-
Postów
9 152 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
18
Treść opublikowana przez Oxyvia
-
Bar „Cordial”, gdzieś w Polsce
Oxyvia odpowiedział(a) na Oxyvia utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
W barze przybywało ludzi. Nadeszła dziesiąta rano – pora drugich śniadań, nazywanych teraz przerwami na lunch. Pani Maria uwijała się szybko, zadziwiająco energicznie jak na swój wiek – miała dobrze ponad czterdzieści lat. Ocierając pot z czoła, starała się nie myśleć o zmęczeniu, którego od poprzedniego dnia nie zniwelował nocny sen. Ale nie narzekała. Była wdzięczna szefowi, że ją przyjął na kelnerkę mimo wieku, w którym już nie zatrudnia się kobiet w tym kraju. Inni albo grzecznie się wykręcali, że nie ma miejsc pracy, albo mówili otwarcie i bardzo chłodno: „Dziękujemy, szukamy kogoś młodszego”. Odkąd zamknięto przedszkole, w którym przepracowała ponad dwadzieścia lat w pocie czoła - jako pomoc wychowawczyni, czyli posługaczka do wszystkiego – minął prawie rok, zanim znalazła nową pracę tutaj. Wszędzie zamykano jej drzwi przed nosem, wszędzie dowiadywała się, że jest już niepotrzebna, już „na odstrzał”. Podobnie traktowała ją rodzina – ciotki i wujaszkowie, u których musiała się zadłużyć; nie robili jej wymówek, nie odmawiali pożyczek, ale traktowali protekcjonalnie i czuła, że z chęcią pozbyliby się tego niepotrzebnego ciężaru, jakim była dla nich; wiedzieli zresztą – podobnie jak ona – że zapewne nie będzie nigdy mogła oddać zaciągniętego długu. Nie była bowiem mężatką. Tak jakoś życie jej się ułożyło. Może dlatego, że była zbyt cicha, zbyt nieśmiała? Może też dlatego, że zbyt mało zarabiała? Może nie ubierała się dość modnie i krzykliwie? Nie potrafiła zwrócić na siebie niczyjej uwagi, zatrzymać jej dłużej na sobie. Wierzyła, że kiedy spotka wreszcie bratnią duszę, to się rozpoznają nawzajem – i z tą wiarą samotnie dożyła lat czterdziestu z hakiem. Nie było jej łatwo samej. Maleńka pensyjka fizycznej pracownicy resortu oświaty... Ale nie to było najgorsze. Najtrudniej było jej znieść tę niemodną, wyśmiewaną często przez znajomych, jej własną naturę – rodzinną i uczuciową. Bardzo pragnęła być żoną i matką, żyć dla najbliższych, dbać o nich, kochać ich, opiekować się nimi. Tylko nie wiedziała, jak to zrobić, jak inne kobiety to robią, że wychodzą za mąż, i to często po kilka razy w życiu... Jej się nie udało ani razu. Dopóki pracowała w przedszkolu, przynajmniej w namiastce realizowała silną potrzebę macierzyństwa, nadmiernie przywiązując się do dzieci. Zwłaszcza tych „wycofanych”, jak to nazywali psycholodzy – tych nieśmiałych, smutnych, poszturchiwanych przez inne. Takie dzieci odwzajemniały jej uczucia, kochając ją jak dobrą ciocię, garnąc się pod jej ochronne, łagodne skrzydła. Odkąd straciła pracę w przedszkolu, było jej coraz trudniej znosić samotność, a wraz z nią wszelkie codzienne zmartwienia i upokorzenia. Często wspominała z rozrzewnieniem swoich wychowanków; to dodawało jej siły, kiedy musiała przetrwać jakieś trudne chwile, znosić przykrości, lęki o jutro. Pamiętała ich wszystkich, od pierwszego dnia swojej pracy tam, a było to – ile?... – już osiemnaście lat temu! Często liczyła, które z „jej” dzieci ile ma teraz lat... Najstarsze z nich właśnie przeżyły dwudziestą pierwszą wiosnę. Prawie dorośli ludzie! Pamiętała ich wszystkich, ale nigdy ten pierwszy