-
Postów
2 877 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
na tarczy zegara klucz nakręca w proch obraca a gong uśpiony śni pierwszą godzinę by szare figurki nowym świtem zbudzić za chwilę
-
1
-
W przytulnym pokoju, słychać miarowe tykanie starodawnego zegara, wiszącego na ścianie. Jednostajny oddech siedmioletniej Joasi, jakby współgra z odliczaniem upływającego czasu. Zielone ściany i niebieski sufit, ozdobiony uśmiechniętym słoneczkiem, są niczym rajski ogród zatopiony w dziecinnym umyśle. Dziewczynka śpi spokojnie w drewnianym łóżeczku. Widnieją na nim delikatne rzeźby czterolistnych koniczynek. Zapewne śni o tym, jak to będzie, gdy wiele lat upłynie, a ona lepiej zrozumie otaczający ją świat. A może wcale nie o tym. Wiadomo to, o czym może śnić taka mała rezolutna Joasia. Lepiej nie zaglądajmy do jej snu, bo jeszcze na nas nakrzyczy. Zaczyna świtać. Przez drgającą od ciepłego wiatru zasłonkę w kolorze pomarańczy, wpadają radosne promienie słońca, o barwie miodu. Czyżby były niegrzeczne i chciały zbudzić smacznie śpiącą? Pewnie tak. Cóż poradzić. Głaszczą ciepło nie tylko buzię dziewczynki, ale też wiele zabawek stojących na półce. Lalka mruży oczy, a dziadek do orzechów groźnie trzeszczy zębami. Dziecko poprzez koniec snu, wygania pociesznie uśmiech. Przeciąga rozkosznie przebudzenie, niczym leniwy kotek. Otwiera jedno zaspane oko. Drugie nie ma takiego zamiaru. Nagle zegar spada ze ściany. Łoskot uderzenia jest tak donośny, że rozbudza dziewczynkę całkowicie. Otwiera drugie oko i patrzy już dwoma, przestraszona. Dostrzega pusty haczyk na ścianie. Gdzie jest zegar? Wstajez łóżka i podchodzi do miejsca upadku. Zaczyna płakać. Tak bardzo lubiła na niego patrzeć. Na szczęście jest cały, ale i tak wygląda żałośnie. – Co ty teraz zrobisz, kochany zegarze? Cały czas z ciebie wyleciał. No nie bądź smutny. Mama coś zaradzi. Właśnie wchodzi do pokoju, zbawiona dziwnym hałasem. Widzi zapłakaną córkę klęcząca przy zegarze. – On biedny spadł i umarł, bo cały czas z niego wyleciał. Matka przytula dziecko, mówiąc cicho: – Nie płacz kochanie. Wcale nie umarł. – Czy każdy kiedyś spadnie z haczyka i cały czas z niego wyleci? – Co tobie za pytanie przyszło do głowy. – Powiedz... proszę. – No tak... kiedyś każdemu. Ale ty jesteś jeszcze mała. – A należy pomagać zwierzątkom i ludziom. Należy? – Oczywiście, ty mój… pytajniczku. – Będę o tym pamiętała. Sama wychowuje kochaną pociechę. Tak jakoś los poukładał życiowe wersy, z niechcianą puentą. Już nie chce więcej rozmyślać, jak do tego doszło. Rozgrzebywać ran i wywlekać wszystkiego na nowo. Można powiedzieć, że ma teraz troje oczu. Dwa swoje, a trzecim oczkiem w głowie jest córka, Joasia. Mieszkają w małym parterowym domu, otoczonym niewielkim ogródkiem. Teraz latem jest w nim wiele kolorowych kwiatów, oraz małe oczko wodne. Jest tym czwartym, z odbiciem nieba. Słońce pomału zachodzi na horyzoncie. Czerwonawa poświata w kolorze rozrzedzonej krwi, kładzie prześwitujący delikatny całun, na różnorodne kwiatki i wszystko wokół. Śmieszny gipsowy krasnal z urwanym nosem, nadal stoi przy wejściu. Dziecko nie pozwoliło go wyrzucić, chociaż jest brudny i nieładny. Matkę kiedyś zdenerwował jego widok i powiedziała, że krasnoludek jest brzydki i trzeba go wywalić. Wtedy usłyszała, że gips w środku jest: czysty i biały. Taka była zdziwiona odpowiedzią, że już więcej nie wracała do tego tematu. Na zewnątrz, początki zmierzchu, zwyczajowo żegnają, ostatnie podrygi dnia. Joasia leży w łóżeczku, przykryta - jak to ona nazywa - kołderką z marzeń. Zegar znowu wisi na ścianie. Cały i zdrowy. Odmierza miarowo czas, tykając dla niej i żeby nie było mu nudno, a lustrzane wahadło, z zniekształconym odbiciem wiszącej lampy, odmierza niepowracalne chwile. Matka siedzi przy córce, chcąc jak zwykle opowiedzieć bajkę. – Mamo. Wiesz co. Dzisiaj nie chcę słuchać bajki. – Przecież zawsze chciałaś. – Dzisiaj nie chcę i już... bo chcę tobie coś powiedzieć. Coś, co jeszcze nie powiedziałam i jest mi... no wiesz... strasznie głupio. – Chętnie posłucham, co chcesz mi powiedzieć. – Tylko sobie pomyślałam, że to jest takie ważne, że musi być bardziej... no wiesz... odświętnie. Rozumiesz? – No tak. – Pod koniec miesiąca mam siódme urodziny. Chyba o tym wiesz? – Oczywiście, że wiem. – No to posłuchaj mamo. Jeżeli w moje urodziny, będzie biała chmurka w