-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Myszodziadek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Dzięki:)→No ba→:)→Pozdrawiam:)→?~~~~~* -
{Prolog} Za siedmioma górami, za ośmioma rzekami i za jednym fotelem fryzjerskim, leży miasteczko: Lochaluba. Nazwę zmieniono na właśnie taką, z uwagi na wydarzenia, które miały tam miejsce. * Mieszkańców budzą nieokreślone odgłosy dobiegające zewsząd. Niektórzy dochodzą do siebie natychmiast, inni zaś etapami, otwierając po jednym oku, by w końcu spojrzeć wszystkimi dwoma. Na domiar złego, całość obudzonych myśli podobnie: co za cholera budzi nas w środku nocy? Co prawda, jest południe i słoneczko już zapomniało, że wykuknęło z pościeli horyzontu, ale dla wnerwionych to wczesna godzina, gdyż lubią dłużej pospać. Okiennice otwierają się prawie równocześnie i z każdej natychmiast wystaje głowa, gdyż ludzie zaspani, też bywają ciekawi. Tym bardziej że pragną powrzeszczeć, na przyczynę ich wstawania o tak wczesnym świcie. Nagle zdają sobie sprawę, że owe dźwięki, to wrzaski rozpaczy a, i szloch między nimi słychać. Wszystkie głowy kierują swe spojrzenie, w jedną stronę, gdzie znajduje się Siedziba Golibrody, Fryzjera Brzytewki. Zakładają odzienie – gdyż bieganie na golasa po kocich łbach, może być niebezpieczne – i pospiesznie udają się do wspomnianego przybytku. Im są bliżej, tym zawodzenie jest głośniejsze i bardziej przyziemne. Niektórzy miarkują, że Brzytewka poślizgnął się na własnych łzach. * Jestem miejscową Czarownicą, przydzieloną do tego miasteczka. Utrapienie z tymi mieszkańcami. Wciąż pragną jakichś zaklęć. A ja mam inne zmartwienie na głowie. Zakochałam się we Fryzjerze. Nie zbywa mu na rozumie, ale uczucie nie sługa. Podąża swoją drogą, prosto do jego serca. Tylko że on bezczelnie ma już żonę. Nic nie wie o moim uczuciu, którym do niego pałam, całą sobą. Mam pewien plan. Szkopuł w tym, że Wielki Czarownik jest skąpy. Obdarował mnie tylko jedną możliwością na rok. Chodzi o zamianę, czegoś w coś. Inne lafiryndy dostały więcej. Domyślam się dlaczego. Pielęgnują jego Magiczną Rózgę. Nawet wiem, w jaki sposób, ale nie powiem, bo prawa ze mnie czarownica. Chociaż Fryzjerowi, to ja bym nawet... ech... No właśnie. Wspomniałam o planie. Czas na realizację. * Otwierają drzwi. Widok, którego doświadczają, nie napawa optymizmem. Fryzjer siedzi na fotelu (nie na podłodze) i faktycznie szlocha dużymi łzami, co by nie było takie straszne. Tylko że on trzyma brzytwę, z widocznym zacięciem w oczach. Dobrze chociaż, że przy swoim gardle, mamrocząc przez słoną wodę w oczach, że za chwilę się poderżnie. Zakończy to bezsensowne życie? Z tej niedoszłej krwawej przyczyny, dochodzi do początku wymiany zdań: — Człowieku! Tyś głupi? Brzytwę chcesz stępić, na tępej skórze? Narzędzie pracy. Popatrz na nas, fajnie zarośniętych. Nie pójdziesz na bezrobocie. Twoja rozpacz jest bezzasadna. Oddaj narzędzie zbrodni. — Co ty do niego gadasz? Jakie narzędzie zbrodni? Poczekajmy chwilę... — Nie żartujcie sobie ze