Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @ais Aisiu→Dzięki:)→Nie wiedziałem, że był Taki Dzień:) Przy pierwszym spotkaniu, trudno byłoby rzec, czy nam kosmita UFO?:)) Też Pozdrówka CiŚlę:)
  2. Nigdy nie przypuszczałem, że są aż tacy zieloni. Nawet bardziej od okolicznych krzaków pełnych liści i spoconej podkoszulki. Też zielonej. Ale bez przesady. Nie aż tak. Stoję wryty w ziemię, jak samotne radło u mojego dziadka i nie wiem co mam robić. Wyszli zza drzew zupełnie bezszmerowo. Tak bardzo delikatnie, jakby w ogóle nie byli obcymi. Myślę sobie, że to może jacyś przebierańcy. Chyba jednak nie. Za dokładne kostiumy. Podchodzę do jednego, żeby stwierdzić, czy się czułek nie odklei. Nic podobnego. Aż się dziwię, że mam tyle odwagi. Całkiem możliwe, że jestem pierwszym człowiekiem na ziemskim globie, który tak dziwnie przywitał się z obcą cywilizacją, ciągnąc przybysza za ucho. Jeżeli oczywiście to są uszy, a nie na przykład: oczy, lub jeszcze coś innego. A zatem stoję przed nimi, z wiaderkiem grzybów i dziwię się samemu sobie, że przed chwilą byłem takim porąbanym ziemianinem, którego obcego zielonego, wytargał za coś, nie bacząc na ewentualne konsekwencje, nawet dyplomatyczne. Jest ich trzech. Duży, Mniejszy i Kurdupelek. Oczywiście wszyscy zieloni. Jednak nie tacy zieloni, w sensie znajomości języków. Bo po co by wyłazili, nie chcąc ze mną gadać. Na pewno są cierpliwi i wyrozumiali, bo tylko nieznacznie głowami kiwają. Wyglądają prawie tak jak ja, tylko są trochę ładniejsi i mają czułki. Mnie znowu na grzyby wygnano, żebym po okolicy nie chodził i dzieci nie straszył. Chociaż nie wiem. Może jestem zakompleksiony i sobie wmawiam, że brzydalem jestem i nic ponadto. Nie wyglądają na strachliwych. Duży Zieleniak wychodzi trochę do przodu i zadaje pytanie po mojemu: – Powiedz Ziemniaku... – Tylko nie Ziemniaku. – Powiedz Ziemianinie. czy jesteś dumny z tego, ze należysz do rasy ludzkiej? No nie! Takiego pytania pełnego patosu się nie spodziewałem. Czy jestem dumny? Hmm... no cóż, myślę sobie. Gdyby chodziło tylko o mnie, to rzecz jasna, że tak. Jak najbardziej. Natomiast jeżeli chodzi o całokształt życia na Ziemi… i w ogóle o wszystkie za i przeciw... jacy bywamy dla siebie nawzajem, fauny i flory… to nie wiem co odpowiedzieć. Drepcę z nogi na nogę, oczka mam spuszczone i coś tam mruczę bez zobowiązań. Duży podchodzi do mnie i mówi łagodnie jak do dziecka: – Czyli nie jesteś dumny? Tak? – Tego nie powiedziałem. – Ty nic nie powiedziałeś. – Ale mruczałem. A jak mruczę, to myślę. – No nic, dajmy sobie spokój – to powiedziawszy, wziął mnie za rękę i zaprowadził przed tego Mniejszego i Kurdupelka. – To jest moja żona, a to jest mój synek – przedstawił w ten sposób swoją rodzinę. – A ty kim jesteś? – Ja? Człowiekiem. – To dobrze, że powiedziałeś. Sam bym na to nie wpadł. – O… to w kosmicznych przestworzach znają pojęcie: sarkazmu? – Musimy cię zbadać. Lecz najpierw polecimy nad Ziemię, żeby się przygotować do ataku. Rozumiesz? Oczywiście ty polecisz z nami. Do jakiego: ataku. Jestem coraz bardziej zatrwożony. O siebie i całą ludzkość. Czyżby planowali jakąś małą inwazyjkę na malutką Ziemię, między śniadaniem a obiadem. Ale cóż mogę na to poradzić. Przecież ich nie zatrzymam. No może gdybym im czułki wyrwał. Odpada… teraz już nie pozwolą przy nich gmerać. Nie mam co rozpaczać, nad rozlanym mlekiem i rozbitą butelką. Grzecznie pytam: – Do jakiego ataku? Mogę wiedzieć? – Możesz. Do ataku śmiechu. – Śmiechu? Ze mnie? – Też. – A dlaczego musicie to robić na orbicie? – Bo nasz śmiech jest bardzo donośny. Moglibyśmy Ziemię uszkodzić. – Czyli nie chcecie… – Nie marudź, tylko wsiadaj! – Gdzie i w co? Po chwili słyszę, jak mówi do żony: – Kochanie, bądź tak dobra i zdejmij z naszego pojazdu, szatę przezroczystości. – Nasze szaty „prawie człowiecze” też mam zdjąć? – Ale gdzie tam! Ani się waż! Padnie trupem jak zobaczy nas takich. – Tacy jesteście nieładni. Bardziej ode mnie? – Wręcz przeciwnie. U was istnieje takie coś… jak to było… no mam to na końcu czułka… – Zawiść, zazdrość? – Oooo… otóż to. – E tam! Mnie tam żadne piękno nie przeraża. – Nie bądź taki pewny. Wsiadaj. Czas na badanie. – A nie mogę uciec? – Możesz, ale nie uciekniesz. Bo coś się tobie przytrafiło, w twoim nudnym życiu. Nie chcesz stracić takiej okazji. – Czytacie w moich myślach? – Nie ma takiej potrzeby. – A śmiech? Już nie chcecie? – Przed chwilą wróciliśmy. Razem z tobą. – Nie pamiętam. – Ale my pamiętamy, czego nie pamiętasz. Wszystko jasne? – Jak Słońce. – Słońce to normalnie… pikuś. Wsiadaj. Zapraszamy serdecznie. – A wiaderko z grzybami mogę wziąć? – Możesz, tylko czymś nakryj, żeby się po całym statku nie rozbiegły. – Grzyby nie biegają. Przynajmniej te co znam. – Jesteśmy na obcej planecie. Musimy być na wszystko przygotowani. – Co racja, to racja. Jestem święcie przekonany, że wnętrze uderzy w moje zmysły, jak lawina cudownych widoków. Nic bardziej mylnego. Jakbym w pokoju moich dziadków przebywał. Nawet stół podobny. Jedynie aparatura dziwna jakaś wokół stoi. Na szczęście nic nie mruga, sycząc złowieszczo. Nagle zupełnie niespodziewanie, znalazłem się na stole, w pozycji nagiej leżącej. Ręce na bokach, nogi trochę też, ale przywiązany niczym nie jestem. Jednak ruszać się za bardzo nie mogę. Za chwilę włazi cała rodzina, ale tylko Duży podchodzi do mnie. I od razu musiał się zaciekawić tym, co mam między nogami. Zboczeniec międzygalaktyczny – pomyślałem cicho, żeby mnie nie podsłuchał. No i oczywiście usłyszałem pytanie: – A co to? – To jest mój… członek – rzekłem z pewną nutką dumy. – Mogą być jeszcze członkowie spółdzielni albo członkowie rodzinni. Miło z takimi pogawędzić. Bo musisz wiedzieć, że czasami lubimy porozmawiać między sobą. Nie tylko z obcymi. – Z nim też rozmawiasz? – Z kim? – No z nim. – Nie, nie… z nim nie rozmawiam. – A czemu? – Nie umie mówić. – Skoro nie przydatny, do go utnę. Co ty na to? Po co ma zawadzać. – Tylko nie to! On służy do tego, żeby było nas więcej. U nas też są kobiety, jakbyś chciał wiedzieć. – Nie muszę wiedzieć, bo wiem. Im będzie was więcej, tym mniej miejsca dla nas. – A jednak planujecie inwazję na Ziemię. Tak myślałem. – Za miliard lat. – Aha… to nie musimy się przejmować. – My z... więcej… mamy problem… który w sumie nas cieszy. Nasze żony wydają corocznie średnio: tysiąc osobników. Prawie wszystkie przeżywają. Mówię tobie Ziemianinie, zjazdy rodzinne u nas, to naprawdę kupa zamieszania, ale nasz świat jest bardzo, bardzo wielki. Raczej żyjemy w zgodzie… – Raczej? – No… zdarzają się utarczki. Jak wszędzie. – Mogę zapytać o szczegóły? Ilość zabitych, rannych i tego tam? – Nie. – Tak myślałem. A swoją drogą, gdybyście żyli w moim kraju, to mając tysiąc dzieci… bo u nas jest taki dodatek… – No słucham? – Nic, nic. – Ukrywasz swoje myśli. Jak ty to robisz? – Nie wiem. Może nie mam za bardzo… co ukrywać? Jak myślisz? – Myślę, że albo twoja inteligencja, jest jak to ziarno gorczycy, co upadło na skałę, albo… co to ma być… co to za cholerstwo tutaj stoi? – Gdzie? – Przy nodze od stołu. – Nic nie widzę, bo leżę na stole. Może wiewiórka? Nagle stoję na podłodze. Nawet ubrany. Oni trzej stoją za mną i się trzęsą ze strachu. Albo z czegoś innego. Sam nie wiem. Spoglądam na miejsce przy nodze od stołu. No rzeczywiście. Mnie też zatyka, ale się nie boję. Mało to się o nich nasłuchałem w różnych bajkach. Na podłodze stoi: Krasnoludek. Na dodatek wnerwiony, bo mu robak z ust zwisa. Wypluwa go i piskliwie rzecze: – Obudziły mnie jakiś hałasy. Patrzę przez dziurę w grzybie i cóż widzę. Jakaś stalowa szeroka rzeka, fundament mojego domku podcina. Za chwilę cała chałupa się podnosi, a ja uderzam głową o skamieniałego robaka, bo jestem zbieraczem takich wykopalisk. Ocknąłem się dopiero tutaj. Zobaczyłem tych trzech, Zielonych. Aż mi się lżej na sercu zrobiło, bo jakbym nagle w lesie stanął. Opowiedziałem im o tym, co mówię tobie, okrutny barbarzyńco. Morderco grzybów! No i co ty na to? – Mam gadać do krasnoludka? Krasnoludki nie istnieją. – To czego się oni boją? – Też się dziwię. Czego się boicie? – Ciebie. Skoro twoja rasa jest taka paskudna, że nawet takich malutkich krzywdzi... – No właśnie – przytakuje Skrzat – … to co dopiero takich dużych, jak my. Teraz wiemy, dlaczego te wasze drzewa są takie zielone. Żeby nas zwabić, a później rozmnażać i do niewolniczej pracy zaciągnąć za marne grosze, bez żadnych dodatków. Co to, to nie. Nie oczekujcie żadnej inwazji z naszej strony. Nie doczekanie wasze. Nawet za miliard świetlnych lat. * – No i co. Fajną szopkę odstawiłem. Musisz przyznać. – chwali się krasnoludek. – Nie wiadomo, jakby się dalsze badania potoczyły i co by z ciebie zostało. Podziękujesz mi chociaż? – Chętnie bym podziękował, ale jak już wspomniałem: krasnoludki nie istnieją. Po prostu… nie wierzę w krasnoludki. – Ale ten jeden uwierzył w ciebie. – Hmm... dzięki... chociaż warto było? – A jak myślisz?