kształcie serca, nad naszym domem, zaczepiona o błękitne niebo, to wtedy tobie powiem. Jeżeli nie, to i tak powiem, ale wiesz… to już będzie mniej odświętnie. I co ty na to? Cieszysz uśmiech? – Bardzo. Nawet nie wiesz jak bardzo. Będę jej wypatrywać na niebie. A teraz śpij. Pamiętasz, że jutro mamy iść nad rzekę, oglądać w wodzie... jak ty to nazywasz? – Słoneczne migotki. *** Matka z córką idą nad rzekę. Piękna słoneczna pogoda, przykrywa kołderką z marzeń cały świat. W cieniu drzew jest chłodniej. Można odpocząć od męczącego upału. Siadają na ławce pod rozłożystą koroną dębu. Gorące promienie złotej tarczy, przemykają między gałęziami, by po chwili pływać na powierzchni płynącej rzeki. Pewnie mają ochotę na rześką kąpiel. Dziewczynka wyciąga z plecaka dwie bułki z pomidorem. Jedną wręcza mamie. Powietrze jest ciężkawe, lepkie i trochę nużące. Jedzą w milczeniu, popatrując na rzekę. Widzą to, po co tu przyszli. Hipnotyzujące migotki. *** Dziecka nie zdołano uratować, mimo, że przypadkowy człowiek, szybko wyłowił ciało. Przyjechała karetka. Dziewczynkę reanimowano jakiś czas, ale na próżno. Matka nie potrafiła powiedzieć, jak do tego doszło. Była w szoku. Na jakakolwiek rozmowę, nikt nie mógł w tej chwili liczyć. Powtarzała tylko w kółko, że przez kilka chwil, patrzyła w błękitne niebo, jakby czegoś tam wypatrywała. *** Joasia nie bardzo wie, co jest grane. Nie rozpoznaje całego koncertu. Pamięta tylko, że była z matką nad rzeką. Reszta jest spowita dziwną mgłą. Wie, że jakiś czas upłynął od tego wydarzenia, ale odczuwa to wszystko jakoś: inaczej. Ramki obrazów bez obrazów. Jakby została wymazana z tego świata, ale jeszcze niezupełnie. Zdaje sobie sprawę, że nadal jest Joasią, ale siebie nie widzi. Wie tylko, że istnieje nadal. Ma poczucie dziwnej sytuacji, lecz wcale nie męczącej. W oddali dostrzega coś w rodzaju: przyjaznego światła. Do umysłu docierają słowa, które słowami nie są. O czymś łagodnie przypominają, przed wędrówką do miejsca, z którego już nigdy nie powróci. Wie teraz więcej, dużo więcej, chociaż wielu spraw jeszcze nie rozumie. No i upływ czasu, dziwny. Jakby miał więcej możliwości. Nagle przypomina sobie o słowach, które obiecała, a które nie zdążyła powiedzieć. Ma nadzieję, że jeszcze zdąży. Szybuje na promieniu światłą, najszybciej jak potrafi. Już z daleka widzi białą chmurkę, w kształcie serca, wiszącą nad domem. Ma nawet wrażenie, że nią jest. I tu i tam równocześnie. Twarz rozpromienia uśmiech, bo wie, że przybędzie na czas. Matka na pewno o niej myśli. Tęskni za nią. Za tymi właśnie słowami. Widzi z góry krasnala. Z tej perspektywy, jest prawie cały biały. Stara brzydka farba z niego odpadła. Wlatuje do mieszkania. Do dziecinnego pokoju. Przenika przez niewielkie drzwi zegara. Przytula ją czasem. Joasia wie na pewno, że matka tutaj przyjdzie. Odczuwa za sobą ruch wahadła i miarowe tykanie. Dla niej za chwile czas przestanie istnieć. Tutaj jeszcze będzie płynąć. Niczym rzeka z migotkami. Jest tak jak pomyślała. Matka wchodzi do pokoju. Ma łzy w oczach. Trzyma w rękach tort urodzinowy. Widnieje na nim siedem zapalonych świeczek i napis: Joasia 7 lat. Kładzie tort na stoliku przy łóżku i siada obok. Patrzy w milczeniu na samotną kołderkę z marzeń. Dziewczynkę bardzo cieszy, lecz jednocześnie przygnębia obraz, który ma przed sobą. Z jednej strony myśli po prostu jak dziecko, a z drugiej, na pewne sprawy, patrzy teraz zupełnie inaczej. Wspomnienia płyną w umyśle niczym strumień szczęśliwych chwil. Lecz z drugiej strony wie, że owe przeminęły bezpowrotnie, bo tak na prawdę, przynależy już do innego świata, pełnego nieznanej tajemnicy. Lecz o dziwo, nie kryje w sobie zbytniego lęku. Raczej bardziej to, co odczuwała w domu. Oprócz tykania nic nie słychać. Matka milczy. Bo niby z kim ma rozmawiać? Nawet opowiedzieć bajki nie ma komu. Joasi spieszno z wypowiedzeniem słów, bo nie wie, ile ma jeszcze czasu na tym świecie. Czuje, że za chwilę zniknie stąd na dobre. – Mamo! Widziałaś białą chmurkę? Na pewno tak. Zdążyła w sam raz na moje urodziny. Ale fajnie. Ładny tort dla mnie kupiłaś. Chcę tobie powiedzieć, jak bardzo cię kocham. Nawet nie wiesz jak bardzo. To są te słowa, których nie zdążyłam wypowiedzieć. Chociaż wiem, że na pewno o tym wiedziałaś. Przepraszam za tego kotka. Przecież nie mogłam chcieć, żeby utonął. Chyba mnie rozumiesz? Przecież