-
Postów
2 839 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Trochę inna wersja dawnego tekstu. Było siedem plag. Tak samo jak siedmiu krasnoludków. Tylko że one z plagami nie mają nic wspólnego. Siedzą żwawo przy okrągłej ławie, popijają wywar z grzyba i rozprawiają filozoficznie o wpływie brody na stosunki między: purpurowymi mrówkami, a różowymi, lub na jakich gałęziach, najładniej by dyndały czerwone pomidory. Oczywiście całe to gadanie, nie ma większego wpływu na rozwój lasu. Las szumi i będzie szumiał. Akceptacja lub jego brak, nie ma tu nic do rzeczy. Z zewnątrz, jako że zmrok nadchodzi, widać w grzybie światło, w zasłoniętych oknach oraz różne cienie gestykulujące lub w bezruchu. Aż by człek chciał tam wejść, by ogrzać zimne członki swoje. No chyba, że już są odgryzione przez leśne bestie wszelakie. Wtedy ocieplanie wspomnianych, nie ma większego sensu. A zatem siedzą maluchy i gadają nie wiedzą nawet, co za krzywda ma teraz początek na skraju lasu i kto ową krzywdę na barkach dźwigać musi. A ciężar targać musi: starsza Kuzynka. Piąta woda po szóstym kisielu, wrednej Śnieżki, co ją nieboraczkę z izby zamkowej wygnała. A za co? A za to, że za dużo luster potłukła, ale najpierw z nimi gadała. Urocza Śnieżynka nie mogła zrozumieć, jak można konwersować ze zwierciadłem. Nawet nadwornego konowała, psychiatrę do Kuzynki swej wezwała. Lekarz umysłowy owszem przyszedł, ale sam chciał pogadać z lustrem, by wyciągnąć z niego, kilka przydatnych odbić słownych. Na przykład, czy żona go zdradza z lekarzem od rozwolnień. Zmrożonej Wodzie było tego stanowczo za dużo. Dwóch świrów w jednej komnacie, to o dwóch za dużo. A Kuzynka lustra tłukła w diabły, bo żadne nie chciało powiedzieć, że jest brzydsza od Śnieżki. Wtedy miałaby szansę, że ją owa nie wygna na zbity pysk. A i tak wygnała, gdyż budżet państwowy był znacznie nadszarpnięty, produkcją luster. Nagadane i pośniadaniowe krasnoludki, ruszają do wyjścia. Nie mają co prawda na to ochoty, ale trzeba jakoś zarobić na remont grzyba, w którym mieszkają. Między blaszkami zaczyna przeciekać, a przez rurki, nieproszone robactwo włazi. Mogli by oczywiście potrzebny mech wyrwać z lasu, ale to by było nieekologiczne działanie. A zatem – chcąc nie chcąc – muszą zarobić na syntetyczny. Mimo, że śniadanie zjedli, to do zakładu im nie spieszno. Swoją frustrację, wyśpiewują wesoło, życzeniową piosenką: Hej ho, hej ho gdziekolwiek nam by szło to nie do pracy nie do pracy bo to zło Nagle raptownie przystają. Tak że ostatni wpada na pierwszego poprzez wszystkich między nimi. Temu na przodzie broda staje słupka i uważnie słucha. Każdy kłaczek w inną stronę wychylony. Kuzynka drepce przez las, jak potłuczone zwierciadło, targające swoje kawałki. Czyli nie można rzec, że człapie żwawo. Z przyzwyczajenia trzyma w łapce małe okrągłe lusterko. Ale cóż to za gadanie z takim maleństwem, co nawet za bardzo mówić nie umie. Jedynie ino cicho gaworzy. Trzeba do ucha dokładać, żeby cokolwiek zrozumieć z tego całego mamrotania. A odbicia w nim tyle, co kot łez nie wylał na mysz. Krasnoludki zmieniają trasę. Dzisiaj jak zwykle, robią sobie wolne. Zgodnie ze słowami