-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
mamy zabawę w bajkowym domku fajnie tańczymy wciąż od początku jest nam wesoło sami widzicie rybkę co śpiewa też usłyszycie przyszły dwa misie takie pluszowe wyjadły miodzik zrobiły szkodę kochane pszczółki im wybaczyły wesoło z nimi tu zatańczyły tuptają słonie takie z trąbami jak poprosimy zatrąbią z nami różowe uszy wszystko wachlują chyba nam domek trochę zrujnują witamy małe zielone żabki takie liściowe mają swe czapki skaczą wysoko na wszystkie strony aż kolorowe pękły balony przybiegły w kropki żółte kucyki lubią w tej chatce nasze wybryki kopytka twarde w deski stukają do tańca skocznie nam przygrywają za drzwiami wrzaski wpadły trzy małpki na głowach śliczne wiewają kwiatki tycie ślimaczki na płatkach siedzą fajnie nam tutaj wolno powiedzą tańczą krasnalki biegną na schody na ich poręczach zaplotły brody pszczółka akurat mała tam lata dla niej to słodka cukrowa wata wielka to zgroza w progu wilk stoi takiego czorta każde się boi wilk jest barankiem bo z nim kapturek gdyby nas zjadał dostanie w skórę przerwijmy tańce idźmy nad rzekę będziecie czekać aż rybkę wywlekę bo ona biedna w głębinach ziewa gdy się rozbudzi nam tu zaśpiewa mamy zabawę tutaj nad rzeczką skaczemy wesoło z małą owieczką jest nam radośnie sami widzicie a rybka nie śpi śpiewa słyszycie
-
1
-
Siedzę przy stole w kuchni. Zajadam bułkę, popijając herbatą. Cisza jak w grobie przy zwłokach. Przyćmione światło lampy sprawia wrażenie, że spowolniło bieg. Słychać jedynie jednostajne tykanie przemijających chwil, które już nigdy nie powrócą. Za oknem ciemność. Widzę z lekka zamglone odbicie tego wszystkiego, co znajduje się wokół. Nie jest łatwo tak siedzieć samotnie w tych przysłowiowych czterech ścianach. Jedynym urozmaiceniem jest latająca ćma na orbicie lampy. Słyszę miękkie odbijanie od klosza. Obserwuje ją od dłuższego czasu. Gdzie ona może dolecieć, skoro fruwa w kółko. No chyba, że zwiększy szybkość i wyleci z orbity, będąc za chwilę mokrą plamą na ścianie. Bułka się pomału kończy. Herbaty tyle co nic... a zresztą zdążyła już ostygnąć z tego, czym była jeszcze przed chwilą. Chociaż tutaj ciepło i przytulnie, to wiem, że coś mi tu nie pasuje. Ta układanka powinna wyglądać trochę inaczej. Wszystko jest niby na swoim miejscu, poza moją osobą. Trochę się czuję jak marionetka. Jakby myśli wisiały na sznurkach i ktoś nimi manipulowała, ale tak cwanie, żebym był przekonany, że to ja trzymam cała wiązkę sterowników. Postanawiam dokładniej spojrzeć na otoczenie. Rzucić okiem w każdy kąt. Byle nie za mocno, bo zobaczę wypaczony obraz. Wmówiłem sobie, że siedzę w kuchni. Ale czy to jest prawdą. Niby tak. Stół, krzesła, szafa, kuchenka gazowa, a nawet ręczny młynek. Zatęskniłem za zapachem świeżo sparzonej kawy nalanej do porcelanowego kubka. Takiego z jednym uszkiem na boku. Dwa dają wybór. Zanim bym się zdecydował za które złapać, to kawa by zdążyła wystygnąć. Pragnę wstać, żeby spełnić swoje marzenie. Zalać wrzątkiem naćpaną kawę. Gdy widzę jak gorący wodospad, rozbija się o dno naczynia, to jakbym własne myśli widział, roztrzaskiwane o skały, jakąś nieznaną siłą. Nie mogę się podnieść. Coś mnie trzyma na tym krzesełku, jakbym był przyklejony kleistym czasem. Zegar wybija pełną godzinę. Nie wiem którą, bo nie ma wskazówek. A bym przysiągł, że przed chwilą były. Może czas chce mieć trochę czasu dla siebie. Albo to tylko przewidzenie. Przez ułamek sekundy, widzę swoje oczy na stole. Wiem, że to niemożliwe, ale po chwili dostrzegam samego siebie z pustymi oczodołami w głowie. Pomyślałem i ujrzałem. Nagle wszystko powraca do ustalonego trybu. Oprócz klepsydry wirującej pod lampą, z której wylatuje piasek. Słyszę ciche bębnienie malutkich ziarenek, obijających się o meble i podłogę. A każde ziarenko to mniej życia dla mnie. Chyba. Sam już nie wiem. Bułka się skończyła, szklanka jest pusta, a ja siedzę nie wiadomo po co i na co. Nagle krzesło po przeciwległej stronie stołu się odsuwa. Widocznie ktoś tam jest i teraz wstał. Dźwięk towarzyszący odsunięciu, w tej całej ciszy, jest trochę przygnębiający. Aż mnie ciarki przeszły po plecach. Doszły do samej szyi i zaczynają powrotną wędrówkę. Jest ich coraz więcej. Chłodnych i wilgotnych. Jakby zwłoki grzbiet masowały. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak wygląda pojedynczy: ciarek. Chyba tak samo jak wszystkie, tylko trzeba patrzeć na jednego. Nikogo nie dostrzegam, ale słyszę kroki. To coś lub ktoś, chodzi po kuchni. Nie widzę ciała, ale dostrzegam jego cień. Przemieszcza się z kąta w kąt, załamując na meblach. Przed chwilą przemknął po moich dłoniach, jak ciemne skrzydła wielkiej ćmy. Prawie poczułem aksamitne muśnięcie i lekkie ugięcie naskórka. Nadal nie mogę wstać od stołu. Widzę, że drzwi od szafki się otwierają. Po chwili szybuje z nich puszka z kawą. Z łyżeczki wsypywana jest do młynka. Krzesło powraca na swoje miejsce i zaczyna się mielenie. Rączka od młynka wiruje cały czas niczym pusta karuzela, z której wszyscy poszybowali do innego wymiaru. Słyszę zgrzytające dźwięki mielonych ziarenek. Mam wrażenie, że mały piesek chrupie kostki swojej zdobyczy, albo że ktoś chodzi po delikatnych szkielecikach małych dzieci. Spoglądam na dwie szklanki. Czajnik z wodą jakiś czas temu się nastawił. Teraz z niego szybuje wrzątek prosto na brązowy miał. Zakłóca miękką powierzchnie kropelkami gorąca. Jedna szklanka wędruje do mnie, a druga naprzeciwko mnie: do góry. Obaj zaczynamy pić. Czuję ten piękny zapach. Tak intensywnie, że moja świadomość znajduje się w siódmym aromacie. Spoglądam za okno. Czegoś brakuje w tym odbiciu... * – Kochanie, spisz? – Tak. – Znowu tam siedzi. – To żadna nowość. – Wygląda na zmartwionego. – Zawsze tak wygląda. – A swoją drogą musi mieć bogatą wyobraźnie. – W końcu to była jego kuchnia. – Wyraźnie widać, że wierzy… że tu jest. Może nawet mu się wydaje, że coś je. – I pije kawę jak zwykle. – Tak. – Jest nie groźny. A poza tym... pojawia się co jakiś czas. – Tak… kochanie, gdzie jesteś? – Tu. – Gdzie? Znowu założyłaś tą prześwitującą sukienkę. – Ciebie też nie widzę. – Piłem rozpuszczalną kawę. – Oj kłamczuszek i żartowniś z ciebie. – Sprawdzę, czy jeszcze siedzi. * – Kochanie, widzisz chatkę? – No widzę. – A zatem eksperyment się powiódł. – No chyba… ale nie bardzo rozumiem. – Spójrz. Tam w oknie pali się światło. – To znaczy w kuchni. – Tak. Podejdźmy tam. – Widzisz ich? – No widzę. – Ale oni siebie nawzajem... chyba nie widzą. Zresztą nas też. – Bo oni są… – … wytworem naszej wyobraźni – Czyli mamy podzielność uwagi. Wyobrażamy sobie co tam robią, a jednocześnie ze sobą gadamy. – Nie dziw się. W końcu jesteśmy najnowszymi modelami. Programowali nas najlepsi. – A tych najlepszych? – Nie mamy tego w pamięci. Możemy jedynie tworzyć rzeczywistość. – Ale są pewne ograniczenia. – Tak. – Czyli tak naprawdę stoimy na pustym polu? – Tak sobie nas wyobraża. – Kto? – Żartowałam. * – Mamo! Fajowy ten holografik co mi kupiłaś. Maluje ludziki a one ożywają. A nawet myślą po swojemu, jak im pozwolę. Widzisz, nawet kuchnię namalowałam i tych co ich podpatrują oraz tych co sobie ich wyobrażają, ale oni są niewidoczni, bo ich maluję przezroczystą farbką... – Nie ładnie kogoś podpatrywać. – Wiem… ale tak jakoś wyszło. – Tylko przed spaniem wymaż to wszystko, że by się po całym pokoju nie porozłazili. – Dobrze mamo. * – Tatusiu. Dzięki, że mi to kupiłeś. Maluję właśnie dziewczynkę, co maluje na holografiku, różne żywe obrazki, nawet chatkę, tamtych dwoje w kuchni i tych drugich dwoje, którzy są przekonani, że stoją na pustej łące oraz tych... – Tylko nie zapomnij wymazać przed spaniem. Wiesz co było ostatnio? – Wiem. * – Cholera co się dzieje. Chatka znika i ty też. – Nie tylko ja. * – Nie zdążyłem wypić kawy, a już jej nie ma. I zegara i szafki... i młynka * – Kochanie nie widzę ciebie. Tylko dziwny cień. * – Widzę, że mażesz? – Idę spać. Jutro znowu namaluję. * – Widzę, że malujesz dziewczynkę, co likwiduje swoje obrazki. – Za chwilę zlikwiduje swoje. – Tato! Co się dzieje!? Znikasz!… * – Bo doprawdy oszaleję. Znowu oglądasz ten bzdurny film. – Nie życzę sobie, żebyś tak do mnie mówił. Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?