powiedziałaś, że należy pomagać ludziom i zwierzątkom. Ja go naprawdę widziałam. Patrzy na matkę, ale nie widzi żadnej reakcji. Czyżby jej nie słyszała? Przecież do niej głośno mówi. Nie wylatuje z zegara, bo wierzy, że tu jest najwłaściwsze miejsce. – Mamo! Przecież mówię do ciebie! Dlaczego mnie nie słyszysz? Powtórzę jeszcze raz to samo, głośno i wyraźnie, bo jestem nawet nieco wnerwiona. Może chociaż spojrzysz w moim kierunku. Na pewno odczuwasz moją obecność. Za chwilę stąd zniknę, żeby być w innym miejscu, przed którym nie odczuwam lęku. Wierzę, że będę tam kochana, jak ty mnie kochałaś. Ty też kiedyś znikniesz. Wtedy znowu będziemy razem, ale nie wiem tego na pewno. Jeszcze nie. Tak bardzo cię kocham. Spójrz na mnie. Dopóki jeszcze możesz. Dopóki tu jestem z tobą. Proszę. Bo wiesz mamo, mimo, że siedzę w zegarze, to już niewiele czasu mi zostało. *** Matka spogląda zamyślona w stronę zegara. Właśnie wybija godzinę: siódmą. Czuje lekki podmuch wiatru. Po chwil w zupełnej ciszy, gaśnie na torcie siedem świeczek.
-
ech... motorniczy nie ten w kółko źle trakcja przeciwko mnie ech... smutna jazda na pętli tramwajowej zawisnął tramwaj
-
Nieco inna wersja dawnego tekstu powiedz czy w oddali widzisz świt w rozkołysanych krwią przedsionkach serca a jeśli bajkę na dobranoc w okładkach z mgły związanych wstążką tajemnicy wiatru gdzie nie milkną cienie urodzinowych świeczek tylko jakoś policzyć trudniej idzie na burze morda ciemnego cumulusa błyskawicznie pożera kawałek tortu dziecko co tu robisz samo na łące czemu masz zakrwawione dłonie jednak siadasz na prześwitujących skrzydłach delikatności białego motyla szumiących wahadłach dobrych i złych chwil nie wzlatuje chodzi tylko w okruszkach z brzasku gdzie między kartkami szybuje czytanie w napowietrznych łódkach wyrzeźbionych z tysiąca słów tam w świecie przezroczystości przemówiły ryby lecz pająk bezwilgoci owada
-
3
-
Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Tak też to można ująć. W rzecz samej:)↔Pozdrawiam:)
-
wchodzi na wieżę wierzy że pofrunie czuje że rosną mu skrzydła wie na pewno owszem rosną do wewnątrz
-
Villanella↔Piosenki Lśnienia
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
namaluj proszę piosenki lśnienia barwą muzyki szkicuj wytrwale choć dźwięk złudzeniem nuty pozmieniał kluczem drzwi rytmu otwieraj nieraz mimo że tony nie zawsze całe spróbuj malować to co wyśpiewasz skowronek w błękit głos twój zabiera by razem stamtąd były słyszane chociaż melodię wiatr zły pozmieniał na pięciolinii koncert masz teraz spełni marzenia a może wcale malować jednak piosenki trzeba mimo że aranż często powielasz gdzie ślady tańca jakieś niecałe a nutom każesz znowu umierać oby nadzieja dziś nie zasnęła w ciszy bez śpiewu tam brzmienia wcale maluj nie zwlekaj piosenki lśnienia bo czas melodię skraca zabiera-
2
-
–– Przyznam Barmanko, że i jadło smakowite upichcić potrafisz. Jam Dodup, z zacnego rodu Dodupów i w sprawach kiszek żołądkowych orientacje posiadam, od dziada prababki, świeć panie nad ich pokrętną duszą. Rzeknę przeto, że dobre mięsko uszykowałaś. A i piwo me lico pianką spienia. Rad jestem wielce, lecz wyznać muszę, że raz po raz pieczyste, gorzkie jak diabli było. Z której to dostawy, że zapytam? –– Ze słusznej. A co? Coś waści nie pasi? –– Ze słusznej powiadasz. A dlaczegóż to jajecznicy różowej nie dostałem? Nawet ździebełka. To mój ulubiony specjał. Wiesz przecież, że z kostnej miseczki, wilgotne pyszności wyjadać lubię wielce. Rzekłem ci nieraz. A zatem po próżnicy gadałem? –– Gadałeś, srałeś… jedz co jesz i nie stękaj. Jam tylko z tego co było, posiłek dla wszystkich przygotowała. –– Ano. Skoro tak prawisz. A wiesz co… może dostawcy wyjedli? –– Ha ha ha. Akurat. Gdyby wyjedli, to by mądrzejsi byli. –– Zależy co by wyjedli, tak sobie myślę. –– Myślisz? A to nowina. Sądzę, że to nie oni. Jeden wrzasnął, że mu falującymi cyckami, gałki oczne seksualizuje. –– Seksu… co? U nas tak za dnia nie powiadają, dobrą manierą sponiewierani. Pokaż który. Podejdę i w mordę przywalę. –– Nie musisz. Już odcięłam. –– Właśnie zauważyć mi przyszło. Mokro tu jakoś i harmider biologiczny. Pozwól, że pójdę precz niebawem. –– A idź sobie waść, skoroś taki wrażliwy. Przynajmniej obiad w spokojności przyrządzę. Czcigodny Okazały z Włochatym Mieczem przybędzie. –– Naprawdę? To tym bardziej oddalę członki swoje.
