Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'narkotyki' .
-
Prolog Marihuana, kokaina, LSD, MDMA, opioidy. Narkotyki to twór diabła. Odbiorą ci zdrowie, pieniądze i rodzinę, zanim się obejrzysz. Będziesz wynosić drogocenne rzeczy z domu, by zastawić je w lombardzie, okradać własną matkę z ostatnich dwudziestu złotych, żebrać na ulicy lub sprzedawać swoje ciało. Wszystko, byleby mieć na kolejną działkę. Whitney Houston, Jimi Hendrix, Monroe, Elvis, Rysiek Riedel. A ileż to więcej było zgonów, co stanowić mogą najlepszy dowód na niszczycielską siłę dragów. Ale gdyby nie one, świat mógłby nie poznać wielu znakomitych dzieł. Ileż to genialnych akordów skomponował Keith Richards dla The Rolling Stones, będąc w innym stanie świadomości? Czy Nirvana wspięłaby się na szczyt, gdyby nie heroinowy nałóg Cobaina? Witkacy, Tamara Łempicka, Picasso, John Lennon; można by przedłużać tę listę i przedłużać, a końca nie byłoby widać. Wszyscy oni tworzyli po paleniu, wciąganiu, wstrzykiwaniu. Poszerzali swoje spojrzenia. Widzieli i słyszeli rzeczy niedostępne dla trzeźwego, przytomnego człowieka. Znali wszystkie zalety narkotyków. Wykorzystali je, by tworzyć dzieła znane do dziś całemu światu. Wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko znać umiar, mówiła do siebie Agnes za każdym razem, kiedy kolejna kreska znajdowała swój koniec w jej nosie. Przekonywała się, że wtedy może najwięcej, nic nie musi, nie potrzebuje nikogo. Akt pierwszy Siew I Prąd - Wysiadaj. No już! - Nigdzie nie idę, pada. - No idź! Dorota wciska towarzyszce w rękę banknot pięćdziesięciozłotowy. Ciężkie krople deszczu bębnią o szyby. Taksówkarz spogląda na nie w tafli wewnętrznego lusterka. Niecierpliwi się. - Dlaczego ja? To ty chciałaś tu przyjechać! – zauważa Agnes, chociaż jej prawa dłoń wędruje już w kierunku klamki. - Proszę, możesz pójść ty? – powtarza Dorota. Proszę - to słowo, któremu Agnes najtrudniej jest się sprzeciwić. Dziewczyna wzdycha. - No dobra. Wygrałaś – nie czeka na odpowiedź nowej koleżanki. Wysiada z taksówki i biegnie. Zielono-czerwony neonowy szyld supermarketu nie oświetla ulicy z taką dokładnością, jaką chciałoby się od niego wymagać. Cały parking skrył się w ciemnościach. Agnes wytęża wzrok. Bez okularów niedowidzi jak staruszka. Powinna zacząć je w końcu nosić. Chociażby w domu, żeby nie pogłębiać wady. Oko wychwytuje ruch. Pod murem. Ktoś idzie w jej stronę. Wysoki. Prawie dwa metry. W kapturze. Szczupły i wyprostowany. Z rękami w kieszeniach. Na jego twarz pada cień. Jej serce zaczyna bić szybciej; oddech jakby ktoś położył cegłę na klatkę piersiową. Dłonie robią się mokre, nie od deszczu. Przekłada banknot za plecami z ręki do ręki, by nie zamókł. Mężczyzna zatrzymuje się kilka kroków od niej. Krótkie „cześć” na przywitanie. Wygląda jak ktoś, kto mógłby zrobić jej krzywdę, jak ci wszyscy obleśni faceci, którzy gwiżdżą za nią na ulicy lub krzyczą niesmaczne, wątpliwej wartości komplementy z odsuniętych szyb samochodów. Wymieniają się tym, co trzymają. Przez krótszą niż mrugnięcie oka chwilę ich palce stykają się ze sobą. Prąd przechodzi przez nią aż do łokcia. - Dzięki. Na razie. – rzuca na odchodne i prawie truchtem wraca do taksówki. Facet chyba coś jeszcze do niej mówi, a może to wiatr szepcze coś do deszczu, który z nagła zaczyna padać mocniej. Agnes nie odwraca się. Trzaska drzwiami. Taksówkarz stuka w nerwach palcami o kierownicę. Liczby na liczniku rosną. - Pod Carrefour – prosi Dorota. Silnik się odpala. Ruszają. Taksówka, opel astra z klockami hamulcowymi do wymiany i prawie łysymi oponami parkuje pod supermarketem. Płacą blisko pięć dych za dziesięć kilometrów. Biegną do łazienki. Przepychają się w drzwiach. Ściskają się w kabinie, zamykają drzwi na klucz. Jest im ciasno. Obie są przysadziste, szerokie w ramionach. Agnes wyjmuje z kieszeni woreczek z białymi kamykami. Przez całą drogę memlała go w palcach, aby przypadkiem nie wypadł. W portfelu znajduje kartę bankomatową i banknot. Trochę wzdryga się na myśl, w ilu to nozdrzach musiał być rulon z tej właśnie dwudziestki. Przynajmniej nie dycha. Nie będzie biedy. Dorota kruszy kryształy na proch, Agnes zwija dwadzieścia złotych. Pierwsza kreska znika w no sie Doroty, drugą wciąga Agnes. Piecze w zatokach. Uciska w głowie, jakby założyła za ciasną czapkę. Gorzki posmak w gardle, zgaga. Tachykardia. Nie ma żadnej błogości, tylko strach przed zawałem. Czeka dwie minuty. Próbuje patrzeć w jeden punkt, lecz oczy same zmieniają swoje położenie. Szczęki się zaciskają. Ale nie umiera. Jest dobrze, ciśnienie w normie. I nagle cały świat pozostaje gdzieś w tyle, codzienność przestaje istnieć. Liczy się tylko ten stan. Wychodzą przed sklep. Lodowate krople siekają ich twarze, ostrza maleńkich noży. Co dalej?, pytają się siebie równocześnie. Nie mają żadnego planu. Dorota wyciąga telefon, przegląda kontakty. Wybiera jakiś numer. - Halo, Daniel? Gdzie jesteś? Masz czas? A możesz przyjechać do Ciernic? - Idź w moją stronę - słychać z drugiej strony słuchawki. - Co ty na to? – zwraca się do niej Dorota. Agnes sprawdza godzinę. Dwudziesta pierwsza. Noc jeszcze młoda. - Jasne. Możemy iść. – wzrusza ramionami. Ma mnóstwo energii. Ale jest jej zimno. Cienka bluzeczka i sztuczne futro. Na dworze minus dwa i nieprzerwana ulewa. Karol mieszka w pobliżu. Poprosi go o bluzę. Na pewno nie odmówi. Pisze sms. Zaraz dostaje odpowiedź. - Zimno mi. Muszę wziąć bluzę od Karola – oznajmia Dorocie. - Mieszka przy basenie, nie? – Agnes kiwa głową. – To chodź, i tak mamy po drodze. Poznały się dwie godziny temu dzięki wspólnej znajomej. Z Dorotą od razu złapały kontakt. Dzieliły