  3. Wszystko zaczyna się o tego, że właśnie teraz spada dziecko z huśtawki. Na szczęście leci na swojego ojca, który leży przy obiekcie i czyta książkę. A że jest wiatr, to dziecko znosi w jego kierunku. Bęc. Spadło. Nic mu się nie stało. Tylko ojciec jęknął, bo dziecko zwiało za bardzo w jeden punkt. W tym momencie wyłania się z zakola bliskiego horyzontu, Pan Oxymoronn. Ma na nosie okulary i brakuje mu tlenu. Dlatego wyszedł na spacer. Żeby nabrać. Nie idzie jednak prosto, gdyż na drodze leży książka. Omija przeszkodę i zamiast iść prawą ścieżką, to człapie lewą. W tym momencie radykalnie zmienia historię ludzkości. A właściwe… zaczyna… gdyż na drodze znajduje: Zawiniątko. – Mamusiu kochana. Zagram w totolotka. No co! Zgódź się! Proszę. Dziesięć milionów do wygrania. Kupię sobie loda i tobie też. No co, zgodzisz się? – Nie mam drobnych. I nie marudź, słonko. Następnym razem. Niestety. Następnego razu nie było. A właściwie: był… i to wiele razy. Ale zupełnie inaczej, niż mógłby ktokolwiek przypuszczać. Znalezisko jest takie sobie. Ani ładne ani brzydkie. Pan Oxymoronn podchodzi, nachyla się i zaczyna wąchać nieznaną rzecz. Zawsze tak robi. Jest odważny lecz nie roztropny. Po obwąchaniu, otwiera nagle pudełko, nie bacząc na konsekwencje. Zagląda do środka… a tam: banał. Zwykła kartka z napisem, który ociera krawędzie o żart. Niestety, pan znalazca nie ma poczucia humoru. A przynajmniej zwykłego, w ogólnie przyjętej normie. Bierze polecenie na poważnie. Nawet podpis! A tu już powinien się zastanowić. [Po sekwencji] W kraju zamieszanie. Prawie w całym. Bo nie wszędzie są kolektury Totolotko. Całe tłumy drepcą i gadają. No może nie całe, gdyż niektórzy w tym czasie normalnie pracują lub racjonalnie odpoczywają. Zgromadzeni mogli by w gazetach poczytać lub w sieci pogrzebać, ale tak na żywo jest ciekawiej. Istnieje możliwość, podzielenia się wrażeniami, na ekonomiczny temat. Podyskutowania o tym całym: fenomenie. Tym bardziej, że ma być niebawem ogłoszony: pseudonim sprawcy, tej całej hecy. [Przed sekwencją] Na dnie Zawiniątka leży biała kartka, tyle tylko, że zielona. Napis jest krótki, lecz treściwy. „Drogi mieszkańcu Drogi Mlecznej. Wiem, że zamieszkujesz w gminie: Ziemia. Skoro znalazłeś przesyłkę, to widocznie jesteś: Wybrańcem. Idź sobie poza miasto. Tam gdzie stoi: Jako Taka Stodoła. Wewnątrz znajdziesz: Urządzenie. Instrukcja leży na gałkach sterowniczych. Weźmiesz udział w tz: Eksperymencie. Jest w sumie nie groźny, ale wiele nam powie o Tubylcach. Możesz oczywiście odmówić, ale wiem, że nie odmówisz. Mnie nie zobaczysz, bo byłem tam jutro, a będę wczoraj. No to pa. Podpisany: Obcy - Decydujące Zaparcie. Wiadomy Pan czyta i czyta, mruczy i mruczy: aha, hmm, oraz: no… rzeczywiście krótkie… człapiąc we wskazanym kierunku. Za chwilę idzie środkiem rajki, widząc na horyzoncie obiecany obiekt. Potyka się o bulwę ziemniaczaną, upada, połyka nierozważnie stonkę i gubi wiadomość, którą porywa wiatr. Zdążył doczytać do: stara stodoła, ale to mu wystarcza, żeby się dźwignąć i podjąć na nowo przerwany trud wędrówki. [Po sekwencji] Przez tysiące „tub dla ciebie,” ogłoszono starodawnym sposobem, pseudonim genialnego sprawcy. Jedni mieli miny na szczęście: zacięte, a inni nawet wiwatowali. A mały piesek przez ten cały szum, podlał but, a nie drzewo. Nikt nawet nie zauważył. Wreszcie można było tego kogoś, nazwać w przeróżnych odcieniach ludzkich możliwości oraz epitetowych wyrażeń. A pseudonim był nawet fajny. Taki swojski dla niektórych. [Przed sekwencją] Nakierowany turysta, nadal zmierza do celu. Jest coraz bliżej, gdyż może policzyć ilość łat na spadzistym dachu. Ledwo człapie, dysząc ciężko. Tym bardziej, że mu zając kapustą przywalił, wyzywając go od: głąba. Ów pan miewa napady halucynogenne. Wreszcie wchodzi do Stodoły i cóż widzi? Urządzenie, a na nim kartkę. [Po sekwencji] – Panie i Panowie – grzmi tuba – nazwaliśmy tego pana: Mister Oxymoronn . Tłumy klaszczą, gdyż nazwa się od razu przyjmuje, wkraczając w obieg. Wszyscy są święcie przekonani, że trafiono… że odzwierciedla stan prawdziwy umysłu… ale jednak… fakt jest faktem. Jakaś przyczyna musi być. [Przed sekwencją] Mister Oxymoronn, chociaż nie wie, że nim kiedyś będzie, czyta nazwę obiektu, stojącego między dwoma snopkami i jedną zdechłą myszą. Nie ma zwyczaju się dziwić.. ale jednak się zdziwił. Nazwa jest zachęcająca, tym bardziej, że ów pan, już dawno nie wygrał znacznej ilości przydatnej kasy. Myśli racjonalnie, nie naukowo. Zresztą o tym… jak nazwa wskazuje… już ktoś pomyślał. Nie ważne, że takie coś nie może istnieć. Ważne, że można to wykorzystać i pomarzyć, że biednemu, nie zawsze pod wiatr. [Po sekwencji] Tłum dziennikarzy przed budynkiem. Odbędzie się wielkie przesłuchanie. Wręcz potężne w swojej wymowie. Jeszcze takiego czegoś nie było. Nawet najstarszym góralom i filozofom, się o tym nie śniło. A jeżeli już, to tylko jako sen s.f. Ale cóż. Sprawę trzeba wyjaśnić. To już stanowczo za długo trwa. Przechodzi ludzkie pojęcie i też się dziwi. Prasa musi stać póki, co na zewnątrz. Jeszcze swoje pytania by wtryniała. Zawadzała jeno! [Przesłuchanie] – Panie Moronn. Zdaje sobie pan sprawę, kim jesteśmy? – Kupą pyskatych dziadków. – Proszę się liczyć ze słowami… – Ale z kasą to już nie muszę. Przyznacie panowie. A poza tym mój: pseudonim, na wiele mi pozwala. – Jaki właściciel, taki pseudonim. – To jest zaniechanie dobrych obyczajów słownych! Nie ze mną takie numery. – Z panem? Kto by chciał? – Panowie mi ubliżają… chyba? – My? A gdzie tam. Proszę się uspokoić. Wiemy, że pan tak z nerwów głupoty gada. Nieprawdaż? – A tak na poważnie… kim właściwie jesteście. Bom ciekaw. – Nie wie pan? – A co? Mam wiedzieć? – Nie! Dopóki panu nie powiemy. – Przecież i tak wiem, co za chwilę się wydarzy. – Niby skąd? – Jak to skąd. Z tej przyczyny, z której tu siedzę. Pomyślcie panowie. – My właśnie siedzimy, żeby myśleć. Uspokaja to pana? – Mnie? A co ja mam do tego? Chociaż… słyszycie panowie ten głuchy jednostajny szum? – No… coś tam szumi… gdzieś. – To wasze synapsy przeraźliwie szeleszczą. Cholera jasna… jesteście geniuszami. Ja pierdzielę. Prasa jest niecierpliwa. Pragnie się władować do środka. Co prawda słyszą co jest grane, ale nie należą do orkiestry. A niewątpliwie najciekawsze dopiero