-
1
-
Trochę inna wersja dawnego tekstu. wyszedłem dziś z głupoty w geniusz zboża łany i tak się z ziarnem błąkam lecz nadal nic wiem czy z kłosów myśli mąka co niebawem chlebem a może pozostaną tylko w ziemi rany nocka ciemna księżycem maluje już drogę skały krwią poplamione czarne jadowicie ślady widzę ktoś kiedyś chciał tu zmienić życie idę dalej wciąż szukam jemu nie pomogę cisza wokół przystaję tylko strumyk śpiewa z dali gwiazda promieniem szeptanym wskazuje na drzewie wiatrem pchane coś wisi powiewa ziarna trzymam wciąż w rękach mądrości mi mało luna obraz rozjaśnia wtem widzę poznaję nad kłosami złotymi wisi moje ciało
-
4
-
wskoczył do zimnej wody tylko czas zmarnował głupotę wszak popełnił chciał się ugotować
-
2
-
Złapiesz mnie Mamo, przytulisz, pocałujesz...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Wiesław J.K.↔Dzięki:)↔Taki trochę miałem zamiar, żeby tak:)↔Pozdrawiam:) -
Złapiesz mnie Mamo, przytulisz, pocałujesz...
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Słyszysz mamo, jak strasznie dyszę? I widzisz mnie z większej, niewidzialnej góry, niż z tej, na którą wchodzę? Na pewno. Wyszłam niepostrzeżenie. Tatuś i brat grają w piłkę. Dla ciebie jestem malutkim ludzikiem, który nadal ciebie kocha i bardzo za tobą tęskni. Jeszcze trochę posapię i będę na łące. Wierzchołku góry. Jak zapewne wiesz, dużo tu motyli. Nie kazałaś ich nigdy łapać, by nie pognieść im szybowania. W świecie gdzie teraz jesteś, na pewno potrafisz fruwać, gdyż myślę sobie, że tam więcej można umieć. A teraz spójrz uważniej. Początek niespodzianki. Mam dla ciebie laurkę, ale co tam napisałam, to nie powiem. Przeczytasz sobie. Za chwilę pobiegnę w kierunku krawędzi góry. Pewnie pamiętasz, jak potrafiłam wysoko skakać, a twój uśmiech pomagał, jeszcze wyżej wzlatywać. Popatrz! Już biegnę i jeszcze bardziej sapię. Ale to nic. Na samej krawędzi podskoczę wysoko. Obserwuj cały czas. Widzisz, jestem blisko upragnionego odbicia. Teraz ty sfruń stamtąd, gdzie jesteś. W połowie drogi nastąpi nasze spotkanie. Złapiesz mnie Mamo, przytulisz, pocałujesz, a ja wręczę tobie laurkę, a ty odstawisz swoją pociechę, z powrotem na ziemię. Wiem, będzie ci smutno, że nie możemy zostać razem, w tajemniczej krainie, ale wiesz… chcę jeszcze trochę pobyć z tatusiem, braciszkiem i z tym, co życie przyniesie, także dla innych, za moją przyczyną. Na pewno rozumiesz, gdyż tak samo ich kochałaś, jak mnie. Hura!!! Jestem jeszcze bliżej krawędzi. A niech to Mamo. Tatuś mnie goni. Poznaję po sapaniu. Podobne do mojego. Też go kocham, ale akurat teraz musi... -
Konrad Koper↔Dzięki:)↔Ano taki trochę jest:)↔Pozdrawiam:) *** Corival↔Dzięki:)↔Hmm... tu nie jeno o grę na gitarze gra. Chociaż Twoja interpretacja, też pasić może:) Pozdrawiam:) Wędrowiec 1984↔Dzięki:)↔Lubię rymować. Nie ukrywam:)↔Pozdrawiam:)
-
Jestem tu, w piaskownicy, takie coś tam, rozsypane. Przyznaję sypko, ni to leżeć ni to szaleć. chociaż jakoś sobą. Widzę dzieci, one wiele zmienić mogą. Na gorsze, na lepsze, w sumie nie wiem jeszcze. Niosą maskę, na kształt kubełka chyba, coś mi przypomina. Deszcze popadał. Jestem lepka, mokra, a wokół nadzieja, zielona wiosna. Chcą siebie zabawić. Kładą mnie do wewnątrz, teraz do góry nogami. Wreszcie jakiś wygląd, ulepione piękno, choć nic nie widzę, ciemno. A teraz jak we śnie. Odkryli mnie, świat wokół lśni, a ja w nim. Ślicznie tak mieć, być podobnym, do części pnia drzew. Lecz coś mnie niepokoi, choć nie chcę pamiętać, jakaś cierń piaskowa, co wraca, natrętna. Masz kształt maski, już nawet bez wiaderka. Wątpliwości mną targają, Może lepiej być sobą, chociaż rozsypaną.