pieśni przewodniej. Ponadto są ciekawe, co tam w kniejach popiskuje. Wygnana na poniewierkę spogląda w górę. O zgrozo! Lepiej żeby nie spojrzała. Na gałęziach drzew wiszą ludzkie ręce. Dłońmi do dołu, wyrastają z tego, na czym zawieszone. Każda trzyma małe lusterko i denerwuje zbłąkaną, puszczając zajączki po oczach. Mimo, że sytuacja nie jest groźna, to Kuzynka wyobraża sobie, co one mogą wyprawiać, gdy nocka zapadnie. Pomijając sprawy oczywiste, mogą na przykład skakać z drzewek, łapać ją za szyję i dusić. Na dodatek lustro podsuwać, żeby widziała, jak oczy wytrzeszcza i siny język wywala. Jej serduszko z tego wszystkiego, najchętniej by wlazło do własnego przedsionka, by tam znaleźć schronienie. A może z tej zgryzoty, kuzynczy umysł omamy wymyśla? Nagle jakaś ręka stuka ją w głowę. Omal, że upada na runo ze strachu. – A bodaj to, co to jest? – Stare babsko i tyle. – Nie aż tak. – Nawet ładne, gdy spojrzeć z dala. – Smutne jakieś. Nagle krasnoludki otumanione wnerwionym biadoleniem: – Do jasnej ciasnej, oczywiście, że jestem smutna. Wredna Śnieżka mnie wygnała. A wiecie za co? – My dopiero przyszli. Nic nie wiemy. – Ja też dopiero przyszłam, ale wiem za co. Za lustra. – To takie coś, gdzie człowiekowi odbija? – pyta rozsądnie krasnal. – Nie chciało mi rzec, że jestem brzydka. Wyobrażacie sobie? – Nie musimy. Wystarczy spojrzeć. – To skoro tak… to ja wracam. – Ale my żartowali. Można patrzeć. – No to mam przesrane. – Proszę waćpanno wulgarków nie używać. Zwierzątka słuchają. – Zaprosicie mnie do domku swego? – No jasne – odpowiedziało wszystkie siedem. A w komnacie zamkowej, popłoch niesamowity. Kuzynka dała nogę. Śnieżka jest zrozpaczona. Najbardziej brakuje jej luster. Teraz je nawet pokochała. Nie trzymała nerwów na postronkach swoich. Co ona tam robi sama w lesie. Na pewno napadły gibką kibić, jakieś zbóje niewychowane, bez ogłady wszelakiej. Muszę szukać. Szukać, szukać. Muszę!!! Ale najpierw walnę lustrem głowę mą, jeżeli całe znajdę. Pokrętna natura ma, może wyjdzie chociaż na półprostą. – Fajny grzyb. Nawet przestronny – rzecze zaproszona. – Dbamy o niego. – A o porządek? – Też. – A w którym miejscu, że zapytam? – Im rzadziej sprzątamy, tym większa uciecha nasza z porządku. – A kiedy ostatnio? – Jeszcze wcale. Nie możemy przylgnąć do radości, bo spowszednieje. – Aha. Śnieżka biegnie zdyszana, siódmym zmysłem, wiedząc gdzie. Stoi przed chatką grzybową. Zagląda przez okno. Widzi Kuzynkę, jak wystaje z bałaganu. Śnieżkowe oczy cieszy taki widok. Zbóje ją nie zjadły. Została przygarnięta przez rozkoszne maluchy. Stoją wokół niej. Stara Jędza idzie przez las. Dźwiga koszyk z owocem. Ma uśpić Śnieżkę. Tak jest w pierwotnym scenariuszu powiedziane. Dyszy, jęczy i nosem kiwa na wszystkie strony. Nawet ptaszka strąca, co usnął blisko ziemi. Nagle widzi Wielkiego Prawdziwka. Jest blisko. Co raz bliżej. Puk puk, puka do drzwi. Słyszy: – Wiemy, że to ty. Właź. Jędza wchodzi razem ze Śnieżką, co w takiej sytuacji pukać nie musi. Kuzynka zauważa krewną i pragnie zwiać, lecz przeszkody w progu stoją. – Przebacz mi te lustra, Kuzynko! – Przebaczam. – No to fajnie. Wracamy. – Zjedz jabłuszko na