-
Postów
4 866 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Poprzez pyłki odczytujemy nasze palce, poprzez płatki, dmuchawce… Usta. Nasze usta nabrzmiałe czerwienią krwistej róży… I te usta znojne, wilgotne. Te usta wspólnym oddechem spętane… Powiedz mi. Spójrz, jak płoną kwiaty. Jak wonnym niosą się echem na skraj widzialnego lata. Te usta nasze. Sperlone rosą dłonie. W tym dusznym ogrodzie, wonnym, ponętnym, nieśmiałym … Widzimy piękno. Słońce spomiędzy liści wychyla się kulą. I jakiś obłok jak żagiel zagubiony, senny… … biała smuga po odrzutowcu… Co z rozpostartymi skrzydłami nad polami leci, nad łąką… Daleko leci… … za las… Tu w poświacie zachodu długie cienie umykają na wskroś. Łączą się i giną w liliowej purpurze. W nadciągającym zmierzchu jesteśmy. Odkrywając się, kiedy ciemność spowija nas niczym kołdrą. Dotknij moich ust. Dotknijmy nawzajem siebie. Jak kochankowie zagłębieni w trawie, co posiedli niebo. Dokąd poprowadzi nas teraz wzrok? Wyżej. Jeszcze wyżej… Aż po wierzchołki strzelistych topól, których szpaler kołysze się na skraju i chwieje. Kocham cię… … wiem… (Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-07)
-
-
1957 rok. Brytyjski test atmosferyczny "Z1". Detonacja ładunku podczepionego pod balonem na wysokości 450 metrów. Operacja "Grapple". Wyspa Kiritimati na Pacyfiku, w archipelagu Sporad Środkowopolinezyjskich (Line Islands) wchodzących obecnie w skład Republiki Kiribati. 24 kilotony.
-
@violetta nowa? A może supernowa?
-
Idę. Przemieszczam się. Płynę w jakiejś dziwnej substancji czasu. Przepływam przez niekończącą się amfiladę pokoi. Stąd do tamtąd — przestrzeń wszechświata. Wchodzenie w mrok — wychodzenie po miliardzie lat w zupełnej odmienności, w ślepocie barw, w szarości świtu. Kto tam jest? Czy jest tam kto? Ocieram się o wilgotne ściany. Ściekają po nich strugi deszczu, bądź łez w brunatnych smugach zakrzepłych zacieków. Omiata mnie wiatr z głębokich pokładów przeszłości. Jakieś wokół szumy, szelesty i gwizdy, jakby ktoś stroił nieustannie radio. Szmery za oknami, gdzie noc tłamsi wszystko i miażdży, spopiela niewidzeniem. Za oknami noc. Czyjeś spóźnione kroki… Za oknami nic… To było tutaj, gdzieś tutaj. Śmierć przyszła w ostatnim gongu stojącego zegara, z otchłani, z czeluści. Idę powoli, macając jak ślepiec zaraz po przebudzeniu. Szeroko otwarte oczy nie widzą niczego. Szeroko otwarte oczy pokryte bielmem zapomnienia. Kataraktą sennego widzenia. To chwilowe. Przejdzie albo nie przejdzie. Albo pozostanie wtulenie się w słoje forniru na szafie. Połączenie się z nimi cośkolwiek na kształt motyla, aby stać się nieistnieniem w tym milczeniu przedmiotów. Wśród pokrytych kurzem artefaktów dawnego życia. Jest tu kto? Czy jest tu kto? Piskliwy szum przeszywa czaszkę w straszliwej pożodze śmiertelnej gorączki. Skrzypienie podłogowych klepek od czyichś kroków. Czyich? To przechodzi na przestrzał. Od ściany do ściany. Pojawia się znowu w odstępach, zrywami. A więc ktoś tu jest. Bez wątpienia, w niepozostawiającej złudzeń pewności. Znowu gong zegara. Odbija się echem od grani, szczytów, zboczy rozmaitych masywów na wyobraźnię. Za oknami szary świt albo granat przytłaczającej nocy. Za oknami wiatr, co tarmosi liście dębów, kasztanów. Otwarte szeroko okna są jak oczy ślepca z przesłoną powiewających firan. Powieki