Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 810
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @Nata_Kruk Dzięki:)→Wszystko zależy od spojrzenia na sytuacje. Przecięcie gałęzi od strony pnia, na której ludź siedzi→jest dla człeka→minusem. Taka sama czynność... z drugiej strony→plusem ( bo nie spadnie ) A dla drzewa? No cóż→2 minusy:)→bo mu ''łapkę'' odcięto. Pozdrawiam:)
  2. @Nata_Kruk Dzięki:)→Co racja to racja:) Za duża słodycz, może się przeistoczyć w fałszywą nutę, kwaśno – gorzkiego dźwięku:) Pozdrawiam:)
  3. na patelni białej swoje myśli smażę gdy się zarumienią co zrobić rozważę choć nie każda tutaj z przekonaniem skwierczy wiele z nich niestety we mnie wciąż się męczy te co wyskoczyły na smażalni łono żarem oczyszczone jest ich całkiem sporo lecz patelnia duża w obszar swój zaprasza ogniem wyzwolone czystą wodą zrasza
  4. pomaluj słodkim sokiem stare drzewo ukoisz na wycięciu drogi jabłoń samotna stoi z zapachu uplecie owoce wspomni że była matką dla kwiatów przeistoczenia życia oddała aż nadto dzisiaj gałęzie strudzone zakwitły chwilą ostatnią
  5. @Gosława Dzięki:)→Miło mi zaiste:)→Pozdrawiam:)
  6. Cisza i spokój. Spokój i nadzieja. Niebawem ujrzę coś wspaniałego. Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. A skąd u mnie taka pewność? Bo słyszę dwa serca: moje cichutkie i to drugie głośniejsze. Zapewne jest większe od mojego. A skoro takie ogromne, to zapewne wielką miłość w sobie posiada. Otoczy nią moje mniejsze. Ochroni mnie. Już nie mogę się doczekać, kiedy ujrzę to wszystko, chociaż nie wiem, z czym będę miał do czynienia. Ale cóż to? Spojrzałem na moje stopy. Na każdej widnieje sześć palców. A dłonie mają po cztery. Skąd wiem, że tak nie powinno być? Dlaczego tyle mam świadomości. Przecież nie powinienem cokolwiek wiedzieć. Daleko mi jeszcze do prawdziwego człowieka. A może nie? Zaczynam mieć kołomyjkę w głowie. Wiem na pewno, że ilość palców, to pięć. Na stopach i dłoniach. Zaczynam się bać. Czy to wszystko, co mnie tam czeka, takiego mnie zechce? A może lepiej by było, żebym tutaj pozostał. Bezpieczny. A jeżeli się okaże, że mam więcej defektów, z którymi będę musiał żyć i strasznie się męczyć. A razem ze mną inni. Będę zawadą. Nieprzydatnym chwastem. Ale z drugiej strony, ciągle słyszę to wielkie opiekuńcze serce. Mam wrażenie, że ta miłość jest ogromna. Przezwycięży moją niewłaściwą ilość palców. Pomoże mi znieść wszelkie przeciwności. A nawet potrafi poświęcić coś więcej. A jeżeli nie? Czy mam prawo, zakłócać jej życie, myśląc egoistycznie. A jeżeli umrze przeze mnie? Chociaż gdybym ja był to istotą… no właśnie, co bym uczynił? Co bym wybrał? Które życie? Ale z drugiej strony, czy prawdziwa miłość, która kocha bardziej innych niż siebie, powinna zadawać takie pytania? Jestem coraz bardziej skołowaciały. Nie wiem co myśleć. Niech ma być co będzie. * Widzę słabe światło. Za chwilę ujrzę nowy wspaniały świat. Ale cóż to... Moje maleńkie ciało jest rozrywane. Czuję potworny ból. Jestem w czerwonej gęstej mgle. Części mnie są odgłosem w metalowym kuble na śmieci. Mimo wszystko nie narzekam na swój los. Nie chcę być utrapieniem dla… wielkiego serca. Za bardzo to serce pokochałem.
  7. w zaułku listowia wiatr wyje z cicha koralik wspomnień w żelaznym łańcuchu zardzewiałymi płatkami do snu tulony w okowach kolczastych gałęzi kołysany delikatną dłonią drapieżnej tęsknoty z podciętego pnia wypływa żywica ostatniej chwili kapiące życie do czystego strumyczka zmienia czas nadziei nieuniknionym pytaniem co można było lepiej więcej inaczej kolor mieni się barwami w szarości pustych miejsc łódka sensu cumuje przy brzegu na przegniłym sznurku
  8. @Konrad Koper Dzięki Wielkie:)) docelowy smutek myśli mych nie zatrwoży z czterech minusów dwa plusy można ułożyć:)) Pozdrawiam.
  9. stoisz na progu futryna tak piękna że już czymkolwiek nie zdołasz ozdobić tylko drzwi brakuje wejść możesz lecz nie możesz otworzyć
  10. @Nata_Kruk Dzięki→To też tekst o odejściu, przemijaniu (stąd o kwiatku), sensie istnienia itp:) Oraz wiary, że może kiedyś człek jako wciąż żyw, zgłębi tajemnicę ''koloru wiatru'' Pozdrawiam:) @Frohnixe Dzięki→Za ''nieśmiałą synestezję''→też →Ładne sformułowanie, lecz złożone raczej :) Pozdrawiam:)
  11. {Prolog} Nagły ruch sprawił, że odrobina białego puchu, poturlała się po metalowym zboczu. >|< W jednej chwili uświadamia sobie, że wybiegnięcie z lasu na pole było najgorszym wyborem, jakiego mógł dokonać. Na co liczy? Że pobiegnie szybciej, zdoła uciec. Przecież wie, że nie ma najmniejszych szans. A jednak nadzieja pcha go do przodu. Byle dalej od przeciwnika. Z tym tylko, że przeciwnik jest coraz bliżej. Na dodatek ma skrzydła. Nadleciał znad drzew, jak tylko go zauważył. Bawi się z nim w kotka i myszkę. A on jest myszką. Szarą i malutką. Miał złudną nadzieję, że na polu będzie łatwiej, bo wiatr dopomógł. Jak bardzo się pomylił. Mógł zostać w lesie. Między drzewami, by go nie dopadł. Nie pomyślał racjonalnie. Pragnie uciekać szybciej, lecz śniegu po kolana. Nie może przyspieszyć a nawet spowalnia bieg. Ma wrażenie zewnętrznej klaustrofobii. Najgorszy jest ten metaliczny szum z tyłu i skrzypiące odgłosy. Zdaje sobie sprawę, że przeciwnik szybuje prawie przy ziemi. Słyszy złowieszcze ocieranie śniegu o metal, kiedy zesuwa się ze skrzydeł. Przecież mógł go dawno dorwać. Widocznie nie chce. Podnieca się uciekającą ofiarą. W głowie układa obraz bestii, którą słyszy za plecami. Rozpiętość skrzydeł około trzech metrów. Składają się z połączonych równoległych sztabek. Sposób zabijania: nadlecieć nad ofiarę, owinąć skrzydłami i przeciąć na pół ostrymi jak brzytwa, szerokimi