drogę – mówi Jędza. – Umyj najpierw – krzyczą krasnale. – Dbaj o zdrowie. – E tam – rzecze Śnieżka. – I jabłko zjada. Moment ów, to początek koszmaru. Obżarta owocem, wcale nie zasypia. Wręcz przeciwnie. Zaczyna szaleć. Krasnoludki gwałci natręctwem swoim, ale tylko przez chwilę. Biega po wszystkich możliwych kątach. Tłucze naczynia. Prostuje nos jędzowaty. Szarpie białe brody. Kłaki z nich wyrywa. Wrzeszczy, że lustra są cudowne. – Co ja narobiłam – tym razem wrzeszczy Jędza. – Pomylić coś musiałam. – O cholera! Kopnęła mnie w czułe miejsce. – Mnie też. Nawet w dwa naraz. – Zróbcie coś wreszcie – wrzeszczy Kuzynka. – Bo całego grzyba rozwali. – Właściwe jabłko musiałam zgubić w lesie. Krasnale, biegnijcie tam… a łaj dostałam… jak znajdziecie… a łaj znowu… to migiem z nim do mnie – przekrzykuje tumult, Jędza. Krasnalki wybiegają jak szalone. Śnieżka tymczasem biegnie na piętro, skakać po łóżkach. Żadne nie ocaleje w całości. Wreszcie zasypia. Nie przez czary, ino ze zmęczenia. Grzyb nadal trzeszczy i skrzypi, z lekka falując. Po chwili nieruchomieje. Tak samo jak obrazek z portretem na ścianie. Przodek ściska ramę i wisi. Po chwili włazi z powrotem do obrazu i nieruchomieje. Chatka też. Nastaje złowieszcza cisza. – Gdzie są maluchy, Co z nimi? – pyta Jędza Kuzynkę. – No właśnie. Długo nie przychodzą. – Wyjdźmy na podwórek. Zerknijmy. – Dobry pomysł. Wychodzą na zewnątrz. Krasnoludki śpią jak zabite. Brody unoszone powiewem oddechu, też. Uśpione chrapią przeraźliwie na cały las. Bardziej odważne zwierzątka, stoją wokół i ziewają. – O żeż w mordę – rzecze Jędza. – Ogryzka po jabłku. A byłam przekonana, że mam jabłko, a nie gruszkę dopalacza. Żdżarły i koniec. Jedyne wytłumaczenie. – Jedno jabłko do podziału? – nie wierzy Kuzynka. – Duża było. Mutant. Jak dynia. – Aha. To rzeczywiście mogły. Jak długo będą spać? – Aż ich Królewicz nie pocałuje. – Wszystkie musi? – Wszystkie. Każdą sztukę z osobna. – Będzie chciał? – Nie. – No to mamy problem. Nagle słyszą słowa: – Jaki tam problem. Pocałuje wszystkie, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze: żądam folię na każdą brodę, by kłakami ust nie zadławić. Po drugie: tak normalnie jak w bajce było, chce rękę Śnieżki za żonę. – Tylko rękę? – pyta Jędza – Rzecz jasna, przede wszystkim resztę – odpowiada Królewicz. 7 x cmok… Krasnale obudzone. Tylko brody nadal śpią. Nagle dochodzi wołanie Jędzy: – Do mnie! Ale już! Maluchy dobre były i poczęstowały jabłkiem. Całość biegnie do wspomnianego miejsca. Patrzą i co widzą? Ano Jaś i Małgosia smacznie śpią. – Ależ Jędzo – rzecze wzruszony Królewicz. – Ta urocza para, dzięki Tobie, do chatki Jagi Baby nie dotarła. Nie będą upieczeni. Życie im uratowałaś. Dobra z ciebie kobieta. – No coś ty głupi. Bez przesady – rzecze Jędza. Mówiąc to oczka spuszcza w pończochach,zażenowana. Lecz nagle dochodzi do siebie – bo daleko nie ma - i wrzeszczy: – Kto pocałuje Małgosie? –– My!!! - wrzeszczą chętne Krasnoludki. – A Jasia? – Jasiu niech śpi. Co sobie będzie chłop żałował – powtórnie krzyczą maluchy. – Ależ nie może tak spać na poszyciu leśnym. Wilka dostanie i zmarnieje od zimna. Królewiczu, pocałuj go. Masz