-
Postów
4 866 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
-
(Z cyklu: Określenia) Ja też widzę. Widzę to. Tak, widzę. Spójrz tam, gdzie i ja spoglądam. A spoglądam w przesyt nieba, w którym szumi rzeka bezkresnego czasu. … i ten powolny przepływ obłoków niosących w sobie jakąś tajemnicę… Widzę to! A czy ty… Powiedz. Czy ty… Kocham cię w tej tęsknocie przestrzeni i blasku. W słońcu. W szeleście nadbrzeżnych łodyg i traw… Widzę tę całą jaskrawość, którą i ty dostrzegasz. I słyszysz całą tę muzykę ziemi. I czujesz ją w muśnięciach spływających po twojej twarzy. Skąd? Od kogo ten powiew tęsknoty? To westchnienie jak ocean wielkie? Rozmijamy się we śnie niczym mary pełne sennego znoju, co wrastają w ciszę wieczornego wiatru. Omiatasz mnie włosami i wzrokiem. I w takim zbliżeniu na grubość kartki papieru, źdźbła trawy… W migocie liści. W światłocieniach. W kontrastowym pejzażu chiaroscuro. Powiedz mi. I mów wciąż. I jeszcze… Wiesz? Płonę… Tak oto toczą się w blasku spienione fale. W plusku srebrzystych ryb opadających płetwą. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-26) *) Określenie z jęz. francuskiego oznaczające ogromny ból w sercu, z powodu pragnienia kogoś, z kim nie można być
-
Zgliszcza. Ruiny. Zbutwiałe drewno połamanych stropów. W kurzu i pyle unicestwienia. Wiatr szeleści liśćmi. Zamiata. Kołysze. Wiatr za oknami. W mojej głowie. We mnie i wszędzie… Coś tutaj, gdzieś, coś… Coś tutaj i tam. Albo nigdzie. W powietrzu. W szumie. W piskliwym szumie. W skowycie. W astmatycznym oddechu nocy… Ptaki. Słońce… Nie. Tylko omszone kamienie i spróchniały konar zwalonej wierzby… Coś się przemieszcza w swoim powolnym prologu pędu, jakby zatopione w jakimś zaczynie nie wiadomo czego… Wychodzą mi naprzeciw, przerażając rozmiarami. Idą w wietrze niezmordowani, niezmordowane. Stąpają po swoich dawnych śladach poprzez śmiertelną ciszę. Umarłem na powrót. Umieram nadal zmęczony zmartwieniem. I wzdycham do cienia. Do nocy, której wilgoć pokrywa rdzawą powłoką tory wśród ostów wysokich, lepkich i zgniłych. Nadbiegają znikąd i giną w sinej otchłani mroku… Gdzieś, coś… Daleki odgłos pędzącego składu. Cichnący powoli w okrutnej przeszłości. Czarna ziemia. Miękka breja. Błoto… To tutaj… Tak, pamiętam… Samotne drzwi do umarłego… Zgon opuszczonych domów a wokół truchła ciężkie jak przypomnienie. To już jest obłęd tęsknoty o tym dawno minionym życiu. Pośród wonnych maciejek ciągle te same twarze. Choć z każdym muśnięciem w odrobinę innej korekturze zdarzeń. Zacierane przez atrofię pamięci w projekcjach sennych imaginacji. Zaciskam powieki. Otwieram. Wokół jakieś galaktyki. Spiralne eseje. Miliardy mrugających nie wiadomo do kogo neonów nad pustymi witrynami sklepów. A więc, znowu miasto. Przesyt światła w tej nocnej scenerii. Zakurzone szyby nieistniejących wystaw, które oglądała kiedyś moja nieżyjąca już matka. Tutaj szła, wracając z pracy do domu. I wraca nadal, mimo strasznej odległości. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-23)
-
-
-
-
-
-
@Somalija mam problem, bo nie wiem, które wykonanie tej piosenki jest najlepsze...