-
2
-
ścieżki jego były kręte niesłychanie splątane na amen po czasie tak gęste że stworzyły ażurową powierzchnię mógł wyjść na prostą wreszcie
-
1
-
by nie słyszeć bólu zawinąłem wspomnienia w szary papier nasączony łatwopalną tęsknotą choć skwierczał złudzeniem nie spłonął na obrzeżach szaleństwa wtedy poparzonymi dłońmi otarłem ciepłe łzy po tym jak bezsilnym niechcianym szeptem zraniłem krzyk we wnętrzu ciszy
-
2
-
pudło i struny były pomocne pokonał fałszywy dźwięk zwycięskim akordem lecz okupił walkę gryf odgryzł mu palce
-
w zorzy misiu jest schowany białe futro zwisa z nieba swe marzenia tam podwieszę zimny piecyk parzy sopel lodu wzięty z pieca niech w przeszłości sobie taje księżyc kusi swą poświatą ślicznych kwiatków całun gdzieś muzyka jest zwijana w środku nuty oraz rytm już rolada dźwięki smaży zapłakała cisza mały robal drepce w liściu jak w zielonej swej izdebce a szkielecik drobny lichy smakowity befsztyk tam wanilia na zapiecku smakiem tuli ciepłe kafle a butelka stoi pusta ja walerian w kocie ze słoneczka leci promień i łaskocze toń strumyka supernowa gdzieś wybucha dłubie w nosie dziecko gdzieś na polu tam na między miłość płocha ale chętna czasoprzestrzeń skiby ziemi na zającach gniecie miłość gnębi właśnie zawiść przeciąg warczy na zamknięcie jutro dzisiaj lgnie do teraz płonie dziura w lodzie na huśtawce siedzi rozpacz ona tak się ciągle waha w którą stronę ma zeskoczyć szara myszka biała zegar czas sobie zlizuje z tej sprężynki swego trwania ni to stoi ni to spada gruszka z wierzby w przecier leci mucha do obucha trzonek gładki jak łysina krew na pieńku już tańcuje wiórki nadal żółte kropla rosy nie oznacza kwantowianka ucieszona światło dźwięczy na tej strunie w zawiniętym wewnątrz światem
-
1
-
jestem ogórkowa z pierwszego tłoczenia w tobie zakochana we mnie? pomidorze obleczonym w czerwoną skórkę ty zielona w warzywnych sprawach dobrze ci radzę wyrywaj z grządki inaczej zapłaczesz zakiszeniem miłości lepiej zakosztuj chlebka powszedniego powszedniego? a fuj no coś ty pomidor bądź spoko pragnę ciebie szkarłatne wilgotne wnętrze więcej ogórków pomidorowych zalegnie na grządce plantator nas wynagrodzi ogródkiem na wyspach południowych pośród palm i małp orgiach na bananach w cieniu obrazów jeleni na rykowisku miauczeniu hawajskich gitar przestań marzyć ogórkowa mówię ci ze strączka chleb powszedni bardziej cię zaspokoi na świeżym chrupiącym pieczywie roześmiane buzie dzieci plantatora zjedzą waszą miłość no cóż skoro ty tak mówisz to chyba warto ale co z tego będzie mój ty kochany pomidorku jak to co...