dzień pracy w przedszkolu nie przesunął się przed jej oczami tak wyraźnie, jak miało się to stać za chwilę. Tłok w barze rósł, kelnerzy i kucharze zwijali się jak w ukropie, w kuchni co chwila coś spadało na podłogę, coś się tłukło, ktoś na kogoś wpadał, ktoś rzucał przekleństwo, ktoś inny mówił: „przepraszam”. Na sali pozostał już ostatni wolny stolik, właśnie w jej rewirze. Nie na długo; kiedy niosła komuś jajecznicę, do baru weszli dwaj młodzi chłopcy i zajęli wolne miejsca. Mijając ich spojrzała kątem oka – zdawali jej się jacyś tacy znajomi. Wracając do bufetu przyjrzała się im lepiej: ależ tak, to byli oni! Jej chłopcy z przedszkola! Tak, na pewno: te same oczy, nosy, usta, te same spojrzenia – jedno zawadiackie, filuterne, a drugie zamyślone, nieobecne, trochę smutne. Spojrzała jeszcze raz zza bufetu: tak, nie ulegało wątpliwości! Serce jej biło radośnie i mocno, po prostu dudniło, aż się bała, że szef usłyszy i wyjdzie z kantorka, żeby ściągnąć ją z obłoków na ziemię. Pomyślała, że zanim podejdzie do nich po zamówienie, sama przygotuje im coś dobrego, tak jak kiedyś, w przedszkolu. Zrobi im niespodziankę. Ciekawe, czy ją od razu poznają? Pokrajała maszynką do wędliny kawałek dopiero co przywiezionej szynki, wzięła dwa talerze, położyła na nich po trzy plastry, a potem na mniejszych talerzykach umieściła duże kawałki pachnącej, świeżo upieczonej szarlotki – „przysmak firmy”. Szarlotka będzie za darmo, od niej, na koszt firmy, a szynka... no, zobaczymy, pewnie i tak by ją zamówili, bo jest pierwszorzędna i w tej chwili rozpakowana. Jeszcze bułki... dziś grahamki są najbardziej miękkie. Masło, sztućce, kawa z mlekiem... Szykując śniadanie, wróciła myślami w tamten dzień, który był pierwszym dniem jej pracy w przedszkolu, a jednocześnie dniem, w którym pierwszy raz zobaczyła tego chłopca i pokochała go całym swoim samotnym, macierzyńskim sercem. Zobaczyła wszystko jak na jawie, jak na filmie, lepiej niż na filmie, wszystkie kolory, kształty, ruchy, wszystko słyszała jak wtedy, każde słowo, wszystko po kolei... - Pani Marysiu – mówiła pani Lucyna, wesoła, żwawa nauczycielka - na po śniadaniu będę potrzebowała... Wojtek, postaw ten stół na miejscu! Skaranie z tym dzieciakiem, rozniesie nam przedszkole, zanim dojdzie do zerówki! Proszę mi na po śniadaniu przygotować farby, wodę na każdym stoliku, pędzelki, kartony. A po malowaniu umyje pani stoły, krzesła, podłogę, ściany w pobliżu i upierze pani dzieci. Co pani tak patrzy? Proszę się nie przerażać, wszystkie przez to przeszłyśmy i dałyśmy sobie radę, przedszkole jest dla ludzi, chociaż nie wygląda na to. O, widzi pani tego małego pod ścianą? Znowu płacze. Nie może się przyzwyczaić. Są takie dzieci. Dobrze, że chlipie sobie po cichu, bo niektóre bachory drą się wniebogłosy, mają to po szympansach podobno. A ten to z tych dzieci nadwrażliwych, samotnik, ma tylko jednego kolegę, i to właśnie tego największego urwipołcia, proszę sobie wyobrazić. Niech pani go pocieszy, zagada, pani jest nowa, to zrobi pani na nim nowiutkie wrażenie, powinien zapomnieć, że płacze. Dzieci, idziemy myć ręce! Pamiętamy, że myjemy ręce, a nie rękawy! Maria podeszła do skulonego w kącie chłopczyka o nieobecnych, mokrych oczach. Uśmiechnęła się. Był śliczny. - No, nie płacz już krokodylimi łzami. - Kokodilimi uzami... – powtórzyło dziecko chlipiąc. - Jak się