się wiśniówką, piły z gwinta we trzy, z Amelią. Po trzech łykach zniknęła połowa flaszki. Pojechały do wsi obok, do faceta, którego Amelia nazywała „kumplem”. Pili wódkę, brali amfetaminę. Marcel – ten „kumpel” – szczerząc po prostacku brakujące uzębienie, twierdził że to kokaina. Dziewczyny popatrzyły wtedy po sobie, starały się nie zaśmiać. Śmierdziało jak zwykła fuga. Agnes bawiła się ze szczeniakiem nazwanym Krówką ze względu na jego sierść w biało-czarne łaty. Siedziała blisko Doroty, żeby nie musiała przekrzykiwać wulgarnego rapu puszczonego przez Marcela na laptopie. Kiedy wódka się skończyła, Agnes z Dorotą zgłosiły się na ochotniczki, by pójść do sklepu. Wyszły z domu Marcela, wsiadły w taksę i już nie wróciły. Nic o sobie nie wiedziały, nie poznały nawet swoich nazwisk. Ale to właśnie spontaniczność, adrenalina nadają życiu smak. Karol czeka już pod klatką. Zabawnie wygląda, stojąc na deszczu w szortach i klapkach, trzęsąc się z zimna i paląc pośpiesznie papierosa. Witają się z Agnes. Podaje jej bluzę. Paskudną. Szarą, z praską mająca zapewne prezentować graffiti. Agnes podaje Dorocie torbę i zarzuca bluzę na siebie. To nic, że brzydka. Jest ciemno, nikt nie zwróci na nią uwagi. Skupia się na tym, żeby stać spokojnie, choć jej ciało chce być ciągle w ruchu, nie wie czy patrzeć na Karola, czy na Dorotę; pilnuje się, żeby nie zaciskać zębów. - Co będziecie robić? – pyta Karol. - Zapalimy szluga na skwerku – Agnes podpala fajkę, podaje paczkę Dorocie – Potem idziemy do domu. - Dorota, nie dawaj jej tylko nic do ćpania – gdy chłopak wyrzuca peta, jego dłoń na moment układa się tak, jakby chciał pogrozić im palcem. Agnes mimowolnie przewraca oczami, słysząc jego pretensjonalny ton. Słucha go od ponad roku; nie czuje do Karola już nic. Nic, prócz niechęci i braku szacunku. Zastanawia się, czy istniało między nimi kiedykolwiek prawdziwe uczucie. Stwierdza, że nie. - Ja i ćpanie? Człowieku, co ty gadasz? - Dorota stuka się palcem w czoło. Koleżanki spoglądają na siebie dyskretnie. Tak łatwo go oszukać. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że już teraz są pod wpływem. Albo to kłamstwa, które wypływają z łatwością z ich ust są tak autentyczne. Agnes nie czuje wobec swojego – niebawem byłego, przechodzi jej przez myśl – chłopaka żadnych wyrzutów sumienia. - Dlaczego mówisz o mnie w trzeciej osobie? – pyta - Może powiedz to mnie, a nie jej? - Sorry – kłopocze się Karol. Nietrudno to zauważyć. Przeczesuje wtedy raz po raz włosy. Kolejny przewrót gałek ocznych. Dla Agnes „sorry” nie ma żadnego znaczenia. Dlaczego nie może powiedzieć po polsku „przepraszam”? Czy przyznanie się do drobnego błędu jest tak trudne? - Dobra. Nic się nie stało. Do jutra – muska ustami policzek Karola. - Cześć. Już nie jest jej zimno. Deszcz nie przeszkadza. Pędzą z Dorotą po poboczach. Na obrzeżach miasta nie ma chodników. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak szybko idą. Daniel się nie zbliża, ani nie dzwoni. Na każde „halo?” mówione przez Dorotę do telefonu odpowiada poczta. Mimo to upiera się, aby szły dalej na jego wieś. Rozmawiają, by zabić czas. Mówi głównie Dorota, Agnes tylko pyta. Po pół godzinie wie o nowej znajomej prawie wszystko. Dorota wyznaje, że chłopak, z którym mają się spotkać był jej partnerem, a ich związek burzliwy jak holenderskie morze. Opowiada o tłukących się talerzach, wrzaskach i skargach sąsiadów. O niezdrowej zazdrości, ciągłym rozstawaniu i wracaniu do siebie. Agnes w duszy przysięga sobie, że nigdy nie pozwoli sobie zamknąć się w takiej relacji, nienawidząc i kochając równocześnie. Przed Dorotą i Agnes pojawia się wioska. Przejście trzech kilometrów zabrało im czterdzieści minut. Agnes sprawdza telefon. Dwudziesta druga. Daniela ani śladu. - Wystawił nas – stwierdza Agnes, nie kryjąc złości. Przeczuwała to już wtedy, gdy zmuszone były iść przemoczone nieoświetlonym poboczem drogi, na której kierowcy nierzadko testowali wytrzymałość swoich samochodów. - Na pewno nie. Ma tendencje do spóźniania się – mówi Dorota – Pewnie pali jakiegoś blanta albo coś. Siadają na altanie przy placu zabaw. We wsi jest cicho i ciemno. Na ławce przy jednym ze stolików leży nieprzytomny facet. Puste puszki po piwach, na wpół wypełniona flaszka gorzały. Dorota sprawdza, czy oddycha. Po prostu się spił. Nie zważają więcej na jego obecność. Palą się tylko lampy oświetlające asfalt. Gmina oszczędza energię elektryczną. Faza zaczyna schodzić, a nie będąc w ruchu dziewczyny marzną. Może to czas na kolejnego pasa. - Walimy coś? – sugeruje Agnes. Podciąga kolana pod brodę wierząc, że będzie jej cieplej. - Trzeba się podzielić z Danielem – Dorota patrzy w telefon. Przegląda jakąś stronę internetową. Agnes wzdycha i macha ręką. W pojemnej torbie znajduje bletki - zawsze schowane w bocznej kieszeni, by nie musieć tracić czasu na przekopywanie się przez masę niepotrzebnych i zapomnianych rzeczy – i srebrny pakiet. W powietrzu roznosi się intensywny słodko-ziemisty zapach, nielubiany przez niektórych, a jej ulubiony. - Przyświeć mi – mówi do Doroty. Ta włącza latarkę. Agnes kruszy w palcach zielone topy, delektuje się ich wonią. Trichomy lepią się do palców. Przydałby się młynek. Wysypuje tytoń z papierosa, miesza go z marihuaną. Wrzuca wszystko do bletki. Wysypuje się. Dwa razy. Nie może opanować drżenia rąk. Podmuchy wiatru też nie niosą pomocy. - Kurwa. – mówi i wtedy wreszcie udaje się jej zrolować jointa. - Do trzech razy sztuka – śmieje się Dorota. Agnes odpala skręta. Zaciąga się trzy razy i podaje go przyjaciółce. Teraz jest jej jeszcze zimniej, lecz mięśnie nie spinają się już. Powieki opadają. Praca