Idzie susza, pustynnienie Ziemi,
siódme poty wychmurza nad stepy,
zamarzamy, globalnie ociepleni,
wycofuje się życie z planety.
My, ostatnie drzewa na błoniach,
przystrojone w szarozieleń listowia,
maniakalnie rodzimy nasiona,
których nie chce wziąć ziemia jałowa.
Zasychamy jak stojące atrapy,
umieramy, próchniejąc od wewnątrz,
drewniejemy, martwiejemy na raty,
kapiąc liśćmi, tracąc miłość i blednąc.
Nie umiemy się wyrywać z korzeni
ani odejść stąd nie mamy dokąd.
Gdzie uchodzi nasze życie - nie wiemy,
rosnąc za nim w nieskończoną wysokość.