wprawę – dodaje Kuzynka. Królewicz, jako że z niego uczynny człek, Jasia całuje. A obudzony go za to po buzi tłucze. Nawet zaczyna szarpać za boże poszycie, ale przerywa im wrzask Jędzy: – Wielki Prawdziwek podskakuje! Śnieżka wyspana! Zaczyna znowu szaleć! Wszyscy biegną jak stoją do chałupy. – Oj, oj, oj – płaczą Krasnoludki. – Co za burdel. Nawet my to widzimy. Kto to posprząta? Wreszcie łapią wojującą. Wierci gibkie ciało wśród nich, a oni razem z nią na obrzeżach złapania. Podbiega Królewicz, by ją w usta pocałować i czar oddalić, ale cel jest ciągle w innym, że jeno widzi zarys latających ust. Nagle ma farta. Cmok, cmok, cmok. Śnieżka jest spokojna. Tyle tylko, że Królewicz zaczyna szaleć. Na szczęście przez niewielką chwilę, lecz na tyle długo, że Jędzowaty pypeć z nosa jej strąca. Widocznie czar był zmęczony. Teraz wszyscy leżą i dyszą obwicie. Słyszą, jak ktoś w kółko powtarza : – Nie chcę być za diabła pięknym łabędziem. Pragnę zostać szarym kaczątkiem. Idą w kierunku głosu. Przystają. Patrzą. – A tej co znowu? – pyta Kuzynka. – Zatruta czymś. Majaczy. – Zostawmy ją. Jak dorośnie, to zmieni zdanie. – Ja bym nie zmieniła – rzecze Śnieżka. – Fajnie być szarą kulką. Wtem zauważają, że są nagle w podłużnym, długaśnym wgłębieniu. Las i wszystko wokół, łącznie z nimi, zaczyna wznosić po bokach prostokątne powierzchnie. Ogromne ściany, nie wyglądają groźnie, chociaż złowieszczo szeleszczą. Nagle z wysoka, dolatuje dziewczęcy głosik: – Mamusia każe mi przestać, bo pójdę niewyspana do szkoły. Jutro znowu was poczytam. A teraz do łóżeczek i spać. Zamykam książeczkę. – Tylko nie spać!!! – zakrzyknęli w ostatniej chwili przed zamknięciem.
-
Mała Łódka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Ana↔Dzięki:)↔ Ów dawny wiersz, to w pewnym sensie, klasyka↔Pozdrawiam:) *** Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔A zatem miło mi:)↔Pozdrawiam:) -
rzeko co u moich stóp płyniesz a ja tu marzę by chociaż na chwilę utonąć w tobie w cudnych odmętach przytulić fale płynny smak kryształu na zawsze pamiętać posłuchaj człowieku co nurtem powiem prędzej cię zatruję niż we mnie utoniesz
-
utonęły cukrowe szubienice gorzkie chwile miodu drewniana przystań skrzyżowanie doznań zaplątane w otwór na dnie utonąć prawdziwie czy zaufać złudnym falom poczytaj mi mamo książkę co wtedy którą? o małej łódce podwodnej która płynie w naszych łzach
-
Siedział zawsze w tym samym miejscu, na obrzeżu osady. Nie należał do nas, lecz miał bardzo przydatną cechę. Był workiem pełnym miłości. My przeciwnie. Byliśmy workami o innych zawartościach. Dlatego nierzadko dochodziło do sytuacji, niekoniecznie radosnych ponad miarę. Aż kiedyś, któreś z nas, tak z głupia frant, zapytało owego siedzącego na pniu, czy zechce mu ofiarować cząstkę siebie, by mógł ją dzielić z pozostałymi użytkownikami wspólnoty. Ów nieznajomy, bez chwili zastanowienia, chętnie spełnił prośbę. Od tej chwili, wielu go odwiedzało, a on każdego człowieka, bez wyjątku, pytań i zapłaty, nasączał cząstką wspomnianej miłości. Niestety, banalnie to zabrzmi, lecz przeważnie wszystko ma swoją cenę. Ciało ofiarodawcy, po kolejnych spełnianych