nazywasz? - Mal... Malćsinek Ziającik... - Marcinek Zajączek? Ślicznie! Nie płacz. Przecież w przedszkolu jest wesoło. No nie? - W... esioło... w piśćkolu... - No właśnie – wyjęła chustkę z kieszeni fartuszka chłopczyka i wytarła mu łzy z pucołowatych, piegowatych policzków pod wielkimi, granatowymi, smutnymi oczami w oprawie gęstych, czarnych rzęs. Nigdy nie widziała piękniejszego dziecka. Nigdy żadne dziecko mnie miało tyle wdzięku, delikatności; nie było tak nieśmiałe, cichutkie, samotne, smutne; żadne dziecko dotąd nie potrzebowało nigdy jej opieki. Tak się zaczęła ich wielka miłość. Następnie Lucyna wróciła z łazienki. - Dzieci, siadamy przy stołach, raz, dwa, trzy! Kto jeszcze nie siedzi? Pani Marysiu, tylko niech się pani nie rozpłacze razem z Zającem! Agatka, gdzie twoja łyżka? Natychmiast ją wyjmij z doniczki! Wojtek, jak będziesz bił Grzesia, to zawołam policjanta! - Mój tatuś jest policjantem. - Tak? Pani Marysiu, niech pani weźmie za uszy Wojtka, wrzuci go do klozetu i spuści wodę! Wojtek spłynie do Wisły i będzie święty spokój. - Mój tatuś powiedział, że Wisły nie wolno zanieszyszać! - Umyłeś ręce? To się nie martw o Wisłę! Jedz, bo umrzesz. - Plosie pani, a Dajek mi zjadł zupę i chce mu się wymiotować! - A Kasia to ma węża! - Nie skarżyć, bo pomaluję języki na zielono i będziecie rechotać!... Jakiego węża, Matko Bosko?! - Takiego wielkiego! O, chodzi tam, po stole! - Kaśka! W tej chwili wyrzuć dżdżownicę za okno! Tu, za to okno z trawnikiem, nie na taras pani dyrektor! Tak. A teraz znowu umyj ręce, tylko bez rękawów! Zając, nie płacz, kochanie, jedz, bo umrzesz. - Ja się naziwam... Mal... Malćsinek... Ziającik... Pani Lucyna mrugnęła figlarnie do Marysi, mówiąc raz do dzieci, raz do niej: - Dobrze, Zajączek. (On naprawdę nazywa się Zając. A Wojtek jest Komar). Wojtek Koszmar, nie bij Agaty łyżką! Ani niczym! (Pewnie się zakochał). Wojtuś, z kim się ożenisz? - Z Malcinkiem Zajączkiem. - Jak jeszcze raz uderzysz Agatę, to ja się z tobą ożenię! Zajączek, jedz, jak chcesz być duży. - Ja nie chciem być dużi. - W zasadzie to masz rację. Ale jak nie będziesz jadł, to się zaczniesz zmniejszać. Koszmar, nie obgryzaj paznokci Agacie! - A pani nowa na nas nie krzyczy. - Pani Marysia też zacznie krzyczeć w swoim czasie. Dzieci, kto zjadł, to niech idzie do łazienki, bo potem nie będzie latania! Potem będzie malowanie! Jacek, nie chcesz do łazienki? Ja ci zapowiadam uroczyście, że jak się znowu zlejesz, to ci zawiążę siusiaka na kokardkę! Pani Marysiu, niech pani je, bo pani umrze. - Dobrze – Maria się uśmiechnęła. Powiodła wzrokiem po dziecięcych główkach przy stolikach i trafiła na głębokie, poważne spojrzenie wielkich, granatowych oczu w czarnej oprawie długich, gęstych rzęs; podeszła i pogłaskała rudawe, puchate kędziorki: – Jedz, Zajączku. - Co pani mówiła?! – młody człowiek raptownie odskoczył razem z krzesłem, strącił jej dłoń ze swoich włosów i szeroko otworzył zdumione oczy, wielkie i ciemne niczym głębokie, granatowe jeziora. Uśmiechała się radośnie. Co za spotkanie! Ciekawe, czy już ją zaczynają poznawać? Bo - że ją pamiętają, co do tego nie miała wątpliwości. A więc nadal się przyjaźnią – tyle lat! Muszą już być dla siebie jak bracia. No tak, przecież mieszkają w jednym bloku. Pochyliła się nad nimi i konspiracyjnie zniżyła głos niemal do szeptu, żeby inni goście nie słyszeli: - Przygotowałam