końcami. Górną połowę jakiś czas dźwigać, nacieszyć się ofiarą, by po chwili wyrzucić jak zwykłego śmiecia. Żadnego szarpania, szatkowania i obdzierania ze skóry. Chodzi tylko o jedno: żeby zabić i mieć z tego satysfakcje. Biegnie coraz wolniej. Czuje zimny pot pod ubraniem. Uciekając, a właściwie idąc, zbliża się do śmierci. Księżyc świeci jasno z tyłu. Widzi cień wielkich skrzydeł. Są bliżej i bliżej. Metaliczny dźwięk jest wprost nie do zniesienia i coraz głośniejszy. Wciąż nie może biec szybciej. A bardzo by chciał. Chociaż wie, że to daremny wysiłek. Sytuacja przypomina: gęsty, lepki sen, przez który stara się przedostać. Śnieg już sięga do połowy ciała. Macha nerwowo rękami. Odpycha się od zimnych kryształków, chce jeszcze przyspieszyć, lecz sił zaczyna brakować. Ciemna, śnieżna mucha na białej muchołapce. Koniec gry. Żelazny motyl wreszcie go dopada. Przepoławia ciało. Echo rozcinanych kości, błąka się wśród drzew. Śnieg nasącza czerwony znak śmierci. W świetle księżyca jest czarna. >|< – Mamo! Spójrz! Jakiego ładnego motylka zrobiłam. Z kolorowej bibułki. Bardzo się starałam. – Właśnie widzę. Śliczny. – Przyduszę go szpilką do poduszki. – Tylko uważaj na rączkę. >|< Ludność wioski budzą o świcie niepokojące dźwięki. Dochodzą z góry. Jakby metaliczny szum. Prawie wszyscy mieszkańcy wkładają ciepłe ubrania i wybiegają na zewnątrz. Inni patrzą przez okna. Jest słoneczna, piękna pogoda. Na tle błękitu nieba dostrzegają lecące obiekty. Przypominają swoim wyglądem wielkie, ciemne motyle. Tyle tylko, że są z żelaza. Zbliżają się bardzo szybko. Metaliczny odgłos jest coraz wyraźniejszy. Obniżają po skosie lot i niespodziewanie atakują. Wielu ludzi nie dobiega do swoich domów. Napastnicy nadlatują nad ofiary i robią to co zwykle. Przecinają skrzydłami na pół. Po krótkim czasie ulica jest pełna parujących szczątków, strzępków ubrań i niespełnionych marzeń. Na białym śniegu przypominają czerwone, rozłożyste maki. W innym miejscu, na zamarzniętym jeziorze, trzy motyle okrążyły ofiarę. Warują przy ziemi jak krwiożercze drapieżniki. Przesuwają się wzdłuż okręgu, raz na lewo, raz na prawo, uderzając skrzydłami o lód. Człowiek nie ma szans na przeżycie. Kobieta biegnie z dziewczynką na rękach. Czują z tyłu podmuch o intensywnym zapachu żelaza oraz metaliczne brzęczenie. Za chwilę bestia jest nad nimi. Przepoławia ciało szybko i sprawnie. Słychać dźwięk przecinanych kości. Dziewczynka zostaje wewnątrz podwiniętych skrzydeł z górna połową matki. Motyl szybuje z wyciekającym strumyczkiem. Po kilkunastu sekundach zawartość zostaje wyrzucona. Dziecko spadając nadziewa się na szpikulec płotu. Krew ścieka po sopelkach lodu. Wiele ludzi wsiada do samochodów. Nie myślą racjonalnie. Są miażdżeni i przecinani wewnątrz. Odgłosy ocierania metalu o metal nie należą do przyjemnych. Tym bardziej, że są to ostatnie, jakie w życiu słyszą. Niektórzy biegną na dach. Nie wiadomo dlaczego. Panika robi swoje. W takich sytuacjach rzadko kto myśli racjonalnie. Motyle spychają ludzi z oblodzonych powierzchni. Inne ich łapią skrzydłami. Wiele części zlatuje na ziemię niczym szkarłatne truskawki do bitej śmietany. Dla atakujących jest to po prostu mordercza zabawa, kryjąca w sobie znamiona zemsty. Ktoś wisi na rękach trzymając się rynny. Podfruwa jeden z motyli i je odcina. Spadającego, gonią cienkie stróżki własnej krwi, cieknące z kikutów. Motyle szybują bardzo nisko. Rozbryzgują krwisty śnieg, odrzucając ludzkie szczątki na boki. Są też inne, dużo mniejsze. W przeciwieństwie do wielkich, te, oprócz ostrych krawędzi skrzydeł, mają dodatkowo sześć cienkich nóg ostro zakończonych. Do patroszenia ofiar i przemiany ich w durszlaki. Wlatują przez okna do mieszkań, rozbijając szyby i niszcząc futryny. Sieją spustoszenie wewnątrz. Wszystkie są niesamowicie szybkie, silne i bardzo wytrzymałe. Potrafią odciąć bokiem skrzydeł ludzkie głowy. Zewsząd słychać przerażone wrzaski. Mieszają się ze wszechobecnym metalicznym zgrzytem. Ludzie mają wrażenie, że znaleźli się pod atakującą, metalową wiatą. Wiele motyli obija się o inne. Potworny hałas jest nie do zniesienia. To coś więcej niż żelazo, gdyż kryje w sobie cząsteczki nienawiści i czystego zła. Wtem atak się urywa. Odlatują tak samo szybko i niespodziewanie, jak przyleciały. >|< Ludzie zaczynają debatować: w jaki sposób pokonać takiego wroga. Nic na nich nie działa. To jeszcze nie te czasy wymyślnych śmiercionośnych broni. Tym bardziej wszystkich dziwi, skąd się nagle te stworzenia wzięły. Nagle pewien starzec przypomina sobie, że właśnie w tym miejscu dawno temu wymordowano wiele niewinnych istnień i zostawiono zwłoki na wierzchu na pożarcie dzikim bestiom. Zgromadzeni przypuszczają, że być może są to dusze tych nieszczęsnych ofiar. Słowa: przepraszam, nie zostały nigdy wypowiedziane po tych, co przyszli po nich. – Posłuchajcie! Należy ułożyć na śniegu napis: przepraszamy za to, że nasi was wtedy zabili. – To banał w najczystszej postaci. Wierzycie, że zadziała? – A cóż nam pozostało. Układajmy. Na pustym polu ułożono napis, z czego się tylko dało. Zakończono wieczorem. Wzmocniono okna i drzwi. Mało kto spał tej nocy. O świcie nadlatują. Lecz o dziwo prawie od razu zauważają wiadomość. Krążą nad nią, jakby czytały. Temperatura powietrza diametralnie wzrasta. Po chwili zaczyna padać deszcz. Śnieg im nie szkodził, ale woda z nieba, jak najbardziej. Zaczynają rdzewieć w zastraszającym tempie. Na ziemię leci rdzawy gęsty pył. Zakrywa topniejący śnieg. Jest tego bardzo dużo. Nagle z rdzy wyłaniają się białe, zwykłe motyle i szybują w kierunku nieba. Nie wiadomo tylko, co z tym atakującym w nocy. I czy było ich więcej?