mnie – charczy fryzjer – mnie wielkie nieszczęście spotkało. — Przecie piana z ust ci nie wycieka... — Zamknij się. On nie jest wściekły, tylko wewnętrznie struty. Gadaj Brzytewka, o co chodzi. A w ogóle, gdzie masz żonę? Przeważnie tu była. — Uciekła do lasu. Rozumiecie? — Poszła na grzyby? — No dobra. Odkładam ostrze, bo widzę, że się o mnie troszczycie. Posłuchajcie o nieszczęściu. — Twoim? — Przecież mówię. — W porządku. Chcieliśmy się upewnić. — Dajcie mi mówić! — Mordy w kubeł. Słuchamy. — On nie ma kubłów. Zaledwie naczynko na piankę. — Cicho! Wysłuchajmy go wreszcie! * Do żabich bobków i pajęczych skrzydeł... może źle zrobiłam. Wiadomo, jędza ze mnie... tylko żeby aż taka. Skoro kocham go przeraźliwie, to dlaczego sprowadziłam na niego nieszczęście. Już nie wspomnę o warunkach, co to wszystko cofnie. Żeby chociaż miał więcej rozumu. A jeżeli zgrywa głupiego? Jeżeli udaje, to jeszcze pół biedy. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że jego brzytwa ma bardziej wyostrzone krawędzie zmysłów. Co ja pierdzielę? To chyba od tej niespełnionej miłości, wiecheć miotły w mózgu miesza. Tak czy siak, wredne ze mnie babsko, choć zakochane, po sam czubek czarów. * — Trudno mi o tym gadać. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem. Siedzimy sobie z żoną, ja na fotelu a ona na mnie. Mieszam za nią po omacku pianę, bo mi jej ciało zasłania, aż tu nagle wchodzi nasza Czarownica. Widzę w jej oczach dziwne błyski. Żona zeskakuje z fotela i wali ją po gębie. Jakby coś przeczuwała. Jędza patrzy na mnie i wyznaje miłość. Pytam, czy ta miłość mnie dotyczy, bo jakby co, to ja już mam żonę, o czym przed chwilą miała okazję się przekonać. Potakuje, że mnie dotyczy i że mnie pragnie. Żona znowu ją wali po pysku, ale ona ją unieruchamia na lampie. Teraz wisi i tylko fika nogami ze złości. Czarownica do mnie podchodzi i całuje mnie w usta. Zalatuje sraczką dżdżownicy i czymś jeszcze. Szepce do mnie: ''tyś mój''. Ja odpowiadam: a gówno twój, takiego wała. A ona rzecze: ''skoro tak, to spójrz, co zrobię'' Spojrzałem. * Jestem Czarownicą od zarania dziejów, ale na taki zdumiony i smutny wzrok, drugi raz w swoim życiu spozierać nie chcę. Gdy było po sprawie, od razu pożałowałam mego haniebnego czynu. W końcu jego żona nie domaga na zdrowiu, to kto wie... może zostanie i tak wolnym wdowcem na wydaniu. Kurdę, znowu zaczynam myśleć jak egoistycznie pokręcona. Musiałam na poczekaniu ustanowić warunki, co wrócą żonę do poprzedniego stanu. Dlatego wyszło, jak wyszło. * Spojrzałem i zobaczyłem. Dziką świnię. Lochę konkretnie. Moją ukochaną żonę. Od razu spadła z lampy, gdyż jej waga dramatycznie wzrosła. Stała na mnie i się patrzyła, a ja siedziałem na fotelu i słowa rzec nie mogłem. Aż w końcu wrzasnąłem: – Coś ty zrobiła mojej żonie? Odczaruj natychmiast, w te zasrane pędy, bo w gębę brzytwą przywalę, rozcinając w międzyczasie powietrze przed tobą... a co one winne? No co tak patrzysz... o cholera... ty płaczesz. Umiesz? Dlaczego to zrobiłaś? Gadaj! Och