serca zwalnia. Nareszcie może wziąć pełny oddech. - Co z tobą i Karolem? – pyta nagle Dorota. - To znaczy? – Agnes przycisza się, ogarnia ją spokój. - Dziwnie się zachowujecie… - Dorota przerywa, by kaszlnąć kilka razy. Oddaje jointa koleżance – Nie jak… para. - Bo przestaję go kochać. Nie mamy ze sobą wiele wspólnych tematów… To dobry chłopak, potrzebuje pomocy. Ktoś musi go poprowadzić przez życie i to nie będę ja. Potrzebuję, żeby czasem ktoś mógł poprowadzić mnie. Telefon w kieszeni Agnes zaczyna dzwonić. Mama. Odbiera. - Kiedy wracasz? – pada pytanie. Bez żadnego przywitania. Ani me, ani be, ani “pocałuj mnie w dupę”. - Jestem na mieście. Będę za pół godziny. - Agnes, w którym miejscu jesteś? Wiesz, która jest godzina? Żadna panna w twoim wieku się tak nie zachowuje! Dziewczyna, zagryzając zęby słucha rwącego potoku słów. Stara się nic nie powiedzieć. Jeśli się odezwie, zacznie kląć. Maksymalnie przycisza połączenie, żeby nie robić sobie więcej wstydu przed Dorotą. - Dobra. Niedługo wrócę. Na razie – wykorzystuje okazję, kiedy mama zamyka się na moment, by złapać oddech na dalsze mówienie. Rozłącza się. Łapie jeszcze dwa buchy. - Kurwa mać. Nie dawaj sobie tak wchodzić na głowę. Daj mi zajarać – Dorota zabiera skręta zapatrzonej w telefon koleżance – Jesteś pełnoletnia. Masz prawo wyjść na wieczór. Musisz się czasem się zbuntować, bo matka będzie cię trzymać w domu do sześćdziesiątki. Agnes nie odpowiada. Dorota ma rację, a ona może tylko westchnąć i machnąć ręką, maskując swój wstyd, a w duszy ciesząc się, że w ciemności nie widać poczerwieniałych lic. Joint wypala się powoli. Zerkają co jakiś czas na pochrapującego pijaczynę. Przekręca się na bok, mruczy coś pod nosem. Takich ludzi można tylko żałować i patrząc na nich przysięgać, że się tak nie skończy. Dzwoni telefon. Tym razem Doroty. - Gdzie jesteś? – pyta głos po drugiej stronie połączenia. - Na altanie – mówi Dorota. - Przyjadę za pięć minut. Koniec połączenia. - Odwieziecie mnie do domu? – Agnes dopala końcówkę jointa i wyrzuca ustnik w błoto. - Jasne, że tak. Wychodzą na ulicę. Po chwili podjeżdża dwudziestoletnie bmw. Chłopak za kierownicą wygląda na nie więcej niż piętnaście lat. Dorota mówiła, że ma dwadzieścia dwa. Agnes siada z tyłu. - Daniel, Agnes. Agnes, Daniel – przedstawia ich sobie Dorota. - Siema. – przybijają sobie żółwika. Daniel odpala silnik. Wykręca. Mieli wracać do miasta. Jadą w przeciwną stronę. Matka znowu dzwoni. - Nie odbieraj. – mówi Dorota Agnes nie słucha. - Niedługo będę – mówi do słuchawki. Mama chce zacząć krzyczeć, ale dziewczyna kończy połączenie. Wypuszcza głośno powietrze. Beemka zatrzymuje się na nieoświetlonej polnej drodze, za kościołem. Zaczyna się denerwować. Wyobraża sobie czekającego w progu ojca i zmierzającą w jej kierunku otwartą dłoń. Patrzy w telefon na smsy od mamy. Pisze w kółko to samo, używając tylko innych słów. - Podaj mi temat – mówi Dorota. Sięga ręką na tylne siedzenie. Agnes podaje jej woreczek z kryształem i włącza światło. Daniel kręci jointa. Dorota sypie ścieżkę na ekranie telefonu. Wymieniają się. Zamiast zwinąć banknot, używa metalowej rurki. Wciąga. Pochyla głowę do tyłu. Wydziera się. - Ja pierdolę, to się nazywa mocny towar! - Nie denerwuj się – mówi Dorota do Agnes. Podaje jej skręta. - Ale ja się nie denerwuję. - To widać, stara. Agnes zaciąga się cztery razy, nie trzy; wbrew niezapisanej zasadzie, przez tak wiele osób przestrzeganej. Chce przekazać kolejkę Danielowi. - Nie chcę – mówi chłopak i rozkłada się na siedzeniu. Blant wędruje do Doroty – Zaraz cię odwieziemy. Przekręca kluczyk w stacyjce. Potrzeba paru prób, aby silnik odpalił. Agnes ochładza czoło na szybie. Jadą szybko. Zdecydowanie zbyt szybko. Nigdy nie ufała ludziom za kierownicą. Zwłaszcza naćpanym. Wbija stopy w podłogę, jak gdyby miało to wspomóc kontrolowanie trasy. Mimo jej obaw, docierają pod kamienicę w jednym kawałku. - Dzięki za podwózkę. – Agnes kładzie torbę na kolanach. Otwiera drzwi. Dorota rzuca jej woreczek z resztkami ćpania. - Gdybyś źle się czuła – puszcza oczko. - Dzięki. – Agnes wysiada z samochodu. Wchodzi do mieszkania. Pies zaczyna szczekać, jak tylko słyszy przekręcający się zamek. Ojciec się budzi. Mama czeka w korytarzu ze skrzyżowanymi ramionami. - Co ty sobie myślisz? Jest jedenasta godzina! Jak możesz się tak zachowywać?! – wymachuje rękami. Ma szeroko otwarte oczy, a w nich amok. Wertuje każdy milimetr twarzy córki. - Wcale nie jest późno. Odpuść. Agnes unika kontaktu wzrokowego. Wymija matkę. Przechodzi przez salon, do swojego pokoju. Spogląda na łóżko, na ojca, który przekręca się na drugi bok. Zamyka się u siebie. Wiadomość od Doroty. Wysłała zrzut ekranu rozmowy z jakimś facetem. Agnes otwiera zdjęcie i czyta: Ej, jak się nazywała ta dziewucha, którą do mnie wysłałaś? Krzywi się. „Dziewucha”. Obelżywe. Dorota pisze: Wpadłaś w oko Arturowi. Mogę mu napisać jak się nazywasz? Nie wzrusza jej to przypuszczenie. Nie jest pierwszym i nie będzie ostatnim, któremu wpadnie w oko. Chłopcy adorowali ją, od kiedy skończyła czternaście lat. Każdego dnia słyszy komplementy. Jej skrzynka odbiorcza pęka w szwach. Zainteresowanie jej wyglądem nie podnosi jej poczucia wartości. Odpisuje: Jasne, niech pisze. Zero powściągliwości. Nie rozumie, czemu się zgodziła. Dlaczego, miałaby rozmawiać z człowiekiem, który przeraził ją od pierwszego spojrzenia? To chyba ciekawość; zawsze przeważa nad jej racjonalnym myśleniem. Dostaje zaproszenie z fałszywego konta kogoś, kto nazywał się “Sebkiem”. Akceptuje zaproszenie. Czeka kilka minut. Nikt nic nie pisze. W końcu wzrusza ramionami i odkłada telefon.