  12. biała kartko twe literki sens tworzyły wciąż kochane już ich nie ma niewidoczne w tajemnicę są wpisane polny kwiatku co tu gnijesz ziemia chłonie twoje ciało nagle stracisz z oczu łąkę wiosną wróci co zabrano patrzysz w lustro obraz inny z tyłu pustka też nic nie ma spójrz uważniej widzisz siebie na krawędzi twego cienia słyszysz głosy gdzie brak echa tu słów szukaj i wypatruj tam je znajdziesz gdy poczujesz nawet dotkniesz kolor wiatru
  13. W szpitalu jest cicho i spokojnie. Jak to często bywa w nocy. Pusty korytarz zdaje się spać razem z pacjentami. Praktycznie nie słychać żadnych odgłosów. Jedynie raz po raz dobiega z oddali, otwarcie i zamknięcie drzwi. Tak jak teraz. Pielęgniarka idzie korytarzem. Odgłos jej kroków omiata boczne ściany. Gdzieś w kącie przy podłodze, odpada trochę tynku. Nie zauważa tego szczegółu. Po chwili otwiera drzwi i wchodzi do dyżurki. Lecz odgłos kroków na korytarzu słychać nadal. – Widzę, że książeczkę czytasz. Ciekawa? – Taka sobie… spokój dzisiaj. Wyjątkowo. – Nawet Pani Mówiąca Wciąż, nie dzwoni. – Dostała trochę na spanie. – Hej ty, nie mów. Jak się wyśpi, to dopiero będzie. – No co… fajna jest. Nie taka, jak ta druga… niedopieszczona. – Tak jak ty? – Zamknij się. – Ojeju. Zara obraza. – Cicho! Coś słyszę. – Niby co? Wychodzą obydwie. Nikogo nie ma. – Słyszysz… cichy śpiew? – Co? – No mówię ci. – Faktycznie. – To w pokoju: 22. Chyba. Otwierają drzwi. Rzeczywiście. Słychać wyraźniej… i nagle się urywa, – Na pewno ta po lewej śpiewała przez sen… chociaż dziwne, bo przeważnie mówi. – Kwiaty. – Co znowu? – Mają różową wstążeczkę. – No i co z tego. Któraś zawiesiła. – Jest zakrwawiona. – Idźmy stąd. – Z czego się śmiejesz. Chcesz ich pobudzić? – Wcale się nie śmieję. Nie ma z czego. – Muszą mieć wesołe sny. Nie ma co. Rano w szpitalu przeważnie gwarno i szumno. Nie jest to oddział ludzi obłożnie chorych. Wszyscy są przeważnie przytomni i wyspani. Można by rzec, iż panuje radosna atmosfera, jak na taką typu instytucje. Rodziny i znajomi zaczynają przychodzić. Dzisiaj odwiedziny. Gwar przy łóżkach, że aż… duszno. Do pielęgniarki podbiega mały chłopiec. Jest cały zdyszany i nerwowo dyszy. – Proszę pani. Mama mnie przysłała. Babcia dzisiaj spała… – To dobrze, że babcia spała. Nie przejmuj się. – Ale ona ma przy sobie… – No co ma? – Niech pani idzie ze mną i zobaczy. – Ale teraz nie mogę... Wielu odwiedzających i pacjentów stoi na korytarzu lub siedzą na krzesłach. Przeróżne rozmowy umilają czas. Dzieci biegają na wszystkie strony, nie zważając na to co mówią starsi. Oddział jest usytuowany na drugim piętrze. Co jakiś czas słychać otwieranie i zamykanie windy. W pewnym momencie nie można zamknąć drzwi. Jakby coś je blokowało. Po chwili wszystko powraca do normalności. Mała dziewczynka podchodzi do matki. Ledwo może mówić z wrażenia. – Jak ci powiem kogo widziałam, to nie uwierzysz. – No to powiedz. Nagle słuchać przeraźliwy dziecięcy wrzask, dobiegający z parteru. Wielu zbiega po schodach, by zobaczyć co się stało. W mało widocznym kącie przy drzwiach do piwnicy, wszyscy zauważają… może nie straszny, lecz nieprzyjemny widok. – No chodź pani. Babcia wystraszona, jakby ducha dziadka zobaczyła.. – No dobra. Idziemy. Starsza kobieta leży na łóżku i rzeczywiście jest lekko skołowana. Tak bardzo, że nie chce oddać swojej córce przedmiotu, który trzyma. Faktycznie, owa rzecz nie wygląda zachęcająco. Jest to mała szubienica, z małym dyndającym wisielcem. Córka kobiety zadaje słuszne pytanie: – Skąd to paskudztwo w łóżku mojej matki? Czyżby pielęgniarki miały dziwaczne poczucie humoru? A może któraś z pacjentek. – Ależ proszę pani. Wypraszam sobie takie insynuacje pod moim adresem. Żadnej szubienicy nikt nie włożył. Wykluczone! – Ciekawe! To skąd się wzięła? – Sama chciałabym wiedzieć. W kącie przed drzwiami do piwnicy siedzi niewielki misiu. Ma okrwawiony nóż w gardle. Z rozciętego brzuszka, wystają trociny. Jedno oko wisi na misiowym policzku. Wszyscy patrzą i nie wiedzą co powiedzieć. Takie widoki nie zdarzają się na co dzień w szpitalu. A na pewno trudno zauważyć misia w takim stanie. Kolejna noc. Znowu cisza i spokój. W dyżurce też cicho, bo obydwie pielęgniarki czytają książkę. Nagle dzwonek. – No mówię pani. Pod moim łóżkiem słyszałam szmery. Może myszy? – Nie ma tu myszy. – To może szczury? – Pani Andzio. Co pani wygaduje. Coś się pani śniło. – A ta czaszka z plasteliny. Co ona tam robiła? – Robiła? To pani wyszła z łóżka i spojrzała, żeby wziąć? – Właśnie. Cały czas słyszałam kulanie po podłodze. To wyszłam. Ale już więcej nie wyjdę. O proszę. To ona. Pani Andzia powiedziała prawdę. Trzyma w ręce małą kolorową czaszkę. Niewątpliwie z plasteliny lub czegoś podobnego. – Ktoś pani zrobił psikusa. Pani często wyzywa innych. – Skoro zasłużyli. – Nie można tak. Nie wiadomo co znowu pani podrzucą. Może co gorszego. – E tam… to się zaczęło nagle w nocy… nie, to nie one. Aż tak nie wyzywam. – To kto? – Może doktór. Bo mu ostatnio powiedziałam… zresztą nie ważne. – To co zwykle, tak? – No tak. Tym razem ze sufitu zlatuje trochę… sufitu. Cichy odgłos odbija się echem od ścian i zamiera. – Doktorze! W naszym szpitalu dzieją się niestworzone historie. – Przecież nikomu włos z głowy nie spadł. – Owszem. To prawda. Ale nie wiadomo, co będzie dalej. – A co ma być? Ktoś robi głupie kawały i tyle. – Niby kto? Nikogo żeśmy nie widziały. Proszę pomyśleć rozsądnie. Takich dziwnych przypadków jest coraz więcej. – Czyli jakich? – Ktoś zamienił kaczkę blaszaną, na kaczkę żywą. Goniliśmy ją po całym pokoju. To chociaż było śmieszne. Ale misiu z nożem w szyi, to już mniej. – To tylko misiu. – Oczywiście. Póki co misiu. A jak znajdziemy nóż… gdzie indziej… na przykład w pana gardle? – Nie chciałbym mieć. – A kto by chciał? – No dobra. Podobna największa zagadka, to z tym łóżkiem. Ciągle słyszy jakieś szmery? – Tak. Teraz nawet nocną lampkę świecimy. – A reszta co... leży i nic nie widzi. – Reszta śpi. Może wolą spać niż się bać. – To dlaczego ona nie śpi. – Bo ma najbliżej do tych… odgłosów. Zresztą jest… no wie pan sam jaka jest, gdy ktoś jej spokój zakłóca. – Wiem cały czas. A nie spojrzała pod siebie… gdy było słychać? – Aż taka odważna już teraz nie jest. – No cóż. Instalujemy dwie kamery. Jedna obok łóżka… a druga będzie filmować z góry część pokoju… gdzie stoi łóżko…. i kamerę, co stoi pod łóżkiem... – Mamy tylko jedno łóżko w tym kącie. – No właśnie mówię! – Aha. – To nie będzie takie proste z tymi kamerami. – Trzeba to wyjaśnić. Jak będziemy czuwać osobiście, to może się nie ujawnić. – Co? Bo mnie zimno po plecach przemknęło. Zamieszanie jak diabli z tym całym monitoringiem. Pacjenci w pokoju, tym razem okazali niestety ciekawość. Nikt im nic dokładanie