ty niedobra! — Kocham ciebie nad życie a skoro tak, to dlaczego cię udręczyłam sowicie? — No właśnie. I czemu rymujesz? Durnowata jesteś? — Głupiś. Czar nie bardzo jeszcze działa. Lepiej otwórzmy drzwi, to ucieknie. Może nas zaatakować, jak już się stanie naprawdę świnią. — To jeszcze nią nie jest? Chyba wiem, co widzę? — Psychicznie jeszcze nie, lecz za chwilę będzie. — Cholera, zaczyna warczeć? — Raczej chrząkać jak już. — To moja ukochana żona. Wcale niepodobna. — Dopiero teraz zauważyłeś? — Rusza się coraz bardziej. Złowrogo spogląda. Otwieram drzwi. — Niepotrzebnie. Uciekła przez okno wystawowe. Szklarz będzie potrzebny. — Szklarz? Raczej psychiatra. I do mnie i dla ciebie. ~ — Odpocznij sobie. Mniej więcej się orientujemy, co zaszło. Twoja żona uciekła do lasu. — No chyba. Nie chcę odpoczywać. Posłuchajcie, co było dalej. Jest nadzieja. Jak mi pomożecie. Pomożecie? — Pomożemy! ~ — Posłuchaj mnie uważnie. Jam żałuję, tego com zrobiła. Ale istnieje szansa, że twoja żona powróci do stanu poprzedniego. — Byle bez racic. Tego bym nie przeżył. — Jeżeli wszystko pójdzie jak trzeba, to znaczy jak spełnisz warunki, to będzie dokładnie taka, jak poprzednio. — A nie można by ją przy okazji trochę... wyładnić... odmłodzić... ulepszyć... seksualnie pobudzić... — Nie!!! Słuchaj, co powiem. ~ — No tak. Dać komuś dłoń, to zaraz chce całą rękę. Jak mogłeś? Gdy się ważyły losy twojej luby. — Jego: Lochaluby. — Ale śmieszne. Wiem, dałem plamę. To przez stres. — Przez stres? A może przez co innego? — Zamknijcie się. Teraz będzie najważniejsze. Liczę na waszą pomoc. — Jesteśmy do dyspozycji. ~ — Musisz spełnić dwa warunki, by odzyskać żonę. — Aż dwa? A nie można jednego? — Wtedy do połowy będzie nadal świnią. — Której połowy? Bo tak sobie myślę... — Ty lepiej za dużo nie myśl, tylko słuchaj. — Dobra. Już milczę. — Warunek pierwszy. Musisz ją uczesać na fotelu, na którym siedzisz. — Tu nie ma miejsca. — Jak zejdziesz, to będzie. — Rozumiem. Ale chwila... to, po co daliśmy jej uciec. — Żeby się wyszalała w lesie, a nie tutaj. — A drugi warunek? — W samo południe, lub coś koło tego, musicie stanąć na ulicy, naprzeciwko siebie... — Mam się pojedynkować z dziką świnią. A jak mnie zastrzeli? Albo ja ją? — Głupiś czy co? Gdy ona podejdzie do ciebie, na dwóch łapach... to wtedy odzyska swoje ciało. — Dobre i to. Jak to: podejdzie? Nie widziałem lochy, chodzącej na dwóch. — Wielki czas, żebyś ujrzał. * Wielu mieszkańców pospiesza do lasu. Ciągną za sobą znaczny wózek. Na przodzie biegnie Fryzjer Brzytewka. On ją najszybciej rozpozna. To w końcu jego żona. Za pewnie jakieś szczegóły w niej pozostały, tylko jemu znane. Nagle zmartwionemu mężowi się przypomina, że locha miała żółtą kokardkę na głowie. Widocznie czar zadziałał na 99%. Będzie można łatwiej rozpoznać, gdyby się okazało, że jest ich więcej. Faktycznie. Jest łatwiej rozpoznać. Nie ona jedna biega po lesie. Po wielu zawiłościach i nie trafieniach na tą co trzeba, w końcu udaję się ją złapać, narzucając na