zasłon mają w sobie jakieś niezliczone wiry, kominy. Uschnięte w pajęczynach ćmy, które znalazły tu swoje przeznaczenie. Lecz oto powiewa wysoko na strunach sennej symfonii jakiś cienisty, nieustalony kształt. Jakby porwana na piersi koszula albo łopoczący sztandar. Bądź szeleszczący, ogromny plakat z czyjąś twarzą sfotografowaną w wielkim zbliżeniu. To coś porusza skrzydłami, próbując zerwać się do lotu pod kłębowiskiem chmur. Porusza się. Porusza… To się wciąż porusza, mimo że już dawno umarło. Umarło w tym niekończącym się niedoumieraniu, będąc w zasadzie żywym tak jak mój umarły dawno ojciec. On przychodzi do mnie we śnie. I wiedząc, że nie żyje, żyje dalej tym swoim życiem sennym, w tej chorobowej malignie ostrej i wyrazistej jak brzytwa. Jakieś stuknięcie. Jakiś szmer za ścianą. Cisza… Czyjeś kroki rozpierzchły się jak ziarenka kosmicznych mikrofal na membranie wielkiego radioteleskopu. Kto tu jest? Nie ma nikogo. Lecz jest. I znowu nie ma. Jest. I nie ma. Nic… Coś oddycha głęboko. Szum oceanu. Szturm powracających wciąż fal, które rozbryzgują się o skały. Które liżą piasek białymi językami piany. Które rozmywają nieubłaganie ślady czyichś stóp… Ogłuszony hałasem ciszy przebudzam się, śniąc dalej na jawie i bojąc się głębiej odetchnąć, aby nie zburzyć domu, nie wzruszyć sadzy w kominie. Za oknem przelatują jaskółki i inne nieprawdziwe ptaki w parnym natłoku upalnego lata. W dudniącej burzy, pędzącej galopem na jasnym snopie deszczu… Wychylam z okna twarz, zanurzając ją w wonnym ogrodzie, w kwiatach sperlonych pelargonii i malw… Stąpając w koniczynie rozpełzłej przy ziemi, rozwieram złączone jak do modlitwy dłonie. I rozgarniam te kłosy złotego zboża, wychodząc w blask. Prosto w ogromne oko pysznego słońca. W to opętane dmuchawcami jaskrawe spojrzenie. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-04)
-
Idąc wtedy, będąc w parku myślałem o moim miejscu, gdzieś tam w pół drogi. Bliżej albo dalej. W cieniu drzewa, w słońcu… Gdzieś między krzakiem jaśminu a ceglanym murem, bądź ławką, bądź inną pustką wypełnioną jedynie powietrzem. Szedłem, licząc, że będziesz pod baldachimem dębów, kasztanów, w którym migotały gwiazdy prześwitów w tej znojnej duchocie gorącego lata. To było wtedy, kilka lat temu, bądź dopiero. Cóż jeszcze? Cóż więcej? Tęsknię. Tak po prostu… … zwyczajnie… W tym zapachu słodkiej melancholii, w świergocie ptaków… Byłaś tam, prawda? Powiedz, czy byłaś… Byłaś wszędzie. Najdalej. Bliżej. Na wyciągnięcie ręki. Czekałem pod rozłożystym drzewem. Czekałem długo, w natchnieniu. Z nadzieją na jutro. I coś się wciąż wydarzało w tej maestrii nadciągającego zmierzchu. Dobiegały zewsząd jakieś westchnienia i szepty. Skąd? Od kogo? Od nikogo. Ode mnie samego. Nie przyszłaś. I nie myślałaś wcale przyjść! Nie wtedy. I nigdy. Jednak wciąż. I być może... A nóż? Tak było wtedy. I jest wciąż. Więc staram się oswoić twoją nieobecność, przytulając się do powietrza w nagłym wykwicie pelargonii. W tym milczeniu parkowych rzeźb. Wiesz? Spoglądają na mnie. Obserwują z ukrycia, spomiędzy gałęzi jaśminu, omszone przez czas brodate fauny. Zstępują i zachodzą mi drogę skrzydlate, splątane cienie. W tej dolinie opuszczenia i blasku. (Włodzimier Zastawniak, 2024-03-01)
-
@Somalija wójcik? czym? swoim podgardlem?
-
@Somalija jak zwykle świetny tekst, Aga.