-
4
-
To jeno subiektywne szkice tematów, bez dalszego rozwinięcia… Przykłady niektórych kwestii: 1. Kamera na plecach. Na oczach okulary gogle, czujemy, że idziemy do przodu, lecz obraz ulega oddaleniu. I przeciwnie. Czujemy, że idziemy do tyłu, a obraz ulega przybliżeniu. Zapewne, nie bardzo przyjemna sytuacja dla mózgu… 2. Kamień rzucony dokładnie pionowo w górę, by nie wrócił po łuku, bez „zatrzymania” W najwyższym punkcie, ulega jednak zatrzymaniu, na nieskończoną krótką chwilę. Czyli jest w bezruchu i ruchu, jednocześnie? 3. Nieskończoności nie można zacząć, gdyż początek byłby końcem, w sytuacji powrotu do punktu wyjścia. Natomiast okrąg – i wszelkie formy o zamkniętym obiegu – są skończone lub :nieskończone” w zależności, jak pomyślimy. Wychodząc z punktu: A i wracając do owego, to skończoność. Natomiast pominięcie punktu wyjścia… to można chodzić w „nieskończoność” 4. Poprzez lustro weneckie, patrzymy na normalne lustro, stojące kawałek za nim. Lustro odbija lustro, lecz my je widzimy, a one nie widzi nas. Czyli nie widzimy swojego odbicia, jeno gołe lustro? 5. Nagrywarki snów. Obrazy owe w jakiś sposób istnieją, skoro we śnie je widzimy. A zatem, czy to tylko kwestia czasu, w sensie rozwoju technologi, by je nagrać i odtworzyć po przebudzeniu? 6. Czy nieskończenie krótki obiekt, istnieje, czy nie istnieje, w sensie długości? 7. Znana kwestia↔Jeżeli zawsze będziemy pokonywać połowę pozostałości drogi, to nie dojdziemy do „krawędzi stołu” W praktyce, jednak tak!
-
1
-
nie zamykaj oczu przed zmrokiem chociaż na rzęsach już chodzą ostatnie promyki dnia
-
2
-
Kwintesencja↔Dzięki. To zależy jakie akurat myśli "mnie napadną":)↔Pozdrawiam:)
-
Konrad Koper↔Dzięki:)↔To jest takie przewrotne nawiązanie do powiedzenia→"szukanie igły w stogu siana" Taki chichot losu. Niby nadzieja jest, no ale... :)↔Jak w życiu bywa:)↔Pozdrawiam:)
-
Inna wersja dawnego tekstu. Stoję w okowach wioski, przed domostwem i nie wiem, czy udusić guzik dzwonka, czy szukać dalej. Dumam już dłuższy czas, aż mnie nogi rozbolały od wzmożonego myślenia. Po prostu nie jestem pewien, czy trafiłem pod właściwy adres. Spoglądam w niebo, bezgłośnie prosząc o jakiś znak. Faktycznie. Widzę znak. A nawet po chwili czuję. Ścieram znak z twarzy, lecz moje błaganie zostało wysłuchane. Dostrzegam tabliczkę z napisem: ''Proszę z łaski swojej nie zagryzać mojego psa. To już trzeci''. Po lekturze moja dusza jest radosna. To na pewno tu. Nie mam wątpliwości. Dzwonię trzy razy. Tak na wszelki wypadek, gdyby dwa poprzednie były zepsute. Całkiem nagle wychodzi gospodarz. Uśmiechnięty od ucha wokół głowy, bo ma tylko jedno. Mnie to akurat nie martwi. Przyszedłem tutaj w ważnej sprawie. Nie po to, żeby liczyć komuś słuchy. Podchodzi bliżej, ale nic nie mówi, tylko spoziera podejrzliwie. Robię to samo. Nie chcę go przytłaczać rozmową. Wreszcie przybyły zadaje pytanie: – Wie pan może, gdzie mój pies? – Dopiero przyszedłem. – Aha. Bo już byłem pełen obaw. A zresztą pies mu mordę lizał. Pan w wiadomej sprawie, tak? – Rzeknę bez ogródka: chciałbym z nią pogadać. – Oczywiście. Dobrze pan trafił. Właśnie chodzi na podwórku i wcina robaki. – Rozumiem. Jam też głodny, ale wywiad ważniejszy. – W rzeczy samej dla pana tak. Pan na pewno ją zrozumie, bo ja nie. – Czyli mogę? – Naturalnie, chociaż nie sądzę, żeby to miało wpływ na jakość smaku. Proszę za mną. Pokażę która. Idę za nim na tył domu, zapewne na obszerne zaplecze. Jak bym zgadł. Wzrokiem objąć nie nadążam. Może dlatego, że jestem nieco zdenerwowany lub nawet psychicznie podniecony. Takie wywiady to raczej rzadkość. Tak mi szepcze stan mojej wiedzy. Już sobie zapewniłem prawo do wyłączności. Nie wiadomo jaka jest. Czy nadal skromna, czy wręcz przeciwnie. Ale cóż. Trzeba robić swoje. – To tamta – gospodarz wskazuje paluchem. – Ta co najszybciej dziobie. – Dzięki za informacje. Czyli ta, tak? – Nie. Tamta. Ta to kogut. – Ojej. Przepraszam. Podejdę do niej, co pan mówi? – Człowieku. Ona nie będzie czekać w nieskończoność. No idź pan. Bez wstydu i lęku. Nie ugryzie. Człapię