-
nastawienie szacunek - postawa charakter ona - ja wyglad plaszcz zapiety po sama szyje spekulacja nacpana?
- 9 odpowiedzi
-
5
-
- postmodernizm
- awangarda
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Syczuański pieprz Sączę przez palce Beznadziei I tęsknię Za Tobą Pisk z tyłu A paznokcie Cisza Kropla Ja jej chcę Dreszcz Pożytki z nieprzyjemności Po co tu? Naprzód. Żel Wdziera się pod paznokcie spokoju Ból Pod paznokciem Pies Człowiek Śmiech zazdrość Naprzód Smoła Intelektualistą Cichy Tak Cichy bądź Swędzi Paznokieć - ulga Opium I spokój
- 2 odpowiedzi
-
- szaleństwo
- emocje
-
(i 12 więcej)
Oznaczone tagami:
-
y/n: ayo tajemniczy diler: ayo + y/n: masz towar? tajemniczy diler: zawsze y/n: wyślij zdjęcie wtedy byczku ... y/n: gdzie mój towar tajemniczy diler: daj moment, trzeba wyjąć y/n: ayo byczq nie mam całego dnia tajemniczy diler: *wyciąga prochy* y/n: trzymaj hajs tajemniczy diler: *zauważa, że to tylko połowa należnych pieniędzy* tajemniczy diler: a reszta? y/n: *próbuje odejść* tajemniczy diler: *o_O* STÓJ y/n: MAKE ME tajemniczy diler: *🔫* y/n: *🔫* tajemniczy diler: *pisses* y/n: dostaniesz resztę, kiedy uwolnisz zakładników tajemniczy diler: chyba w snach y/n: *bites their lip* tajemniczy diler: *comes closer* y/n: nie zmuszaj mnie do wezwania policji *licks tajemniczy diler's eyeball* tajemniczy diler: zabiorą nas obu *o_O* y/n: *moans* tajemniczy diler: *touches your a$$* y/n: *moans louder* tajemniczy diler: yuh *bites his lip* y/n: *szepcze tajemniczemu dilerowi w ucho* a ty co ariana grande? tajemniczy diler: *zrywa strój i ujawnia się ariana grande* y/n: *cvms immediately* tajemniczy diler: *hitting high notes* y/n: *odrywa się od dilera* tajemniczy diler: *o_O* DID I DO SOMETHING WRONG? *o_O* y/n: I can't do this... *runs off* loki: you little shit y/n: LOKI! TO TY JESTEŚ DILEREM? CHYBA ZMIENIŁ- loki: *przerywa y/n* HAHAHAHAHAHAHAHAHA za późno, już dokonałxś decyzji y/n: loki?... loki: nie. *protestuje* y/n: b-b-b-b-b-but I thought you died- loki: that's what ur mum thinks too y/n: how could u do this to me? loki: I had to... y/n: why would you say that?... loki: I fucked ur mum. y/n: you know my train died in a mum accident... loki: *o_O* y/n: you're not the loki I knew y/n: not anymore... loki: ur mum died because of my train y/n: ur wagon aye *:PPP* loki: you never knew the real me... y/n: no. but he did. thor: LOKI! BROTHA! loki: THOR thor: I know you're adopted but you could at least not follow the stereotype and not end up being the embarrassment of the family loki: who even are you thor: thor loki: thor thor: your brotha loki: my brotha thor: how could you fucked this poor girl's motha loki: why not *o_O* loki: better than fucking ur mum loki: she was so tight *o_O* thor: I know u had mommy issues since our mom was killed by dark elves but god damn you didn't have to fuck every middle aged woman u saw thor: ...was she wet tho? loki: as always. wanna try? thor: brotha stop. loki: why? I never stop first + thor: stop touching my neck, u know that's my sweet spot loki: ik, come on thor: and not in public u know that makes me uncomfortable... loki: we can go somewhere... where no one will see us... yk harry potter: *wlatuje na hardodziobie* loki: wth. what are you doing here. leave us alone. we need privacy. y/n: loki leave him alone loki: I will never leave him alone. why would I do that? y/n: BECAUSE HE'S MY BOYFRIEND loki: WHAT THE HELL? this is so fucked up y/n: *do harry'ego* loki fucked my mum loki: THOR WHEN WILL YOU TELL EM WE FUCKED? I FUCKED EVERYONE IN THIS TOWN- harry potter: AVADA KEDAVRA *zabija lokiego* loki: and I will fuck the whole world... *dies* y/n: hey thor, harry wanna go to paris together? thor: yknow we don't even have to book 3 rooms, not even 3 beds, we can share 1 bed... harry potter: sharing is caring y/n: we don't even need a bed, we won't sleep anyways ( ͡° ͜ʖ ͡°) thor: ikr, floor is good enough y/n: back of a car is also amazing thor: yknow, if there's a public restroom... y/n: or a cementery... thor: or a changing room... thor: or a roller-coaster harry potter: damn. adrenaline would be hitting HARD y/n: a kebap place... *PRZESKOK W CZASIE* y/n: ah yes keep that kebap right there... that's where it's supposed to go... you're supposed to eat it harry. idc if u don't like it. don't u dare spit it out. thor: yeah come on harry + y/n: yeah come ( ͡° ͜ʖ ͡°) harry thor: it's not that HARD harry y/n: would you prefer thor's kebap harry? ( ͡° ͜ʖ ͡°) thor: yeah harry come on... faster... or not ig it's the age gap that makes it so uncomfortable y/n: maybe it's another type of a gap ( ͡° ͜ʖ ͡°) *KONIEC*
-