-
Twoje usta… Śnię o twoich ustach. Na jawie śnię, we śnie, w sennej projekcji, w kalejdoskopie niedoistnień… Dlaczego milczysz? Albowiem twoje milczenie… W lodowatej pożodze kamiennego jestestwa. W lodowatym piekle milczenia. … ja tu wciąż, ja wciąż… Wiesz? Popadłem w wyciszenie. W ślepotę barw, brnąc przez zszarzałą znienacka luminescencję przemijania, co opada powoli miliardami płatków w tej dziwacznej substancji czasu. Doskwierają mi cienie, które przymilają się w jakiejś schizoidalnej malignie, aby zniknąć zaraz w księżycowym mroku nocy. Przechodzę wciąż wśród echa odbijającego się od ścian pustego domu. W dalekim gongu stojącego zegara. Wśród oddechów, niezrozumiałych, jakby mniszych szeptów… Do kogo tak mówię, łykając chciwie kęsy powietrza? Do nikogo, ponieważ do nikogo idę po równi pochyłej samotności. Aby stoczyć się do końca z wielkim jak wszechświat łoskotem. Puste krzesła. Stół z pękniętym wazonem na wpół i okruszynami czerstwego chleba… Niedokończone popiersia, portrety umarłych w zakurzonych ramach… Na podłodze stosy prześwietnych foliałów, na pólkach… Zaciskam powieki. Otwieram. Wszystko to spopiela blask ledwie tlącej się lampy, kiedy tłumię ciężki w ukryciu oddech z bólem wdeptanym, jakby w ślad stopy na piasku. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-02-25)
-
Błyski flesza. Atak stroboskopowej maligny. W pulsującej nerwowo czerwieni czyjeś twarze. Częściowo zatarte. Nieostre. O nieustalonych rysach. Twarze zapomnianych. Twarze tak jakby o popękanej, pożółkłej emulsji. Ktoś, gdzieś tutaj coś. Nie wiadomo, co. Milczące szepty. Niejasne gesty dawno umarłych. Przechadzają się powoli i giną w mrocznej czeluści drugiego pokoju, kiedy noc rozlewa się granatowym atramentem samotności. Jedynie mdławy poblask wiszącej lampy dogorywa stopniowo w tej milczącej projekcji sennych widziadeł… Przedmioty wokół. Rzeczy. Zakurzone popiersia obserwują przestrzeń w swojej kamiennej egzystencji. Mówią i szepczą w piskliwym szumie śmiertelnej gorączki. Kto tu jest? Dlaczego milczą te mary, te widma, te przeklęte zmory? W opuszczonym od wieków pokoju krzesła i stół. Na stole wazon pęknięty na wpół z pękiem suchych melancholii. Przeglądam się w lustrze serwantki, lecz nie widzę niczego poza mrokiem rozpadliny. Zapalam światło. Oblewa mnie mdława aureola żyrandolowego blasku. I kiedy opieram się plecami o trzydrzwiową szafę, wyrastają mi natychmiast obrysowane na fornirze skrzydła motyla. Staram się unieść lekko jak ptak ku słońcu. Ogromny ciężar przytłacza mnie jednak, próbując stoczyć się w otchłań z wielkim łoskotem konającego wszechświata. Osuwam się. Siadam, podpierając się o kolana zgiętych nóg. W chłodnym kącie sanktuarium drżę. Opadający kurz wiruje jak te ciche, zalęknione metafory. Pełno ich tu. Pokryły wszystko szarym pyłem przeszłego czasu. Ktoś miał do mnie przyjść. Oczekuję jego albo jej? Kto miał przyjść, nie przychodząc wcale? Wzmaga się coraz bardziej atrofia pamięci. Szepczę w szarpiącym za poły koszuli oddechu nocy. Przypływy i odpływy. Wdech i wydech… Szelest wiatru za oknem. Szeleszczące liście topoli. Gną się gałęzie, roztańczone w księżycu cienie na ścianie. Nie od dziś. Od wieków całych. Stłoczone lękliwie chwieją się i kołyszą. Tuż za oknem. Daleko. Gdzieś niebywale blisko… Są na wyciągnięcie ręki te bezcielesne w swojej bezcielesności istoty. Bezgranicznie puste tą