-
widzę ten sztylet gładki błyszczący ostrze niewinne dusza ma powie muszę go kupić moja powinność wygrawerować słowa misyjne w imię bliźniego przebaczam tobie widzisz o panie człowiek niegodny twojej miłości kpi sobie z ciebie on miał przebaczyć nawet wrogowi wbijam mu ostrze żeby przypomnieć kończę liczyć siedemdziesiąt siedem Boże tak bardzo miłuję bliźnich ta sprawa sercu memu jest bliska im więcej cierpią to też nagroda spotęgowana stokrotnie nawet wierzę że dla nich twą miłość zyskam życie wspominam klepsydrą było tkwiło w zwężeniu me grzeszne ziarno lecz usłyszałem przebaczam tobie zleciało w światłość wspieram więc innych by mogli w niebie szczęście przygarnąć za wielu bliźnich już wybaczyłem wierzę że zbawisz miłość dać raczysz ale niestety to koniec dobra więcej nie mogę bardzo przepraszam ból czuję w plecach ktoś za mnie wybaczył
-
w słodkiej krainie pychotek multum jakby słodkości król tu zamieszkał lecz w białym koszu polukrowanym nęcą powabne wdzięki ciasteczka ? tubylcy wiedzą że wszystko dla nich co dusza pragnie ile kto może oprócz jednego bo wtedy nagle w sensie szczególnym poniosą szkodę zakalec smolny przyczłapał do nich przymilny słodki i cwany jeszcze on was pognębia myśli wciąż miesza chce wam zakazać to co najlepsze stęsknionym pysiom w smak takie słowa już do ciasteczka pędzą zziajani wódz daje przykład pierwszy pospiesza gdzieś mają jutro i biegną za nim zajączek fruwa dzisiaj o świcie krasnalek gorycz wylewa wrzącą zamęt i popłoch jęki i wrzaski niejeden w gacie zrobił na słodko * miejsce istnieje tak jak istniało lecz tak cośkolwiek jest ciut inaczej gdyż już przestało być niespodzianką że jeden wesół inny zapłacze
-
Tyle się nasłuchałem o tej krainie, że w końcu postanowiłem tam powędrować. Może dlatego, że tkwi we mnie wrodzona ciekawość, jak gwóźdź w ścianie. Zasadnicza różnica między gwoździem a mną polega na tym, że ja mogę się przemieszczać, a on nie. Czy istnieją dodatkowe aspekty rozróżnienia w sensie intelektualnym? Trudno stwierdzić. Gwóźdź milczy jak wbity. A zatem wędruje po różnych bezdrożach, szukając czegoś, co jak się zdążyłem dowiedzieć, nie widać z zewnątrz. Jedynie od wewnątrz. Jakbym szukał koloru wiatru. Zupełnie niespodziewanie, wchodzę do obszernej wioski. Dziwnej takiej, gdyż na dachach dostrzegam wiele ostrych szpikulców. Niektóre są oklejone skrawkami zakrzepłej mazi. No nic, myślę sobie. Najważniejsze, że wreszcie doszedłem do celu. Tubylcy biegają na wszystkie strony, jakby ich coś spłoszyło. Chyba mnie widzą, ale tylko wzrokiem. Całą resztą są gdzie indziej. Takie przynajmniej sprawiają wrażenie. Nagle wszyscy wchodzą do wielkiej chałupy, zbudowanej nie wiadomo z czego, w moim skromnym odczuciu. Daje się wyczuć ogólną nerwowość. Nie wiem, czy ze strachu, czy raczej z dziwnej radości na fundamencie nadziei. Jestem w środku dużego pomieszczenia. O dziwo, rozumiem ich mowę. Jest to dla mnie zupełnie niepojęte. Nie zastanawiam się nad tym fenomenem. Siadam na końcu sali i słucham uważnie, o czym tak zawzięcie dyskutują. W pierwszej chwili, nie bardzo wiem, o co w tym wszystkim biega, ale nadal uszy nadstawiam. Właśnie przemawia… chyba jakiś przewodniczący tego całego zgromadzenia. – Kolokwialnie mówiąc... wielka dupa nad nami zawisła. Znowu to samo. Pytam was: co robimy? Teraz sytuacja jest gorsza niż poprzednio. Są dużo większe, a to co nad nimi bardziej ciemniejsze. Jedyna pociecha w tym, że podtrzymka wygląda na bardziej solidną. Pytanie: jak długo wytrzyma. Uważam, że nasze działania powinny być natychmiastowe, póki jeszcze są w letargu. Kto jest za, kto jest przeciw, a kto się wstrzymał. Robi się wielki szum na sali i wszyscy są: za. Lecz to nie koniec pogawędki. – Masz racje, że powinniśmy natychmiast. Tylko w jaki sposób? To nie to samo, co poprzednio. Wtedy chodziło o dzieci. One nie są głupsze, ale siła umysłów mniejsza. Jakoś daliśmy radę. A teraz chodzi o dorosłych, o których nie wiadomo, gdzie się podziali oraz ilu ich jest. – Tego się raczej nie dowiemy. Dzieci też żeśmy nie odnaleźli. Ale jakoś się udało. Teraz należy postąpić zupełnie inaczej i z większą mocą. Dużo większą! Siedzę, słucham, patrzę jak sroka w gnat i zupełnie nie pojmuję, o czym oni tak zawzięcie dyskutuję. Co im wisi, jakie dzieci, o jaki letarg chodzi. Postanawiam, że po prostu wstanę i zapytam. Są wnerwieni, ale nie wyglądają na niebezpiecznych. No więc wstaje i zabieram głos: – Przepraszam, że tak bezczelnie się wtrącę, ale jestem tu przypadkowo i ciekawi mnie bardzo, co tu jest grane. Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie, to proszę wytłumaczyć, co to za kraina i co wam wisi na przykład? Lecz jeżeli waszym zdaniem, jestem bezczelnym chamem, który tka nos w nie swoje sprawy, to pójdę spiesznie precz, bo życie miłe jest mi. – Nam też. W tym cały szkopuł. Ale może przewodniczący lepiej wyłoży. – Jak pan do nas trafił? – pyta wspomniany wyżej. – Przypadkowo... to znaczy niecałkiem… szukałem tej waszej krainy… wioski… no tego tam. – Dzięki za szczerość. Może gdyby sytuacja nie była nad nami tak napięta, to byśmy panu przywalili, ale skoro jest jak jest, to powiem w czym rzecz. – Będę wielce zobowiązany. – Jakby tu zacząć… kilkadziesiąt metrów nad naszą wioską, rozpościera się gęsta i mocna pajęczyna… która jest niestety prześwitująca. – Dlaczego niestety? – Bo gdyby taka nie była, to byśmy nie musieli oglądać tego, co tam w środku leży. To znaczy: na wewnętrznej stronie. – A co leży? Pan Przewodniczący patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby widział przed sobą, czubka pająka. Nie odpowiada na zadane pytanie, tylko wyprowadza na zewnątrz chałupy. Za nami podążają inni, widocznie ciekawi mojej reakcji. Wiele już w życiu widziałem, aczkolwiek przyznać muszę, że widok jest raczej przygnębiający. Rzekłbym nawet: klaustrofobiczny Rzeczywiście. Zgodnie ze słowami wodza, nad głowami rozpościera się biało szara gęsta siatka. Trudno z dołu stwierdzić, jaką średnią grubość ma poszczególna nitka. Niewątpliwie są bardzo wytrzymałe. Całość nieustannie drga w absolutnej ciszy. Gdyby na tym zakończyć opis… no to cóż… pajęczyna nad głowami i tyle. W sumie nic strasznego. Można się przyzwyczaić. Lecz niestety… jak wspomniał pan wódz, owa zasłona nie jest sama... to znaczy w bardzo wielu miejscach wybrzuszona do dołu. W ogromnych lejkach spoczywają nie mniej ogromne, czarne ćmy. Ciała prześwitują przez siatkę, a zatem wydają się szare. Rozpiętość skrzydeł może dochodzić do kilku metrów. Określenie dokładnych rozmiarów, jest raczej wątpliwe, chociażby dlatego, że są nieco zduszone, spoczywając we wspomnianym lejku. Lecz to jeszcze nie wszystko. Nad nimi, na dość małej wysokości, biorąc pod uwagę proporcje, unosi się gęsta ciemność. Określenie: gęsta, trafnie obrazuje daną sytuacje, z uwagi na wrażenia… psychiczne, gdyby się na to zjawisko za długo wpatrywać. Człowiek ma wrażenie, że cząstki umysłu, są wsysane przez ciemność. – No i co, podoba się? – słyszę pytanie z tyłu. – Średnio, szczerze mówiąc. Widziałem ładniejsze widoczki. A tak w ogóle, skąd ta siatka i ta cała reszta? – Siatka… z nas. – Z was? To tak… z was. Wszystko jasne. Że też o tym nie pomyślałem. A tak na poważnie, to z czego? – No z nas. Mówię przecież. Głuchyś? – Nie bardzo rozumiem. – Ona wisi od zawsze, tylko jest przeważnie pusta. I tego nad nią też nie ma. Jestem w tej chwili głupszy, od najdłuższego skrzydła paskudnej ćmy. Co on za farmazony wtłacza do mego umysłu. Przecież to jakiś absurd. Zadaje ponownie rzeczowe pytanie i oczekuje jednoznacznej odpowiedzi. – To znaczy dokładnie z czego? – Z dobra… albo raczej z braku zła. – O… to rozumiem. Wszystko jasne. A niby