wam kanapki z najświeższą szynką. Inni kończą jeszcze wczorajszą – mrugnęła porozumiewawczo - I przyniosłam przepyszne ciasto. Najlepsza szarlotka pod słońcem! Ale ćśśś... to tajemnica. - Nie prosiliśmy o świeżą wędlinę – drugi, wysoki chłopak przybrał wojowniczy ton – Czego pani od niego chce? - Dzieciaki! – roześmiała się – rośniecie na ślicznych kawalerów! Panny pewnie oglądają się za wami? - Nie pani sprawa! – wstał gwałtownie; kilka osób umilkło i spojrzało w ich stronę. Zrobiło jej się przykro i nieswojo, ale jeszcze próbowała się śmiać: - Siadaj, Koszmarek, nie gorączkuj się! – chwyciła go łagodnie za ramię, ale je wyrwał i zawołał: - Proszę mnie nie dotykać! Marcin, idziemy, odjazd! Ta starsza pani próbuje cię poderwać! – obwieścił, a cała knajpa już przyglądała się jej z milczeniem pełnym zgorszenia. Obaj wstali i szybkim krokiem skierowali się ku wyjściu. Przez chwilę stała nieruchomo z zastygłym, idiotycznym uśmiechem. Kiedy już byli w drzwiach, odzyskała głos i krzyknęła ochryple: - Marcin Zając, Wojtek Komar! Nie pamiętacie mnie? Znamy się z przedszkola! Marcin znieruchomiał w pół kroku, zaś Wojtek roześmiał się szyderczo: - A nie z domu starców raczej?! Ale natychmiast spoważniał i zapytał podejrzliwie: - Skąd pani zna nasze nazwiska? Można wiedzieć? Tymczasem Marcin powoli się odwrócił i przez moment popatrzył na nią, ale natychmiast odwrócił wzrok, uciekając przed jej oczami, i spuścił głowę. - Byłam pomocnicą nauczycielki w przedszkolu, tam, gdzie chodziliście. To ja, pani Marysia. Nie pamiętacie? Podawałam wam jedzenie, zmywałam, sprzątałam, myłam stoły, szykowałam wszystko potrzebne na zajęcia, sprzątałam, myłam, rozkładałam leżaki, myłam wam ręce... rękawy, jak mówiła pani Lucyna – zaśmiała się cicho – Jakieś... jakieś piętnaście lat temu. Kiedy odchodziliście, dałam Marcinowi na pamiątkę gumowego krokodyla, żeby już nigdy nie płakał, żeby teraz już krokodyl płakał za niego, bo w szkole nie można płakać, bo inne chłopaki się śmieją z beksy, pamiętasz, Marcin? Tak się umówiliśmy! Znów rzucił krótkie spojrzenie spode łba i natychmiast utkwił wzrok w podłodze; pyzate (do tej pory) policzki zaczęły nabierać purpurowego odcienia. Nie odzywał się. Teraz goście baru wlepili oczy w niego. Za to Wojtek nie dał się zbić z tropu: - I co? Mamy uwierzyć w pani matczyną serdeczność, tak? Jasne, jasne, sentymenty po tylu latach, tak? Pewnie panią wyrzucili za... kochanie dzieci! – zaśmiał się obleśnie i zwrócił do „widowni” – Wiecie, czym się różni pedagog od pedofila? Pedofil naprawdę kocha dzieci! Kilka osób cicho zachichotało. - Tutaj mamy, zdaje się, dwa w jednym! – ciągnął rozochocony tym chłopak - Chodź, Marcin, odjazd! Nie wniesiemy skargi za próbę molestowania, nie jesteśmy kable, ale więcej tu nasza noga nie postanie! – energicznie wypchnął zesztywniałego przyjaciela na ulicę i wyszedł za nim, trzaskając drzwiami. „Publiczność” wpatrywała się w nią znowu, czekając w napiętym milczeniu na zakończenie przedstawienia. Znów przez chwilę nie mogła się poruszyć; patrzyła na drzwi oczami, w których zastygło bolesne, zdumione pytanie: „Dlaczego?” Potem wolno, drżącymi rękami wzięła ze stołu talerze z kanapkami i szarlotką, i nie patrząc na nikogo, ruszyła w kierunku zaplecza. Tuż przed wyjściem nagle wszystko rozmazało jej się we mgle, a po piekących policzkach popłynęły gorące