-
@Somalija w kinie nie byłem co najmniej milion lat. nie jestem na bieżąco w kwestii kinematografii... choć mam na tapecie kilka głośnych tytułów. "Oppenheimer", " Diuna. cz II"", czy "Strefa interesów",
-
@Somalija wyglądam tak jak ktoś, kto ma metr dwadzieścia. na stojąco sięgam do klamki w drzwiach..reszta to same dwumetrowe mistery... a tak a propos, to siedzę skryty za kanapą... @Somalija ps. hej ,Aga? jakie to ty filmy oglądasz? jakie znowu wyposażenie i jaka znowu przeciętność? @violetta nieee, Wiola, ty to jesteś bezdyskusyjnie Katedrą. Taką jak w Barcelonie, taką Sagrada Familią. @violetta
-
Gdzieś na krańcu. Na krawędzi szkła, na zakrzepłej strudze krwi, zwisają resztki cienia z kawałkami siwej sierści. Te oto reszki, sponiewierane w tę i we w tę. Te oto tam i tam… Te oto… Krew jakaś, jakby nie krew. Ale na pewno rdzawa smuga, która drąży żelbetonowy mur przeciwatomowego bunkra. Rdzawa smuga. Smugi… Nuklearne purchle… Zgrzybiałe, zrakowaciałe narośla. Napromieniowane błyskiem flesza w potwornym natłoku gorąca jak spod kobaltowej lampy z wyrzutami śmiertelnego strumienia. Kto tam idzie? Kto tam się tak kolebie i chwieje? Kto, albo co? Czai się w półmroku i patrzy. Wypatruje swojej ofiary w cienistym tchnieniu, wielkim… W częstokrotnych oddechach, coraz szybszych, jak podczas sennego koszmaru, który naciera zewsząd piskliwym szumem gorączki. I czeka na dogodny moment pośród ostów rosnących między czarnymi kamieniami. Między murem a korzeniem. Między czymś a czymś, między czymś a niczym. Albo niczym a niczym… … w gęstej zawiesinie sennego unicestwienia… W ciemnych kątach laboratorium pęcznieją nowotworowe guzy. Naciekają sąsiednie ściany w cichym szmerze nieskończonego wzrostu. Na popękanych kineskopach martwych telewizorów jakieś poruszenia, odbicia zdeformowanych twarzy… W wilgoci i kurzu poplątane, zleżałe taśmy od szpulowych magnetofonów. W pokrywającym wszystko pyle czernieją nagłówki spleśniałych gazet o kolejnych próbach wniebowstąpienia, gdzieś na Pacyfiku, wśród kokosowych palm. Zatarte w połowie ślady z resztkami betonowych kołysek, spalonych w potoku straszliwej radiacji. Milczący świadkowie przeszłości. Wielokrotnego wschodu słońca po niewłaściwej stronie. Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-14)
-
1
-
Byłem wtedy w pokoju o zachodzie słońca. W przedpokoju. W pomarańczowej poświacie wirowały pyłki, cząsteczki kurzu mżące i lekkie. Szumiąca cisza rozchodziła się jak teraz o północy. Na schodowej klatce niczyje kroki. Lśniąca w słońcu drewniana poręcz wytarta, wypolerowana przez lata, błyszcząca… Zatrzaśnięte drzwi na wieczność do kogoś, kogo już dawno nie ma. Smugi blasku na ścianach, na stopniach, niknące powoli w nadciągającym zmierzchu… Gdzieś tutaj… Nie wiem. Nie pamiętam…. Ale tu było… Zaraz… Zaraz… A, tak. Już wiem. Nie, nie wiem niczego… Poplątało mi się wszystko i plącze nadal. Gdzieś tutaj, w tym stosie papierów, czasopism i książek, prześwietnych foliałów… Albo tam. W półmroku, w kącie. Za wygniecionym przez umarłego dekady temu ojca fotelem, bądź kanapą z przetartym obiciem… Coś się porusza. Nie. Coś się tam kiedyś poruszało. Teraz leży zwinięte w kłębek. Nieżywe. Martwe. Doskonale martwe truchło tą martwością zimnego kamienia. W absolutnie szczątkowej formie. Z dużą ptasią czaszką, której oczodoły wpatrują się w bliskość ściany, jakby próbując wydziobać z niej ziarenka kwarcu. Czasami siada w swoim fotelu ojciec. Martwy albo żywy. W zależności od sennej bioluminescencji. Siada w nim w jakiejś dziwnej aurze, która go otacza. I patrzy się, gdzieś przed siebie, w jakieś nieokreślenie