nie mówi, żeby nie zakłócili transmisji na żywo. Póki co instalowana jest kamera pod łóżkiem, oświetlenie tudzież, oraz druga w kącie pod sufitem. Jedna pacjentka ma twarz zakrytą gazetą, bo mówi, że ma prawo do tego, żeby ją nie filmować. Tłumaczą wszyscy, że nie będzie na wizji i że ma zdjąć gazetę, bo wynikną trudności z oddychaniem, ale jest uparta. W końcu nadeszła wiekopomna chwila. Zainteresowane gremium siedzi po nocy w dyżurce i patrzy się w ekran. A właściwie: w dwa ekrany. Długi czas nic ciekawego nie widać. Jedynie nogę od łóżka, skrawek ściany oraz idącego pająka. Natomiast z drugiej kamery, obraz jest ciekawszy. Babcia leży w łóżku z papciem w ręce, gdyby nagle co wyszło. Zgromadzeni zaczynają odczuwać zniecierpliwienie. W końcu nawet chcą iść precz do swoich domów. Nagle ktoś wrzasnął z cicha, jak na szpital przystało: – Spójrzcie. Obraz pod łóżkiem się przesuwa. Rzeczywiście. Od lewej do prawej. Jak wskazówki zegara. Wolne, płynne ujęcie, jakby filmowano krajobraz. Zniknął nawet papeć z pola widzenia. – Coś jest nie tak? – Niby co? – Jak to co? Spójrzcie na drugi ekran. – No patrzymy. – Widzicie, kamerę przy łóżku? – No tak. – Rusza się? – No nie. – A obraz tak. Ktoś mi powie, jak to możliwe? – Na pewno krasnoludek robi nam psikusa. Puszcza obraz ze swojej kamery na nasz ekran. Może mają technikę rozwiniętą… że hej ho, hej ho. – Bardzo śmieszne. – Idźmy tam. Musi istnieć jakieś wytłumaczenie. – Myślisz, że to coś będzie na nas czekać? – Coś? Aż mnie ciarki przeszły. Faktycznie. Nie czekało. * – No i znowu nabroiłaś. – Ależ mamo. Lubię… przenikanie.To były zwykłe psikusy. – Szczególnie z tym misiem zakrwawionym. – No już dobrze… przegięłam. – Albo z tymi odgłosami kroków i spadającym sufitem. Co ci przyszło do głowy? Nawet nikt nie zauważył. – Pani Sprzątaczka zauważyła. – Z tą szubienicą, to też przesada. Mogła się przestraszyć na śmierć. A gdyby ciebie złapano. Wiesz jakie byś zamieszanie wprowadziła? – Przecież jestem niewidoczna w takich sytuacjach. – A z tym łóżkiem, to jak zrobiłaś? – Swoją kamerą się wpięłam na odległość. Spod innego łóżka. – Nic im nie podpadło? – Widoki są podobne. Tylko raz miałam stracha. – Kiedy zobaczył cię twój odpowiednik. Bo tylko ona jedna jedyna mogła cię dostrzec. – Zgadza się. Ale szybko znikłam. – Od dzisiaj przez tydzień masz szlaban. Żadnych Światów Równoległych. Tak żeśmy oba z ojcem postanowili. Idź do swojego pokoju i przemyśl na spokojne powstałą sytuacje. * – Mamo!! – Co tam znowu? – Skąd się wzięła na moim łóżku gilotyna z modeliny?
  14. @Konrad Koper 3– to taki ptaszek szczęścia szybujący po niebie? bo zaiste sam nie wiem lecz wzruszyło to mnie a zatem pospiesznie dzięki ślę:)) Pozdrawiam:)
  15. ––?/–– po płycie nagrobnej ty chodzisz wiecznie proszę zejdź chyba nie chcesz by tatuś pomyślał mam lumpa córeczkę wiesz mamo uchylę ździebełko choć z płytą ciężko jak nie wiem może tatuś wyjdzie chociaż pewnie hmm... lepiej mu w niebie Zuzia dziękuję no nie doprawdy ale ty silna jesteś taki ciężki kamień uważaj tylko bo jak spadnie to ci paluszki nawet rączki złamie proszę uchyl bardziej tatuś wyjdzie będzie fajnie kochany przecież jak żaden na świecie * jestem tu często przecież żyję płaczę później smutno bardzo przez najdłuższą chwilę kiedyś były inne te nasze zabawy no nic wracam lecz zostawię na kamieniu bucików ślady
  16. Pro⌛log Nad cmentarzem w poświacie kolorowych świateł, wisi ogromny zegar. Obraca się miarowo wokół pionowej osi, lecz nie za szybko, aby każdy mógł dojrzeć dokładną godzinę. >< Ciepła wiosenna noc. Księżyc świeci jasno, niczym wielka okrągła latarnia, zawieszona na nieboskłonie, pośród złotych gwiazd. Idę polną ścieżką, wolniutko i spokojnie. Można powiedzieć, że podążam w tunelu własnej wyobraźni, chociaż dostrzegam świat zewnętrzny. Cisza tego rodzaju, że aż ją słychać. Nagle, kawałek chwili przede mną, widzę ścianę migotliwego światła. Coś w rodzaju: tęczy. W nocy? A niby skąd? - zadaje pytanie samemu sobie. Wisi bardzo nisko, kilkanaście metrów nad ziemią. Przez jej powierzchnię, prześwituje powierzchnia księżyca. Niesamowity widok. Z rozpędu i roztargnienia, przechodzę pod nią. Stoję na cmentarzu. Taki jestem zaskoczony, że nawet rozglądam się racjonalnie wokół. Nie jest ciemno, ale też nie zupełnie jasno. Ludzie chodzą pogrążeni w myślach, pełnych radości i smutku równocześnie. Atmosfera oczekiwania: wyczuwalna i gęsta. Prawie przytłacza. Otoczenie wokół wygląda jakoś inaczej. Rozmieszczone są w równych rzędach, prawie identyczne. Na każdej pionowej tablicy, widnieje biała lampka. Dwie prostokątne płyty spoczywają na każdym grobie. Wokół barwne znicze. Najbardziej widoczny jest zegar. Stoi nad imieniem i nazwiskiem. Spoglądam do góry. Na wielkim zegarze dochodzi dwunasta. Nie mam pojęcia, czy w południe, czy w nocy. Światło o dziwnej barwie, z lekka przytłumione, nie pomaga w rozeznaniu. Myślę sobie, że brakuje jedynie lampionów i wesołych śpiewów. Atmosfera przedziwna. Widać to po zachowaniu ludzi. Zmierzają w kierunku grobów, jakby niepewni swego. Patrzę w górę. Pozostali też. Zaczyna wolno wybijać pełną godzinę. Zewsząd dobiega dźwięk: otwieranych, kamiennych drzwi, jakby wewnątrz był jakiś: mechanizm. Ludzie stoją w milczeniu. Nagle robi się niepokojąco cicho. Górna część wielkiego sekundnika, zakrywa cyfrę: dwanaście i nieruchomieje. Mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. W tym momencie zaczynają wychodzić zmarli. Jestem taki skołowany sytuacją, że tylko stoję i patrzę. Nie są to żadne szkarady. Wyglądają tak samo jak wtedy, kiedy ich chowano. A przynajmniej tak wnioskuję z ich wyglądu. Jak się wydostali z trumien lub ukształtowali z prochu? Po krótkim powitaniu, główny sekundnik rusza. Pozostałe, mniejsze też. Przypuszczam, że zegary zadziałały równocześnie. Zaczynają się ożywione rozmowy. Przy niektórych grobach, są tylko dwie osoby: żyjąca i zmarła. Albo tylko zmarła, stojąca samotnie. Jedno mnie zastanawia. Odwiedzający, nerwowo spoglądają na zegar, stojący na tablicy. Niby rozmawiają, ale coś jest nie tak. Niecodzienność sytuacji w jakiej się znalazłem, sprawia, że zapominam obserwować zegary, ze zrozumieniem upływającego czasu. Nagle jeden z odwiedzających odchodzi od grobu, w kierunku wyjścia. Wielu czyni podobnie. Nie bardzo rozumiem, tego typu zachowania. Dlaczego tak uciekają, skoro mają okazję porozmawiać z osobą, która najwyraźniej była im bliska. >< Stoję na zewnątrz cmentarza. Ludzie wchodzą i wychodzą, ale nikt nie chce zaspokoić mojej ciekawości. Wiem, że to wszystko nierealne, ale skoro już tu jestem, to chciałbym wiedzieć, co jest grane. Czuję czyjąś dłoń na ramieniu. Aż się wzdrygam. Wiadomo czemu. Spoglądam do tyłu. Widzę człowieka