będzie. Póki co, to takie przekomarzanie. – Mamo, dlaczego Totolotko zamknięte? – Nie wiem synku. Może im pieniążków zabrakło lub co. – No tak, mamo. Wszystkiemu winne: co. – Co pan sobie wyobraża. Jesteśmy szanowną Komisją do Badań Niewytłumaczalnych Zjawisk. Proszę nas szanować. Za nasz trud chociażby. – Skoro są niewytłumaczalne, to wasz trud jest daremny. Szkoda fatygi. – Ale popytać przecież możemy. – Popytać tak. Ale grzecznie. – No to proszę nam jednoznacznie powiedzieć… kim pan się stał? – Jak to kim? Podróżnikiem w czasie. – W jakim czasie? – Jak to w jakim? A ile ich jest, że zapytam? – Czy pan robi z nas głupków? – A muszę? – Proszę się zachowywać. Bo do pudła wsadzimy. – Czy jestem o coś oskarżony? Popełniłem jakieś przestępstwo? Czy już nawet uczciwy człowiek, nie może od czasu do czasu wygrać? – Od czasu do czasu. Ale nie za każdym razem!! Tak się nie godzi postępować!! Totolotko podupada. Nie rozumie pan. – Wedle mnie... ja już swoje mam. – Pan raczy żartować. Jak pan to robi, że pan ciągle wygrywa? – No nie… jestem załamany. Podróżuje w czasie a oni mnie się pytają: jak to robię? W tym momencie słychać wielki wybuch śmiechu wśród zgromadzonych. Transmisja idzie na żywo, ale tylko dźwięk. Nie wiadomo, czego się boją. – Mam wytłumaczyć taką prostą rzecz. Naprawdę to konieczne? – To pan musi powiedzieć. Nam nie uwierzą. Pomyślą, że zmyślamy. Lub co gorszego. – Niby kto? – Wielcy Zainteresowani. – No dobra. Co mi tam. Przenoszę się kawałek do przodu. Oglądam losowanie. Wracam i gram. – Raczej pan kradnie? – Jak to kradnę? A może popełniam przestępstwo? Czy prawo zakazuje podróżowania w czasie i racjonalnego korzystania ze skutków takiego procederu? Zaznaczam właściwe liczby i wygrywam. To też prawo zakazuje? – Ale pan zna te liczby! Czy to jasne? – Gdybym nie znał, to bym nie zaznaczał bzdur. Niby po co? A zatem, jak z tym... prawem. – Dobrze pan wie, że nie ma takiego prawa. – A to już nie moje przeoczenie. Trzeba być przewidującym. – Pan chce zrujnować Totolotko. Na tym panu zależy? Tak? – Jak to zrujnować? Już nie ma czego. Nikt nie graje, bo na diabła. Aż mi smutno. – Taki pan smutny, jak robale na zwłokach, które wesoło żrą i żrą! Właśnie o tym mówimy, że nikt nie graje. A pan tylko by rozdawał...wszystkim… potrzebującym. – Stać mnie na to. Kocham ludzi i bliźnich. – Niewątpliwie. Ile pan nagłabał? Ile pan ma? Proszę się przyznać! – Niewiele. Ale jakoś wiąże koniec z końcem. – Taa...wie pan co… my pana wsadzimy do więzienia… za zakłócanie porządku publicznego. – A mogę ostatni raz odwiedzić Jako Taką Szopę? Proszę. Sentymentalny jestem. W tej chwili wielu zgromadzonym łezki pociekły, plumplając na bruku. – Chyba Jako Taką Stodołę? Ostatnio dużo o niej słychać. – Nie powiem... fajny kącik. – Naturalnie. Szkoda, że tej przeklętej maszyny, ruszyć się nie da. Za późno wyszło szydło z worka. Zdążył pan nagłabać. – Przepraszam… nie dla siebie… wszystko. – Na dodatek, tylko pana słucha. Nawet jej zniszczyć nie można. Z czego ona jest? Czy chociaż to pan wie? – Nie wiem. Ofiarodawca nie napisał. Tylko zostawił wiadomość. I że mi się polepszy. – Polepszy? – A co? Nie widać? Jestem elokwentny. Da się zauważyć. To taka nagroda za udział w eksperymencie. – Jakim znowu zamęcie? – Zamęcie? – Eksperymencie. Pan nam rozum kołuje, na kolizyjny pas startowy! – Jaki pas? Nie wiem. Aha… coś kojarzę. Machina jest na „rozdrożu czaso-przestrzennym’’. Dlatego nie można jej ruszyć. Należy i nie należy do tego świata. Jest w stanie czuwania. Tylko ja mogę jej użyć. – Podobno pana nie można zabić. To prawda? – W najbliższych stu latach. Ale nie wiem, jak to daleko sięga. – Usiłować pana zastrzelić? – Nie. Dziękuję. Może innym razem. – Jest pan niezniszczalny? – No… tego... hmm… nawet bólu nie czuję. – Nie można pana przekupić? Czymkolwiek? – Niech pomyślę. Nie. Zdecydowanie. – Aha. No to teraz wszystko jasne. – Ma pan katar? Bo sarkanie słyszę. – Spadaj pan! * No cóż. Zaczęło się na Ziemi dziać. Jedna Machina, a wielu chętnych do zgłębienia jej tajemnic. A cała reszta, co ich to guzik obchodziło, chcąc nie chcąc, musiała w ty wszystkim uczestniczyć. Stodoła Czasu (tak ją potocznie nazwano) stała się Centrum Świata. Tubylcy z miasteczka, nie mieli łatwego życia. Oj nie! Niby zarabiali na wisiorkach z miniaturką Machiny, ale cóż z tego. W tym całym chaosie, nie można się było odnaleźć. Aż w końcu doszło do wojen i innych tego typu zdarzeń. Aż nadszedł czas, że ludzkość prawie wyginęła, a Machina jak stała, tak stała. Tylko jedna osoba przetrwała na pewno: Mister Moron. Miał dziwną ochronę. Do czasu. ~~~ Poświata zachodu słońca rozchodzi się po okolicy. Małpoludy wyszły na żer. Prawie całej ludzkości już nie ma. Znowu pusta kartka do zapisania. Cisza, spokój i sielanka. Nie do końca jednak. Przed jaskinią siedzi starszy człowiek. Obok leży kupa zardzewiałego złomu i sztyletozębny tygrys, który się nadział na kawałek blachy. Przytulne czerwonawe promienie i kropelki krwi podobnego koloru, leniwie snują się po ocalałych gałkach i pogniecionych ścianach. A właściwie: porąbanych. Chociaż coś tam jeszcze brzęczy. A fluidy myśli minionych epok, wolniutko krążą. To tu przysiądą, to tam. Od wczoraj małpoludy zaczęły się robić mądrzejsze. Wynalazły protoplastę kija do podbijania piłeczki: całkiem sprawną maczugę. Musiały biedne wypróbować, czy działa. A jedynym obiektem do rozbicia, okazała się Machina, w której przybył Mister Moron. Omyłkowo nadusił nie to co trzeba i poleciał trochę za daleko do przodu. A sceneria taka, jakby włączył wsteczny. Na dodatek znalazł się na pustkowiu… chociaż nie całkiem... i bez ochrony. Aż ma z głową coś nie tak. Chyba. Kawałkiem skały, na drugim kawałku głazu, rypie sześć liczb. Małpolud stoi z boku, jakby się uczył matematyki. Nic z tych rzeczy. Jeszcze za wcześnie. Dopiero za około: półtora miliona lat, zakwitną baobaby, z których będą wystrugane ławki szkolne. Po prostu jest głodny. Gdy dostrzega rypanie szóstej liczby... bierze maczugę i po chwili zaspokaja głód. ***************************************************** – Tatusiu! Spójrz co znalazłem! Dziwne Zawiniątko! – O… jakaś kartka z napisem. – Tato! Gdzie idziesz? – Powiedz mamie, żeby nie czekała z obiadem. – Tylko nie zaśnij po drodze. Chociaż fajnie sny opowiadasz.