strużki, które poparzyły jej oczy; przyspieszyła i prawie wybiegła, uderzywszy się o framugę. Na sali jeszcze przez chwilę trwała cisza, a potem wszyscy powrócili do spożywania swoich śniadań i do przerwanych rozmów. Nikt nie komentował zajścia, z wyjątkiem jakiegoś szczerbatego, około sześćdziesięcioletniego robotnika w brudnej koszuli, który głośno mówił jakby do siebie, kończąc kanapkę z serem: - Ja ją znam, co dzień tu jestem i gadam z obsługą. To stara panna. Teraz wiadomo, dlaczego: dojrzali faceci jej nie podchodzą. Za starzy, kurka. Pełno teraz pedofili w przedszkolach, w szkołach; wiadomo, kto idzie na nauczycieli - za takie pensje?! - no to muszą chyba z czystej miłości do dzieci, kurka! Ale i nie tylko tam. Ciągle słychać gdzieś o pedałach. Wszędzie. Bo im teraz wszystko wolno, chcą równych praw, paradują, chcą adoptować dzieci, kurka! Ja bym im dał dzieci, skurkowańcom! Idę do roboty – wstał – i więcej tu też nie przyjdę. Ja nie chodzę do pedalskich knajp! – zakończył z dumą, przekraczając drzwi. -
Witam Oxywio i miło mi, że się zatrzymałaś:))Serdecznie pozdrawiam i nie mogę się doczekać!!! Wiosna już idzie!!! Ewa. Idzie, idzie! Ja też! Ale nasza miła koleżanka chora... :-( Poczekajmy, aż wyzdrowieje. A almanachy mam dla Was odłożone.
-
Jeśli się ma krzepę - kogokolwiek :) Cukierek pasuje faktycznie do uśmiechu dziecka najbardziej, ale nie tylko. Na pytanie: kogo można przenosić przez kałuże, odpowiedzieć mogę, że też zależy kto kogo przenosi. Krzepa jak najbardziej jest pomocna. Kiedyś, się śpiewało: "spójrz jaki śnieg, jaki śnieg, moja miła, ja cię przez zaspy przeniosę na rękach...", ale jak by co, to i ja bym go też, przez te zaspy i kałuże niosła, może nie na rękach, raczej na plecach; "na barana". Podobno już cukier nie krzepi! Z uśmiechem - baba Ale dla mnie ten uśmiech jak cukierek i noszenie na rękach jest o dziecku. I już. :-) I o dziecku ten wiersz bardzo mi się podoba.
-
W zdaniu: "To tam" zaimkiem wskazującym jest "to" czy "tam" (to tak w kwestii zaimka wskazującego)? (ja też się uśmiecham, ale samego mnie "to" zastanawia ;) W zdaniu : "To tam" zaimkiem wskazującym jest "tam", a podkreślającym (wzmacniającym) jest "to". Wyraz "to" pełni tu taką samą rolę, jak wykrzyknik czy partykuła - nie wnosi nowego znaczenia, a tylko podkreśla treść innego słowa.
-
Babo Izo, no to strasznie się cieszę! Zaraz powtórzę grupie! Małgosi (naszej graficzce) już przeczytałam Twoją opinię i ona oczywiście też jest cała szczęśliwa. :-) Pozdrawiam najserdeczniej.
-
OK, nie ma sprawy, już się uśmiecham sympatycznie, o: :-)
-
Pozdrawiam serdecznie. Oxy. Telefon zburzył ciszę nastrój to, co masz cały czas w domyśle tekstu. Można by napisać telefon wyrwał ....ale ten telefon tu burzy swoją rzeczywistością Prawdziwa Belferzyca ale dzięki za interpunkcję pozdrawiam Jacek No to może być tak: Telefon zburzył ciszę i spytał: "Przepraszam, zakład... pogrzebowy?" Nie musi być tak, jak proponuję, ale tak, jak jest teraz, naprawdę nie jest zręcznie i psuje Ci to piękny wiersz. Akurat w płońcie. Wielka szkoda. Buziaki. :-)
-
Moja wypowiedź, którą zacytowałeś, jest skierowana do Michała, bo to on kazał mi się wytłumaczyć z mojej opinii. Wiem, że Ty mnie nie atakujesz za moje odczucia. :-)
-
Nic mnie tak nie wkurza, jak uśmieszek pobłażliwości w kącie ust!... Bardzo podoba mi się wiersz. Pozdrawiam ciepło.