Każdego ranka, oczekując na przyspieszony serwis do dworca centralnego, obserwowałem dwójkę ochroniarzy stojących na przeciwległym peronie: jeden był niski, brzuchaty i łysy; drugi wysoki i mocno wysuszony, za to z bujną czupryną. Nie znałem ich imion, ani żadnych innych szczegółów, więc pozwoliłem wyobraźni stworzyć ich postacie na podobieństwo tego, co widziałem, tak jak na blogu ludzie wymyślają szablony, widżety i motywy. Zapamiętałem ich jako Gus i Harry, lecz gdyby komuś te imiona nie pasowały, mogę z chęcią je zmienić. Gus był nieśmiały i nadrabiał ten niedostatek nadmierną gadatliwością. Jednak Harry nigdy na to nie narzekał, jako że sam był małomówny, chociaż z zupełnie innego powodu. — Zróbmy tak: Pójdziemy schodami na dwójkę, bo jedynka cała zawalona trzodą. Od strony miasta, bo tam jest teraz trochę słońca. Dopijemy kawę, pogadamy, a później przejdziemy na drugi koniec peronu. OK? — Yup. — Nie lubię tu wystawać, bo może nas ktoś zaczepić, zapytać o pociąg… Poza tym jest mi tu zimno, a nie chcę się przeziębić. — Yup. Gus i Harry przeszli bez pośpiechu na wschodni koniec peronu numer 2. Faktycznie, o tej porze ten peron był pusty, bo obsługiwał pociągi jadące w kierunku Gór Błękitnych, dokąd jechać w poniedziałkowy poranek nikomu nie wypadało. Po południu role peronów się odwrócą i nietrudno odgadnąć, na którym peronie nasi bohaterowie będą dopijać kawę. — Harry, czy słyszałeś o tym nowym rozporządzeniu? — Nope. — Jakiś baran w dyrekcji wpadł na idiotyczny pomysł, żeby w przerwach między komunikatami puszczać muzykę. Harry nie zareagował, wobec tego Gus odczekał chwilę, żeby dać mu czas na przetrawienie tej nowiny. — A może ty myślisz, że to jednak jest dobry pomysł? — Nope. — No, ja też myślę, że ten pomysł jest kompletnie poroniony. Ale tam w zarządzie nie mają pojęcia jak to jest dwanaście godzin chodzić po stacji i wysłuchiwać na okrągło tych samych komunikatów. Czy człowiek nie może mieć w pracy odrobiny spokoju? Harry nic nie odpowiedział, tylko mruknął coś pod nosem. — Zresztą, żeby puszczali muzykę dla ucha, jak 2DayFm albo MIX106.5, to niech im będzie, ale ABC Classic? Przecież tego nie da się słuchać! Mam rację? — Yup. — Najzabawniejsze jest to, że nawet ci w dyrekcji nie słuchają ABC Classic. Nikt tego nie słucha. Gdyby nie rządowe dotacje, to tę stację dawno już by zamknięto. Nie lubią, a jednak będą puszczać! A czy wiesz dlaczego, Harry? — Nope. — Ja też nie wiedziałem, nawet w tym rozporządzeniu nie ma na ten temat jednej wzmianki. Na szczęście mam znajomego w zarządzie, który mi wszystko wyłożył, czarne na białym. Powiedzieć ci? — Yup. — Otóż słuchaj, Harry… — Gus przerwał na moment, nie mogąc znaleźć właściwych słów. — Nie wypada mówić źle o miejscu, w którym pracujesz, ale choćby nie wiem ile cukru nasypać, to i tak nie osłodzimy cierpkiej prawdy, że ten dworzec, shopping mall i całe Blacktown to jest jedna wstrętna, zasrana dziura. Gus stanął niespodziewanie, spojrzał w dół na tory, jakby miał zamiar splunąć, po czym złapał Harry'ego za ramię. — Pamiętasz jak w zeszłym tygodniu obrobili sklep Deli, ten który prowadzi jeden Syngalez ze Sri Lanki? Jak oni ten sklep zwą… No wiesz, ten za parkingiem, koło pośredniaka? Harry potakująco kiwnął głową. — Dwóch gówniarzy, uzbrojeni, w biały dzień. A o tej kobiecie, która wychodziła z shoppingu i jakiś typek w kominiarce zagroził nożem, słyszałeś? — Yup. — Wiesz co powiedzieli jej później na policji? — Nope. — Powiedzieli, że nie powinna stawiać oporu. Powinna oddać torebkę, to wziąłby pieniądze, ale ją zostawił w spokoju. A tak wylądowała w szpitalu. Myślisz, że dobrze zrobiła? Harry znowu wymamrotał coś pod nosem, co trudno było uznać za jednoznaczną odpowiedź. — Masz rację, Harry: źle zrobiła. Ale z drugiej strony pomyśl tylko — gdyby tak żaden człowiek nie stawiał oporu, to taki zakapior mógłby molestować kogo zechce zupełnie bezkarnie: „Oddaj pieniądze, to ci nie poderżnę gardła”. Harry najwyraźniej nie był zainteresowany tymi wywodami. Jego uwagę przyciągnął mały ptaszek, który przycupnął na przewodzie sieci trakcyjnej nad torem. Przewód wciąż dygotał, bo przed chwilą przejechał tamtędy pociąg elektryczny. „Jak to jest, że prąd go nie poraził” — usiłował rozwiązać zagadkę Harry. Widząc zamyślenie na twarzy kolegi, Gus zwlekał przez moment, po czym rzekł cicho: — Wiem o czym myślisz, Harry: od takich spraw jest policja. I masz rację. Zawsze wiedziałem, że niegłupi z ciebie gość. Ale powiedz Harry, kiedy ostatni raz widziałeś policję na stacji w Blacktown? Harry nie wydał żadnego dźwięku, zahipnotyzowany widokiem malutkiego stworzenia, ocierającego dziobek o miedziany drut, jakby to była gałązka, z której można uwić sobie gniazdko. Gus odsapnął, nabrał powietrza i dokończył: — Tak… Byłaby policja, nie mielibyśmy głupich rozporządzeń. A tak tylko podejrzany element gromadzi się na dworcu. Teraz to za wcześnie, ale podczas nocnej zmiany, sam wiesz czego tu pełno: kompociarzy i bezdomnych kotów! Ale pójdźmy stanąć koło windy, bo mi to zimno już odeszło, a teraz słońce pali jak na patelni, choć dopiero dziewiąta. To jest jedyna rzecz, jaką lubię w Blacktown: słońce co wschodzi szybko i grzeje tak mocno, nawet zimą! Na każdy peron prowadziły dwa zejścia schodami i dwie windy, po jednej z każdej strony budynku, rozkraczonego nad torowiskiem. Ostatni peron usytuowany był nieco dalej, ponieważ obsługiwał linię lokalną, biegnącą skośnie do torów głównych. Z lotu ptaka układ dworca przypominał kształtem literę V. Strona przylegająca do Westfield shopping mall była nieco lepiej zagospodarowana: tam znajdowała się biblioteka publiczna, a także urząd rady