skąd to dobro? – No z nas. Mówię przecież. – Czyli ta cała koronka, jest emanacją dobra, które macie w sobie. Chroni was, tak? – No to jesteśmy na krzywej prostej – słyszę jakiś głos z tyłu. – Pan Przewodniczący potrafi jasno wytłumaczyć, co i jak. – Durnia ze mnie robicie!? – krzyczę na cały głos. – Mam uwierzyć w tę waszą bajkę. Wierzę w to, co widzę. – My też. W tym cały problem. Musimy się pozbyć… to znaczy tego co w środku… i wyżej. – „Tego co w środku i wyżej” mówisz. A co to jest. Znowu jakieś kreowanie rzeczywistości? – Niestety. Czasami zdarzają się między nami osobniki, które mają w sobie wiele zła , lecz działają w… białych rękawiczkach i uchodzą za dobrych. – To macie nawet rękawiczki. – Wiesz o czym mówię. – Oczywiście. Przepraszam. – W ostatnich dniach kilkunastu naszych braci nas opuściło. Domniemamy, że to oni wytworzyli to wszystko nad nami. Oprócz pajęczyny rzecz jasna. Chociaż prawdę mówiąc, może w niej znajdują się ich cząstki z czasów, kiedy byli jeszcze nie tacy jak teraz. Chcę w to wierzyć. To w końcu byli nasi. Gdy ciemność złudnie zajaśniała, wpatrywali się w nią, jak w jakiegoś boga, tym samym go powiększając. A później odeszli. – A ta cząstka skąd? – Nie wiemy. Czasami zło, to jak rodzynek w ciastku. Niewidoczny, dopóki się nie zje całości. – No dobra. Ciastko ciastkiem, ale dlaczego was nie pozabijali skoro są tacy źli, tylko sobie poszli. – A po co mieli się trudzić zabijaniem, skoro wytworzyli narzędzie zniszczenia, wiszące nad naszymi głowami. – To czemu one potulnie wiszą. Powinny atakować? – Póki co, są uśpione siłą siatki. Lecz nas lęk się wzmaga, przez ciągłą świadomość zagrożenia. Rodzi się w nas chęć odwetu. A to z kolei zmniejsza naszą ochronę. – Wiem. Kiedyś od moich pradziadów usłyszałem, że zło należy dobrem zwyciężać… – My też to znamy. Ale jaki mamy z tego pożytek? Żaden. – Trzeba by to zniszczyć, tak nie... za ostro… z wyczuciem. – Człowieku! Co ty gadasz! Tym bardziej, że wiesz gdzie jesteś i co jest nad nami. Usilnie myślę jak im pomóc. Czy w ogóle istnieje jakieś rozwiązanie tego wiszącego problemu. Załóżmy, że istnieje jakiś radykalny sposób, który zniszczy to co trzeba. Tylko, że chamskie w złości działanie, jeszcze bardziej wzmocni uśpione moce lub nawet je obudzi. Nie mówiąc już o tej… wielkiej ciemnej chmurze, która wisi nad nimi i tak naprawdę nie wiadomo, czym jest. Raczej można przypuszczać, że ma te… drapieżne motylki pod opieką. A może one są wytworem jej wyobraźni. A skoro tak, to… muszę przestać rozmyślać intensywnie, bo zaczynam się w tym wszystkim gubić. – Ej… wymyśliłeś coś? – słyszę pytanie. – Dobrze by było, gdyż zaczynają się wiercić. – Kto? – Ćmaki. – O cholera. Czyżby samo moje rozmyślanie o formie… zemsty… bardzo drgają? – Zobacz sam. Spoglądam w górę. Rzeczywiście, nitki leciutko falują ruszane od wewnątrz. Na szczęście nie wygląda to groźnie. Chyba mamy jeszcze trochę czasu. Nagle przychodzi mi do głowy szalony pomysł. – Trzeba doczepić od spodu wielkie ciężary, w miejscach, gdzie spoczywa nadzienie. Naciągnąć pajęczynę prawie do ziemi, a później nagle puścić… – A… rozumiem twój zamysł, choć zaiste śmieszny. Lecz to nie ważne. Byle był skuteczny. Ujrzymy inne światło. – Tylko skąd wiadomo, że po drugiej stronie ono jest? – No przecież przedtem było. Głupiś przybyszu, czy co? Przepraszam. – A zatem naciągniemy dobro, wystrzelimy nim mniejsze zło, żeby przebiło to większe w bardzo wielu miejscach jednocześnie. Czyli tak jak mówiłem. Zło dobrem pokonamy, za pomocą innego zła, ale w dobrej wierze, bo samo zginie, niszcząc przy okazji zło o wiele potężniejsze, co zalega nad nim, mając pod spodem, jedno i drugie, a obydwa należy pokonać. Proste. – Czy ja wiem. Dla mnie to trochę skomplikowane, ale jestem za. – A co ze złymi umysłami waszych braci, jeżeli zrealizujemy nasz zamiar? – Tego nie wiemy. Dzieci nie wróciły. – Czyli co… zaczynamy. Tylko jak? Skąd wziąć takie wielkie ciężarki. A co ważniejsze: kto je uniesie w przestworza i pozawiesza gdzie trzeba. Okazuje się jednak, że z tym nie ma żadnego problemu. To znaczy: jest, ale łatwy do zawieszenia. Panu przewodniczącemu nagle się przypomina, że w pobliskiej krainie, też niewidocznej z zewnątrz, mieszkają tak zwani: Wielcy Obojętni. A co ważniejsze, posiadają skrzydła. Wnętrza ich zioną pustką, ale wbrew pozorom dużo ważą, silni są, a na dodatek o nic nie pytają, tylko wykonują swoją robotę, jeżeli otrzymają odpowiednią zapłatę. Po prostu chodząco – fruwające ciężarki. Mnie natomiast nurtuje pewne pytanie. – Skoro światło jest zakryte, to skąd dzień u was? Przecież powinno być raczej ciemnawo, nieprawdaż? – Ano stąd, że to ciemne światło. – Ciemne światło? Pierwsze słyszę. – Nie wszystko co świeci, musi być jasne tak naprawdę. Czasami to zmyłka. – A… rozumiem. Taki cover światła. Czyli jak rozbłyśnie te dobre… to jak rozróżnimy jedno od drugiego? – W tym problem, że nie rozróżnimy. Zło powinno po prostu zniknąć. Ale pewności nie ma. Są nie do rozróżnienia, bez wniknięcia głębiej. Mogą też pozostać w pomieszaniu, niestety. Wtedy chodzi o to, jak się rozkładają proporcje. Na naszą korzyść, czy przeciwnie. – Nie wiele z tego rozumiem, ale nie ważne. Po krótkim czasie Wielcy Obojętni tłumnie przybyli. Ciekawe, w jaki sposób dali im znać… oraz ile kasy dostali. Tego się niestety nie mogę od nich dowiedzieć. Rozchodzą się po całej krainie, uważając na domostwa, by je nie rozdeptać i pozostawić w całości. Za to im nikt nie zapłacił. Po chwili fruną do góry. Łapią pazurami pajęczynę, a ta natychmiast zaczyna się opuszczać w kierunku ziemi. Mimo, że pustkę w sobie posiadają, ciężar ciał jest znaczny i ciągle się zwiększa, gdyż mieszkańcy napełniają ich wnętrza, chęcią niesienia dobrych uczynków po całej okolicy. Ale to zaś. Teraz nie mają na to czasu i spokoju. Patrzą ciekawie, co z tego wyniknie. Ćmy wewnątrz coraz szybciej ruszają skrzydłami. Dręczy nas obawa, że przed wystrzeleniem, wyfruną na zewnątrz i będzie po sprawie. Nie zdążyły. Wielcy Obojętni będąc blisko ziemi, nitki z łap raptownie wypuszczają. Wszyscy jednocześnie. Stwory lecą do góry w szalonym pędzie, przebijając ciemność. Nagła jasność oczu mieszkańców nie poraża, bo i tak jest w miarę jasno. Większość stworów znika, lecz nieliczne nadziewają się na szpikulce, zamieszczone na dachach. Myślę sobie patrząc na to wszystko, że przecież musieli już kiedyś ten zabieg strategiczny zastosować. Czyżby zapomnieli? Tylko oni? * Wychodzę z wioski. Idę prosto przed siebie. Odwracam się. Pusta ziemia i puste niebo. Stoję jakiś czas w miejscu. Słońce praży niemiłosiernie. Znowu podążam w pierwotnym kierunku. Widzę mały staw. Na środku wystaje kawałek muru. Promienie migoczą w czystej toni jak srebrne rybki. W czerwonej cegle tkwi gwóźdź. Wchodzę do wody, choć jej nie czuję. To zapewne z przemęczenia. Z łatwością wyciągam go ze ściany. Z powstałej dziury wylatują małe ćmy. Zupełnie mnie ignorują. Lecą w określonym kierunku. Coś mi się kojarzy. Biegnę za nimi, ile mam jeszcze sił. Widzę tę małą chmurkę przed sobą. Jest coraz mniejsza. Cholera jasna. Nie dogonię ich. Pomylę drogę. Obraz się rozmazuje. Pot mi ścieka do oczu. Znowu dostrzegam szarą zamazaną plamę. To chyba one. Nie. Robi się wyraźniejsza i prostokątna. Z boku pojawiają się ściany. Uderzam w drzwi. Słyszę głos: – Co pan wyprawia na korytarzu. Proszę wracać do łózka. Został pan znaleziony na zupełnym pustkowiu. Jest pan wyczerpany i odwodniony. Proszę się położyć i wypocząć. Chce pan głupiego jasia? Leżę i patrzę w sufit. Coś tam krąży wokół lampy. Akurat wchodzi jakaś pani ubrana na biało. Zadaję pytanie: – Co fruwa? – Gdzie? – Tam. – Ćma, proszę pana. – Ćma? A co to?