  4. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wiesław_J_Korzeniowski→Dzięki:)↔Ale byle jakiego reżysera, to ja nie chcę, by uteatralnił dzieło me :))) Podzrawiam:)
  5. @ais Ais→Dzięki:)→No jak tak mogła straszyć małą Aisie:)→Przyrzekam Ci, że nie będziesz żyła... na tym świecie:)) Ale tak w ogóle... to wierzę, że tak. Nadal :))→I też wiele dobrego Ci życzę:)→Pozdrawiam:)
  6. kąśliwa krew lśni na kamieniu jak woda spływa w samotności oko słońca migocze w istnieniu czerwień tuli zlęknione kości na skrzyżowaniu cierniem zdobionym w różnych kierunkach śni przeznaczenie zastygłe kwiaty w ogrodzie brzasku czekają aż znikną z płatków cienie
  7. W naszej wiosce umarł Dziadek. Ubaw był po pachy. Jestem jego ostatnim żyjącym wnukiem z całej naszej rodziny. Dziadek przeżył wszystkich, bo jak mawiał: „Postanowiłem długo żyć. A kto mi zabroni?” Miał wielkie poczucie humoru. Aż czasami: denerwujące. Nasza famuła była do tego przyzwyczajona, ale sąsiedzi to tylko czasami stali i kiwali głowami na boki. Bo gdyby w przód i w tył, to by oznaczało, że są temu radzi. Aczkolwiek Dziadek był ogólnie istotą na wskroś lubianą (bez względu na to, jak słowo „wskroś’’ rozumieć). Bardzo wszystkim pomagał. Nawet czasami tak nachalnie, że niektórzy przed nim uciekali. Ale nie złośliwie, tylko dla ogólnej wesołości. Z tym przeżyciem: wszystkich, to trochę przesadziłem. Mieszkam z moimi rodzicami, a z nami mieszkał wspomniany tutaj. Lecz wielu rozjechało się po świecie. Szczerze mówiąc, to żeśmy ich nie zawiadomili o zejściu Dziadka, bo gdyby wszyscy przyjechali, to by mogło w naszej wiosce miejsca zabraknąć. A gdyby jeszcze zaczęli wspominać co Dziadek wyprawiał, to ino wstyd przed nowymi naleciałościami, co w naszej wiosce mieszkają od niedawna i wszystkich dziadkowych wyczynów nie zaznali. Chociaż teraz po pogrzebie, trochę żałujemy. Mogli przyjechać. Byłoby jednak weselej. Dziadek mimo że nawijał głupoty, stąpał twardo po ziemi. Od jakiegoś czasu, wydawał nam co jakiś czas dyrektywy, jak to ma być po jego śmierci. Ja, będąc skrupulatnym i kochającym dziadka wnukiem, skrzętnie jego ostatnie wole zapisywałem w małym zielonym notesiku. No i stało się. Musiałem ponownie do notesika zajrzeć, ale nie po to – niestety – żeby zapisać kolejne życzenie, bo już dyktować nie miał kto, tylko żebyśmy mogli w miarę możności, wypełnić dziadkowe zalecenia. Szczerze przyznam, że wszystko skrzętnie zapisywałem, ale już do tego za bardzo nie wracałem. Moim rodzice zresztą też. A zatem w pewnym sensie, byliśmy nie tyle zaskoczeni… co raczej… przerażeni wesoło. [[ Dyrektywa nr – 1 ]] Z całą stanowczością żądam, żeby mój doczesny wizerunek, został w połowie skremowany, a w połowie nie. I tu powstał problem. Jak z tego wybrnąć. Niby na wesoło, ale jednak… zagrycha. Rodzice podumali… i kazali mi iść do wioskowej sąsiadki, która nie jest ciekawa świata, nikogo nie obserwuje, nie podsłuchuje… a wszystko wie. A zatem poszedłem. – Droga sąsiadko, widzisz co tu napisane? – Ano widzę. – Reszty nie czytaj, tylko skup się na jednym. – Skupiam się. – No i… – Wolę zmarłego należy wypełnić, bo inaczej będzie kusił. – Jak to wypełnić!!! Sąsiadko! Czy ciebie do cna porąbało? Ok. Świetnie. Dajemy Dziadka na krajzegę… bzzzzzt… i wola spełniona. Połówkę się spali a drugą do trumienki włoży. Sąsiadko jesteś genialna. Że też o tym wcześniej nie pomyślałem. – Uspokój się. Są dwa wyjścia. Dziadek napisał: mój doczesny wizerunek. Nie napisał: ciało… rozumiesz? – Nie. – Czyli wystarczy jego zdjęcie przeciąć na pół, połowę spalić... a drugą nie. – Jest pewien problem. Nie mamy żadnej fotki Dziadka. Nie kazał i już. Nigdy!!! – Czyli zastosujemy drugie wyjście… biegnij kupić krem. Tylko dużo. Dziadek nie był cienkim fircykiem. Połowę się skremuje, a drugą nie. – A którą lepiej pokremować? – Też pytanie! Od pępka w górę rzecz jasna. Chyba nie chcecie Dziadkowi miętosić wszystkiego? [[ Dyrektywa nr – 2 ]] Z całą mocą żądam, żeby na moim pogrzebie śpiewały wszystkie ptaszki. Kolejny problem. Ptaszki w klatkach, czy wszystkie, co można mieć na myśli, co będą fruwać lub siedzieć na cmentarzu w czasie pogrzebu. Tylko jak je zmusić żeby śpiewały… i właśnie o tym czasie? Ziarenkami? A może wołać: taś, taś, taś. To się kaczki zlecą. A po co? Skoro śpiewać nie potrafią, to tylko miejsca będą niepotrzebnie zajmować. Tu swoją pomoc okazała matka. Napadła ją nagła myśl, że w pobliskiej wiosce mieszka znana nam rodzina o nazwisku, które nam pomoże rozwiązać śpiewający problem. Poszedłem tam. Dzwonię do drzwi. Otwiera mi stary Ptaszek. Pytam się grzecznie: – Kochani moi, zaśpiewacie na pogrzebie mojego Dziadka? – Że co? - odćwierknął – Pozwól pan, że wytłumaczę. – Dobrze by było – nastroszył piórka. – O tuż mój świętej pamięci Dziadek… niech spoczywa w pokoju… – … byle nie w naszym. – … oczywiście... zażyczył sobie, żeby na jego pogrzebie zaśpiewały wszystkie ptaszki. Rozumie pan? – No… aha… coś mi świta. My ptaszki… a jak tu zmusić takie fruwające do śpiewu. Lepiej sąsiadom z pobliskiej wioski kupry zawracać! Tak?! – Nie! To znaczy: tak. Proszę nam pomóc. To ostatnia wola nieboszczyka. To znaczy jedna z wielu. – No dobra… i o czym mamy śpiewać. – Nie ważne. Możecie coś mruczeć pod dziobami… to znaczy: nosami. – Chyba na drzewach nie każesz nam siedzieć? – Tam nie ma drzew. – To mamy stać? Nasza babcia nie domaga. Może nie uśpiewać na stojąco. – Ojejku! Zrobicie z rąk gniazdko i babcia między wami usiądzie jak małe pisklątko. – Ładne pisklątko. Chyba pterodaktyla. Waży osiemdziesiąt kilogramów. – Poprzestaniecie na jednej zwrotce. Tyle podołacie. – Fakt. Nie pomyślałem. Tylko jest problem. Córka wyjechała. Nie będą śpiewać wszystkie ptaszki. A poza tym babcia jest przygłucha i może fałszować… chwila… znam jednego Orła. Mój kumpel. Powiem, żeby się przyłączył. – Ale orły nie śpiewają. – Ten będzie musiał. Ma wobec mnie zobowiązania. Mam nadzieje, że babcia wszystkich nie wystraszy i nie uciekną. – Dziadek nie ucieknie. To najważniejsze. Wysłucha do końca. [[ Dyrektywa nr – 3 ]] W pełni władz umysłowych oświadczam, iż pragnę być pochowany w żółtym ubraniu cicikowatym, z nutkami obrazu łaki. Bardzo romantyczny problem nam Dziadek zadał. Pierwsze co się nam nasunęło, to kupić żółty koc cicikowaty i nim Dziadka owinąć. Ale żeśmy wiedzieli, że nie o to tu biega. Dziadek miał artystyczną duszę. Nawet ze sztucznej szczęki babci wystrugał: słonika na szczęście nie co innego. Myśleliśmy dość długo, o co z tą łąką chodzi. Tym razem ojciec okazał się pomocny, aczkolwiek nie z własnej winy. Przytargał na bucie żółtego mlecza. Jakby nas olśniło! Cały dzień żeśmy Dziadka obklejali. Kilka tubek kleju na to poszło. Co prawda pod spodem kwiatków nie było, bo nie chcieliśmy go z trumny wyciągać, ale ubranko wyglądało świetnie. Żółte, mięciutkie, takie cicikowate podczas głaskania i z nutkami obrazu łąki. [[ Dyrektywa nr – 4 ]] Tylko pamiętajcie! Z trumny ma wystawać kawałek mnie!! Z tym to już Dziadek przesadził. Niby zabawne, gdyby sobie wyobrazić jak nóżka lub rączka wystaje z niedomkniętej trumny… ale bardzo niepraktyczne i nie higieniczne. Ale cóż...musieliśmy jakoś temu podołać. Dumaliśmy dobrą godzinę, aż w końcu przyszło nam na myśl, że może Dziadek wykombinował sobie: przesłanie metaforyczne. Poeta też z niego był. Napisał