prośbach, wyglądało coraz gorzej, w różnych aspektach widokowych. Także psychice, jakby czegoś ubywało. Dobrodziej, coraz bardziej marudny i niekulturalny, stwarzał coraz większe problemy. W końcu doszło do tego, że gdy już wszystkich miłością nasączył, zaczął na domiar złego, okropnie śmierdzieć. Wprost nie do wytrzymania. Czuć go było, chociaż siedział z dala. Charakter, też miał adekwatny do smrodu, którym coraz bardziej emanował. Dlatego też –– tym bardziej, że od jakiegoś czasu, żyliśmy w obopólnej zgodzie, pełni wzajemnego szacunku i tolerancji –– postanowiliśmy definitywnie zakończyć problem, by oddychać pełnymi piersiami, bez przykrego zapachu w nozdrzach. Stos płonął krótko, lecz intensywnym światłem, pomimo iż, strasznie zdeformowane i wychudzone ciało, szybko przyjęło postać bezwonnego prochu. Przecież miłość, nie mogła cuchnąć. Jeszcze tego samego dnia, wypowiedzieliśmy jednogłośnie, znamienne słowa: Kochana Osado. My, twoi wierni mieszkańcy, przysięgamy uroczyście, że uczynimy wszystko, co tylko w naszej mocy, by zaradzić każdej sytuacji, który by mogła w jakikolwiek sposób, zakłócić lub co gorsza zmienić na niepożądaną, naszą umiłowaną wizję świata.
-
Drabble Budzi mnie cichy śmiech. A przecież nikogo oprócz mnie, nie ma. Lokalizacja źródła zajmuje trochę czasu. Wstaję z łóżka. Idę na korytarz. Otwieram drzwi. Zapalam blade światło. Schodzę. Na połowie schodów, dźwięk jest nagle za mną. Spoglądam do tyłu. Nikogo nie widzę. Jestem w piwnicy. Słyszę go cały czas za sobą. Jakby dziecko tutaj było. Tak nieprzerwanie każdej nocy. *** Siedzę zamknięty w błękitnym kojcu. Jestem w niebie, z uwagi na odczuwalną miłość. Doświadczam obecności białych aniołów. Zakładają mi ciasne, sznurowane ubranko. Szepczą, że dla bezpieczeństwa. Wtedy mam znowu powód, do serii uśmiechu. Zabawnie wyglądają. Ktoś im ukradł skrzydła.
-
2
-
Chwilowe zwątpienie Małpy
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Sylwester_Lasota↔Dzięki:)↔To w końcu małpa pisała, to trza być wyrozumiałym:))↔Pozdrawiam:) -
Chwilowe zwątpienie Małpy
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
jestem małpa czy coś warta tego nie wiem wesoło skaczę na drzewie jest nas wiele każda inna inną zaczyna lecz idzie jakoś wytrzymać nawet sama nie tłamszę banana chociaż przyznaję acz niechętnie czasami gryziemy łamiąc gałęzie właśnie słyszę jak pyta czubek co wieńczy koronę czy lubię takie życie moje zaczynam wątpić lecz zmieniam zdanie z chwile już jednak zostanę najlepiej tu gdy zrozumiałam co głupek rzecze zejdź małpo z drzewa będziesz człowiekiem -
takie życie szept we wnętrzu ciszy bywa krzykiem *** przeważnie lub raczej na pewno nie w każde ślady warto wdepnąć
-
Leszczym↔Dzięki:)↔Tak właściwie, można ją różnie rozumieć:)↔Pozdrawiam:)
-
Pies i Jego Pan
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Wiesław J.K.↔Dzięki:)↔No tak też by można ująć, kwestię ową:)↔Pozdrawiam:) -