żonę pokaźną siatkę. Transport przebiega w miarę bez zakłóceń. W końcu osiągają cel. — Trzymaj ją, do cholery! Wierci się jak dzika świnia. — Spogląda na mnie groźnie. — Kładźmy ją na fotel... a ty Brzytewka, zacznij ją czesać. — Grzebień stępię. — Nie marudź. Chcesz odzyskać żonę, czy nie? — Jak długo mam czesać. Trudno cholernie. Wierci się jak diabli, a szczecina twarda. Smyka się. — Przywiążmy ją. — Czym? — Czym się da. Będzie potrzebna do drugiego warunku... o kuźwa, co się dzieje? — Niech to licho... górna połowa jest... żoną.... a dolna jeszcze... dziką świnią. — Kurdę a ja miałem nadzieję, że będzie odwrotnie. — Ej ty... fryzjer... tobie na łeb padło od tego wszystkiego. O drugim warunku pomyślmy. — Ona nic nie mówi. — Głupiś! W szoku jest. Ale może kapuje, co jest grane. Wytłumacz jej drugi warunek. — Posłuchaj złotko. Wyjdziemy grzecznie na ulicę, ty podejdziesz do mnie na dwóch ła... nogach i sprawa załatwiona. Będziesz taka jak... poprzednio. Pokiwaj ry... głową, że rozumiesz. — O kurdę! Pokiwała... ale coś tam mruczy... jakby... o perłach. — Cholera wiem. Mamy rozwiesić nad nią perły, to wtedy pójdzie na dwóch do przodu, zbierając skrzętnie na naszyjnik. Zawsze o takim marzyła. Ale skąd je wziąć? — Ona nie wieprz, tylko dzik. — Cicho tam. Jedno i drugie prawie to samo. Podaruje sąsiadce swoje. Niech stracę. Tak miło obgaduje innych. Bez złośliwości, jeno z ciekawości. To wyjątkowa sytuacja. Trza pomóc w biedzie. W samo południe, Dzikożona i Fryzjer stoją na ulicy między szpalerem ciekawskich mieszkańców, pod końcami rozwieszonego sznurka, na którym dyndają perły. Luba do odczarowania trochę bardziej jarzy, o co w tym chodzi, ale nie na tyle, żeby ją martwił widok nóg oraz ich górnego zwieńczenia. Z wielkim wysiłkiem podnosi się do pozycji pionowej i zaczyna zbierać perły, idąc wzdłuż pod linką. Gdy dotyka swym ciałem Fryzjera, zamienia się ponownie w rodowitą żonę. Dokładnie taką samą jak była. Wiwatów nie ma końca. Hulanek i swawoli też. Nie pamięta czegokolwiek z okresu dzikiej świni. A nawet się dziwi, skąd nagle stoi na ulicy. Przecież siedziała mężowi na kolanach, gdy wiercił w pianie, zamiast... nieważne. * Mieszkańców budzą nieokreślone odgłosy dobiegające zewsząd. Niektórzy dochodzą do siebie natychmiast, inny zaś etapami, otwierając po jednym oku, by w końcu spojrzeć wszystkimi dwoma. Po jakimś czasie, wielu z nich znajduje się w zakładzie Fryzjera z Lochaluby. Tłumaczy im, że usłyszał głos Wielkiego Czarownika, który zaproponował: kompromis. Stąd te odgłosy rozkoszy, smutku i czegoś tam jeszcze. Tak przynajmniej domniema. — Teraz nic nie słyszymy. — Bo odłożyłem na bok. — W takim razie, nie rozumiemy, o co chodzi. — To bardzo proste. W.C. zamienił Czarownicę w skórzany pasek do ostrzenia brzytwy, z zachowaniem pełnej świadomości, ego... i tego typu głupot. Gdy pocieram, to słychać... to, co słychać. Jest ze mną. W końcu o tym marzyła. — Jak będziesz za często pocierał, to ci po gołej dupie tym paskiem przywalę - dodaje Luba.