dzielnicowej. Część przeciwległa miała luźniejszą zabudowę, obejmującą obszerny parking, oraz szereg niskich budynków pełniących funkcje handlowo-administracyjne. Miejsce to było pozbawione jakiegokolwiek uroku — nic, tylko węzeł komunikacyjny, gdzie ludzie dojeżdżający do pracy przesiadali się z pociągu na autobus lub transport prywatny. Było już po dziesiątej i szpaler ludzi stojących ramię przy ramieniu na peronie 1 został niemal całkowicie wchłonięty przez nowoczesne, piętrowe zestawy Tangara i Waratah, oraz wysłużone składy typu K i C z lat 80-tych. Jednocześnie napływali na peron 2 podróżni wracający z centrum aglomeracji. Dla Gusa był to sygnał do przejścia na antresolę, żeby się czegoś napić i przekąsić. Miejsce to stanowiło znakomity punkt obserwacyjny z widokiem na całą okolicę. O tej godzinie nie zastali w sklepie wielu kupujących. „Najgorsze mamy już za sobą” — odetchnął Gus. „Ci, którzy będą wracać po południu, nie zaglądają tu, tylko pędzą prosto do domu”. Zamówił fantę i podwójną porcję placka nadziewanego mięsem z mikrofalówki; Harry poprosił o butelkę niegazowanej wody mineralnej, a do tego nieduży kawałek tortu z marchewki. Jedli i popijali przez chwilę w milczeniu, aż Gus chrząknął z lekkim zniecierpliwieniem i rzekł: — Sam widzisz, że w takiej sytuacji nie ma innego wyjścia. Policja, która powinna chronić obywateli przed elementem, woli marnować czas na zabawę z panienkami. Zresztą, ja im się nie dziwię, a ty? — Nope. — A teraz przypomnij sobie: Ilu czarnych widziałeś na peronie dziś rano, wtedy kiedy jest największy tłok? Dwóch, trzech… Powiedzmy, że nie było więcej niż pięciu, zgadza się? — Yup. — No to popatrz, ilu ich jest teraz… — i Gus wskazał ręką w kierunku ulicy ciągnącej się wzdłuż dworca i sklepów pod arkadami. — Jeszcze nie ma przerwy na lunch, a oni tam wysiadują od kilku godzin. Niedługo pół Sudanu tutaj sprowadzą, na koszt podatnika oczywiście. Nie jestem rasistą, ale uważam, że asfalt powinien leżeć na swoim miejscu. A ty jak się na to zapatrujesz? Harry zapatrywał się jedynie w okruszki po marchewkowym torcie, rozsypane na papierowej tacce. Pomyślał, że dla tej ptaszyny siedzącej na drucie, jeden taki okruszek byłby jak cały torcik. Z tych rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu imitujący jęki kobiety w orgazmie. Gus wyprostował się i wyciągnął z kieszeni komórkę. — Tak, rozumiem… Zaraz tam będziemy. Harry wstawaj, problem na postoju taksówek. Jakiś fagas odmawia należności za kurs, śpieszmy się. Ruszyli szybkim krokiem w kierunku ruchomych schodów, łączących dworcową halę z shoppingiem: Gus przodem, Harry nieco za nim. Rzecz jasna w tym czasie byłem już od kilku godzin w biurze, a dokładnie na spacerze po drugim śniadaniu i nie mogłem wiedzieć co robią moi bohaterowie, lecz wyobraźnia nie zna granic: maluje obrazy, dopisuje skrypt, niezależnie od miejsca i pory dnia. Czasem jednak obraz staje się mglisty i rozmazany, pozbawiony konturów. Tak jak w sztuce, nie wszystko co piękne da się wymalować, tak w opowiadaniu, nie można wyrazić całej prawdy. Luki w treści musi wypełnić sam czytelnik. Gus i Harry zjawili się ponownie w tym samym mniej więcej miejscu, w którym straciłem ich z oczu. Podłogę dworcowej hali ułożono przynajmniej dziewięć metrów powyżej poziomu zatoki z postojem dla taksówek, dlatego schody wznosiły się pod stromym kątem. Patrząc z wnętrza hali, wyglądało to tak, jakby ludzie wjeżdżali stojąc na palecie unoszonej przez niewidzialny dźwig. Gus wjeżdżał pierwszy, Harry nieco z tyłu, ale że był on wyższy o ponad głowę, wpierw ujrzałem rozwichrzoną na wietrze czuprynę, a dopiero potem połyskującą w promieniach słonecznych łysą glacę. Gus, gdy tylko dotknął podłogi, przyspieszył nagle, jakby był czymś bardzo wzburzony. Kontrastowało to z sylwetką Harry'ego, kroczącego powoli na sztywnych nogach, niczym blaszany drwal, któremu zardzewiały stawy. — To niesamowite, Harry! Że też dałeś mu uciec. Już bym go przyskrzynił, a ty stanąłeś mi na drodze. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że jesteś jego wspólnikiem! Przerwał na moment, po czym kontynuował, już spokojniejszym głosem: — A zresztą, może i lepiej, że dał nogę. Mógł mieć kosę. Daleko nie zwieje, policja dopadnie go wkrótce. A zauważyłeś, ile czasu upłynęło zanim nadjechały smerfy, chyba dwadzieścia minut? — Yup. — Ha, a komisariat niecałe dwieście metrów stąd! Powiedz Harry, bałeś się, co? — Yup. — Ja też… no ale czym ja mogę się bronić, kluczami od kibla? Gdyby chociaż dali mi ten taser, wystrzeliłbym mu w dupę elektrodę, żeby go sparaliżowało do końca życia… Doliniarz jebany! Harry słuchał w milczeniu, ale jego uwagę pochłonęło coś zupełnie innego: w oddali, na tle plątaniny rdzawych szyn, zagrzebanych w szarej podsypce, ukazało się czoło pociągu towarowego. Cztery lokomotywy spalinowe, sprzężone w jedną całość, ciągnęły kilkadziesiąt węglarek wypełnionych miałem o wysokiej zawartości antracytu. Był to transport węgla z kopalni w Górach Błękitnych, przeznaczony do załadunku na jeden z masowców w porcie Kembla. Za miesiąc węgiel dotrze do Chin, zostanie spalony w elektrociepłowniach i spowoduje zaćmienie słońca. Gdy