-
Odpowiem, ale od razu uprzedzam, że nie zamierzam wdawać się w żadne dyskusje. Wyrażam swoje zdanie, a Ty możesz oczywiście pozostać przy swoim, nie narzucając mi go. Zaimek ma znaczenie wtedy, kiedy można pod niego podstawić jakieś konkretne znaczenie - jakieś inne słowo. A jakie słowo można podstawić tutaj? Inaczej mówiąc: co ten zaimek zastępuje? Zaimek może też pełnić rolę wskazującą ("właśnie to, a nie co innego") - ale nie widzę, żeby tu ją pełnił, bo nie ma w wierszu innego zera, tylko zero atmosfer. Może także pełnić rolę podkreślenia, uwypuklenia jakiejś treści ("znudziło mi się to czekanie"). Ale i tej funkcji tu nie pełni, przynajmniej ja nie widzę takiego znaczenia.
-
Cukierek uśmiechu pasuje, bo wiersz jest (chyba) o dziecku? - bo kogo można przenosić przez kałuże? Piękny wiersz, rzeczywiście. Bardzo mnie wzruszył. Tylko trudno się czyta: "przez szkliste" - może tylko to by jakoś nieco przebudować? Pozdrawiam serdecznie.
-
Od czasu jak Hemar napisał wiersz wiele się zmieniło - wielu idiotów, kretynów i mądrali przybyło, bardzo wielu. Szaleją, znajdując się przy władzy i hardzieją z każdą dekadą. Mam nadzieję, że wytrzymamy! Nie jesteśmy bez winy. Każdy naród ma takie lity, jakie sobie wyhodował.
-
Ale nie jest Ci przykro, mam nadzieję? Ja jestem czepliwa, jak wiesz. Natomiast naprawdę widzę też zalety wiersza. Dobre wyrażenie tego, że życie dla siebie jest nic niewarte.
-
Ja oczywiście mam trochę uwag, jak zwykle. porzucić starość raz na zawsze uciec przed każdym wieku cieniem zmienić być może w wszystko jasne a potem wszystko w nic nie zmienię Czy nie lepiej byłoby tak?: porzucić starość raz na zawsze uciec przed każdym wieku cieniem zmienić być może wszystko w jasne a potem wszystko w nic się zmieni I dalej: dokoła to zero atmosfer a w nich nieznośna lekkość bytu za którą jutro mały chłopiec zaciągnie czapkę na krzyżyku W pierwszym wersie duże zaburzenie rytmu, w dodatku wyraz "to" nic nie oznacza, całe zdanie jest zresztą niejasne - zmieniłabym je na pewno. Może tak: ciśnienie zero ma atmosfer to ta nieznośna lekkość bytu za którą jutro mały chłopiec zaciągnie czapkę na krzyżyku Nie rozumiem też, co to znaczy "zaciągnąć czapkę na krzyżyku"? Ogólnie rozumiem, że ganisz brak religijności i poczucia wyższych wartości, życie bez miłości, dla siebie samych, egoistyczne, lekkie, konsumpcyjne - istnienia nikomu niepotrzebne, same dla siebie. Popieram wymowę wiersza jak najbardziej. Wiele fragmentów jest mocnych i dobrych. Ale niektóre szczegóły są niejasne dla mnie. Jaki mały chłopiec i co z tą czapką?... I te "trzy sylaby pani, która już miała zostać świętą" - o kim to? Nie rozumiem.
-
Bardzo podoba mi się Twój wiersz, uwielbiam taki balladowo-baśniowy styl. Ale nie byłabym sobą, gdybym sie nie czepmęła drobnych błędów (lecz jednak błędów): Pozdrawiam serdecznie. Oxy.
-
O, wiersz, który czytałam juz kiedyś pod moim wierszem o kretynie! :-))) W takim razie wkleję tu link, który tam mi pokazano, bo i tu pasuje: [url]www.polskiinternet.com/polski/sztuka/hemarm.htm[/url] Pozdrawiam serdecznie!