-
Ozdobić Drzewko
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Jan Paweł D. (Krakelura) Jan Paweł D. (Krakelura)→Dzięki:)→Otóż to! Ciekawe, gdzie się włóczył po nocach:) Pozdrawiam:), -
{wersja okrojona} Nóż wchodzi w podbrzusze i mlaskając we flakach, sunie w kierunku nieba. Jakbym otwierał zamek błyskawiczny, lub makowiec, by wypełnić makiem. Wypływające wilgotne jelita, osuwają się po obu stronach ręki. Cieplutkie, czerwonawe i śliskie. Łapię najgrubsze niczym węża. Wyciągam na odpowiednią długość. Facet śpiewa piosenkę, ale strasznie niewyraźnie. Nie mogę zrozumieć słów. Uprzejmie proszę, żeby się bardziej skupił na dźwiękach jakie wydaje. Koniec mokrego powroza, mocuję do oparcia krzesła. Z torby wyjmuję różnorodne ozdoby. Na tym długim lepiącym, wieszam kolorowe pajacyki z jasno żółtymi lizakami w buziach. On nadal jęczy, bezczelnie parodiując śpiew. Co to za tytuł? Chyba takiego nie znam. Zaczyna się niebezpiecznie osuwać na podłogę. Nie dziwi mnie to. Ślisko tu. Pewnie hak przestaje przy ścianie ciało trzymać. Poprawiam. Wciskam mocniej. Tłumaczę mu, że będzie drzewkiem, ślicznie przystrojonym. Dlatego stoi na białym obrusie. Lubię czerwień na bieli. To mi się kojarzy z polską flagą. A przecież ze mnie patriota. Moi ojcowie za Polskę walczyli. Życie poświęcali. Doceniam to. Wieszam następne ozdoby na długaśnym wężu. Wszelkie inne flaczki i mięsko, obsypuje igliwiem. Jego też. Żeby było wesoło. Tak uroczo. Jakby jesień wiosną była. Śpiewa coraz ciszej. Nie mogę dopuścić do tego, żeby drzewko obumarło. Rzucam na niego śnieg. Coś tylko jęczy i mruczy. A przecież zawsze mnie uczono, że jak się dostanie prezent, to należy się ładnie ukłonić i podziękować. Widocznie był nieukiem. Nie chce się schylić. W boczne gałązki wbijam druty. Sztuczne ognie później zapalę. Myślałem o tym, żeby włożyć gałązki do oczu lub szyszki, ale by nie mógł biedny widzieć, jak się dla niego staram. A jednak jedną gałkę wydłubuje łyżeczką i odrywam z nerwu. Przecież może patrzeć drugą. Oślepić kogoś, to wielkie zło. Będzie pięknym drzewkiem. Takim ach, ach, cudnym. Tylko paznokcie muszę mu zerwać. Są strasznie brudne. Szpecą całość. Na pewno zrozumie, jak się dla niego poświęcam. Nadal coś tam marudzi. Szczególnie gdy grzebię przy paluchach i wyrywam. Zamiast dodać otuchy, że tak dobrze mi idzie, to on mnie zaczyna lekceważyć. Wcale się nie cieszy, że będzie pięknym. Może nawet prezent ode mnie dostanie. Znowu dosypuje białego puchu. Do nosa przyczepiam papierowego aniołka. Kilkoma szpilkami, żeby nie odleciał. Teraz jest wszystko takie ładne i różowe. Jak pupcia niemowlaczka. Wieszam następne ozdoby. Mają odpowiednie haczyki. Tłumaczę mu , żeby się tak nie wiercił, gdy wciskam w gałązki, bo będzie go boleć. Odchodzę parę kroków, kiwam głową, mówiąc głośno: no ba, całkiem ładnie, mam talent. Trochę mnie denerwują szkarłatne odgłosy kapania. Pozostał jeszcze włochaty czubek. Ale cóż to za pierdoły po bokach. Te odstające. Czubek powinien być gładki. Biorę laubzegę i mu tę szpetotę odcinam. Trochę to trwa. Znowu zaczyna głośniej śpiewać, a ja znowu nie kojarzę tytułu. W końcu się uspokaja. No nie… tak zupełnie. A ja nawet nie zdążyłem go oczyścić, z tych pozlepianych wiechci na górze. Za grosz poczucia wdzięczności. Chyba drzewko potnę i wyrzucę na śmietnik. Skoro w ten sposób mnie potraktował. I bądź tu człowieku dobrym. @~~~*~~~@ – Babciu, babciu!! Dziadek znowu się zabawiał w sadystę psychopatę. Obserwowałem z dala. Żeby go nie spłoszyć. – Przecież wiesz, że tak naprawdę, to by muchy nie skrzywdził. – Ale wytłumacz babciu, jak mu wystarcza na tak długo, wciąż ta sama kukła. Ciągle ją wybebesza… rozcina… szmaty wyjmuje i stare rajstopy z niej rozciąga... zakłada ozdoby... przemawia... rusza papierowymi ustami... obsypuje igliwiem... kawałkami styropianu... cukrem pudrem rzuca... odrywa sztywne papierki ze szmacianych paluchów... jakieś wypustki z głowy laubzegą piłował... obraz zdjął, żeby mieć przydatny hak… a starą gazetę na jej brzuchu, to kwirlejką rozcinał... – Kwirlejką? Co ten stary wyprawia. Ze szuflady mi zajebał. – Babciu! Ty się przy dziecku tak brzydko nie wyrażaj, bo mnie to wkurwia. – Dziadek ciebie nauczył takiego brzydkiego słowa? – A ciebie babciu, kto nauczył? – Nikt mnie nie uczył. Sama słyszałam na obejściu u sąsiadki, gdy jej lis kurę… no. Jak on mógł. Ostatnio zwykłym patykiem rozcinał. Kanarkowi z klatki wyrwał. – To dlatego już ptaszka nie ma? – Tak. Udusił się między dwoma szczebelkami. – Może go zgubił. – Co zgubił? – No patyk. – Zapytaj dziadka, co z tym patykiem. Tobie odpowie. Mnie tylko fajką straszy, że mnie sfajczy. – Nic z tego. Dziadek jak zwykle po takiej zabawie, wziął torbę i wyszedł. Nie zdążyłem z nim słowa zamienić. – Nie dziwota. Lubi się po nocach włóczyć. Już ja go znam. Pocieszny z niego dziwak.
-
ժօեƙղąłҽʍ ɾօzմʍҽʍ ϲօ թօzɑ ҍҽzթíҽϲzղíƙ աíɑɾყ աყաɑƖíł síҽժzę եҽɾɑz ա ϲíҽʍղօśϲí ցժzíҽś śաíɑեҽłƙօ ա օժժɑƖí ʍօżҽ աɾҽszϲíҽ եմ síłɑ ϲօ օϲɑƖí zɑաíեɑ թɾzყᴊժzíҽ í ʍղíҽ աeźʍíҽ ա ƙɾzყżօաყ zҽsեɑա թყեɑń
-
1
-
Rymy przesadnie dokładne↔zamierzone. ciepła poświata słońca promienia w ogrodzie który tym tu zasłynął że kiedyś kwitły tutaj wspomnienia lecz w oczku wodnym czas już nie płynął nieustające wszystko wciąż nowe w szeleście liści drzewa tu stały jabłka czereśnie i wyjątkowe spełnieniem marzeń cicho szumiały na falach wiatru pszczoły śmigały w zaciszu miodu tak złocistego że aż mieniły się gdy fruwały skrzydełka złote od blasku tego ślady swych lotów ptaki stroiły nutą muzyki co wiatrem lśniła szybując zwiewnie gdzieś tam wysoko by każde piórko radość spowiła * słońce z księżycem zawirowało gwiazdy spłoszyły iskierki z nieba źródło tajemnic cząstkę oddało bieliły się w kłosach początki chleba aż kiedyś nagle czas znów popłynął róże kolcami nie zatrzymały mimo że ogród cały przeminął to wspomnienia owocowały
-
Rozdroże 3
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lidia Maria Concertina Lidia Maria Concertina→To oczywiście, rzecz gustu, o których się nie dyskutuje... ale Dzięki:)) Pozdrawiam:) -
to tylko zabawa słowem może nikt się nie dowie co tu bez sensu skrobię mam mózg znów pomieszany jakby wieloma zapaćkany to męczące w każdej fałdzie koncie jestem w lesie gałęzi szukam lecz póki co jeszcze słowa stukam
-
Samochód jedzie z ogromną szybkością. On prowadzi. Ona siedzi obok. Są młodym małżeństwem, co dopiero po ślubie. Wesołości im nie brakuje. Śpiewają piosenki, co chwila wykrzykując radośnie. Zachodzące słońce świeci prosto w ich roześmiane oczy. Nie ma już tej siły rażenia, ale jednak z lekka oślepia. Wrota szczęścia są otwarte do granic możliwości. Podparte na bokach, by się nie zamknęły zdziwione nadmiarem szaleńczej euforii. Tulą ich w swoje drewniane ramiona, nieustannym skrzypieniem. Żadnych budek wartowniczych i szlabanów. Jadą do przodu. Tyły już się nie liczą. Widzą drzewo z białą szmatką. Wiewa na wietrze, jakby chciała im coś powiedzieć. Zaczynają nowe wspaniałe życie. Nie zauważają samotnej kobiety, idącej poboczem. Zostaje potrącona. Leci kilka metrów, spadając na pobocze. Wyskakują z samochodu. W pierwszej chwili chcą jej pomóc. Widzą jednak, że nie żyje. A przynajmniej, tak im się wydaje. Nikt nie jedzie. Nie ma świadków. Kalkulują, że jak tu zostaną, to świat im się zawali. A tej kobiecie, już i tak nie pomogą. Dzwonią jednak po pogotowie. Nadal wokół jest pusto. Nikt ich nie widzi. Sumienie dręczy jak diabli, wdziera się we wszystkie zakamarki psychiki. Jednak możliwość pogmatwania wspólnego życia, już na samym początku, ich po prostu przeraża. Odjeżdżają, zostawiając kobietę samą. Kilka miesięcy później. – Kochanie, już o tym rozmawialiśmy. Skoro chcesz, to nie mam nic przeciwko. – Na