pustką pełną powietrza. Puste i pełne zarazem nieujarzmionej przestrzeni. Takiej szeleszczącej, szemrzącej i cichej. Kto tu jest? Echo odbija się w oddali. Powraca wciąż… I słabnąc, zatacza coraz wyższym lotem kręgi, aby jeszcze, choć raz jeszcze… Niczym jaskółki wznoszące się do nieba. Pełnego gwiazd. Pełnego mgławic. Galaktyk… Pustki… W moich dłoniach szeleszczące stronice gazet. Jakieś referaty o powstawaniu gatunków. W czasopismach… W pożółkłych, poplamionych, prześwietnych foliałach… Gdzie ty jesteś? A gdzie ja jestem? Znowu dopada mnie zmora przeszłości, która tłamsi i miażdży… Mrugam szczypiącymi powiekami, myśląc i analizując wszystko we śnie, w sen wnikając następny. Albo jeszcze następny… Albo nie wnikając, tylko śniąc na jawie, widząc rozwarte szeroko ramiona umarłego dawno ojca, upodobnionego do krzyża. I wznosi się. Leci. Leci… Leci jak ptak…Aż już nie dostrzegam jego oczodołów zlepionych mokrą, czarną ziemią… I w ogóle cały tak jakby wyjęty z obsypującej się ziemi… Jakiś taki zmarniały. Opowiadający swoje, moje dzieje. Opętany dmuchawcami w jakimś lekkim jasnowidzeniu… Skąd to nagłe wniebowstąpienie w aromacie konwalii, jaśminu? Nie wiem. Ale widzę jak rozwiesza się białym krzyżem wysoko nade mną. Rozwiera powoli swoje skrzydła w liliowej aureoli, w słońcu. I przytula się do tego słońca w gorącej, doniosłej godzinie lata. I jak odlatujący ptak przegina szyję w milknącym, mewim krzyku… (Włodzimierz Zastawniak, 2024-02-20)
-
1
-
Gdzieś w blasku słońca, w rozmigotanej zorzy gorącego lata. Czekasz u stóp strzelistej topoli zamknięta ramionami obcego cienia, w szeleście liści… Na skraju czasu, na skraju widzenia biała smuga po odrzutowcu. Znowu mówię do samego siebie, wsłuchując się w swój własny oddech i szept tak jakby we śnie. I mgły z łęciny płyną nisko polami, nad łąkami płyną daleko, za las. W zapachu skoszonej trawy. Byliśmy tu. Jesteśmy. I jesteśmy wciąż… Choć coraz dalej nam do tej woni igliwia, kiedy sen rozpływa się i taje. Czy ty mnie kochasz? Czy kochasz? Ja kocham. Czy wiesz? Powiedz mi. Powiedz… Nasłuchuję. Nie słyszę… Mimo to widzę coś w tym twoim przelotnym spojrzeniu. Jakieś niedookreślenie. Błysk. Cokolwiek znaczy. Śniłaś mi się i śnisz, śniąc wespół ze mną. Choć śniąc osobno, wiem, że jesteśmy razem.. Idziemy… I gdybyśmy mogli tak iść jeszcze w tej ciszy nadciagającego zmierzchu, w której słońce płonie czerwienią. Chciałem jakoś inaczej, prościej. Lecz, cóż inaczej, kiedy miłość rozdziera serce. I nie wiem cóż mam jeszcze, cóż jeszcze… Lęgną się pod płotem czerwone maki. A między sztachetami blask jaśnieje w tej oto godzinie, w której wiatr tarmosi liście łopianu. W otwartych szeroko oknach opuszczonego domu niewidzące spojrzenia przeszłego czasu. Skrzypienie drewnianych schodów od czyichś kroków. Czyich? Twoich? Moich? … niczyich… Przekrzywiona weranda z rattanowym stolikiem i krzesłem. Coś stuknęło o blaszaną konewkę w rozpełzłej przy ziemi koniczynie. Wśród malw i anemonów. W kosmosie podwójnie pierzastym… (Włodzimierz Zastawniak, 2024-02-12)
-