pierwsza z lokomotyw zbliżyła się do krawędzi peronu, powietrze rozdarł przeraźliwy dźwięk, a sunące za nią wagony wprawiły cały budynek dworca w rytmiczne kołysanie. Harry liczył wagony, lecz po czterdziestu stracił rachubę, chociaż pociąg jechał z niedużą prędkością. Po lewej stronie toru, przy drugim końcu peronu, sygnalizator pokazywał dwa światła: zielone u góry, bursztynowe nieco niżej. Harry dobrze wiedział co oznacza ten sygnał, dlatego jego myśl pobiegła do skrzydlatego przyjaciela: „Pewnie się przestraszył i odleciał”. W międzyczasie na dwójkę wjechał pociąg, którym zazwyczaj wracałem do domu. Zazwyczaj, bo nigdy nie kończyłem dokładnie o tej samej porze. Czasem pociąg uciekał mi sprzed nosa, innym razem przyjeżdżał opóźniony. O siedzące miejsce zawsze było trudno. Drzwi otwierano automatycznie i strumień ludzkiej masy wypływał na peron. Stamtąd tłum atakował schodami wąskie gardło, zastawione rzędem kasowników i wyłaził na antresolę. Ludzi nagliło do domu na obiad; ich zmęczone twarze wyrażały otępienie od dźwigania ciężaru kolejnego nudnego dnia. Gus i Harry cofnęli się na zaplecze sklepiku z drobiazgami. Stojąc twarzą do przeszklonej ściany, mogli obserwować czerwoną tarczę słońca. Tarcza pęczniała, zniżała z każdą minutą lot, aż dotknęła krawędzią górskich grzbietów, które momentalnie przybrały purpurowy odcień. Obłoki również pociemniały, jakby wchłonęła je czerń nieba. Widok miał w sobie coś magicznego: dokładnie tak samo, kilkadziesiąt tysięcy lat temu, zachód słońca obserwowali Aborygeni. Żadna ilość postępu, ani technologii, nie były w stanie osłabić tego efektu. Gdy tylko słońce znikło nad horyzontem, ulice rozświetliły latarnie. Nad torowiskiem szybko zapadał zmrok; tylko gdzieniegdzie mrugały tajemniczo światełka semaforów. Ostatnim komunikatem była zapowiedź pociągu jadącego na Północne Wybrzeże. Później zapadła cisza, głucha cisza, aż nagle senną atmosferę przerwało brzmienie smyczków: pary skrzypiec, altówki i kontrabasu, grających w doskonałej harmonii. — Co do cholery!? — Gus potrząsnął głową, jakby coś wpadło mu do ucha. — Czy ty też to słyszysz? — Yup — potwierdził Harry. — Tego już za wiele. Uciekajmy na koniec jedynki, jak najdalej od tych przeklętych głośników, to będzie mniej słychać. Przeszli wzdłuż peronu 1, który był teraz nieomal tak pusty co peron 2, kiedy zaczynali pracę. — Masz coś zapalić? — Nope. — Pewnie, skąd byś miał; przecież nigdy nie paliłeś. Ale tak się zdenerwowałem, że już nie wiem, co gadam. Wpierw ten przydupas, teraz to cholerne rzępolenie, jakby mi piłę łańcuchową zapuszczali przy uszach. To jest gorsze niż muzyka w windach. Tamta relaksuje, aż raz nieomal zasnąłem. A te jazgoty? Mam alergię i jeszcze dostanę wysypki. Harry! — Yup? — Będę żądać kompensaty. Dodatku za pracę w szkodliwym dla zdrowia środowisku. Tak jak pirotechnicy, którzy zakładają ładunki wybuchowe i wysadzają skały w kopaniach żelaza. Oni mają za to płacone i są zabezpieczeni. A ten dupek żołędny z zarządu, czy pomyślał o nas? Czy zadbał o jakieś nauszniki, żeby wytłumić ten nieznośny hałas? Muzykę przerwał komunikat, żeby nie pozostawiać bagażu bez opieki, a widząc taki bagaż, nie dotykać go, tylko natychmiast powiadomić obsługę dworca. Następnie miała miejsce krótka zapowiedź pociągu, który właśnie zakończył bieg przy peronie szóstym i uprasza się pasażerów o opuszczenie wagonów, a czekających na peronie, żeby nie zajmowali miejsc, ponieważ za kilka minut pociąg zostanie odstawiony na tory postojowe. Muzyka zabrzmiała ponownie, lecz w wolniejszym tempie na trzy czwarte i nieco smutniejszej tonacji. Po niej nastąpiły dalsze części, na przemian: szybka, wolna, a ostatnia grana w żywiołowym tempie presto. Dla Gusa było to tempo zabójcze. — Słuchaj, Harry. Dobrze byłoby, gdybyś sporządził notatkę, że ta muzyka przeszkadza ci w wykonywaniu pracy. Jest ona źródłem stresu, przez co nie możesz spać i ma to zły wpływ na twoje życie rodzinne — w tym miejscu Gus urwał, bo wiedział, że Harry od dzieciństwa żył samotnie. — Najlepiej załatw sobie raport od psychologa. Znam jednego co ma gabinet niedaleko stąd, to bardzo rezolutny człowiek. Zabukuj u niego wizytę, powiedz, że to ja go polecam, a on już zrobi co trzeba. Dawniej mało miał pacjentów i ledwo wiązał koniec z końcem. Ale od kiedy rząd zaczął pokrywać część kosztów za wizytę, ma forsy jak lodu. Nie płać gotówką, to rachunek wyślemy tym cwelom w zarządzie. To jak, Harry, zrobisz o co cię proszę? — Yup. — Tylko broń boże nie działaj na własną rękę. W pojedynkę nic nie wskórasz, tutaj potrzebna jest akcja klasowa. Od czego są związki zawodowe? A nawet jeśli związki kładą na to lachę, będę pisać do kancelarii samego premiera, bo sprawiedliwość musi być! Głosowałem na niego, to niech teraz stanie w mojej obronie. Ty także poparłeś jego kandydaturę, nie? Harry milczał. — Nie chcesz chyba powiedzieć, że oddałeś głos na tych aferzystów z Labor… Gus zamilkł i dłuższą chwilę przyglądał się koledze, jakby nie był do końca pewien czy rozmawia z właściwą osobą. W końcu kiwnął głową i rzekł: — Tak, Harry. Ja ciebie doskonale rozumiem: masz dobre serce, nikomu nie chcesz sprawić przykrości, ale