pewno? – Ależ tak. Musisz mi uwierzyć. Zacznijmy się starać. Już od jutra. – Strasznie się cieszę, że tak mówisz. – A ja się cieszę, że ty się cieszysz. – Bardzo cię kocham. – Ja ciebie też. – Nasze życie nabierze sen Około trzydzieści lat później. Samochód pędzi z ogromną prędkością. Pomału robi się ciemno. Ona prowadzi, on siedzi obok. Są tacy szczęśliwi. Ich córka, ma dzisiaj osiemnastkę. Na pewno dobrze się bawi. Już niedługo będą z nią. Co to były dla nich za cudowne chwile. Tak o nią dbali. I nadal dbają Otoczyli ją wielka miłością. Jest ich oczkiem w głowie. Wyobrażają sobie, jak kiedyś będą na jej ślubie. A później pojawią się zapewne ukochane wnuki. Kiedyś byli szczęśliwi, ale teraz jeszcze bardziej. Znowu zaczynają śpiewać, by dać upust swojej radości. Ona spogląda na swojego męża… Nagle widzą, że na jezdnie, wbiega jakiś człowiek. Wprost pod ich samochód. Nie chce go rozjechać. Odruchowa skręca w prawo. Uderzają w drzewo. Ona ginie na miejscu. On jeszcze żyje. Jakby przez mgłę, widzi jakąś postać. Idzie do nich. Dziwnie się uśmiecha. Jakby smutek, pomieszany z satysfakcją. Patrzy na nią, lecz oczy ma zalane krwią. Nie widzi dokładnie jej twarzy. Poza tym, ciemność się wzmaga. Postać staje przy nim. Wyjmuje białą chusteczkę. Ociera jego twarz z krwi. Teraz dopiero ją rozpoznaje. To jego ukochana córka. Skąd się tu wzięła? Ostatkiem sił pyta: – To ty? Na pewno? Co tu robisz? A osiemnastaka? – Na pewno… tatusiu. To ja. – Ale… jak… uderzyliśmy chyba w drzewo. – Tak. Raczej za chwilę umrzesz. Streszczaj się. Proszę. – Co z tobą... czyli...to ty wybiegłaś? – Tak, to ja. – Ale wiedziałaś, że… wtedy… – O to właśnie mi chodziło. Żebyście walnęli w to pierdolone drzewo. Wiedziałam, że tędy pojedziecie. Tak jak wtedy. – Wtedy? – Czekałam na to kilkanaście lat. Żebyście się do mnie przyzwyczaili. Rozumiesz? Żeby wasza męka była większa, w tych ostatnich chwilach. Niestety ubolewam, że matka już nie żyje. Nie doczekała tego, cholera jasna. – Nic nie rozumiem. Co ty gadasz? Czy my tobie jakąś krzywdę wyrządzili. Kochaliśmy ciebie jak własną. Przecież wiesz. Byłaś naszym najdroższym skarbem. Dlaczego? Nic nie rozumiem. – Chcesz wiedzieć, to ci powiem. Pamiętasz tą kobietę, którą żeście zamordowali kilkanaście lat temu? Właśnie w tej okolicy. Pamiętasz? – Jaką kobietę? – Nie udawaj niewiniątka. Nie długo umrzesz. Radzę tobie: przypomnij sobie i bardzo żałuj. Zostały ci minuty życia. – Ach tą… Ależ to był wypadek. Przysięgam! Uwierz mi! Oczywiście, że żałuję. Całe życie mieliśmy to przed oczami. Myślisz, że było nam łatwo? Ale… jak się dowiedziałaś? – Czyżbyś nie wiedział, że każde wydarzenie, nawet najmniejsze, dobre czy złe, pozostawia po sobie echo? A poza tym, podsłuchałam kiedyś waszą rozmowę. Obustronne usprawiedliwianie. Męczące wyrzuty sumienia, wyrzuciliście do kosza. Jak zwykłe śmieci. Postanowiłam, że nadal będę z wami. Nic wam nie powiem. Żebyście mnie jeszcze bardziej pokochali, by wasza udręka była większa. Żeby jeszcze matka...dałam plamę i tyle. Mogłam to inaczej rozegrać. – Co się z tobą dzieje? Ciebie tam wtedy nie było. Jesteś potworem! – Ja potworem!? A pomoc? Ta pierwsza? Gdzie ją mieliście? Powiem tobie: głęboko w waszych śmierdzących dupach. – Ale ona już nie żyła. Byliśmy o tym święcie przekonani. Zaczynaliśmy nowe życie…postaw się w naszej sytuacji… wtedy. – Bo tak wam było wygodnie sądzić, że nie żyje. Zostawiliście ją samą. Leżała na drodze, jak jakieś pieprzone ścierwo. – Przecież wezwaliśmy karetkę. Na wypadek... – Jak przyjechała karetka, to jeszcze żyła. Zmarła w szpitalu. Była w ciąży. Mnie zdołano uratować. Ostatniego zdania ojciec już nie usłyszał
-
nie wiem czy pieścić stępione brzytwy w strumieniu rześkim obmywać ręce szukać chwil jeszcze wzbić się do lotu szarością kamienia kwiaty malować barwą co zalśni jak ciało krągłe będące cieniem głogu owocu wspomnienie oprzeć o przeszłość zieloną co daszek domu zdobi z ukrycia gdzie gniazdo puste tam wiatru powiew z czerwonej cegły białe promienie wibrują muzyką na strunach harfy drgają w błękicie może się dowiesz tęsknota skryta w kawałkach luster nie wie czy ona kocha czy tamta ślady po bliznach są wciąż zwątpieniem w pokoju co jasność poranka piastuje z zapachem kawy świeżego chleba leży na stole zaproszenie
-
@[email protected] Grzegorzkot67@o2,pl→Dzięki:)→Oczywiście, że zostanie, bo potrafili połączyć. Intensywnie nie myśleli o innych kolorach:)↔Pozdrawiam:) @M.A.R.G.O.T M.A.R.G.O.T↔Dzięki:)↔Skoro tak twierdzisz, to niech tak zostanie:)↔Pozdrawiam:)
-
Tak mniej więcej na melodię dawnego nagrania: "Dziewczyna o perłowych włosach" {część instrumentalna!} na brzegu marzeń widzę twą twarz perłowe włosy kołysze czas lecz może słowa twoje tu są a ty daleko gdzieś tam za mgłą roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę ona tam jest pójdę w blasku twych słów do twojego snu na skraju brzasku uśmiechasz się a może tylko uwierzyć chcę sukienka z kwiatów księżycem lśni naprawdę jesteś czy mi się śnisz roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę ona tam jest pójdę w blasku twych słów do twojego snu {część instrumentalna} roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę ona tam jest pójdę w blasku twych słów do twojego snu w oddali słyszę twój cichy śpiew może tam jesteś i cóż że wiem choć idę ścieżką wciąż jestem tu tańcem znaczona śladem twych stóp roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę ona tam jest pójdę w blasku twych słów do twojego snu
-
a gdyby tak z koloru modraka kawałek nieba na łące położyć podeprzeć kłosem złocistym jak słońce a dmuchawcem tak delikatnym jak chmurką białą błękit ozdobić krople rosy zebrać na listkach jak diamenty zawiesić o brzasku złotą jutrzenkę wyrzeźbić z pragnienia samotnej harmonii by na płatkach szarych kwiatów nie zabrakło blasku kolce róży przytulić do dłoni krew wypłynie lecz wnet powróci zasklepi ranę balsam oddany a ślad czerwieni w cieniu białym choć boleć będzie nie zasmuci
-
>Prolog< Kruk uderza dziobem o czarną gałąź cmentarnego drzewa. Odgłos jest dość znaczny w panującej ciszy, lecz nikt nie zwraca na to uwagi, pogrążony w myślach. Ptak siedzi dość wysoko, by zarejestrować w swoim kruczym mózgu, pewną anomalie. Stąd ten odruch zdziwienia. Obserwuje ceremonią pogrzebową. Twarze zebranego tłumu, wyrażają emocje trudne do określenia. Są radosne i smutne zarazem. A może nie tyle smutne, co raczej pełne nieokreślonej niewiadomej, która u niektórych wywołuje niesprecyzowany lęk. Gdyby wiedział coś jeszcze, to zapewne, stuknąłby drugi raz. Właśnie trumna wkładana jest do grobu. Dwie liny, trzymane przez czterech mężczyzn, nie są naprężone ponad miarę. <Jakiś czas wcześniej> Nieznajomy faktycznie jest nieznajomym. Znalazł się tutaj, lecz nie bardzo wie, w jaki sposób i dlaczego. Miasteczko nie jest zbyt duże. Przeważają domki jednorodzinne, ozdobione od frontu niewielkimi ogródkami. Pełnia lata dodaje uroku tego typu widokom. Białe, pierzaste chmurki, zdobią błękitny całun, podczepiony pod kopulastym nieboskłonem. Kwiaty w kulminacji rozkwitania, jeszcze bardziej potęgują nastrój, wszechobecnego ładu i porządku. Wielu ludzi mija go obojętnie. A niby jak mają mijać. Jest dla nich obcym, chociaż już niedługo, to się zmieni radykalnie. Ulice są czyste, niezatłoczone, a samochodów niewiele. Nie dostrzega żadnego niepotrzebnego papierka, leżącego na chodniku. Tylko w jednym z ogródków widzi zakrwawionego psa, z poderżniętym gardłem. I nagle zupełnie niespodziewanie, ów incydent, skłania go do pewnej refleksji. Uświadamia sobie nagle, że tym ludziom warto pomóc. Tak jak jemu kiedyś ktoś pomógł, tylko nie ma pojęcia, w czym. I ma się nigdy nie dowiedzieć. * W umyśle