przed sobą. Odzywa się do mnie: – Pan chyba nie stąd? – No nie. – Ciekawi pana zapewne, co tu się dzieje? – Tak. – To jest dziwna kraina. Coś jak świat równoległy. – Do czego? – Tego nie wiemy. A propos. Skąd pan się tu wziął? – Prosto z pola. – Rozumiem. Jakby to panu wytłumaczyć najprościej. Tu jest tak samo jak u was, ale z małym wyjątkiem. – Z jakim? – Mówiąc krótko – raz na rok, dla wszystkich w tym samym dniu, jest Możliwość Rozmowy. – Domyślam się, że z umarłym? – Tak. – To wspaniałe. U nas tak niestety nie jest. – Żeby nie przedłużać… mówiąc trochę żartem: za darmo umarło. Rozumie pan? – Nie bardzo. – Mówiąc prosto z mostu: godzina rozmowy, odbiera osobie odwiedzającej rok życia. – Rok? To dużo. – Tak. Jeszcze jedno. Liczy się zaczęta godzina. Wszystko jasne? – Czyli jeżeli ktoś pogada powiedzmy jedną minutę, to i tak rok do tyłu? – Dokładnie. – Czyli lepiej wykorzystać do maksimum? – W zasadzie, tak. – Dlaczego w zasadzie? – Maksimum ma ryzyko w sobie. Można się zagadać, minuta wejdzie następnej i rozumie pan... dwa lata do tyłu. Zawsze w takiej sytuacji radzę wykorzystać następną godzinę, ale bardzo uważać. – A jeżeli komuś na latach nie zależy. Chce być z bliską osobą bardzo długo. – Jest limit do czterech lat. – Dlaczego akurat tyle? – Nie wiadomo. – A jak ktoś będzie gadać pięć godzin? – Nic z tego. Po czterech wchodzą z powrotem. Nie mogą inaczej. Siła wyższa. – A niby skąd osoba odwiedzająca będzie wiedziała, że umiera za wcześnie? – Nie będzie wiedziała. Rodzina też. Tu chodzi o psychologię. Rozumie pan. Świadomość, że godzina rozmowy, skraca o rok moje życie. – Czy rzeczywiście skraca? – Tak. Niestety zdarzają się… dowody. I to przeważnie przez nieuwagę rodziców. Albo raczej rodzica. Zdarza się to niezmiernie rzadko – chociażby dzięki zegarom - ale jednak. Jeszcze jedno. Swoje zegarki są nieprzydatne. Trzeba patrzeć, na te przy grobie, lub na ten wielki ogólny. To szczegół, ale bardzo istotny. – Mówił pan o jakimś dowodzie. – To znaczy… w pewnym sensie. – Nie rozumiem. – Chodzi szczególnie o dzieci. – O dzieci? – Małe dzieci. Kilkuletnie. Czy muszę tłumaczyć dalej? – Proszę. – Dawno temu mieliśmy taki przypadek, że ojciec przyprowadził swoją trzyletnią córeczkę, żeby sobie z mamą pogadała. Niestety, przegapił czas. Gdy minęły trzy godziny a zaczęła czwarta, dziewczynka momentalnie umarła. To było straszne. Mówię panu. – Chwileczkę. Przecież może być tak, że danemu dziecku - wliczając te trzy lata - przeznaczone jest powiedzmy sto lat życia. Przekracza limit trzech godzin umiera mając dziewięćdziesiąt sześć. Kto by się zorientował? – Zgadza się. To żaden dowód. Tylko, że to o czym wspomniałem, wydarzyło się tutaj. Ludzie od razu pomyśleli, że to dziecko miało żyć siedem lat… – Ale to mógł być zbieg okoliczności. – Owszem. Mógł. Ale tutaj to wyglądało inaczej. – Ojciec był nieroztropny, można by rzec. Po co dziecko w takie miejsce przyprowadzał. Gdyby nie przegapił, to jeszcze by żyło jeden rok. Ale z drugiej strony, skąd miał wiedzieć, że jego córka, ma tylko cztery lata przed sobą. – No wie pan. W takich okolicznościach zdarza się, że ludzie postępują nieracjonalnie. – Czyli jednak to prawda. Coś za coś? – Tak. To znaczy nie istnieje dowód, że tak jest. Ale też nie ma dowodu, że tak nie jest. – A co z dorosłymi. Załóżmy, że mąż w wieku powiedzmy czterdziestu lat, ma jeszcze przed sobą – trzy lata życia – ale o tym nie wie. Przekracza limit trzech godzin i po rozmowie z żoną, nagle umiera. Takie przypadki też się zdarzają? – Nie chciałem o tym mówić, ale też. Człowiek nie wie, ile mu czasu zostało. A zatem, każde odwiedziny to ryzyko, że po wizycie – lub w trakcie – odwiedzający umrze. – Rozumiem. A proszę mi powiedzieć, czy dużo jest odwiedzających? – Mniej, niż by się mogło spodziewać. Ludzie różnie do tego podchodzą. Przed śmiercią dziewczynki, przychodziło więcej. Śmierć dorosłych, robi trochę mniejsze wrażenie, szczególnie dla postronnych osób. Ale mimo wszystko, przychodzą. Chęć pogadania z bliską osobą jest czasami bardzo silna. Różni ludzie, różnie się na to zapatrują. – A proszę mi powiedzieć, czy istnieje sposób, żeby na przykład, rozmawiać cztery godziny, a być tylko – powiedzmy – dwa lata do tyłu? – Owszem jest. – To znaczy? – Najlepiej pan to zrozumie na prostym przykładzie. Istnieje możliwość, przerzucenia swoich godzin, na drugą osobę. Wtedy ta druga rozmawia – powiedzmy – cztery godziny – a traci – dwa lata życia. – No to super… – To zależy dla kogo. Wtedy ta pierwsza, rozmawiając z umarłym – dwie godziny, jest cztery lata do tyłu. Trzeba kogoś naprawdę kochać, żeby być zdolnym do takiego gestu. – Niewątpliwie. A jak to jest z tymi umarłymi, którzy muszą stać samotnie przy grobie. Podejdzie ktoś do takiego, żeby z nim pogadać? – Bardzo rzadko. Wolą wykorzystać czas do rozmowy z bliską osobą, niż gadać z obcą. Zresztą trudno się dziwić. Aha, jeszcze o jednym zapomniałem. Można oczywiście chodzić do kilku grobów i rozmawiać po trochu. Liczy się łączny czas. – Czyli mówiąc trochę żartem, z wujkiem, który nam chałupę zapisał, gadamy dłużej, a z ciotką, z którą żeśmy ostatnie koty darli, tylko chwilę albo wcale? – Różnie to bywa. Nie mnie sądzić. To też kwestia wybaczenia lub nie. Dziwnie się układają relacje międzyludzkie. – A co by się stało, gdyby osoba zmarła wyszła poza granice cmentarza? – Raczej by trzeba powiedzieć - poza obszar zewnętrzny należący do cmentarza. – Duży to obszar? – Dokładnie nie wiadomo. – No to co by się stało? – To by było straszne… że tak powiem. Zarówno dla żyjących jak i umarłych. – Czy to się kiedyś zdarzyło? – Gdyby się zdarzyło, to by nie było naszej rozmowy. – Czyli nie mam drążyć tematu? – Nie. – A proszę mi powiedzieć, czy ci umarli… mówią jak Tam jest? – Ani słowa. Po wyjściu, pamiętają tylko to, co było do czasu ich śmierci. A poza tym, nie mówią o wielu sprawach, co by mogły zaszkodzić lub być przydatne osobom żyjącym. Rozumie pan? – Chyba. Jeszcze jedno pytanie mnie nurtuje. Po co ten wielki zegar nad cmentarzem, skoro każdy grób ma swój? – Nie domyśla się pan? – Żeby było widać z daleka. – Też dlatego. – Też? – Uzyskał pan ode mnie wiele cennych i ciekawych informacji, lecz nie wszystkie kwestie dokładnie wyjaśniłem. To by zajęło za dużo czasu. Aczkolwiek sprawia pan wrażenie inteligentnego człowieka, a zatem – jak rozumiem – nie ma problemu. – Oczywiście, że nie ma. Jestem wielce zobowiązany. A nawet wdzięczny. Bardzo dziękuję. – Miło mi, że pan dziękuję, ale… zresztą nie ważne. Życzę miłego powrotu. >< Oddalam się od cmentarza, w poświacie światła bijącego od Wielkiego Zegara. Widzę przed sobą migotliwą ścianę. Przechodzę pod nią. Jestem na polu. >< Zamglony sierp księżyca oświetla niecałą drogę.