nawet: sonet, ale zgubił kartkę na obejściu i koza poezje zjadła. Chodziła później jakby bardziej zamyślona, ale wydoić się już nie dała. To było dla niej zbyt przyziemne. Myślała o błękitnych barankach. Ale odbiegłem od tematu. Z czym Dziadek był bardzo związany? To zapewne miał na myśli. Na pewno z babcią, którą kochał bardziej niż swoją fajkę. Nawet jak wlazła do dzwonu. To znaczy babcia, nie fajka. Ale ona już nie żyła dwadzieścia lat. Ojciec zasugerował, że może byśmy babcie odkopali i piszczel z jej ręki, wdusili w szparę między leżankę a wieko. Uznałem, że to głupi pomysł. Matka też mnie poparła. Niedomknięta trumna, by głupio wyglądała z wystającą kością… i to jeszcze nie Dziadka. Mógłby ktoś pomyśleć, że kochanki, która mu ręką, cybuch trzyma. Wtedy z kolei matka przypomniała sobie o... fajce. Wywierciliśmy dziurkę w trumnie i żeśmy ją do połowy wcisnęli. Trumna z wystającą fajką nikogo nie dziwiła, gdyż Dziadek i ów zacny dodatek, to byli jak papużki nierozłączki. [[ Dyrektywa nr – 5 ]] Cały mój majątek proszę rozdać biednym. No cóż. Biedni pozostali biednymi, bo jedynym majątkiem Dziadka była: omówiona wyżej fajka. Lecz ona leżała w grobie. A poza tym i tak byłby problem, jak rozdzielić jedną fajkę pomiędzy wszystkich biednych. Mogli by się nawet pokłócić, kto dostanie zawartość, a kto resztę części. Pocieszeniem dla nas był fakt, że Dziadek miał chociaż dobre chęci, którymi piekła nie wybrukowano. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Było więcej dyrektyw, ale przytoczyłem jedynie te, co się nadawały do druku. Te normalne. * Spotkałem sąsiadkę. Rzecze do mnie: – No wiesz młodzieńcze, ja tam nikogo nie obserwuje i ciekawa nie jestem, ale jakoś nie często na cmentarz chodzicie. To oczywiście nie moja sprawa… – A wiesz sąsiadko co Dziadek napisał w trzynastej dyrektywie? – Nie jestem ciekawska, ale skoro mnie zmuszasz do wysłuchania... [[ Dyrektywa nr – 13 ]] Nie zawracajcie mi często dupy na cmentarzu. Jest moim życzeniem, żeby moje opakowanie spokojnie się rozkładało. Bez większych zakłóceń. Dbajcie o żywych. Ja już będę gdzie jestem. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Podobno sąsiadka wie, gdzie Dziadek jest, ale nie chce nam powiedzieć. Inna sąsiadka zdradziła nam w sekrecie, że naszą sąsiadkę Dziadek nawiedził we śnie. Powiedział jej, że jeśli piśnie słówko na ten temat, to zupełnie straci zainteresowanie tym, co się dzieje w naszej wiosce, Nic dziwnego, że milczy jak grób.
  8. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wiesław_J_Korzeniowski→No fakt. Czasami mi się zdarzają dziwne pomysły:))↔Pozdrawiam:)
  9. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wiesław_J_Korzeniowski→No właśnie. Rodacy. Zaśpiewajmy na koniec, chociaż wspólnie hymn. Mimo, że zapewne, każdy z nas inny słuch posiada, a i orkiestry różnorakie... nie wspominając nadepnięć słoni.))↔Pozdrawiam:)
  10. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wiesław_J_Korzeniowski→Dzięki:)→Za taki właśnie komet:))→Pozdrawiam:)
  11. mamusiu spójrz na słońce takie dziwnie większe jest a jeśli spadnie nam na głowy będzie to życia naszego kres? nie przejmuj się dziecko ono wysoko na niebie świeci pragnie by ludzie ciepło mieli szczególnie małe kochane dzieci ależ mamo skąd te bąbelki na moich rączkach i twojej twarzy tak wydaję mnie się mamusiu że ono za chwilę nas usmaży * kupka popiołu tutaj zalega skrawek chodnika zajmuje cały matka i córka są tam zmieszane które niedawno się bardzo kochały
  12. *~```````````````````````````````````````````````````````~* Siedmioletni chłopiec, zabawnie hasa w przydomowym ogródku. To tam pobiega, to tu podskoczy, lub na ławkę siada i nogami majta, by czerpać z tego radość. Jest bardzo wesołym dzieckiem, chyba najbardziej w całym miasteczku. Wszyscy go tutaj lubią, bo wygadany jak na swój wiek i bardzo rezolutny. Najbardziej lubi huśtawkę, którą matka zawiesiła specjalnie dla niego. Wiedziała o jego marzeniu. Zawsze taką chciał. Teraz obserwuje go z okna, mając wielką miłość w sercu, dla swej pociechy. Kocha to dziecko najbardziej na świecie. Widzi, że podbiega do huśtawki, stojącej przy wielkim rozłożystym krzaku. No gdzie by indziej mógł tak szybko biec? Tylko tam, do tego, za czym najbardziej przepada. Usadawia się na siodełku i zaczyna huśtanie. Ma w tym wprawę. Za chwilę jest rozbujały na dobre. Nie widzi go cały czas, bo krzak zasłania. Pojawia się i znika. Patrzy jak urzeczona. To nawet zabawne. Wie, że zniknie, lecz za chwileczkę wróci. Tak go bardzo kocha. Specjalnie kupiła zieloną, bo to jego ulubiony kolor. Cieszył się i skakał z radości, jak taka mała małpka. Aż jej ciepło na sercu, od tej miłości, którą obdarzyła swoje dziecko. Nagle z rozmyślań, wyrywa ją pewne...zakłócenie obrazu. W pierwszej chwili nie dociera do niej, co się stało. Niby wszystko tak samo… a jednak nie. Huśtawka zza krzaka wraca, ale pusta. Matka jest przerażona. Na pewno spadł, poobijał swoje ciało i teraz leży, nie wiedząc, co robić. Huśtał się bardzo wysoko, jak na takie małe dziecko. Nie miała w sobie lęku. Nigdy nie było żadnego wypadku. Wiedział jak to robić. Nie chciał, żeby przy nim stała. Pragnął być samodzielnym. A przecież ma dopiero siedem lat. Powinnam tam stać. Ale czy mogłabym akurat coś zaradzić, gdyby zaczął spadać. Raczej wątpliwe. Tak czy siak, to moja wina. Nikogo innego. Takie myśli w jej głowie nie dają spokoju, kiedy biegnie zobaczyć, co się stało. Na pewno leży i potrzebuje pomocy. Tylko nic nie słyszę. Żadnego płaczu, wołania, czegokolwiek. Tylko nie to! Czyżby...nie, to niemożliwe. To nie może dotyczyć mojego dziecka. Nie przeżyję tego. Za krzakiem go nie ma. Nigdzie wkoło, też. Jakby się pod ziemię zapadł. Szuka go na całym ogródku. Może spadł na tyle szczęśliwie, że po prostu wstał i gdzieś sobie poszedł. Lecz nie może go znaleźć. Woła jego imię. Wciąż i wciąż. Oczy ma pełne łez. Mało co widzi. Wszystko jest zamazane, rozmazane i takie nie ważne. Tylko miłość do jej synka trwa w przekonaniu, że jednak wszystko będzie dobrze. No to zaczynam z tym huśtaniem – myśli sobie chłopczyk. - Obserwuje mnie z okna, to będzie się cieszyć, że tak wysoko umiem. Jestem wyżej i wyżej. Wiem, że trzeba nogami machać, żeby huśtaniu pomóc. Tylko ten krzak, mamę co chwila zasłania. Ale ją widzę. Pojawia się i znika. Wiem, że tam jest i mnie kocha: całym swoim sercem. Teraz właśnie najbardziej to odczuwam. Jestem jeszcze wyżej. Jakie to cudowne. Sam już nie wiem, czy to świat się kołysze, czy ja. Mam nadzieję, że nie spadnę. Mamie byłoby przykro, gdyby coś mi się stało. Znowu ją na moment widzę. Jest taka szczęśliwa i uśmiechnięta, jak ja teraz. Kupiła ją specjalnie dla mnie. No nic, muszę kończyć z tym bujaniem. Woła mnie na obiad. Ostatni raz polecę pod niebo. Ojej, co się dzieję. Chyba spadam...tylko gdzie? Nie ma ogródka. To znaczy jest...ale jakoś inaczej. Wszystko się zamazuje. Zaczynam w kółko wirować, chociaż nie odczuwam strachu. To dziwne, bo przecież powinienem się bać. Leżę na trawie. Nie wiem gdzie jestem. Ogródek niby podobny, ale nie taki sam. A poza tym słoneczna pogoda. Nie tak pochmurno i deszczowo, jak w naszym. Słyszę szelest za sobą. Spoglądam za siebie. Widzę małą dziewczynkę. Odzywa się do mnie: – Wiesz gdzie jesteś? – Nie wiem. Co się stało? – Jesteś w świecie