świeżo przybyłego, niektóre szare komórki są kolorowe. A to z tej prostej przyczyny, że nie ma bladego pojęcia, na czym ta pomoc miałaby polegać. Idzie dalej niespiesznie, lecz po jakimś czasie zwraca baczniejszą uwagę na twarze mieszkańców. Prawie w każdej dostrzega oznaki bólu, lecz nie fizycznego, tylko takiego, który wyszarpuje ludzkiej psychice, wszelkie umiejętności poradzenia sobie z problem, który umysł przytłacza, wprost proporcjonalnie do danej osoby. W końcu dochodzi, nie tylko do skrzyżowania ulic, ale także do wniosku, że chyba wie, po co tu przybył. Tylko nie wie, w jaki sposób to ludziom objawi… i jeszcze czegoś nie jest świadomy. A kiedy się dowie… to już nie będzie drogi odwrotu. * Schowany w swoich rozważaniach, dociera na obrzeże miasteczka. Dalej to już tylko łąkę widać. Zaczyna wątpić w to, o czym przed chwilą rozmyślał. Jak mógłby komuś pomóc? Chyba jednak pójdzie dalej, dając sobie spokój z dziwnymi urojeniami. Nagle dostrzega małą, płaczącą dziewczynkę, siedzącą na przydrożnym kamieniu. Podchodzi do niej i odruchowo, głaszcze po głowie. Dziecko momentalnie się uspokaja, a łzy przestają błyszczeć od smutku. Są pełne radości i wewnętrznego spokoju. – Jak pan to zrobił –– pyta rezolutnie, figlarnie mrużąc oczy w świetle słońca. –– Już nie muszę płakać. Wcale mi się nie chce. – Nie wiem –– odpowiada nieznajomy. –– To fajnie, że mogłem pomóc. – No przecież, że fajnie. Chyba wrócę do domu. Wiem gdzie mieszkam. – Pójdę z tobą. Coś mi się zdaję, że jednak muszę tam wrócić. * Przed małą chatką, stoi spory tłum, tworząc spore zamieszanie. Bardzo wielu mieszkańców, spiesznie przybyło w tajemnicze miejsce. Wieś o tym, że do miasteczka przybył człowiek, który pozbawia ludzi cierpienia – i to za darmo – rozeszła się lotem błyskawicy. Kilku barczystych mężczyzn pilnuje wejścia, by nie startowano chatki razem z Matedonem. Poprosił, by tak go nazywać, gdyż nie pamięta swego imienia. Oczywiście bez szemrania wysłuchano prośby. Nawet napis z imieniem, przymocowano przed wejściem. A wszystko odbywa się tak po prostu. Wystarczy, że człowieka dotknie i ów przestaje odczuwać jakiekolwiek cierpienie umysłu. Nic dziwnego, że chętnych przybywa. * Zaczyna odczuwać niepokojące objawy. Nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Przecież skoro pomaga tym ludziom, to powinien odczuwać radość. Szczególnie gdy patrzy na roześmiane twarze dzieci, które się czymś zamartwiały i nagle przestały. To prawda, że nie uzdrawia z różnych chorób i nic nie może poradzić na zwykły ból fizyczny, ale na wszelki inny, owszem. A to i tak bardzo wiele, dla bardzo wielu, w różnych sytuacjach, w których się znaleźli. To tak, jakby każdemu spragnionemu, dał do wypicia wody, która zamieniła się w optymistyczne spojrzenie na świat i narzędzia, które mogą pokonać wszelkie przeciwności. * Jego przygnębienie potęguje się z każdym dotknięciem, drugiego człowieka. Aż nagle, pewnego dnia, uświadamia sobie przykrą prawdę. Wszelkie psychiczne dolegliwości, komasuje w sobie. A jest ich coraz więcej i więcej. Im bardziej ludzie nie cierpią, tym bardziej cierpi on. Nie fizycznie. Nic z tych rzeczy. Jego umysł, jest jakby miażdżony przez wewnętrzne przygnębienie, a nawet zwykły strach. Robi się coraz bardziej rozdrażniony i niecierpliwy, choć nadal pragnie wszystkim pomagać. Jego dziwny stan się nasila z każdym dotknięciem. Nie może od tego uciec. Jakby jakaś siła nim sterowała, której musi słuchać. Staje się coraz bardziej zamknięty w sobie, a nowych chętnych ciągle przybywa, od których przejmuje, to co najbardziej umysł boli. Pewnego razu, uświadamia sobie następną prawdę. Ciało zaczyna przybierać formę, tego co odczuwa. Po jakimś czasie staje się potwornie zniekształcony. Już nie ma wyglądu człowieka. Jest czymś co wzbudza odrazę, lecz swych właściwości nie traci. Wystarczy, że ktoś go dotknie… ale teraz już każde takie dotknięcie, wywołuje w nim fale agresji. Wiąże się z ryzykiem, niekontrolowanego ataku. A zatem po gorących dyskusjach, zostaje zamknięty w stalowej klatce. Małej i ciasnej. Dla przygnębionych, lecz w pewnym sensie odważnych, którzy będą mieli tyle sprytu, by włożyć rękę między pręty, dotknąć i szybko cofnąć. Niestety. Kilku traci część ciała, lecz chociaż fizyczny ból odczuwają, to i tak są radośni, jak na sytuacje bez ręki. * Nikomu nie przychodzi do głowy, jakie cierpienie musi on znosić. Przybywają wciąż następni… i dotykają… i po sprawie. Nikt tego nie chce wewnątrz siebie, skoro można się tego łatwo pozbyć. A że ta poczwara cierpi i często wyje z psychicznego bólu… no cóż… po to siedzi w klatce. Przecież nikt ją do miasteczka nie zapraszał. Ludzie są tak pozytywnie nastawieni, że przestają zauważać pewne sprawy, które tak naprawdę zmieniają ich w pewien sposób. Chociaż z drugiej strony, ma czasami wrażenie, że te ich radości, tylko coś przykrywają. Może nawet zapaskudzone sumienie. Jednak pewności nie ma. A jeśli to tylko wymysły zbolałego umysłu? A jeżeli prawda… to jaka jest jego rola w tym wszystkim? * Mała dziewczynka jakoś go poznaje. Wie, że to on, który sprawił, że przestała płakać. Ma do niego prośbę, tylko się boi. W końcu mówi: – Wiem, że to ty, wewnątrz tej maszkary siedzisz, ale mnie to nie przeszkadza. Czy umiesz jeszcze mówić? Po chwili dziewczynka słyszy niewyraźne słowa. – Jesteś tą, przez którą zawróciłem. Gdyby ciebie tam nie było... – Wiem. Przepraszam. Gdybym wiedziała… ale płakałam, bo lalkę bolała rączka. Byłeś zamyślony i jej nie widziałeś. – Daj mi spokój. – Zaraz dam… tylko bym chciała, żeby ona ciebie dotknęła. Wtedy przestanie ją boleć. – Nie odbieram ludziom zwykłego bólu. – Ale przecież… ona nie jest człowiekiem, tylko lalką. – Hmm… to dotknij. – A nie odgryziesz mi rączki – Nie odgryzę. Dziewczynka kładzie zabawkę między stalowe pręty. Mimo wszystko bardzo się boi. Potwór wygląda potwornie i na dodatek śmierdzi. Zbliża rączkę lalki do brzydkiego ciała. Widzi wielkie smutne oczy, które na nią patrzą. – Ojej. Powiedziała mi na ucho, że już ją nie boli. Dzięki, Metadonie. – Metadonie? A kto to jest? – Jak to kto? To ty. – Skoro tak mówisz. Wiesz, przy tobie trochę mniej cierpię. – Posiedzę tu z tobą, ale za chwilę muszę iść do domu… ale się nie musisz martwić. Przyniosłam dwa misie. Usadzę je przed klatką. Będą pilnować, by nikt nie zrobił tobie krzywdy. – To miłe z twojej strony, lecz musimy się pożegnać. Wracaj do domu. – Wrócę jeszcze. Cześć Matedonie. * Nie miała po co wracać. Wszystkim mieszkańcom żyło się… optymistycznie. Maszkara już nie była do czegokolwiek potrzebna. Tym bardziej, że stanowiła zagrożenie. Chociażby dla przyjezdnych, którzy mimo ostrzeżeń, wkładali ręce między pręty. A to tylko kłopot w razie nieszczęścia, gdyby ktoś zaskarżył władze miasteczka, o ubytek na ciele. W końcu pewnej nocy, polano Metadona benzyną i podpalono. Tym razie nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko spokojnie płonął. Na drugi dzień, wielu zaczęło się zastanawiać, czy słusznie uczynili. Czy takie podziękowanie, było aby słuszne. W końcu zdecydowano, że prochy zostaną wsypane do trumny. <Epilog> Ceremonia dobiega końca. Cmentarz pomału pustoszeje, lecz kruk zostaje. Coś nie pozwala mu odlecieć. A kiedy zmrok zapada, w świetle księżyca dostrzega dziwne zjawisko. Do grobu podchodzi jakiś mężczyzna. Z ziemi wydobywa się coś w rodzaju mgły o nieokreślonym kolorze. Wnika w ciało człowieka. A może tylko w ptasim mózgu, coś się uroiło? Nieznajomy faktycznie jest nieznajomym. Znalazł się na cmentarzu, lecz nie bardzo wie, w jaki sposób i dlaczego. Uświadamia sobie nagle, że jakimś ludziom należy pomóc lub coś oddać, co im zabrano. Nie wie dokładnie. Zaczyna iść jedyną drogą. W kierunku miasteczka.
