptasząt stugłosowy koncert.

W pobliżu wiejskie chaty strzechami się złocą,
odgłos OSIEM - CZWARTEGO dobiega od stodół,
nad głową mi bociany skrzydłami łopocą,
a z pasiek dolatuje słodki zapach miodu.

DWA lato, DWA- SIEDEM - ÓSME w słonecznych promieniach,
lato, siejące uśmiech po całej krainie,
które dzieciństwo roślin w dojrzałość zamienia,
póki się w mgłach jesiennych jak sen nie rozpłynie.


"JUNONA"

Opublikowano

SZARADA ANAGRAMOWA*


NA SKRZYDŁACH MARZEŃ

Zachodu ŁUNA już przygasa,
Wśród drzew samotny księżyc stanął -
POD kasztanami wieczór hasa.
Cyt! Śpij, maleńka, przyjdę RANO.

Popłynę Z tobą cichuteńko
Sadem złocisto-szmaragdowym -
Lato nam PODA szczodrą ręką
Pełny KOSZ brzoskwiń bursztynowych.

Niosąc GO ścieżką nad strumykiem,
Gdzie WIR tak śmiesznie pianą miota,
Będziemy kląskać jak słowiki,
Śniąc o miłości i pieszczotach.

To nic , że czasem świat obłudny
Goryczą moje serce POI -
Dla NIEGO szczęściem brzask przecudny
Niezapomnianych oczu twoich.

Milszy nad wszystkie świata pieśni
Serca twojego cichy trzepot -
Ach! Gdyby można kiedyś prześnić
Pierwszej miłości cudny EPOS! ...

Rozwiązanie składa się z czterech wyrazów o poczatkowych literach:
R(9 liter), P(6 liter), S(12 liter), i P(10 liter).
Przy rozwiązywaniu należy brać pod uwagę wyrazy drukowane dużymi literami.

"TOŃKO"

*odmiana szarady pomysłu Władysława Smoły ("TOŃKO"),
wydrukowana po raz pierwszy przez " Rozrywkę" nr 12 z 1935r.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • powiedz mi kim jesteś w zapełnianiu jakiej wyrwy w nadawaniu jakiego sensu trafiłaś tutaj grać w zielone
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...