mówisz
w końcu bardzo ładna
patrzę przez chwilę
i wydaję się śliczna
w koronkowej spódnicy
przywołujesz ciepło
głaszcząc po rękach
jak kolorowy deszcz
pachnę bzem
chcę być łabędziem
poruszać statecznie skrzydłami
odsłaniając trochę siebie i biel
nasze uczucie delikatne
jak lilie
przybrudziłam lekko strój
w umywalce czeka na nowe życie
odpływam w muślinowej sukni
bardziej obecny trzymasz moje dłonie
oddycham głęboko
ciągniesz w opanowaną ciszę
rozwiewam się niczym nasiona
przydając lekkości ruchom
Przy równo zaścielonym łóżeczku,
mama uczyła mnie pacierza.
Z jej rąk,
drżących niczym liście osiki
spływały kwiaty.
Podawała najdojrzalsze owoce
i pokazywała jak się tworzy ciepło.
Rozdmuchiwałam, będąc pewna,
że zawsze zdejmie mnie z pokrzyw.
w twoich oczach delikatne bazie.
rozszerzają łupinki, wpuszczam w nie radość,
jedną chmurę w drugą.
czekam wdzięcznie na aksamitne usta.
nabierasz siły jak bocian. jesteś
nad głową.
w bąbelkach na wodzie widzę siebie
delikatnie jeszcze
wychylam się ku słońcu
zatrzymujesz długim pocałunkiem chłód
oddycham przez lekko rozchylone usta
uchwycona w dłoń zmierzam z tobą
za wzajemnym ciepłem
jestem kwiatem miłości
kładę się na srebrnych perłach, musi być im ciepło,
a rzeźbom zimno, jednocześnie pięknie.
(całe te gadki o bieganiu,
posiedź tu romantyku).
oparta o piersi mruczę z zadowoloniem,
niedługo będę nosiła margerytki za uszami.
w samej długiej koszuli pozwalam oczom ogłupieć.
piersi jak zalążki róż pod twoją ręką.
tę magiczną moc przyciągasz.
mrugnę i powiesz, że to łagodny narkotyk.
cudnie dniejesz kiedy
zanurzam się pachnącą lawendą w tobie.
jestem wiotka. nie rozerwę się,
podlewaj nużącym ciepłem aż do niewidocznego końca.
już czekam uśmiechnięta.
kto pierwszy wróci do domu, rozcieńcza kolory.
i zaczyna;)