-
Oxyvio! Tak. Wiersz ma właśnie taki nastrój, ale zaprawiony czymś jeszcze w sensie pozytywnym. A te wersy? Nie widzę tu nic bulwersującego (przynajmniej ja). Węzeł na karku to nic innego niż długie włosy związane w kok z tyłu głowy (już mało kto tak się czesze), podtrzymywane przez "powtykane po bokach" grzebienie (takie specjalne) - wyczesują doby - sorry, ale ta metafora nie kojarzy mi się z wszami;) Twoje skojarzenie spowodowało, że mimo woli się uśmiechnęłam - wszy w moim wierszu:) Dziękuję :) Serdecznie pozdrawiam. No ale mi się tak kojarzy to wyczesywanie, i nic z tym zrobić nie mogę. Kiedyś wszy wyczesywało się z włosów gęstymi grzebieniami. Pamiętam te czasy. :-) Pozdrawiam również serdecznie.
-
Witaj, Wałodzia! Dziękuję za miły koment. Ja też się cieszę, że Cię widzę. Wyobraź sobie, że i ja właśnie niedawno wróciłam tu po dwóch latach! :-)
-
Błękitny Mauritius
Oxyvia odpowiedział(a) na Baba_Izba utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Ja też tak robię - jeśli poprawiam, to po jakimś czasie, kiedy się "uleży". Magda napisała, że ten wers jest po prostu jednoznaczny - dokładnie tak, właśnie jak w opisie naukowym. Może by go trochę uwieloznacznić czy odjednoznacznić? - o to mi właśnie biega. Ja też ściskam. Oxy. -
Ładny wiersz i trochę melancholijny, jak wszelkie myśli o przemijaniu. Ale nie podobają mi się te wersy: i węzeł spopielał na karku zmęczone grzebienie wyczesują doby Węzeł na karku? I to spopielał? Kojarzy mi się to z garbem. A wyczesywanie czegoś - z wszami (przepraszam, ale naprawdę, i nic na to nie poradzę). Reszta wiersza jest w porządku.
-
O! A w której Bibliotece pracuje twoja Ciocia?
-
Bardzo ciekawy wiersz. Są świetne momenty, choć całość dla mnie trochę niejasna, za bardzo zagmatwana, brak wyraźnej linii, myśli, "kręgosłupa". Ale jest atmosfera, nastrój. Błędy też są: "odbija od dna się ruchoma" - odbija się od dna ruchoma "zanurzam się w nie zwykłym brzasku" - w niezwykłym (łącznie) A najlepsze momenty to dla mnie te: "szalone są odległe gwiazdy co się zgodziły zostać tłem odważnych każdych wiecznie ważnych godzących się na zło ze złem [...] i tylko jego defekt mowy winny milczenia supernowej [...] gdy moja przyszłość bez widoku tęskni za drugim kija końcem" Pozdrawiam. Oxy.
-
Będę Szekspirem! Jestem pierwszy! Rezerwuję sobie prawo do
Oxyvia odpowiedział(a) na Almare utwór w Forum dyskusyjne - ogólne
To są cele poboczne-taktyczne, które realizować będą nawiedzone feministki, bo ktoś realizować je musi. Zauważ, jeżeli jest odpowiednik żeński w określeniu zawodu np. stewardesa, to dlaczego ma być opiekun lotu. Cel strategiczny, to język bezpłciowy. W dokumentach ślubu cywilnego, w Hiszpanii, już nie ma żony, męża lecz partnerzy (!). Cóż, Orwell nie wykazał się wyjątkową wyobraźnią; są lepsi i to nie jest fikcja literacka.:) Taaa... Ludzka wyobraźnia nie ma granic, ;-) Ale nie przejmowałabym się tak bardzo. Mam wrażenie, że to jest przejaw pewnego zagalopowania się w działaniach emancypacyjnych. Wiesz, przez kilka tysięcy lat kobiety były drastycznie spychane w cień, więc teraz przegina się w drugą stronę - to ludzkie. Teraz wszystko, co kobiece i wyróżniające kobiety, niektórym się wydaje automatycznie poniżaniem. Musi trochę wody upłynąć (kilka pokoleń), zanim ludzie wyjdą z traumy. Ale wyjdą. Tak myślę. -
Dzięki, cieszę się ogromnie! Hej hej! :-)
-
Bardzo się cieszę, że mogłam się na coś przydać. Pozdrawiam serdecznie. Oxy. :-)