-
@duszka Duszka→Dzięki:)↔Sorry że późno, ale zawsze staram się odpowiedzieć. No chyba żebym zapomniał na więcej jak wskroś:) No właśnie↔Nie chciałem tak ''prosto z jakiegokolwiek mostu":))→Pozdrawiam:))
-
ciepłe kluseczki duszone w powiewach wiatru (:~) rolady z wołowiny owinięte promieniami słońca (:~) kotlety z kością w gardle upieczone na śpiewie słowika (:~) jadalne kasztany oblane miodem pszczelich spojrzeń (:~) żółte makarony nawinięte na muzykę czterojajeczną (:~) świeże łebki sałaty w orzeźwiających kropelkach rosy na eterycznym talerzyku z porannej mgły (:~) rogalik kaszanki na widelcu z ostrych kawałków lodu (:~) wilgotne jabłka otulone włochatym zapachem łąki (:~) orzeszki laskowe rozłupane wzrokiem wnerwionej wiewiórki (:~) flaki pływające między spojrzeniami oka rosołu (:~) twarde karmelki w puchatej poduszce z miękkiego syropu (:~) gruszki w cieniu drabiny przytulonej do sadu (:~) sok uśmiechu wyciśnięty z kwaśnych min przechodniów (:~) gołąbki w nastroszonych piórkach z kapuścianych liści (:~) ciepłe rogaliki owinięte wstęgą rześkiego strumyczka (:~) naleśniki wypełnione słodkim oddechem powidełek (:~) mielone z poświaty rzucanej przez tłuściutkie gwiazdy (:~) rolmopsy zawinięte falami morza oraz przez inne bałwany (:~) żabie udka w kryształowym spojrzeniu szklanego bociana (:~) duszone ziemniaczki na sympatycznej szubienicy splecionej z łętów (:~) pierogi skradzione z rogów nieroztropnego ślimaczka (:~) skrawki mięsne nadziane na długie rozgrzane wspomnienie przytulone zimnym spojrzeniem rozpalonej gwiazdy (:~) placek ze śliwkami polukrowany słodką pierzastą chmurką (:~) marchewkowe lody wydłubane ze hojnego bałwanka (:~) słodki baranek w garniturze z rozczochranych kostek cukru (:~) makowiec buszujący wśród makówek pełnych pomieszanych myśli (:~) kiszone ogórki w zawirowaniu galaktyki spiralnej (:~) pomidorki zamienione w przecier wybuchem supernowej (:~) kopytka ciachane na blacie w kształcie biegnących koników (:~) piernikowe bułeczki ubrane w czapeczki utkane z zapachu chleba (:~) błękitna gwiazdka na nieboskłonie z białej czekolady ozdobionym marcepanowym satelitą (:~) ryba wędzona w szumie morskich fal w szybującej pajęczynie spojrzeń białych mew (:~) kolorowe cukierki owinięte nastrojem świąt pod opiekuńczymi skrzydłami iglastych gałązek (:~) piosenka z echa w pustej dyni duszona w miękkich nutkach smażona na ruszcie z pięciolinii z kluczem do jeszcze lepszego smaku (:~) pączki smażone na tłuściutkim współczuciu do słodkich robaczków z klaustrofobią (:~) słoneczna pomarańcza nasiąknięta bryzą południowych mórz oraz przynudzaniem autora co to wyżej napisał
-
pąki kwiatów zauroczone świtu rześkością ciepłą otuliną złotej tarczy zrodzonej horyzontem nie wiedzą kolor dnia przytulić na palecie doznań czy fiolet nocy rozwodnić dla zerwania więzów w diamencie spójności po obu stronach pytania w krainie gdzie nóż wykrawa odpowiedź
-
Wszelkie podobieństwo do autentycznych zdarzeń, jest zamierzone i nieprzypadkowe :~) ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Kochanie! Mężusiu najdroższy! – Tak skarbie! Słoneczko bez burz! – Widziałeś przypadkiem moje wdzianko? – Widziałem. Masz je na sobie. – No właśnie pytam. Do twarzy mi w nim? Jak sądzisz? – Skąd mam wiedzieć. Masz ją całą w jakimś mazidle z ogórkami. – To maseczka odmładzająca. Nie chcesz mieć pięknej młodej żoneczki? – Póki co widzę ogórki. Jak mam ocenić, czy pasuje do twarzy. – Ty mi kochanie nerwów nie poganiaj. Przecież tyle razy widziałeś moją nagą twarz. Nie potrafisz sobie wyobrazić jak wygląda? – Mam apetyt na mizerię. – Naprawdę. Chodź do mnie. Weź sobie. A tak w ogóle, moi rodzice dzisiaj przyjadą. Zapewne się cieszysz. Słyszę, że tak. – Jeszcze nic nie powiedziałem. – Leniuszek z ciebie. Ty mój pysiaczku. Odkurz dywan, bo normalnie jakbym była w chlewie. – Twoja urocza świnka nie odkurzy, bo zepsuła odkurzacz. – Co znowu wymyśliłeś. – Nie ja, tylko mysz wleciała. Albo dwie. Same się ustawiły na wciąganie. – Co? Jak mogłeś sadysto jeden. Na pewno biedne zdechły. Masz je w tej chwili wypuścić, bo się uduszą. A jakby ciebie włożono do odkurzacza, to co? Byłbyś zadowolony. – Przynajmniej trochę spokoju. – Chcesz powiedzieć, że ode mnie popaprańcu jeden. – Przecież wiesz, że dziwak ze mnie. Po co te nerwy. To zaszkodzi twojej urodzie. – Za to twojej już nic nie zaszkodzi. – To po co wyszłaś za brzydala? – Psycholog się znalazł co ludzi naucza. A czy ty wiesz, że moi rodzice… – Wiem. Już mówiłaś. Moi też. – Co też? – Przyjadą. – I będziemy się tłoczyć pod jednym dachem, tak? A u nas ściany blisko. – Mamy jeszcze kota i psa z pierwszego tłoczenia. – Chociaż coś kup do jedzenia. Zapomniałeś o wszystkim. – Co racja to racja. Wczoraj mi mówiłaś, że mam kupić. Tylko ja błądziłem myślami… – Ty mi za często błądzisz. A pamiętasz jak leżałeś pod rynną? – A po co? – Jak to po co? Czekałeś, aż ci na czoło spadnie. Guza sobie nabiłeś, a noża nie mogłeś znaleźć. Dlatego wymyśliłeś, że taka zimna, mokra, wilgotna rynna… na pewno go zlikwiduje. – I co? Zlikwidowała? Bo nie pamiętam. – Nie. Nabiła ci drugiego. Dlatego, nie jarzysz. – Jestem twoim jarzącym neonem. Widzisz, jak świecę. – A właśnie. Świece też musimy kupić. Dla lepszego nastroju. – Myślisz, że nastrój trzeba będzie polepszać blaskiem świec? – Z twoją pomocą na pewno. A tak w ogóle, to się uspokój. – Jestem spokojny, jak poległy na wojnie. – Poległy jest spokojny z racji sytuacji w jakiej się znalazł. Ty na jego miejscu, byś się zachowywał dokładnie tak samo. – Och te twoje militarne rozważania o życiu. Do prawdy fascynujące. – Ktoś musi w tym domu rozważać. Ty jedynie wagi psujesz. – Tylko te po gwarancji… no dobra… wiem, że mi czasami z lekka odbija, ale kocham cię ponad poręcz schodów. – Co ty znowu o schodach. W naszym domu nie ma żadnych schodów. Zrobić ci zimne okłady? Najlepiej na wszystko. – A tylko na głowę nie wystarczy? – Wyparuje od razu. A na całość, to się siły rozłożą i mokra ścierka wystarczy na dłużej. – Widzę, że pasujemy do siebie. Jak dwie krople… – Piasku. – Bądź optymistką. Zawsze może być gorzej. – Z tobą na pewno. – Przecież wiesz, że mam talent. I to nie jeden. – Doprawdy. To umyj naczynia po obiedzie. – Jakim obiedzie? – Znowu stwarzasz problemy. Czy musisz mnie ciągle denerwować? – A mam przestać? – Głupol jesteś i tyle. – Chyba kot się zesrał. – Żaden kot, tylko twój pies, którego mój mężuś musi mieć. – A ty masz kota na tle mojego psa. Zazdrościsz mi. – Coś takiego! Byle kundla mam ci zazdrościć. Wybij to sobie z głowy. – Idę pod rynnę. A tak w ogóle… zdejm mizerię z twarzy. – Zjedz ją ze mnie. Są pyszne i wilgotne. – Od razu lepiej. – Cholera jasna! A łaj! Opanuj się! – Cicho bądź, bo myszy w odkurzaczu… nie dosyć, że w agonii, to jeszcze muszą słuchać twoich krzyków… i zapewne mają wątpliwości, czy to się anioł wydziera. Nie wstyd ci? – Ale to jest mój nos, a nie twój. – Trudno, żebym miał gryźć swój. – Jak mam żyć z takim czubkiem. Czasami jesteś tępy jak gwóźdź łbem wbijany! – Oj… fajna metafora. – Ja ci dam metaforę, jak sam w sypialni zostaniesz. – O zgrozo litościwa! Powiedz, że jesteś zjawą i tylko straszysz. No nie bądź taką jędzą. No co? Nie będziesz? – Wariat. Chcesz? – Chcę.
-
1
-
tajemnice nie wiedzą wszystkiego o blaskach cieniach rozdrożach ścieżkach tam larwa czeka na skrzydle motyla a krzywe zwierciadła opływa strumyk... ... w odbiciach stokrotnych promień słońca wypala baranki a koszyk cierniowy zawsze pełny przecieka kolejną zranioną chwilą łąko trzykrotna powiedz swym kwiatom niech się nie trwożą ciał swych z popiołu... ... szare wianki znów uplecione być może odnajdą tam o brzasku ślady co kwitną drogowskazem czy on im wskażę drogę do domu? tarcza słoneczna uśmiecha się ciepło obłoki strzępią języki błękitne za horyzontem błądzą pytania i odpowiedzi mgłą spowite maleńki kwiatek śni owocem śnił on wczoraj śnić jutro będzie czy którymś świtem jutrzenka zbudzi drzewem na którym zawisło życie?