w życiu nie można być ugodowym! Na takich jak ty żerują oportuniści i karierowicze. Trzeba być twardym, bo w przeciwnym razie nie będą okazywać ci należnego szacunku. Przerwał, żeby pokonać zadyszkę i już bez emocji, dokończył: — No dobra, na dziś wystarczy. Późno jest, więc zróbmy krótki obchód, sprawdźmy czy dworzec stoi na swoim miejscu, czy peronów nam nie ukradli — zaśmiał się. — Ja zacznę od dwójki, ty idź na siódemkę i spotkamy się tam gdzie zawsze, obok tytoniowego, zgoda? — Yup. Rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Siódemka to był najrzadziej uczęszczany peron stacji. Późną porą nadciągały tam trolle z najciemniejszych zaułków miasta. Po piętnastu minutach Gus i Harry spotkali się w wyznaczonym miejscu. — No i co, wszystko w porządku? — Yup. — Widziałeś kogoś na peronie? — Nope. — Obok windy? — Nope. — A do klopa zajrzałeś, sterylny? — Yup. — Był tam ktoś? — Nope. — A pod kładką dla pieszych, tą która prowadzi na przystanek autobusowy, też pusto? — Yup. Gus się zamyślił. — Nic nie rozumiem. Gdzie te degeneraty wstrzykują sobie kopa? Przecież co wieczór zmiatają z siódemki stosy igieł. Na pewno dokładnie sprawdziłeś? — Yup. — Prawdziwa magia. Odkąd tu pracuję, nic podobnego nie miało miejsca. Dworzec czysty jak strefa wolnocłowa na lotnisku. Zabrakło amfy, czy wszyscy uderzyli nagle w kalendarz? Harry powiedz, co się tu dzieje? Harry otworzył usta, nieco szerzej niż zwykle i pierwszy raz w ciągu całego dnia odpowiedział inaczej: — Mozart!
- 12 odpowiedzi
-
8
-
- opowiadnie
- dworzec
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Wzeszło słońce, nadszedł mrok Odwracasz się, oczyma szukając wczoraj… Czekałeś na swoją tęczę obiecaną zanurzyłeś tam głowę, mieszając kolory o, tak… to początek – czas stop! Twój scenariusz już się pisze gwiazdy, nocne królowe rozbłysły jak reflektory słońc jedna wielka scena - bez końca Wodospad twojej duszy chcesz łyknąć jej kryształu powoli ze strachem muskasz kropel co jest dalej? Kosmos Dźwięki jak symfonia jesteś każdą jej nutą tworzysz… ale co? I nadszedł brzask, nastała ciemność przed tobą kraina bólu
-
Ogrom majestatyczności
SzukającyZagubiony opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Im dalej człowiekowi od człowieka Tym bliżej mu człowieka Tym Tym srutu tutu Nie ma róży bez miłości i ognia bez miecza Szerszenia bez osy i szpikulca bez poety p pę pęt pętl pętla pętl pęt pę p Człowiek osie wilkiem, szerszeniowi nawet kuna A tu róża zwykle kolcem golcem cholcem srutu tutu A na górze dym Taki bez miłości Bardzo długa otóż świeca Nad swawolnym jeziorem tęczowego poranku Otaczające wszem wierzby świeżbistością swych gałęzi że i kuna i dym i zazdrość Osy boją się dymu a człowiek róży bez kolców Nie ma dymu bez ula Ul rodzi słonie a słoń kłem białem wabi człowieka a człowiek jakby róża Ognisko na szerszenie gotuje Kuna goni wilka Wilk ucieka przed dymem a człowiek go, z niego, niemu. I jak ćma, jak kłącza tej wierzby ciągnie ku dymowi a dym ze świecy Świeca ku dołowi Srach bach srutu tutu rata tata i bęc i chuj - Hipolit Kwas -
Heptada Arymana; dzisiaj nocą Aka Manah włada. Za cel obiera mnie, jadem zatruwa myśli w mej głowie; smutek i cierpienie, uciekam przed siebie. Kolejna nie przespana noc; sen bez snu, każdy oddech to nie lada trud każda myśl to okrutny ból. Obłęd zawładnął mym umysłem, świat zatracił kolory, każda myśl niczym kamieni pełne wory. Ucieczka w nałogi; za każdym razem osiągam dna ognistej wody i tylko ja znam tego powody. Dym Arymana powoli płuca wypala i mnie co raz bardziej zniewala. A ja się poddaję, mój płomień przygasa, Heptada Arymana; dzisiaj nocą Aka Manah włada...
- 1 odpowiedź
-
1
-
- smutek strach niepewność ból
- smutek
- (i 10 więcej)
-
Boli mnie serce nie wiem dlaczego, pewnie od ćpania cóż to takiego, czyżby mefedron amfetamina? Coś mi to chyba już przypomina..wiem! już wiem!! to.. Kokaina ona mi wszystko przypomi. Lecz działa krutko i później złość, gdy już jej nie ma daje nam w kość, bo rozum wtedy znika i czlowiek przenika... W świat inny nieznany ale jak bardzo lubiany przez ludzi ... Zagubionych przez świata pęd wtedy wychodzi z nich lęk i boją się oni żyć ciągle w Pogoni i tak myślą sobie `nie damy rady ktoś będzie lepszy, przez to w ich głowach wszystko się psuje... Świat niby lepszy lecz tylko na chwilę każdy patrzy nie mile wzrokiem jak się rujnujesz jak idziesz chwiejnym krokiem.. I zamiast pomóc dłoń ludzką wyciągnąć to patrzą jak upadasz i nic... Widzą tylko siebie w tej Pogoni wiedząc że czas szybko płynie nikt nie pomoże kazdy cię minie nikt uwagi nie zwróci bo kazdy o swoje się kluci. Ale pamietaj gdy tylko się podniesiesz z tej ziemi to w mig wszystko się odmieni los się obruci i wszystko Ci wruci.. Lecz proste to wcale nie będzie.. Bo wiarę mieć trzeba wielką i nie poddać się przy końcu, nie zwolnic przy mecie, tylko przyspieszyć i wygrać... Wygrać Życie
-
Mateusz przytarł nosa SebastianowiPo czym ten drugi chodzi wkurzonyW złości wódeczki se polał, aż prawie ujrzał agonięWidząc to Jessica chce pomóc ojcu, bo czas goniLecz po chwili wybiega z krzykiem prędko A on szczęśliwy, że wódki nie wylał jak uderzył dziecko