podenerwowany, upał jak diabli, pot ścieka na wszystko, co napotka na swej drodze, a ona coraz bliżej. Nie wiem co powiedzieć na wstępie. Żeby nie wyjść na głupka. – O witam, witam – zagaja pierwsza. – Co tam słychać w szerokim świecie. Robaki w brzuszku nie dokuczają? Bo jakoś mizernie pan wygląda. – A dziękuję. Idzie wytrzymać. Mizernie? To od upału. – Pan chce ze mną pogadać, tak? A o czym, że zapytam? – O wszystkim. O sensie życia na przykład. – Mój pierwszy były, to sens w rosole znalazł. – A pani nie ma obaw, że też...? – To zależy z jakim wermiszelem. Rozumie pan? – Naturalnie. Każdy prędzej czy później w półmisku wyląduje. – Pan też? – Jestem człowiekiem. No co pani kura opowiada. – Proszę mi tu nie wyjeżdżać człowiekiem. Zwierzęta patrzą. Jeszcze pan ich zgorszy lub na manowce wyprowadzi. – Gospodarz z rodziną, też ludzie przecież. – Lecz pan przyjezdny. Z szerokiego świata. Ci nasi, to prawie jak my. Zżyci jesteśmy. – Powiedziano mi kiedyś, że kury żyją na dwóch płaszczyznach: jak siebie widzą oraz jak je inne dostrzegają. To prawda? – Ja tam w kurniku siedzę na najwyższej płaszczyźnie. To znaczy grzędzie. – Aha. Czaję. Pozwoli pani, że przejdę do rzeczy. – Przecie pan nie goły. Co innego to ja. Jeno w piórach. Proszę tak na mnie powabnie nie spoglądać, bo mi dziób szczerwienieje. – Raczej ten czubek grzebieniasty. – Pan mnie wyzywa od czerwonego czubka. Wypraszam sobie! A wie pan, że ja tu wszystkimi rządzę. Tak jak potrafię najlepiej. – Czyli jak? – Bez sensu pytanie. Nieprawdaż? – Bardzo przepraszam. Nie wiedziałem, że z pani taka ważna persona. – No ba! Potrafię mówić. Oni tylko myślą. – Raczej gdakać. Kury przecież gdakają. – To prawda. Tylko żeby skutecznie gdakać, to trzeba mieć odpowiedni dziób. Ja też nie wiem co myśleć. Wywiad zmierza na inne tory. Z tą kurą jest chyba coś nie tego. Dobrze, że pozostałe zwierzaki nie potrafią gadać. Dopiero byłby zamęt. A może umieją. Tylko milczą. Obserwują. Muszę rozwinąć tą kwestię. – Skąd kura wie, że nie potrafią mówić. – Bo milczą. – Fakt. Słuszna odpowiedź. Lepszej ze świecą szukać. A wiesz kuro... żeby udawać wiarygodnie głupka, to trzeba być naprawdę mądrym. – Pan mi zarzuca, że muszę udawać. Wcale nie muszę. Jestem jaka jestem. – Tylko spokojne. To jeno... – Pan mi tu ze starą mową nie wyjeżdżaj, bom nowoczesna. – Nie mam zamiaru póki co. – Uważa pan, że jestem stara? Stare gnaty, cienka skórka, trochę piórek. Takie siu fit? To jakieś insynuacje pod moje skrzydło? Wypraszam sobie. Jeszcze chwila, a zawołam koguta. Dostanie pan w dziób i dalszej konwersacji ni w pazur. To miał być piękny wywiad. Robaki mają w sobie więcej ogłady. Aż zakrztuszonam od pańskiego beztaktu. Muszę wypluć resztkę na pana but. – Ależ o co te nerwy. Zachowajmy spokój. Zwierzęta patrzą z różnych kątów. Co sobie pomyślą. Rządzi nami taka... nieopanowana. – Tak pan myśli? – Oczywiście. A tak w ogóle... jak tam sprawy z kogutem. – Czasami jaja sobie ze mnie robi. Lecz ogólnie nie narzekam. – Jaja? Z pani? Chyba głupi i nierozważny jakiś? – Nie taki znowu głupi. Mówi, że jestem piękna. – Jak to mówi? Przecież... – Ruchami ciała mówi. – Aaa... a właśnie... a te inne... sprawy. No wie pani... – Sprawy... aaa... pianie? O kuźwa, naprawdę potrafi. Nie mogę spać do południa, przez łobuza. Jam medialna, to mam prawo. – Jak najbardziej, ale nie o to pytałem. Ja tak z dobrego serca. Dla wywiadu. Chodzi o jaja na przykład. – Co pan tak ciągle jajami przede mną wymachuje? – Bardzo przepraszam. Niczym takim nie wymachuje. Ciekawi mnie tylko, jak tam pani kury, stosunki z kogutem. – Jakie znowu stosunki. One są ważne między: mną a resztą zwierząt. Ochraniam wszystkie. Moją wiedzą, doświadczeniem, obyciem towarzyskim. Jak już panu wspomniałam, ja nimi rządzę. Bo tak postanowiłam. Tak jest moja misja. – A przed lisem też pani je obroni? Sama jedna. – Drogi panie. Pan nie zna moich możliwości. Lisa to trzeba dialogiem zbałamucić... albo serem i uciec. – A te dziesięć zagryzionych kur, co leżą przed kurnikiem. To co one tam robią? – Jak to co. Leżą. A