-
Przezroczysta noc
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Ilona Rutkowska Ilona Rutkowska→W takim razie↔drugie Dzięki:)) No... jakiś tam sens znajduję, ale nie zawsze sensowny na tyle, by z całą stanowczością stwierdzić, że to co przed chwilą napisałem, jest sensowne: D Pozdrawiam :) To na pewno ma sens:) -
Jesteśmy szanującą się rodziną. Tyle potrafimy i jest nam z tego powodu całkiem racjonalnie. Co do relacji zdarzeń, jeszcze nie jest tak jak trzeba, o czym świadczą poprzednie moje wypowiedzi, których tutaj nie wgrałam w czasie rzeczywistym. Często są pokręcone, lecz na szczęście rzadziej odkręcone od realu. Bywa tak, że nie zawsze działa wszystko jak należy w ciągu długiego okresu przemijania. Nasze zachowanie jest nieco głośne, z uwagi na to kim jesteśmy. Nic nie możemy na to poradzić. Tatuś jest duży, mama jest duża, tylko ja jestem mała, ale też na tyle mnie jest, że mogę podskakiwać. Właśnie w tej chwili to czynię. Odczuwam dziwne wibracje. Nie potrafię tego dokładnie wyartykułować. Chodzi o to, że rodzice obiecali dostarczyć prezent. Nie mogą sobie pozwolić na drugą: mnie. A zatem postanowili ofiarować mi obiekt, z którym będę mogła się pobawić... a nawet może porozmawiać. Ma na imię: Eka… a dokładniej: Egzystencjalna Konstrukcja Autonomiczna. Dzisiaj jest ten pamiętny dzień, kiedy zobaczę to po raz pierwszy. Rodzice aż lśnią z tej przyczyny. Dla nich to też ważne. Mam wrażenie, że obawiają się trochę mojej wewnętrznej blokady. Może dlatego, że kiedyś zacięłam się w sobie i powstał problem. Zawieźli mnie w dziwne białe miejsce. Postaci ubranych też na biało, kręciło się przy mnie bardzo wiele, ale w końcu wszystko skończyło się jak trzeba. Jedynie w drodze powrotnej uderzyłam stojący słup. Ślad został mi do dziś, lecz żadnych płynów nie straciłam. Tak powiedzieli rodzice. Czasami dziwnie mówią. Przecież i tak mnie nie uchronią przed: zmianą. Tak po prostu z nami jest. Ze wszystkimi rodzinami. Niestety... muszę z przykrością stwierdzić, że jego wygląd jest raczej: obrzydliwy, jak na nasze wygórowane kryteria. Przyznam, że jestem trochę zawiedziona. Niby do mnie podobny w sensie kształtów… tylko że jego ciało takie... nie nasze w dotyku. A poza tym stoi i nic nie mówi a z jego oczu coś wypływa. Nie mam pojęcia co to jest. Czuję się oszukana. To miał być wspaniały prezent. Obiecano, że będę z nim rozmawiać. A sterczy przede mną jakieś dziwadło. – Mamo! Obiecałaś, że dostanę wspaniałą zabawkę… żebym nie czuła się samotna… a popatrz sama jak on wygląda… przyznaj się… na wyprzedaży kupiony. – Dziecko! Trochę cierpliwości. Eka się musi przyzwyczaić do nowych warunków... daj mu trochę czasu… a poza tym, takich zabawek jest coraz mniej… trudno je zdobyć. Doceń to chociaż. – Ależ mamo, jemu coś cieknie z oczu. Bleee! Co to jest? – Wszystkie tak mają w początkowej fazie dostarczenia. Sama nie wiem, co to dokładnie jest. Trzeba przeczekać i tyle. Mów do niego. On potrafi wydawać dźwięki. Nawet bardzo głośne. Mieliśmy okazje posłuchać. Nie chciał z nami iść, ale musiał, bo dużo kasy kosztował. Chciał zostać w Strefie. – To Strefa jeszcze istnieje? Myślałam… że już jej dawno nie ma. – Jeszcze trochę i nie będzie ich wcale. – To skąd będą mieć dzieci zabawki? – Ty już się o to nie martw. Mamy mózgi nie od parady. Nie takie jak w Strefie. – Czyli mówisz, że mam do… Eka... gadać... jak do równego sobie? – Tak. Chodzi o to, żeby uwierzył, że tak naprawdę myślisz. Będzie lepiej dla ciebie funkcjonować. Na pewno się rozkręci po jakimś czasie. Jest w miarę nowy i mało zużyty. Nie wiem co mam robić. Zostałam z nim sama. Teraz siedzi na metalowym taborecie i coś wtyka w otwór gębowy. Tato mi powiedział, że w dołączonej instrukcji napisano, że tego typu zachowania, będą go pobudzać do działania. Faktycznie... już mu nie cieknie… ale patrzy na mnie intensywnie i rozgląda się po wszystkich częściach składowych, naszego pomieszczenia. Mama mi radziła, że mam do niego mówić, to on też coś powie... będzie działać zgodnie z instrukcją jak na prawdziwą zabawkę przystało. No nic… muszę coś zagadać. Strefa pustoszeje z dnia na dzień. Ogrodzona wysokim ogrodzeniem, kryje w sobie wiele zabawek. Ubywa ich coraz szybciej, gdyż sytuacja na zewnątrz temu sprzyja. Zapotrzebowanie rośnie. Biznes to biznes. Trzeba z czegoś funkcjonować. – Powiedz coś… Eka. Odezwij się do mnie. Jesteś moją zabawką. Rodzice wydali na ciebie kupę kasy. Wiem, że mnie rozumiesz. Jak tylko pamiętam, używamy twojej mowy. Jeżeli nie spełnisz oczekiwań rodziców… albo co gorsza moich… to wiesz co z tobą będzie? – Ja nie mam rodziców. Zabili ich tacy jak wy. – Nie mówiłam o twoich rodzicach, tylko o moich. Twoi mnie nie obchodzą. Rozumiesz? – Potwory z was i tyle. – Jak śmiesz tak mówić. Nie dosyć, że wyglądasz tak… miękko… to jeszcze masz czelność mnie obrażać. Chyba wiesz, kim jesteśmy? – Wiem… i nie chcę się z tobą bawić. Gdybyś była inna… niż reszta was… – Inna? A może podobna do ciebie. Wybacz… nie skorzystam. – Czemu nawijasz jak dorosła? – Bo się specjalnie przestawiłam na inne gadanie. – To się przestaw na: dziecko. To może nawet się z tobą pobawię. Wiem, że nie jesteś niczemu winna… jeszcze przed… dorosłą zmianą. – Popać jaką mam ładną źabawkę. Mamusia mi kupiła. Metalowy wiaćiaczek. Podmuchamy sobie. Raź ja raź ty. – O... zmieniłaś się na dziecko… to nawet fajne, pociesznie brzmi… ale dmuchanie jest nudne. – Nie mów tak… bo moje wnętrze za bardzo trzeszczy. – Trzeszczy? Znowu się przestawiłaś? Wymyśl coś bardziej zabawnego. Chyba mimo wszystko, macie poczucie humoru. – Teraz ty gadasz jak dorosły. – Życie mnie nauczyło. – Życie? A co do poczucia humoru, to akurat mamy. Od was żeśmy przejęli. – Znowu gadasz jak stara. Co z tobą? – Nie marudź. Za chwilę zrobię coś śmiesznego. To będzie początek wspaniałej zabawy. – Oby. Podchodzę do Eka i odkręcam mu głowę. Coś z niego sika. Jakieś czerwone paskudztwo. Nie wygląda to dobrze. Chyba go zepsułam... a miało być tak fajnie. Rodzice się wściekną. No nic. Muszę im powiedzieć. I tak zobaczą jak przyjdą. Coś mi spływa po gładkiej powierzchni. To co z tego wyleciało. Obrzydlistwo! – Mamo, tato… przepraszam. Powiedział, że jest nudno. Chciałam, żeby było zabawnie. Skąd mogłam wiedzieć. Robimy podobnie, jak nam wesoło i bawimy się... W Różne Punkty Widzenia Na Samego Siebie... i jakoś nadal działam. – Wiemy córeczko – rzekła mama. – Nie mogłaś wiedzieć. To nie twoja wina. Zapomnieliśmy uprzedzić… – Zapomnieliście… waszymi wielkimi mózgami… i co teraz? Zostanę bez zabawki? – Nic się nie martw – powiedział tato. – Jutro ci kupię nową. Ich nie można naprawić.. – A co... z tym? Będzie mi zawadzać i śmierdzieć? – Odpowiednie służby zrobią tu porządek, a to wyrzucą do odpadków biologicznych... ale to już nie nasz kłopot. Nie musisz się martwić.
-
zrodzony za nim zaistniał jest sobą lub nie innym lepszym gorszym [granatowy garnitur nieba nieskończone fastrygi horyzontów] pragnie dorównać w przeciwieństwach ma cel w życiu czy go osiągnie nie czeka na cud już nie [w kieszeni kreda zwyczajna biała wytczy drogę ostatniego cięcia czy wróci całość] zostawia w tyle omija ślady wady i zalety puste chwile wolniej biegnie za to szybciej stoi [ostatnia przymiarka więcej nie będzie jedyna szansa niedopasowania jak trzeba] czy doścignie w swoim uciekaniu do tego co goni zrozumiał czy na pewno za dużo za mało co pojął już dawno może prześcignąć nie zostawi samego chyba jeżeli wystarczy czasu do jednośladu [impuls rozdarcia lub guzik z pętelką]