jestem sam na sam
z ciemnymi myślami
umysł mam przeżarty marzeniami
karmię słowami
nadgryzioną dumę
brudnymi palcami
gorączkowo przewracam
kolejną kartkę
czarne kruki siedzą na parapecie
odwracam głowę
nie mogę patrzeć
jak wydziobują resztki ciepłych gestów
z uwertury życia
popatrz synu
tak pachnie poezja
porcja świeżych kartek
w sosie z twardej oprawy
jedz i się rozsmakuj
nabieraj sił by tworzyć
by żyć pełniej
możesz być pierwszym
któremu się uda
zdrapuję z twarzy szron melancholii
próbuję wyłączyć resztki naiwnego snu
o przyszłości pięknej
gładkiej jak twoje dłonie
zamykam się w sobie
bo tylko tam
czuję się jak w domu
igram z ogniem
jak mieczem tnę zarośla gniewu
co dnia
padam z nóg
wprost w objęcia złego
gdzieś w oddali
jaskrawe słońce rozświetla mrok
schodzi do mnie
by podać rękę
pomaga wstać
i ruszyć w nowy dzień
dzień przydługi zgarbiony
nie trzymasz tonacji ani metrum
krok zagubiony
za rękę chwytasz
panią Mądrość
dłoń wyślizguje się
mróz obiekcji szczypie w oczy
nie możesz iść sam
mylisz drogę mapy brak
jesteś tu gdzie twoje miejsce
przypadkiem znalezione
to wszystko dla ciebie
ale chyba nie skorzystasz
wracaj