  17. orkiestra zagrała zaczęto tańczyć wnet połamano członki i palce ktoś posmarował parkiet smalcem a przed imprezą pies się objawił nie uwierzono w dziwadło wcale kopnięto w dupę wygnano marę a on tylko dla nich chciał zlizać smalec
  18. jam staruszka na sto trzy w głowie tańce i swawole ktoś na odcisk wejdzie mi wnet solniczką mu przysolę moja laska jest stalowa a trzewiczki są czubate niejednego boli głowa dostał z buta we facjatę każda zebra czarno biała musi liczyć się z mym krokiem tylko jedna się nie bała szachownicy jest widokiem dziś jechałam autobusem siadaj pani miejsce zrobię rzekłam jemu ty luntrusie młoda jestem postać mogę dzisiaj byłam na zakupach bo staremu pękła fajka ktoś śmiał wrzasnąć stara dupa ja mu za to z czuba w jajka z wytłaczanki poleciały białka żółtka i skorupki a on stał jak ocipiały później leżał dostał z główki luby biega dziś z kagankiem bo ja korki mam przy butach ptaszek drażnił mnie co ranka śpi bestyjka lekko struta znowu coś tam w kącie wierci gdyż żaglówkę robi z kory stoję nad nim jak pół śmierci bo mnie naszło na amory mężuś płacze nieszczęśliwy maszt mu znowu ledwo stoi ale idzie ledwo żywy jednak mnie się trochę boi zdziera kapę jak w udręce krochmalone też piernaty trzyma jeszcze jaśka w ręce aż mu skrzypią luźne gnaty już ja zdjęłam suknię własną jak parowóz dyszę sapie on szlafmycę ma za ciasną bo nerwowo jakoś chrapie tego masztu on nie wsadzi załatwiłam mu vigory może swą żaglówkę zdradzi do ciamciania będzie skory niewyspany rano wstaje aż mi żal tak ciutkę jego bo codziennie jemu staje obraz wdzięków ciała mego dziś famułę zaprosiłam piekę dla nich smaczne dania choć na dziadku nie gościłam nie daruję mu kochania przyszły wuje ciotki wnuki nieznajomi jacyś krewni oraz dwa rodzinne tłuki niezupełnie jednak wredni stoły pełne smakołyków placków tortów i golonek widzę małych cwanych smyków pochowały do kieszonek teraz w nogę gramy sobie tylko dziadki palą lulki żadnych goli nie strzelają nie trafiają już do dziurki kiedyś głupek mnie zapytał ile wiosen ja już żyję jego nosek pięść przywitał lecz do lata on dożyję kiedyś na drzewostan wlazłam ale spadłam wnet z gałęzi dupkę w troki i polazłam nie zerwałam z życiem więzi rezolutna ja staruszka z charakterem kryształowym idę z dziadkiem dziś do łóżka by w miłości wejść okowy *~~~~~~~~~~~~~~~~~* ================== na cmentarzu grobek ładny on przykryty ciężką płytą na nim napis wszak banalny fajnie było z tą kobitą ================== *~~~~~~~~~~~~~~~~~* lecz nie koniec to wierszyka bo testament jest czytany chociaż dziadka w krzyżu strzyka musi siedzieć zasłuchany tu się wcale nie zmieniłam chociaż jestem kupą prochu ja wam w spadku zapisałam mych wybryków tak po trochu
  19. @Deonix_ Dzięki:)→No faktycznie. Jest jak jest. Mogło być lepiej :( Ciągnę wiele ''srok za ogon'' jeżeli chodzi o rozdaje tekstów. Może dlatego. W ''ramce'' nie lubię siedzieć:) Wiele Dobrego w Nowym Roku i dalej.... życzę. Pozdrawiam:)
  20. *<#*#>* Miasteczko, o przewrotnej nazwie: ''West and Green,'' leży we wschodniej, mniejszej części, niezupełnie zdziczałego zachodu, a ta umiejscowiona jest w północnym fragmencie, południowej części, leżącej gdzieś miedzy nimi, ale trochę na ukos, po lewej stronie, gdyby spojrzeć od południowego wschodu. A zatem doczłapanie do celu, na koniu w siodle, nie powinno nastręczać trudności. W tej chwili siedzę na suchym czymś, gdyż nośnik kompletu moich danych, też siedzi i odpoczywa. Z prawej strony dostrzegam w porządnej odległości, biegnący dyliżans. Trochę mnie zastanawia, dlaczego nie jedzie, ale słońce praży niemiłosiernie kapelusz, a on moją głowę, a zatem wszystko jasne. Może biegać. Mój wierzchowiec jest czarny, ale ów pojazd jeszcze bardziej. Normalnie tak przeraźliwie czarny, że gdyby goły murzyn biegł obok, to byłby doskonale widoczny na tle pojazdu. *<#*#>* Celem podróży jest Szeryf. Niestety nieczynny. Został wysadzony w Wielkim Wybuchu Dynamitu, w okolicznościach nieznanych, natomiast doskonale usłyszanych. Mieszkańcy popadli w marazm po tak dotkliwej stracie. Powiadomili mnie o tym: gołębiem latającym, tam gdzie sobie życzyli, żywiąc nadzieję, że jakoś temu zaradzę. Chodzą słuchy, iż Szeryfa wysadził jego kolega: Indianin, któremu podobno - niekoniecznie świętej pamięci - zbałamucił żonę. Po robocie, ów czerwonoskóry przyjął imię: Milczący w Mowie, gdyż huk go ogłuszył a wybuch tak przestraszył, że zaniemówił. Tak czy siak, postanowiono zbudować Zacnym Zwłokom, jeszcze bardziej zacny pomnik. Jedynym dostępnym budulcem, którego można było uformować w nieboszczyka, okazał się: piasek. W końcu pomnik usypano, ale wciąż wiatr rozwiewał. Obudowano zatem monument, wszechobecną drewnianą wiatą i wyrąbano drzwi zamykane na klucz. Przy drzwiach siedzi teraz Babcia Pomnikowa i pobiera opłatę, od kuknięcia do wewnątrz. Wielu z łezką w oku, płaci i kuka. Oddanie hołdu jest gratis. *<#*#>* To co przeczytałem na gołębiu, zatrwożyło mnie wielce. Dlatego jadę do miasteczka. Dowiedziałem się, że już od dłuższego czasu, biedni mieszkańcy, ślęczą obok wiaty o chlebie i wodzie, terroryzowani przez Małomównego Zamachowca. A właściwie nic nie mówi. Jest teraz cichy, niepokorny i zawzięty. Podobno zamiast brody rośnie mu zemsta. Tubylcy nie chcą się cofnąć i zrobić przejście, by mógł na spokojnie wejść pod wiatę, włożyć dynamit i wysadzić podobiznę tego, co mu rogi przyprawił. No wreszcie jestem w miasteczku. Jedyna ulica opustoszała, gdyż wszyscy są zgromadzeni w newralgicznym miejscu. Widzą mnie i machają na powitanie. Cichy Zamachowiec mi nie kiwa, bo stoi do mnie tyłem. Obawiam się jednak, że gdyby nawet stał przodem, to i tak by nie pokiwał. Podchodzę całkiem blisko. Słyszę rozmowy: – Czy nie widzisz, że Milczący w Mowie coś prawi? – Widzę, ale nie słyszę. – Głupiś. Mówi do nas ręką. Na migi nam grozi. – Czy ktoś zna migowy. – Ja znam, ale na dwie. Mogę zapytać. – Na dwie ręce nie odpowie, bo by musiał rewolwer odłożyć. – To skąd mamy wiedzieć czego chce? – Szpaleru między nami. To chyba jasne. – W dupie będzie miał szpaler. Pomnik dla nas świętością. Nie pozwolimy rozpizdrzyć członków Kochanego Szeryfa. – Że też musieliśmy trafić na takiego terrorystę. – Nie jego wina, że się wtedy przestraszył. – Głupiś. Jeszcze go bronisz. – Babcie ktoś zawiadomi. Pomoże nam. – Chyba nie pomnikową? – A gdzie tam. Mam na myśli: Bazorewolkę. Zapomniałeś? – Znaczy: Babcię Zombie Z Rewolwerem. – Właśnie. – A to co innego. W ten sposób wszedłem w temat, nie dochodząc