równoległym. – Równoległym? A co to jest? – Świat podobny do twojego, tylko trochę inny. – To fajnie...ale moja mama…mogę ją stąd zobaczyć? – Ty akurat możesz. Ale tylko zobaczyć. Spójrz przez tą dziwną dziurę. Widzę swoją mamę. Biega po ogródku i płacze. Coś ciągle woła, ale nie wiem: co. Na pewno moje imię. Jest tak blisko, a nie mogę jej dotknąć. Przytulić się do niej. – Chcę tam wejść. Jak możesz mnie tu trzymać? – Nie trzymam cię, ale nie możesz. Jeszcze nie teraz. To tak jakbyś oglądał film. Ona nie widzi naszego świata. – Ale się o mnie martwi, a ja o nią. Chcę do niej wrócić. Nie widzisz? – Widzę. Poczekaj trochę, to wejdziesz. – Na co mam czekać? – Masz szczęście. Ja takiego nie miałam. Nie jest mi tu źle, ale powrót niemożliwy. – Szczęście? Co ty za głupoty mówisz? – Jak na siedmiolatka, to jesteś wygadany. – No to mów, dlaczego jestem wyjątkowy? – Twoja mama, w chwili twojego zniknięcia, bardzo cię kochała. Właśnie w tych sekundach, chyba najbardziej. To uczucie nieustannie przenika do tego świata. Jak przeniknie całe, to wrócisz. – Kiedy to nastąpi? – Niebawem...aha... mam prezent dla ciebie: Żółtą Kulkę. – Po co mi ona? Mam podobne. – Ma w sobie pewną: moc. – To co innego. Dawaj. – Nie chcesz wiedzieć, jaka to moc? – Pewnie, że chcę. – Jak ją weźmiesz do ręki i chwilę potrzymasz, nie mając w sobie złości dla innych ludzi… to słońce zaświeci. Nawet, gdyby akurat padało i było pochmurno. Nawet burza zniknie. – Naprawdę? To super. – Ale to działa tylko bezpośrednio nad tobą. Nie wiem dokładnie, jaki ma zasięg. – Nie ważne. Dzięki. – Jest jeszcze coś. Ty musisz ją trzymać. W innej dłoni nie zadziała. – A jak długo będzie działać? – Nie wiem. Za chwilę wrócisz do ogrodu. Matka nadal będzie patrzyła w oknie, a ty się będziesz huśtać. – Nie rozumiem. – Mnie też to trudno pojąć. Wiem tylko, że z czasem, to mi wyjaśnią. – Kto? – Też nie wiem. Uważaj! Wracasz. Nie zgub kulki, którą ci dałam. Ale on ma wprawę w tym huśtaniu – myśli mama. – Buja się i buja szczęśliwie. Niepotrzebnie tak się lękam. Muszę go wreszcie zawołać, żeby przyszedł na obiad. Nagle znowu jestem na huśtawce. Jakby mojego zniknięcia, wcale nie było. Ściskam w ręce Żółtą Kulkę. Jest piękna, słoneczna pogoda. A wszędzie wokół pada deszcz. Będę musiał sprawić, żeby gdzie indziej, też ludzie mieli taką ładną. Jeżeli oczywiście wyrażą takie życzenie. Mama się na pewno zdziwi, jak jej powiem, że mam w ręce takie małe Słońce, które robi, że jest ciągle lato.
  13. @Sylwester_Lasota Sylwester_Lasota→Dzięki za zerknięcie. No fakt... chciałem coś ''przemycić'' w tekście. Jednakowoż lepiej nie tłumaczyć. Ciekawiej, gdy każdy rozumie po swojemu:)) P.S→Ciebie zawsze kojarzę z pierwszym kometem:)→Pozdrawiam:)
  14. wiecznie poniżane kostki brukowe spocone od wilgotnych kawałków deszczu w nieustannym wzajemnym przytuleniu malowane przymglonym światłem zardzewiałych latarni już dawno zwątpiły w zmianę swego przeznaczenia na chociaż trochę znośniejsze niskie kamienice przyczajone po obu stronach błyszczącej wstęgi niczym szare kamienne koty z żółtymi plamkami prostokątnych oczu miauczą raz po raz skrzypiącymi okiennicami szeleszcząca cicha ciemność pochłania zewnętrzny świat odarty z jaskrawego światła dnia przeciska błogi całun snu sączy go poprzez szpary zmęczonych ścian gdzie z wolna przenika do komnat umysłów zanurzając sen w kołysanym zbawczym opływaniu samotne przymglone światło omiata powłóczystą poświatą pęknięcia łuszczącej się farby nie widać źródła ukrytego za narożnikiem domu skryte w przezroczystej tajemnicy niewidocznej latarni cicho liczy wspomnienia brzasku czarny kot przebiega bezszelestnie drogę ciemne mokre futro błyszczy srebrzyście iskierkami drapieżcy dopiero teraz księżyc zdejmuje płaszcz upleciony z gęstej chmury wiesza go na rzeźbie czasu wyciosanej z przestrzeni żółta kula wisi nisko podparta na wstędze z nicości niby na wyciągnięcie ręki a jednocześnie tak daleko płynie z niej krew ścieka na dachy budynków a stamtąd w powolnym konaniu wolno kapie na chodnik budząc ledwo słyszalne skrzyżowane echa liczy czerwonymi krwinkami dołującą kwadraturę chropowatych płytek widząc na horyzoncie kratkę ściekową szczur zlizuje z żeliwnych przęseł czarne lepkie krople od czasu do czasu gorzkie chwile miodu
  15. To jeno próba ukazania mowy, z której właściwie nic nie wynika. Poza ślęczeniem po pas w wodzie. Jak państwo zdążyli się zapewne zorientować, za chwilę zaczniemy debatę prezydencką. Każdy z kandydatów usłyszy to samo pytanie i będzie miał dribbla+ na odpowiedź. To znaczy nieco dłuższego, niż reguła cudza przewiduje. Jednakowoż, gdy tylko zacznie podejrzanie przedłużać do drabbla, usłyszy gong i będzie zobowiązany zakończyć wzwód… przepraszam… wywód. Kolejność wypowiedzi zgodna z kolejnością losowania. Pytanie brzmi→”Czemu chcę zostać prezydentem” Głos oddaje kandydatowi nr: 1. Dlatego milknę w szarej strefie ciszy. ~~@:)→1 Do jasnej ciasnej, chcę zostać pierwszą głową, by obiecywać na wybrane świętości, że dołożę wszelkich starań, by wrogie siły zboczone, nie szarpały szponami gospodarki naszej, wypracowanej na ojczystej ziemi, zbezczeszczając, plugawiąc i kradnąc, patriotyczny dorobek prochów naszych ojców. Jak mi tu stoi, przyrzekam solą, chlebem i biało czerwonymi kłosami zbóż złocistych, że takowe łapy poucinam i z dupy powyrywam, gdyż pragnę być polakiem wszystkich prezydentów. Oczywiście, istnieje sporadyczne prawdopodobieństw, bliższej koszuli (((Bim Bam))) ~~@:)→2 Drodzy siostry i bracia. Mojego przedmówcę, nieco nerwy poniosły, na zgniłe manowce pogardy, tyczącej innych narodów, inaczej sąsiadujących. Pragnę prezydentury, gdyż miłuję wszystkich bliźnich, a nawet pozostałych i tylko ja potrafię zapewnić sprawiedliwe łódki, na których popłyniemy, rzeką z miodu i mleka płynącą, by z moim niezatapialnym sterem, którego będę dzierżył w dłoni, pokonać każdy wodospad, lecąc bezpiecznie w dół (((Bim Bam))) ~~@:)→3 Dzień dobry. Poprzednicy zrobili państwu wodę z mózgów. A do racjonalnego, konstruktywnego sprawowania władzy, potrzebny jest nie tylko mózg, ale jeszcze to, co nie każdy posiada, ale ja akurat posiadam, tylko tego nie widać, bo mam głęboko ukryte, w jeszcze nieodkrytym programie. A nie widać dlatego, gdyż nie chcę was rodacy zniechęcić, aż tak znakomitymi pomysłami, bo jeszcze niesłusznie pomyślicie, że jest to niemożliwe. Dlatego pragnę zostać pierwszą głową, więc musicie mi po prostu zaufać. Wspomożecie? (((Bim Bam))) ~~@:)→4 Witam szczególnie ciepło, zgromadzonych przed szklanym ekranem. Kandydaci, którzy wypowiedzieli swoje kwestię, są po prostu niegodni waszego spojrzenia. A dlaczego? Bo tak naprawdę chodzi im o władzę i kasę. A jam bogaty w biedę. Nie potrzebuje nic do siebie. Przede wszystkim zlikwiduję wszelkie podatki, a plusów będzie tyle, że cała geometria naszego państwa ich nie uniesie. I żadne minusy ich nie przemogą. W pozytywnym sensie, rzecz jasna. Nie ciemna. Nie ze mną takie ciemne numery. A skąd na to wezmę (((Bim Bam))) ~~@:)→5 Szanowni widzowie. W głowie mi pierwsza głowa, gdyż patrzę szerzej od szanownych przedmówców. Zrównam kobiety z mężczyznami, szarych z kolorowymi, głupich z mądrymi, myślących inaczej, z myślącymi przeciwnie, wierzących z niewierzącymi i wierzącymi lub nie, w cokolwiek. Oddzielę wszystkie instytucję, od pozostałych urzędów, samorządy od władzy, służbę zdrowia od chorób, księży od celibatu, aborcję od ciąży, emerytów od rencistów, strażaków od ognia, policjantów od kryminalistów, moherowe berety od gołych głów, lasy od drzew, naturę od człowieka, sztuczne nogi od ciał, zwierzynę od myśliwych, władzę od tęsknoty za nią, rząd od nierządu, góry od dołów, złodziei od (((Bim Bam))) ~~@:)→6 Dzień dobry. Jestem skromnym kandydatem niezależnym. Marzy mi się Polska dla wszystkich polaków. Nie podzielonej na: a,b,c,d,e,f, g, h, i, j, k, l, ł, m, n, o, p, r, s, t, u,w, y, z. Przyrzekam, że będę szczodrze nalewać każdemu, z pustego naczynia, gdyż puste się nigdy nie kończy. Proszę o wzajemny szacunek, miłość, słowa: przepraszam, proszę, dziękuję, Niech każdy daje żyć innym. Dbajmy o środowisko naturalne. Żeby homo sapiens w końcu nie wyginął. A może jakby wyginął, to byłoby lepiej. Póki co dołożę wszelkich starań, by Polska miała dostęp do morza ze wszystkich stron. Na wypadek, gdyby wyszły z niego, stwory mądrzejsze od nas ((( Bim Bam )))→Bez przesady!