Plątanina czasu. Plątanina rur… Pod sufitem. U wezgłowia nad wielkim łożem. Wirujący kurz. Pył. Utajone po kątach echo przeszłości mizdrzy się wciąż do nie wiadomo czego. Do czego… czego… Odgłosy przeszłego życia. Tak. To one. Ona krzyczała w tej nawale mroku, krzycząc we śnie. Ona we śnie. Ona we mnie… I w krzyczeniu tym była jakaś tęsknota ukrytej melancholii. Kiedy umierała. Kiedy umierała… Kiedy umierała… Tej nocy. Tej oto nocy. Tej oto nocy w tej ciemnej godzinie. W tej godzinie ciemnej. W tej duszności. W agonii… Ktoś tu znowu umarł. Leży bezwładnie w pogniecionej pościeli na wielkim tapczanie. Na gigantycznym tapczanie w pokoju obok. W tym pokoju wielkim jak sportowa hala. Bądź, który się takim tylko wydaje… Czy ty mnie słyszysz? Nasłuchuję, lecz jedynie jakieś drapania za ścianą. Za popękaną ścianą, za którą jest nic. Albo otchłań niepamięci. Albo bezkres. Bez-granica. Bez-kształt. Lecz bez wątpienia coś się tam jest. To się porusza, mimo że jakieś niejasne w swojej egzystencji. Pełne udziwnień i pozazmysłowych fanaberii. Czy ty słyszysz mnie? Patrz, idę do ciebie. Idę po omacku. Macam wokół. Macam jak ślepiec. Idę rozłożywszy szeroko ramiona. Odbijam się od ścian długiego korytarza. Zasłaniam sobą światło. Mdławą poświatę wiszącej lampy. Kiedy docieram, widzę potęgę rozkładu. Truchło. Rozsypujące się truchło ze wzrokiem utkwionym w suficie. Niewidzące. Niepatrzące. Nieżywe. Doskonale martwe. Rozkochane w śmierci. Pokryte grubą warstwą kurzu. Szarym pyłem przeszłości. W kącie doniczkowy kwiat. Lecz zamiast liści… W gałązkach, w pajęczynach… Znalazły tutaj swoje przeznaczenie uschnięte ćmy. Zwisające płachty zesztywniałych zasłon kryją w sobie pokłady mroku. Jakichś wirów, uskoków, dolin i wzniesień…. Doskonale nieruchome. Skamieniałe. Martwe… Widzę to oczami przyzwyczajonymi już do ciemności. Bo w ciemności już tylko brodzę. Bo tylko w ciemności albo co najwyżej w półmroku. W szybie serwantki nieruchoma postać nie wiadomo kogo. Zgarbiona. Skrzywiona. Pokrzywiona. Samotnie naga w swym jasnowidzeniu. Przejęta chłodem i samotnością. Otwieram oczy. Zaciskam. Otwieram… Ćwiczę zamykanie i otwieranie szczypiących, zapiaszczonych powiek. Spływa na mnie żółtawe światło żyrandola. Kiedy ja, na podłodze. Kiedy tak czołgam się jakimś takim ruchem żmijowatym. Pełznę. Pełznę do nikogo. Do niczego. W nic. W noc… Moje ucieczki kończą się zawsze na dworcach. Podczas, gdy deszcz zalewa oczy. A podróżni trącają mnie w pośpiechu. Coś mówią, śmieją się, gestykulują… Uciekają w głąb czasu. W przyszłość. Podczas gdy ja tkwię w dalekiej przeszłości, nie mogąc ruszyć nawet palcem, a co dopiero całym sobą! Z megafonów wypływa kobiecy głos. Gong. Zgrzyt i rozruch odjeżdżającego wolno pociągu... Na dworcu. W dworcowej hali… Jedynie wydłużone cienie na podłodze, na ławkach… Przez wysokie okna wpadające smugi zachodzącego słońca. Skąd ta nagła zmiana? To nagłe słońce? Przecież dopiero co padał deszcz... Nie wiem. Poplątały mi się epoki i dzieje. Jak wtedy, kiedy czekałem długo na ojca z glinianym dzbanuszkiem w autystycznych rączkach. Czekałem długo z posiwiałą do pasa brodą. Czekałem długo, wpatrzony w sierp księżyca albo pełnię, albo…Lecz nie przyszedł… Zegary. Cyferblaty. Nieruchome wskazówki… Wszystko zatopione w dziwnej substancji czasu. I tylko płynąca jakaś świetlista, zmiennokształtna ameba na skraju widzenia. Lecz widzę coraz przejrzyściej. Widzę jaskrawiej, aż do momentu, dopóki nie oswoję twojej astralności, będąc świadkiem twojego przybycia… Widzę twoją twarz. Tak, widzę! Wyciągasz do mnie ramiona, falując niczym meduza. Wypływasz na powierzchnię. Z nicości… Mówisz coś. Mówisz. Tak, słyszę! Włodku! (Włodzimierz Zastawniak, 2024-02-09)