do słowa. Wredny Milmo mnie nie widzi. Miarkuję sam ze siebie, że mam pójść po kogo trzeba. Stoję na przytulnym cmentarzu. Przy jednym z grobów z furtką na wierzchu, widzę tabliczkę: ''Tu mieszkam. Budzić tylko w nagłej potrzebie, niecierpiącej zwłoki'' Babcia po chwili wychodzi. Trochę zaspana i rozłożona, ale gotowa bronić swoich współplemieńców. Wygląda normalnie, gdyby nie liczyć, odpadającego tu i ówdzie ciała. Trzyma w kościstej ręce prawdziwy rewolwer. Podobno ma dziwne właściwości. O nic nie pytam. Szczerze mówiąc, czuję się trochę nieswojo i czuję coś poza tym. Nagle słyszę pytanie: – Chłopcze! Czy ty wiesz, z kim masz do czynienia? – Oczywiście. – To znaczy gówno wiesz. Milczę przez całą drogę, zdegustowany niekulturalnym zachowaniem. Do kurwy nędzy! Nie przywykłem do takiej wulgarnej mowy! Podchodzimy od tyłu. Milmo nadal ręką nadaje, a zniewoleni słuchacze są wnerwieni, bo nie wiedzą: co. Jesteśmy bliżej i bliżej. Nagle zamachowiec, jakby poczuł pismo nosem. Odwraca się w naszym kierunku. W tym samym momencie, wszyscy jesteśmy świadkami nagłego zjawiska - odzyskania mowy i słuchu. Zaczyna wrzeszczeć ze zdziwienia... lub szoku doznał. Reszta wokół zaniemówiła z wrażenia, łącznie ze mną. Rewolwer leży na ziemi, a laski spod koszuli wyleciały i leżą nieużyte. Słyszę głos jak zza grobu: – Wnuczku! To ty? Na prawdę? Babcia zaraz cię przytuli. – Babciu! Ty żyjesz? – Nie wnuczku. Nie żyję. Ale teraz tak. – Babciu, nie czyń sobie ambarasu z przytulaniem. Białą koszulę mam na sobie i pragnę, by taką pozostała. – To chociaż daj pyska! – Tylko nie to!! Sorry... rozumiesz chyba. Przykleić się mogę! – Nie będziesz wysadzać? Przyrzeknij!! Bo jak co, to cię wszędzie znajdę... i przytulę... i wycałuję i... – Żadnego wysadzania. Przyrzekam. – Masz szczęście łobuzie, że Szeryf był Androidem. Gdyby żywym człowiekiem, to byś skończył na krześle elektrycznym. – Babciu. Będę wypasać bydło. Zapracuje pieniążki. Odkupię im Szeryfa. Na wyprzedaży... – Na żadnej wyprzedaży - zagrzmiał zgromadzony tłum. – No dobra. Nie na wyprzedaży. A na raty mogę? Sielankę spotkania po latach przerywa jęczenie. A właściwie zdanie: – Jeszcze tych brakowało do pełni szczęścia. Dostrzegamy ciemną plamę na horyzoncie. Też się domyślam, co to takiego. Tym razem widzę, że naprawdę jedzie a nie biegnie. To Czarny Dyliżans. Zbliża się samoczynnie, w obłokach żółtego pyłu. Zdaje się falować w gorącym powietrzu. Wszyscy stoimy jak zaczarowani. Coś jest w tym widoku, hipnotyzującego. Słońce zaczyna zachodzić. Czerń dokładnie widać, na tle czerwonawej tarczy. Po krótkim czasie oczekiwania, pojazd przystaje na środku ulicy. Tylko Bazorewolka się dziwnie uśmiecha. Ciekawe co wymyślą tym razem. Czarne jak smoła drzwi, otwierają się z przeraźliwym skrzypieniem. W kompletnej ciszy, brzmi to jak zepsute dzwony. Po chwili zauważamy, że coś wystaje z dyliżansu. Nagle ni stąd ni zowąd, wyskakują z wnętrza: dwa niewielkie, czerwonawe kościotrupki z piórkami na czaszkach. Zupełnie gołe i doszczętnie: szczupłe. O razu można zauważyć ich cechę charakterystyczną. Jedynym miejscem cielesnym, są ich tyłki. Tylko to zachowały. Przodu też nie mają. Ludzie zaczynają wrzeszczeć: – O zgrozo! To Pupcio i Dupcio. Tylko nie oni! – A mieliśmy nadzieję... –... że to inne stwory. Te co ostatnio. Nachlali się z nami i spokój. A te głupole nie wiadomo, co wymyślą. – Raczej wiadomo. Biegnijmy do chałup!!! Zupełnie nie wiem, co jest grane. Obawiają się? Czego? Dwóch wesołych, szczupłych facetów? Bazorewolka milczy, z uśmiechem na niecałej twarzy. Wiadomo, swoją nie tkną raczej. Nagle dostrzegam początek kołomyjki. Już wiem, dlaczego tubylcy w strachu. Najbardziej ponuracy i poważni. Pupcio i Dupcio podbiegają do ludzi. A każdego, kogo połechcą piszczelami i piórkami, dostaje ataku śmiechu. Po krótkim czasie słychać zewsząd wszechobecny: rechot. Przypomina to obrady w sejmie, ogromnych żab. Wielu leży na plecach i wierzga nogami w spazmach śmiechu. Niektórzy sikają w spodnie lub na biegnącą suchą trawę. Różnie to wygląda z różnymi. Mnie żaden nie dotknął. Może jestem za obcy. Wole nie wiedzieć, dlaczego. Nagle słychać przeraźliwy wrzask, przechodzący w kulminacyjny rozkaz: ''Dość. Do mnie" Pupcio i Dupcio, lekko pochyleni, ze zwieszonymi piszczelami i smutni tacy, podchodzą do Bazorewolki. Cała reszta przestaje się śmiać. – Posłuchajcie uważnie PD, gdyż powiem tylko raz. Fajnie było przez wiele lat, ale co za dużo, to nie zdrowo. Trza sprawę rozstrzygnąć. W pojedynku. W samo południe, już nie da rady, lecz za chwilę: tak. Między mną a wami dwoma. Czas wam tyłki odstrzelić, a później do grobów, a a, kotki dwa... na wieki. Zrozumiano? – A jak my cię zabijemy, to co? – To się pośmiejecie ze mnie, mówiąc banalnie. Ty będziesz sekundantem! Wysunięta do przodu kość paluchowa, z dyndającym płatkiem skóry, wskazuje znacząco mnie. Mam być sekundantem? W takim czymś? To chyba pierwszy raz w życiu jak dobrze pamiętam. Pojedynek w toku. Jeden rewolwer na dwa. Pupcio i Dupcio nie trafiają. Metalowe Pupki omijają cel. Natomiast dwa pociski Babciowe z jednej lufy, przelatują obok P i D, lecz zaraz zawracają, by rozwalić cielesne tyłki. Doszczętnie. Zostają dwa gołe kościotrupki, trzęsące się z zimna. Zakrywają ze wstydu, kostnymi dłońmi, tylne części. Łzy kapią do miednicy. Babcia bezdotykowo się z nami żegna i odchodzi w kierunku cmentarza. Nieznośni Śmiechbójcy, kroczą posłusznie przed nią, jak baranki na pochmurnym niebie. Klekoczą o wiecznym spoczynku, narzekając na przyszłą: nudę. No ale skoro Babcia mogła... to kto wie. Może kiedyś powrócą. Uśmiechnięci, radośni i przyodziani. Dopiero teraz każdy zerka - niektórzy po cztery razy - widząc rzecz niebywałą. Dyliżans w czasie pojedynku, zamienił się w: karawan. Będzie jak znalazł, gdyby co. Niestety. Właśnie przeistacza się w ogromny tort w kształcie: kosy. Leży teraz na środku ulicy, zapraszając na poczęstunek. Ludzie głodni, to biegną. Kilku wstępuje po instrumenty muzyczne. Inni wywlekają dechy i kładą parkiet. Jeszcze inni zakładają kapelusze, ostrogi i butelki. Jednym słowem: uczta, tańce, przy skocznej, wesołej muzyce. Nie biorę w tym udziału, bo coś przeczuwam. Zgadłem. Ludzie przeistaczają się w bardzo wesołe zombie. Rozśmieszają siebie nawzajem, do upadłego. Wsiadam na konia i czym prędzej znikam z miasteczka: ''West and Green''. *<#*#>* W tym miejscu powinno być jakieś zaskakujące zakończenie. Nic z tego. Dosyć mam wrażeń na dzisiaj. A jestem autorem tej opowiastki.