tego albo tamtego świata. Albo mówi coś w doskonałym milczeniu, poruszając jedynie martwymi ustami. Mówi coś, śniąc razem ze mną. I przenikając skłębione byty, przedmioty rozjarzone dziwnym, wewnętrznym światłem. Otwiera usta i zamyka, między pulsowaniami, między uderzeniami mojego serca. Otwiera usta i zamyka. Otwiera. Zamyka… Otwiera… Zamyka… Otwiera… Zamyka, jakby to były dwa płatki zastawki na włóknistym pierścieniu przedsionkowo-komorowym. Zamykając usta, zapobiega cofaniu się krwi. Choć czasem nie domyka swoich ust. Widać wtedy cienką, jakby śladową szparkę między sinymi kreskami warg… Mówi coś. Grymasi. Wspomina nieskładnie jak po alkoholu wychylonym do samego dna. Podniesionym w toaście przez mistrza ceremonii podczas nocnego misterium zwidów i mar. Albo opowiada ze wzruszeniem w kłębach papierosowego dymu o jakimś opuszczeniu, wtedy, tam przy drodze przed wojną albo zaraz po niej (której?) Zresztą cała ta opowieść jest pełna niedomówień, ponieważ mylą mu się epoki i lata. Plącze się. Kluczy… Przerywa wątek i zaczyna od początku, bądź od końca. Albo od środka. Albo jakoś tak po przekątnej. Opowiada o swoim ojcu i matce, o bracie… I jakimś takim tonem podobnym do pieśni pobrzmiewającej w szumiącym głucho lesie. W tym lesie ciężkim od powalonych, spróchniałych konarów… W tym lesie, w którym przetacza się westchnienie jak sen lekkie i niosące się echem. Wypowiada słowa za wcześnie albo za późno tak, jak to się dzieje w ostrej jak brzytwa gorączkowej malignie. Niezrozumiale, niejasno, dziwnie, ale za to z finezją nieboszczyka pełnego werwy. Tej werwy jaką miał za życia. I ściemnia się wtedy, i zmierzcha w płonącej łunie horyzontu. Gwałtowny dzień zamiera w ciszy rozproszonej i niemej. I odchodzi wtedy. I idzie wraz z wiatrem, który szeleści w liściach wierzby, w proroczym nad głową przelocie nocnych ptaków. Jak ta przyświecająca obietnica opuszczonemu przy drodze… Zaciskam powieki. Otwieram. W otwartych oknach wybrzuszają się firanki między płachtami zasłon pełnymi pajęczyn. Za oknami noc. Cisza. Senne przepływy tych wszystkich widm, których nie odstręcza żaden mozół w zaświatach. Przytulam się do ściany. Całuję pęknięcia tynku. I liżę te rowki gorzkie i słone zarazem. I płonę w aureoli żółtawej poświaty. W blasku wiszącej u sufitu lampy. I przywieram jeszcze mocniej do pustej ściany z cementu, której szepty narastają i nikną. Ona mówi do mnie. Coś mówi… W siedzeniu pustego fotela jedynie wgniecenie po ojcu. Ślad martwoty pełny kurzu i opuszczenia. A więc teraz mówi do mnie ściana. Albo coś, co tkwi w niej samej, bądź za nią. Co? Kto? Nie wiem. Ale jest i mówi. Albo raczej szepcze wraz z innymi szeptami w jakimś takim niesłychanym sporze. Albo ostrzega przed czymś, co nadchodzi każdej nocy. Albo znowu milknie, abym to ja się odezwał w tym osobliwym dialogu. Zadaje pytania jak matka dziecku, głaszcząc je po głowie. Czy go nic nie boli, nie doskwiera, nie dokucza… Tylko, że teraz zadaje je po śmierci podczas szeleszczącej liśćmi nocy. O coś się pyta. Nie słyszę. Niedosłyszę, albowiem zagłusza ją szum płynącego w moich żyłach strumienia. Czuję na twarzy, jakby muśnięcie. Subtelne. Ledwo odczuwalne. Nikłe. I nawarstwia się daleki krzyk rozpaczy, który nagle zrównuje się z życiem. „Już nie trzeba, nie trzeba”… — zdaje się mówić głos zza ściany i jak zapomnienie zwiewny. Matko. Mamo! To było trzy lata temu! — Krzyczę. Zalewam się łzami… „Już nie trzeba, nie trzeba, synku”… — odpowiada echo w pustce odpływającego czasu. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-10) https://keosz.bandcamp.com/track/10-keosz-advena
-
2