  16. nie wiatraczaj wiatraku nie wiatraczaj dmuch przyciągasz on wiatrani zbożokłosy pragnie złanić do ziemi przygnieść wyjcogromem a one białomączeniem nie spełnione spójrz tam kołowodnik drewniany nieruchomy na nim żaba śpiewa choć klepka jej nie odbiła strumienia odpoczywa po horyzont łanocałun jeszcze nie złotawy zielony rośnie z wolna pomału gdzie początek chleba malusi uśpiony tyś cierpliwość zmieliłeś w fałszywym ziarnopyle trza było myślami poskrzypieć przez chwilę ~~~ nie wiatraczaj wiatraku nie wiatraczaj jeszcze za wcześnie bo w końcu ci młynarz skrzydła obetnie ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ Wersja alternatywna nie wiatraczaj wiatraku nie wiatraczaj jeszcze za wcześnie po diabła się wyrywasz młynarz zdąży ci skrzydła z dupy powyrywać ~ nie przeminie z wiatrem gdy późnej zaczniesz
  17. Dekaos Dondi

    Czubaty Autobusik

    sądzą ludzie świat cały ta duża ten duży albo też mały każdy widzi błędy tamtego spostrzega zło u tego drugiego rozpatruje pozory człowieka chce go osądzić żaden nie zwleka wnętrza problemów innych nie widzą może własnych cholernie się wstydzą psychiki drugich nie rozważają swoje kłopoty na głowie mają co dla jednego jest ważne strasznie innego rozśmiesza i sęk w tym właśnie co dla jednego jest bzdurą wszelką to dla drugiego potrzebą wielką jedni drugich zrozumieć nie mogą niezrozumiany czuje się każdy niepotrzebny i taki nieważny dowartościować pragnie swe ego zatem z radością niszczy bliźniego każdy każdego w błoto układa kładąc swe błędy jak za parawan albo dla własnych jakiś korzyści z rozpaczy miłości bólu z zawiści mówi o ludziach różne głupoty nie znając ich dobrze i co do joty a wszyscy jadą w tym autobusie szajbuski szajbusy i małe szajbusie
  18. @Gosława Gosława→Dzięki:)↔To takie trochę do podumania jest. To znaczy... chyba... tak sądzę... raczej... hmm... Też umiem Pozdrowić serdecznie przecież:))
  19. Semafor podniósł się do góry, jakby jasne reflektory go zaiste podnieciły. Opadająca rdza, poprószyła biały śnieg, niczym tarta czekolada, zbitą śmietanę. Parowóz ruszył ze wszystkich sił, w każdym kółku, na jednym torze. Lekko przygarbiony maszynista, z wyświechtaną czapką, pochyloną w kierunku jazdy, siedział na prostym, trzęsącym się stołku, którego trzy cienkie nóżki, lekko się wygięły, tworząc przezroczystą beczułkę. Lokomotywa chłonęła coraz większą prędkość w kolistości podtrzymujących ją światów. Wirowały jak oszalałe, jakby chciały się oderwać, by podążać swoją drogą przeznaczenia. Raz po raz jakaś zabłąkana iskra, syczała przez chwilę w śniegu, niby wściekły wąż, polujący na swoją ofiarę. Maszynista wcinał bułkę z okrasą pojadając kiszonym ogórkiem. Mimo mrozu i wiatru, panującego na zewnątrz, był spocony jak mysz zwrotnicowa, otulona siankiem, którego nakradła z pobliskiego pola. Ale nie teraz, rzecz jasna. A zresztą to zwierzątko metaforyczne, w snutej opowieści. Kropelki potu kapały na brudną podłogę, w rytm stukania kół o szyny. W tej samej kolejności, kiwał się zjadacz śniadania. Główny prowadzący parowozu. Szarość dnia mijała smugami za oknem. Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Tory zwężały się na horyzoncie, do granic możliwości. Siedział nadal na stołku, wpatrzony w dal, którą znał na pamięć. Tyle lat jeździł tą trasą. Była tak powszednia, jak bułka, którą się raczył nie podzielić, bo nie miał z kim. Dzisiaj podróż była inna. Samą lokomotywą. Lazurowy papierek, wyrzucił do nadbrzeża kosza. Na zewnątrz zapadał zmrok. Ukołysany miarowym kołysaniem, popatrywał w kierunku jazdy, jedząc ostatni kęs bułki. W kubku też niewiele zostało. Wypił ostatni łyk. Okapał brodę. Właśnie wycierał ją rękawem, gdy dostrzegł odbicie w oknie. Widział siebie i wnętrze pomieszczenia. Lecz nagle obraz zaczął się zmieniać. Ujrzał kuchnię w swoim domu. Żona stała przy stole i coś tam robiła. Nie dostrzegł dokładnie co, ale na pewno była to ona, chociaż widział ją od tyłu. Obraz nieustannie falował. Mieszał się z odbiciem, wnętrza, w którym siedział. Zobaczył mężczyznę. Podszedł do niej od tyłu i zaczął dusić. Trwało to chwilę. Obraz znów się zamazał. Po chwili dostrzegł żonę. Niewątpliwie nie żyła. Nie widział twarzy mężczyzny. Lecz nagle ów, zaczął się odwracać. Ale właśnie w tym momencie, maszynista zobaczył długą smugę świateł. Drugi pociąg, jechał w odwrotną stronę. Zamazał całkowicie twarz mordercy. Zdążył tylko zauważyć, że na głowie miał niebieską czapkę. Po chwili uświadomił sobie, że przecież na tej trasie, jest tylko jeden tor. Siedział zdruzgotany. Nie wiedział, co o tym myśleć. Co mogla oznaczać ta wizja. Czyżby widział przyszłość. Nie. To przecież niemożliwe. Myślał przed wszystkim o żonie. Nie chciał wierzyć, że to mogło wydarzyć się naprawdę. Zaczął padać gęsty śnieg. Czasami jakaś zabłąkana iskra, zderzała się ze śnieżynką, walcząc o przetrwanie. Miarowy turkot kół, przyćmione światło oraz przyjemne ciepło, sprzyjało rozmyślaniu. Lecz te myśli był lodowate. Raniły jego psychikę. Bardzo. Lokomotywa zbliżała się do strzeżonego przejazdu. W świetle reflektorów zobaczył jakąś postać. Nie wiele jej widział, z uwagi na gęsty śnieg. Dostrzegł jedynie, że poślizgnęła się na torach. Upadła. Nie zdążyła się podnieść, by uciec. Nie obchodziło go to całe zamieszanie, związane z wypadkiem. Miał inne myśli w głowie. Odpowiadał na pytania, ale jego odpowiedzi, jakby krążyły obok niego. Pamiętał na pewno, że postać dostała się pod lokomotywę. A właściwie był o tym przekonany. Nie wiadomo czemu. Tak faktycznie było. Miał racje. Zostały jedynie przemielone szczątki, podoczepiane to tu , to tam, w dolnej części lokomotywy. Patrzył na nie. Myślał sobie: był człowiek, nie ma człowieka. Prawie dosłownie. Jedynie kupa mięsa, kości i krwi. Nagle tak się poczuł, jakby ktoś go silnie uderzył. Dostrzegł zmiażdżoną głowę. A właściwie to, co z niej zostało. Na kościach czaszki, pomieszanej z mózgiem, była wgnieciona niebieska czapeczka. Pomyślał, że to może być zbieg okoliczności. Ale czy na pewno? Co tak naprawdę przedstawiała ta wizja? Teraźniejszość czy przyszłość? Czy było już po, czy przed? A poza tym był zmęczony. Mogło mu się wydawać, że coś widzi. Pożyczył telefon. Zadzwonił do domu. Jego serce waliło jak oszalałe, kiedy czekał na połączenie.