-
@Wieszcz Doslowny Dzięki:)→Postaram się odbyć, ową podróż po matematyki łanach, od samego rana. Poza geologię, też mogę:)→Pozdrawiam:)
-
??????? na leśnej polanie gdzie mieszkają myszy leży sobie dziadek co już ledwo dyszy usnął sobie dziadzio ma on sny urocze ciało jego słabe lecz duchy ochocze śpi sobie cichutko smacznie i spokojnie jakby tutaj leżał poległy na wojnie mówi mysz do myszy co za dobry człowiek jest naszym łóżeczkiem nawet kot to powie pierwsza śpi w rękawie druga hyc w nogawkę trzecia na rydelku czwarta wącha trawkę burza się zaczyna pioruny gdzieś walą śpij dziadku spokojnie myszy cię ocalą widząc dziadek we śnie swoją ślubną starą budzi się szybciutko by nie zostać z marą całkiem rozbudzony chyba on się cieszy ujrzał swoją gwiazdę co do niego spieszy przyszła jego żonka z domku uroczego capła go za chachły do łoża swojego chałupa truchleje wioska lamentuje to luba z dziadziusia gości wydłubuje goście się wnerwiły każdy wam to powie poszły pod spódnicę i tam siedzą sobie * kiedy dziadek umarł jechał sobie w ciszy a za jego trumną BIEGŁO STADO MYSZY ? ? ? ? ? ? ? ?
-
trójkąty sześciany przybory potrzebne dwie bo muszą równoległe jeszcze jestem biegnę ołówek ekierka słuszną linie wykreśla a temperówka gdy myśli wcale nie powiem pomaga ostrzy zmysły nadzieją amen lecz cóż cyrkle kartkę wciąż dziurawią a gumki ? tak wiem pamiętam w końcu sru i wymażą * lecz póki co myśli zaprząta trysekcja dowolnego kąta * nic dziwnego jestem kołem o polu danym durnym idiotą! szukam kwadratu o polu tożsamym
-
Panna Szkieleciara
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Andrzej_Wojnowski Dzięki:)→Faktycznie. Czasami się za bardzo rozpędzę, jak już zacznę. Dlatego kiedyś, zacząłem pisać→drabble i dribble:)) ↔Pozdrawiam:) -
[Prolog] Kłos pszenicy w żaden sposób nie może zatrzymać kropli krwi, która snuje się w dół, ku nasiąkniętej czerwienią ziemi. Setki innych ma ten sam problem. Nieliczne modraki zatraciły swoją barwę. Szaro szkarłatna mysz ucieka w popłochu do swojej norki. To akurat miejsce, dostało się pod gęsty strumień z przepołowionego ciała. Wiele kłosów przygiętych i zniszczonych metalowymi szczątkami, już nigdy nie powstanie ku słońcu. Urwana głowa, jakby spała wśród złocistych, pachnących zbóż. Te akurat jeszcze stoją, niczym białe brzozy przy grobie. Wszystko wokół ucichło, w snującym się dymie i zapachu palących się ciał. Martwe oczy nie mogą uwierzyć w to, co nie widzą. * Tej wiosny łąka wygląda wyjątkowo prześlicznie. Różnorodność kwiatów wszelakich barw i przyjemnych zapachów, jest niczym balsam dla zmysłów. Na tle błękitnego sklepienia, skowronek śpiewa radosną pieśń, a białe motyle wyznaczają białe niewinne smugi. Wydeptana ścieżka, zdaje się zapraszać na swoją szarą wstęgę. Wije się w kierunku zachodzącego słońca. Nadaje ono wszystkiemu pomarańczowe ciepłe barwy. Z jednym wyjątkiem. Czeka na niego, by zacząć swoją grę. Ma