  21. smukła powabna świeca napalony knot umoczeniem mąci drżącą lepkość złoty płomień zesuwa się miękko ciepło obrzeżu choć twarde okala gorącą wilgotność gdzie nadpalony żar wżera się wgłębienie chłonie wrzący blask w płynności szczytuje gorącem tryska rozkosz odczuwa po woskowych udach spływa lepkie kropelki brzdęk brzdęk na podstawek spocone całe a tam u góry okopcony sufit niebem knot wilgotny tylko ognik zbłąkany na czubku w potrzebie dmuch duch kończy dzieło jeno dym został zapach aż świeczkę pogięło wysokość mniejsza na stole zapałka śni o początku na boku pudełka
  22. Krzesło Elektryczne Krzesło elektryczne lśni czystością. Nic dziwnego. Spodziewa się gościa na swoim siedzisku. Metalowe opaski czekają cierpliwie na wkładki. Razem z nimi: wilgotna gąbka i przewodząca obręcz. Tudzież gryzaczek, by nie skaleczyć delikatnego języka. Skazaniec podchodzi spokojnie. Na rozmarzonej twarzy, próżno doszukiwać się oznak lęku. Ma jeszcze nadzieję. Siada na krzesełku, kładąc ręce na poręczach. Tak go uczono w czasie symulacji wykonania wyroku. Zawsze był pojętnym uczniem. – Masz ostatnie życzenie? – Nie. – Pytanie? – Tak. – Słucham. – Jest tu moja rodzina? – Za ścianą. Blisko ciebie. – Mogę umierać spokojnie. Gdy wtedy zaprosiłem, nie przyszli. Jednak sumienie ich ruszyło. – A na co ich zaprosiłeś? – Na grilla. Masło Mówią na mnie: głupek. Nie gniewam się. Niech sobie gadają. Mam przyjaciela, na którego mogę liczyć. Często powtarza: ''Jestem szczęśliwy jak mogę komuś pomóc. Przez to w życiu idzie mi jak po maśle''. Bardzo mnie cieszy jego szczęście. Czuję się wtedy mniej głupi. Dzwoni do mnie. Wyczuwam w jego głosie: smutek i zmartwienie. Zapraszam go do siebie. Część podłogi smaruję żółtym tłuszczem. Gdy przychodzi, to się przewraca, uderza głową o kant i umiera. A przecież chciałem jak najlepiej. Biorę udział w pogrzebie. Przestaję płakać, gdyż moją twarz rozpromienia uśmiech. Przyjaciel znowu szczęśliwy. Trumna wsuwa się do grobu jak po maśle.
  23. Gdybytosie ––//–– gdyby ryba wyszła z wody by nauczyć się dychania to by wiedzy coś łyknęła lecz by zdechła zapomniana gdyby kózka nie skakała przez przeszkody większe od niej to by nadal bodła życie i biegała se swobodnie gdyby wierzyć swoim racjom tak zupełnie bezkrytycznie to by w końcu człowiek zaczął żyć jak głupek tak faktycznie gdyby ślepo wierzyć słowom i we wszystko co wmówione to by człowiek bez płomieni miałby ego spopielone gdyby siedzieć na sedesie myśleć tylko o gówienkach to by w końcu rozum w tyłku a nie w głowie się pałętał gdyby bałwan razem z wiatrem tam na morzu żyli w zgodzie to być może nie tak wielki byłby na dnie statków korzec gdyby siedzieć na płomieniu żeby rozum oświeciło to by prędzej jajka ścięło niż rozumu nam przybyło gdyby bliźni wciąż miłował naturalnie bliźnich swoich to być może świat by zyskał a tak wszystko się pie… ści? :)
  24. Sylwester_Lasota→Dzięki:)) →Też Do siego Roku życzę:)→Pozdrawiam:)
  25. Pomysł na motywach tekstu→Rzeka i Most ~~~//~~~ Dziewczynka bawi się ukochaną Lalką. Zakłada jej nową sukienkę, a następnie rozczesuje włosy. Głaszcze ją po pyzatej buzi i co chwila przytula. Jest taka szczęśliwa, że może obdarzyć radością swoją podopieczną. Zupełnie przypadkowo, rani swoją rączkę o wystającą spinkę, będącą w złotych, delikatnych pasemkach. – Lalko kochana. Jak mogłaś to uczynić. Sprawić ból mojemu sercu. Tak się o Ciebie troszczę a ty za moją miłość, ofiarowujesz mi cierpienie? – Ale ja nie chciałam. Naprawdę. – Chyba wiesz, co muszę teraz zrobić? Sama mnie do tego zmusiłaś. Miej pretensje do samej siebie. Odrywa Lalce głowę, rzuca na podłogę i rozdeptuje nóżką. * To co zrobiła oskarżona, jest godne: pogardy i potępienia, w największym możliwym stopniu. Pozbawiając życia Lalkę, wykazała się daleko idącą bezdusznością, zapominając nawet o słowie: przepraszam. Ponadto skazała na cierpienie pozostałe zabawki, które widziały ten niecny postępek, co się może odbić traumą, na całym ich dalszym życiu. Ten potworny, haniebny czyn, w żadnym stopniu nie wykazuje: najmniejszych znamion zbrodni w afekcie, gdyż po incydencie ukłucia, rozmawiała chwilę z ofiarą, a po jego dokonaniu, z cała świadomością rozgniotła urwaną głowę: stopą, schowaną dla niepoznaki w bucie. Biorąc pod uwagę wyżej wymienione aspekty oraz nie znajdując w tym wszystkim, żadnych okoliczności łagodzących, skazuję tu obecną oskarżoną na: dożywotnie dręczące sumienie. * Dziewczynka bierze Pana Sędziego i rozrywa kleiste ciało na strzępy. Z powstałych szczątków robi kulkę. Rozwałkowuje ją raczkami na śmiesznego, długiego węża, którego dzieli na osiem części. Każdą formuje na kształt literki. Układa w odpowiedniej kolejności i wewnętrznie uspokojona, czyta głośno i wyraźnie werdykt, który brzmi: niewinna. Po chwili zgarnia wszystko w jedno miejsce i lepi Pana Sędziego. Bierze następną Lalkę i z czułością rozczesuje jej włosy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...