zbłąkany owoc w swoich kwitnieniach co to plugawe przegniłe są spada wzgardzony szypułki nie ma strącony z drzewa na sadu dno w miąższu odczuwa ból przeogromny szczerniałe ptaki szybują wciąż i rozszarpują by mu przypomnieć jak gardził drzewem nie tylko to wtem nagle słyszy kroki niewinne dziecię przychodzi by resztkę zjeść spożywa wnętrzem tajemnym zmysłem przełyka w ciszy co będzie wie nowym kwitnieniem wisi na drzewie błękitna słodycz gdzie bezczas jest w promieniach słońca pyta wciąż siebie czy to jest real czy tylko sen
-
3
-
spojrzeć w zwykłe lustro hmm… niekoniecznie jakoś bardziej cieszy zerkanie w… weneckie *** niestety wiem lubię szczekać choć nie jesteś psem
-
5
-
Nieco inna wersja dawnego tekstu Człowieczy płaszcz wygląda tak samo, jak pies idący przy nim. Pomimo tego, zwierzę bardziej ekskluzywnie, bo mniejsze. Mniej drażni wyglądem oczy. Czyje? Chyba tylko jego pana? Nikogo więcej na ulicy nie ma? Owszem, są. Zaropiałe od rdzy samochody, wybite szyby w oknach, wszechobecna roślinność i ledwo stojące domy. Kamienne, popękane figury, świecące pustymi oczodołami okien. Najgorsze jest to, że nie wiedzą, skąd przyszli i dokąd idą. Prawie całkowity brak wspomnień. Wędrują już od dłuższego czasu. Słońce właśnie zachodzi. Promienie prześwitują przez suche gałęzie drzew. Nawet ptaków nie ma. I ta wszechobecna cisza, przerywana od czasu do czasu, szczekaniem psa. Chyba jedynego na świecie. Tego co kroczy wiernie u boku swego pana, którego przestało cokolwiek dziwić. Może poza jednym. Nie odczuwa głodu. Tak samo pies. No i dobrze. Tu nie ma nic do jedzenia. Wszystko zostało strawione dawno temu, gdy jeszcze jeździły samochody. Gdy ludzie wymieniali uśmiechy, lub zabijali i niszczyli, co popadnie. Te dwie istoty tego nie wiedzą. Są tu nagle. Nie wiadomo skąd. Dla nich świat prawdziwy to ten, co widzą i odczuwają teraz. Nie było żadnego przedtem. Kolejna rzecz go zastanawia. Że może myśleć w określonym języku. Gdzieś na skraju świadomości zostało coś, co kiedyś zostało do niej wrzucone. Nie kombinuje w ten sposób, że o czymś zapomniał. Raczej dziwnie czuje, że nie jest umysłową całością. Że kiedyś było w nim coś, co mu odebrano lub nie miano co odebrać. To by było jeszcze gorsze. Zmierzch ogarnia resztki wokół. Pies szczeka co jakiś czas, jakby bez przekonania. Głos usłyszy tylko jedna osoba. Nawet nie wypłoszy szczura tym szczekaniem. Chyba jedynie uśpione echa, nasączone poprzednim światem. Nie wie czegokolwiek przydatnego. Tak samo jak jego pan. Pod tym względem są sobie równi. Wiedzą, że nie wiedzą tyle samo. A może nawet tego nie wiedzą. Nie rozpoznają deszczu, który zaczyna padać. Coś im kapie na głowy. Nie chcą tego. Jakieś potwory, bombardują ich ciała. Co to w ogóle jest? Bardzo trudne do pozbycia. Pies biega w kółko, lecz to nic nie daje. Człowiek nie biega. Stoi zrezygnowany. Co go jeszcze czeka w tym nieznanym świecie? *** Po jakimś czasie. –– Wiesz co –– mówi Pies do swego Pana. –– Nie miej mi tego za złe, ale zagryzę tego narratora. W takim świecie w którym nas wymyślił, raczej nie wyżyjemy. –– Skąd o nim wiesz skoro nic nie wiemy? –– Nie wiem, ale mam zęby. –– Hmm… może i racja. –– Wiem co szczekam. Spoko. –– No nie wiem… –– Tak czy siak, będziemy mieć chociaż nadzieję, że narratorem zostanie ktoś inny. Wymyśli lepszy świat, zapełni nasze umysły wspomnieniami… o czym to ja szczekałem? –– A w ogóle szczekałeś?