niby co mają robić. Przecież nigdzie nie pójdą w takim stanie. – Gospodarz wie? – Chyba nie... szybciej z tym wywiadem, bo jak przyjdzie i zobaczy, to może być nieco zdenerwowany. – I skończy pani w rosole? – Owszem, ale bardzo smacznym. Mądrym. Wyjątkowym. Cudownym. Skrzydło lizać. – Oczywiście. Aż mam apetyt. – No co też pan mówi. – No dobra. To przejdźmy do pytania zasadniczego. – A odpowiem? – Nie wiem kuro. Mam nadzieję. Otuż: co było pierwsze... – E tam. To ja znam. Jestem zawiedziona, gdyż odpowiedź banalnie prosta. Tylko oczywiście, trzeba mieć ten rozum, co ja mam. Rozumie pan? – Naturalnie, że tak. Jestem pod wrażeniem pani intelektu. Przytłacza mnie jak głaz. Tchu nie mogę złapać. O chwilę przerwy proszę. – A ja pod pana wrażeniem nie jestem, szczerze powiedziawszy. Taki trochę z pana... dupek. – Doprawdy? A czemu to? – Bo zadał pan pytanie, co ja z kogutem robię. A sam pan nie wie? – Co tak tu błyszczy, że aż oślepia oczęta me? – Moja inteligencja, człowieku. Bo niby kogo jeszcze. – Dlatego zaniemówiłem na chwilę. – Na chwilę? – Na dłuższą chwilę. – To już lepiej. A wie pan, niektórzy głupki nawet mówią, że kury są głupie. – Oni nie mówią. Oni wiedzą. – No właśnie. – Skoro jestem taki ludzki matoł, siedzący jeszcze na drzewie... – Gdzie pan tu widzi drzewo... a tym bardziej, siebie na nim? – To taka metafora, droga Pani. – Metafora? Tylko proszę z takim stworem do kurnika nie włazić. Przegonię raz dwa. – W porządku. Proszę wreszcie odpowiedzieć, co było pierwsze: jajko czy kura? – Ja jestem pierwsza na tym podwórku. Tyle razy panu powtarzałam, ale takiemu, to ze sto razy można do łba tkać i zrozumie tyle, że ma w tyle myślenie. – Nie o to pytałem. Tak ogólnie... co było pierwsze... że powtórzę: jajko czy kura? – Ależ drogi panie. Jajko było od razu drugie i kura była od razu druga. Nie było żadnych pierwszych. Wszystko na ten temat. A teraz żegnam. Do koguta mi spieszno. – Co za odpowiedź. Jestem doprawdy pod wrażeniem. Całe wieki ludzie niepotrzebnie błądzili. – Mogli mnie zapytać. Naprawdę, muszę już iść. – A co to jest:czas, pani kuro? – Czas na mnie. Żegnam. * Gospodarz trochę zmieszany, podchodzi do pana dziennikarza. Stoi on samotnie na podwórku i coś mówi. Nawet kur nie widać. – Głodny jestem! – doleciał nagle głos z podwórka. – To pana pies umie mówić? – Ma to po mnie, ale to nie jest pies. – O! Faktycznie. A skąd gospodarzu go macie? – Wysiedziałem. – Jak kura? – Właśnie. Na zimnym betonie i dostałem wilka… ale hola, hola, pan mi przerwał. Dzwonili stamtąd. To jednak pan. Pewności nie miałem, ale powiedzieli, że taki jeden uciekł i gdyby stał przed moją chałupą i chciał rozmawiać... no wie pan z kim... lub raczej z czym... to mam go zatrzymać. – Ależ ja naprawdę rozmawiałem z kurą. Proszę koguta zapytać. Popatrywał na nas z daleka. Piał wewnętrznie z zazdrości. Niby o co? Tfu!! Zbereźnik jeden! – Naturalnie, że pan rozmawiał. Pan o tym powie, gdzie trzeba. – Idę sobie. Pan mi nie wierzy. – Ależ wierzę. Ooo... przyjechali. Zaraz pana załadują. Nawet kaftanik niosą, z możliwością ruszania. Pan mi nie wygląda na groźnego. * Dom Radosnej Opieki - Wesoły Czubek [Gabinet dyrektora] – Jak babcię kocham, dyrektorze. Ja z nią rozmawiałem. – Z babcią może tak, ale nie z ptakiem. Proszę ze mnie jaj nie robić. – Ależ doktorze dyrektorze. Wariatowi należy przytakiwać. Nie wie pan o tym? – Wiem, ale pusty śmiech mnie bierze, gdy słucham tych pańskich bzdur! – Przepraszam, że zapytam... a co robi wiewiórka w klatce na pana biurku. – No właśnie drogi panie. Pan chce mi wmówić, że z drobiem rozmawiał. Toż to nie możliwe. Absolutnie wykluczone. Ja rozmawiając z o wiele mądrzejszą wiewiórką, mam pewne problemy ze wzajemnym zrozumieniem, a pan chce mi wmówić, że niby z głupią kurą gadał.Proszę nie strugać ze mnie wariata. – Nie widzę potrzeby strugania... no już dobrze... oczywiście, że kura jest głupsza. – Naprawdę? – Ależ tak. Proszę mi wierzyć.
-
do igły wróciła nadzieja stłumiony głos słyszy teraz może pomyśleć wreszcie odnalazł mój stóg wie gdzie jestem