  20. tyś nieruchomy przestałeś być cały z padołu wylogowany konto czeka na twoją miarę taką samą jaką ty stosowałeś przeistoczone poza skalę ktoś panią śmierć wykosił kosą po mordzie dał tudzież nie musisz się lękać że kiedyś umrzesz a jeśli robi ktoś z ciebie idiotę i nie będzie żadnego potem a jeśli tak? wtedy dostałeś chleb i kopytka całkiem fajne zależy co dusza zjadała bardziej
  21. Wokół popaćkanego krwią chodnika, zebrał się spory tłumek. A najwięcej, bliskich zwłok. W końcu ktoś ze zgromadzonych gapiów, zadał banalne pytanie: „Czemu”? Członek rodzinny odpowiedział nostalgicznie: „To wszystko przez jego dziadka, figlarza. Zapisał wnukowi spadek z dachu. A że on dziadka miłował bardzo, to zrealizował co mu nieboszczyk – jak się właśnie okazało, prawie świętej pamięci – zapisał.” – Chwila – dodał inny obcy. – O ile mi wiadomo, twórca testamentu, miał drugiego wnuka. Gdzie on? – Dziadek jemu zapisał… co ma wisieć, nie utonie. – Też miłował dziadka? – No pewnie. Co mi insynuujesz? Że niby nie miłował… o jasna cholera! – Co się stało? – Biegnijmy nad rzekę! ******************************************************************* Doprawdy nie mam już sił. Wiem, jestem kochającą: żoną , matką i jeszcze tam kimś i kimś… ale sytuacja mnie przerasta. Biegam jak goła w ukropie, a ścianki wysokie i wyskoczyć się nie da.. Ciągle czegoś ode mnie chcą. Mąż, dzieci i reszta. Pomału nie słyszę, co brzęczą. Jeszcze obiad trzeba zrobić. Czy oni muszą ciągle jeść? Na dodatek dzieci biegają z pokoju do pokoju, bo bawią się w wojnę. Internet nie działa. Normalnie padam na pysk. * – Tatusiu. Choć prędko do kuchni. Mamusia inaczej wygląda. Wchodzą, widzą i słyszą: – Dzisiaj miałam urwanie głowy – mówi samotna głowa, leżąca na podłodze.
  22. ––?/–– Anton otwiera oczy całkowicie zlany. Od czubka głowy do zakończeń palców u nóg, cząsteczki potu okrywają słonym całunem ciało. Powodem jest sen, którego doświadczył. A właściwe końcowe słowa, niosące w sobie… polecenie i nagrodę. Brzęczą w głowie, niczym stado rozkazujących much. W końcu patrząc w sufit, powtarza głośno sam do siebie. – Od dzisiaj masz kochać wszystkich ludzi, oraz spełniać wobec nich dobre uczynki. Sprawa dotyczy szczególnie tych obywateli, którzy będą tobie urągać i prześladować w pełni. Zarówno czynem jak i słowem. Jeżeli wypełnisz misję należycie, to istnieje prawdopodobieństwo, że po śmierci otrzymasz nagrodę, o której na tym padole, możesz jedynie pomarzyć. Czy wszystko jasne? Odpowiada, że tak. Ewentualnie mógłby zapytać, szansa jedna na ile? Ale po co? Szkoda czasu. Lepiej działać zgodnie ze wskazówkami. Byle tylko zegar nie był zepsuty a nagroda wieczna. * Anton wstaje. Dokonuje higieny osobistej części intymnych oraz pozostałych. Ponadto zakłada odzienie, wyciąga wczorajszą bułkę, nastawia czajnik i po chwili patrzy przez okno. O cholera – złorzeczy – gdyż gołąb osrał mu głowę. O zwierzętach nie było mowy, więc nie musi kochać. Patrzy pod górę. Wygraża palcem złorzeczącym, opierzonej dupce, co wystaje poza krawędź dachu. Niestety. Ptak ma go gdzieś. Funduje drugą. Prosto w oko. I nagle – w tym samym momencie – przestaje rozmyślać o defekacji ptactwa. Drugie oko zachodzi łzą szczęścia, gdyż dostrzega sąsiada. Najbardziej wrednego z wrednych. Ów go często odwiedza, wrzeszcząc zza progu, że za bardzo… zapierdala na gitarze i tym rzępoleniem, sen z niego płoszy. Nie pozostaje nigdy dłużny. I właśnie ta łajza idzie do niego. To pewne jak śmierć. Tylko po co? Przecież teraz nie gra. Chyba w ogóle nie posiada gitary. Sąsiad jest po prostu złośliwy i już. A że go odwiedzi, to bardzo dobrze. Zacznie wypełniać misję. Po chwili słyszy człapanie za drzwiami i dzwonek. – Otwarte – wrzeszczy Anton o ton głośniej i radośniej. Sąsiad wchodzi. – Wszelki duch pana Boga chwali – słyszy wspomniana łajza. Anton przygotowany na to co zwykle w tego typu okolicznościach, stoi z niepewną miną. Nawet brzdęka paluchem, o prawie spalony i okopcony czajnik. Udaje odgłosy gitary, by sprowokować większą burzę. A niech nagroda będzie proporcjonalna do zasługi, to będzie jak znalazł. – Dzień dobry kochany sąsiedzie – rzecze przybyły. – Tylko nie mów, że mój widok ciebie zdziwił? Bo wiesz... ja tak cichutko… puszyście... jak maleńki kotek świeżo narodzony… to znaczy... czy aby nie przeszkadzam w porannym koncercie? – Ależ nie – odpowiada zawiedziony gospodarz. – Jeno wyrażę przypuszczenie… choryś ty? – Poniekąd – odpowiada inny niż zazwyczaj. – Mam problem. Sąsiad… ty mi normalnie utrudniasz. – Utrudniam? Chyba ty mnie. Miałem sen… – To sąsiad też… bo ja… też. – Tylko mi nie mów, że usłyszałeś polecenie. – Ano Anton. Usłyszałem. W tym momencie następuje konsternacja. Szachowy pat. Wszystko poszło inaczej niż miało pójść. Nie ma powodu do miłowanie bliźniego, bo za cholerę, żaden nie chce urągać i złorzeczyć. Stoją smutni, myśląc o nagrodzie pośmiertnej. Przelatuje obok jeszcze żywych nosów, niczym łabędzi śpiew. Nagle Anton doznaje olśnienia. Jeszcze nie wszystko stracone. Może nawet z tego tytułu gitarę kupi a jemu stopery. Przecież tam… w tym poleceniu… – Sąsiedzie! Ty też słyszałeś to słowo? – Niby jakie? – Szczególnie. – No nie… ja pierdzielę… czyli nie tylko… * Anton otwiera oczy całkowicie zlany. Nic nie słyszał. Wstaje. Sąsiad też otwiera. Też by nie słyszał głosu w głowie, gdyby nawet takowy zaistniał. Zagłuszają go dźwięki gitary. Po pewnym czasie, spotykają się na korytarzu.
  23. ≈–––?/–––≈ ° ° Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy. Bęc. Druga prosto w rdzawe oko. Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu. Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada. Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej. Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono. Na szybie strumienie chaosu. Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia. Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy. Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte. Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać. Puk. Puk. Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało. Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury. Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna. Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych. A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową. W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów. Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych. Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją. Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny. Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia. I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie. ≈↔↔↔↔↔↔↔↔↔↔≈
  24. @Konrad Koper Konrad Koper→Nie bardzo wiem za co:)→ale Dzięki:))→Pozdrawiam:)
  25. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wiesław_J_Korzeniowski→Mnie też już tak. Zostawiłem→Robtów:)↔Pozdrawiam:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...