-
Prześwit
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Jacek_Suchowicz↔Dzięki:)↔Zaiste Twój wiersz, ludzkim przesłaniem, wypełniony jest:)↔Pozdrawiam:) -
Konrad Koper↔Dzięki:)↔Aczkolwiek nie jest sprawą strumienia, posiadać głębię morza:)↔Pozdrawiam:)
-
zamglone światła ku niebu krzyk umarł w okowach ciszy w powstałej przerwie muzyka wierzy że ktoś chce usłyszeć horyzont błękitem sklepienia tworzy podniebne sploty ślady marzeń przerwanych zespala skrzydłami motyl już wolne tańczą na wietrze by zerwać ostatnie więzy świetliki lśnieniem malują obraz w klepsydrę zaklęty
-
nawet najbardziej wartki strumień nie wszystko opłynąć umie
-
nie wycieraj łez dopóki płaczesz
-
Na kanwie tekstu→Jeśli Od jakiegoś czasu, mój lot ma trajektorię opadową. Na domiar złego w dół. A przecież skoczyłem z początku, zabierając ze sobą skrzydła. Odczuwam coraz wyraźniejszy łomot cząsteczek powietrza, bombardujących ciało, w irytujących poślizgach. Jakby tego było mało, słyszę świszczące słowa, które to baraszkując pod sklepieniem umysłu, są z każdą chwilą bardziej natrętne i głośnie, chyba po to, bym wreszcie zrozumiał, pomimo szumu wokół i nawiązał dialog, zanim będzie za późno. –– Machasz skrzydłami? –– No jasne. Przecież widzę, że macham. –– W tym problem, że widzisz. –– Jak to? –– Lecą przed tobą. –– Raczej spadają. Cholera. Zrób coś? –– Ja? Jeżeli nie zdążysz pod nie podlecieć, by uczepić… –– To co? –– Jak to co? Będą spadać razem z tobą. –– Tylko że… –– O właśnie. Tylko że one będą mieć możliwość, poszybowania w górę w ostatniej chwili… –– …. w której ja wyrżnę w ziemię? –– Lepiej bym tego nie ujął.
-
Szczęśliwy Dewiant
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Sylwester_Lasota↔Dzięki:)↔Mnie też niektóre bardziej:)↔Pozdrawiam:) *** Monia↔Dzięki:)↔Ano tak mnie kiedyś naszło, na takie coś:)↔Pozdrawiam:) -
... w bezsenności krainie łąki ukwiecone przyszłość między płatkami zwątpienia zatrzymały drgający zapach wiatr rozwiewa w nocy śpiewie nie zniknąć nagle chociaż tyle resztki wśród kwiatów lśnienie skryło noże dawno stępione ranią bezsilności chwilą lepka przeszłość w teraz wciska zardzewiałe ostrza przebaczenia co ból wyzwala zmienia wszystko
-
Trochę inna wersja mówią że jestem dewiantem choć żyję w zgodzie ze światem fałdy zanikły w ich głowach to chyba jakaś choroba nikomu przecież nie wadzę moja sprawa gdzie kładę a oni bzdury wciąż klepią urągają złorzeczą miłuję ja kupę bliźnich uczonych w piśmie wszystkich głupich średnich przemądrych ateistów pobożnych pola i ziemie żyzne oraz tęcze obydwie tych co wierzą inaczej czubków z daszkiem na bakier łany złote pochyłe malowane też tyłem nie urągam nikomu chciałbym żyć pospołu przecie człeków nie tłukę skromny ze mnie żuczek nie mówię brzydko nigdy mam w dupie wulgaryzmy w tartaku drewno pieszczę co złorzeczą nie rzeknę żadnych wyzwisk nie liczę to już enty policzek lecz dzisiaj z każdą chwilą łzy szczęścia rzewnie płyną tak bardzo ją miłuję namiętnie gładzę czule choć w dłonie wchodzą drzazgi ból ten wcale nie drażni bo chociaż nie jest miękka tę chwilę zapamiętam zaraz ojcem zostanę by sensownie poszaleć właśnie przerżnąłem deskę będą wiórki pocieszne wychowamy je zgodnie by dorosły na wiosnę kim będą ktoś zapyta wyściółką dla chomika
-
skrzydła upadkiem zaszkodzić ci mogą jeśli pozwolisz że pofruną kawałek przed tobą
-
2
-
łatwiej zniknie przeszkoda niejedna gdy przytłacza chciany ciężar
-
2