nadzieję, że nie oprze się sowitej zapłacie. A nawet gdyby, to ma plan: b. Wdzięki swego ciała, jako dodatkową motywację. Te obrazy ciągle ma przed oczami. Nie może przestać o nich myśleć. Przecież powinna dziękować Bogu, że jakimś cudem ocalała. Niestety. Nie dziękuje, gdyż nie może udźwignąć ciężaru pustki, która przytłacza i spycha w kierunku ziemi. Myślała nawet o samobójstwie, ale coś się w niej zmieniło. Na gorsze. Kiedyś potrafiła przebaczać, wszystko wszystkim. Do tej chwili. Do tych kilkunastu sekund, co odebrało tak wiele. Przecież mógł dokładnie wszystko posprawdzać. Nie zrobił tego. A może zrobił, lecz o tym nie wiedziała. Zabił jej ukochane dziecko. Siebie też, ale to akurat ją gówno obchodziło. Zapragnęła zemsty. Dostrzega go z daleka. Idzie w jej kierunku. Rzeczywiście przystojniak. Na żywo wygląda jeszcze bardziej kusząco. Na pewno się nada do planu. Ona sama miała by na niego chętkę, ale cóż... zemsta leży odłogiem. Musi zmienić ten stan. Zdaje sobie sprawę, że będzie musiała trochę poczekać. Może nawet kilka lat. Żeby zaistniało to, dzięki któremu zrealizuje plan. Wie, że córka tego podłego trupa, nie jest niczemu winna. Na dodatek straciła ojca. Na nim już nie może się zemścić. Teraz musi stać się: skuteczną swatką. Ma ciągle przed oczami, zwęglone ciałko, które znaczyło dla niej tak wiele. – Chcesz powiedzieć, że mam się z nią ożenić za sowite wynagrodzenie? – Właśnie. A co ważniejsze, masz ją w sobie rozkochać do szaleństwa. – To akurat nie powinno być trudne. – Nie bądź taki pewien. Ona mi wygląda na inteligentną osobę. Musiałam się bardzo postarać, by zdobyć jej zaufanie. Udało mi się dopiero wtedy, kiedy uratowałam jej życie, w sytuacji, którą sama zaaranżowałam. Uwierzyła mi, że jesteś wporzo gościu. Całkiem nieźle mi wyszło, ale wolę o tym nie mówić z pewnych przyczyn. – Sumienie? A jednak? – No coś ty. Bądź poważny... tylko wiesz... postaraj się, żebym nie musiała czekać latami. – Chyba nie chcesz... – Nie jestem potworem. Jak możesz tak myśleć. – W porządku. Przyda się trochę grosza. – Tylko pamiętaj. Masz ją rozkochać w sobie, lecz czasami bądź bardzo niemiły, a jak się ono pojawi, to udawaj, że bardzo kochasz maleństwo, żeby ona chciała kochać jeszcze bardziej. Rozumiesz? – Szczerze mówiąc nie bardzo. – Dostaniesz odpowiednie napiwki, za takie... różne sztuczki... chyba wiesz, co mam na myśli? Bądź mężczyzną. Potraktuj to jako pracę. Tylko pamiętaj, kto jest twoim pracodawcą. – Oczywiście ty. – I co o tobie wie. – Rozumiem. – Miło mi, że rozumiesz. Drewniana wieża czeka. – Co? – Nic. Głośno myślę. [Po kilku latach] – Ona porwała nasze dziecko. To wszystko przez ciebie łajdaku. Wiedziałeś, że tak będzie. To wasz posrany plan do tego doprowadził. A ja tobie uwierzyłam, gdy mi wszystko opowiedziałeś. – Powiedziałem prawdę. Na początku rzeczywiście, robiłem to dla forsy... ale później, z biegiem lat, zakochałem się w tobie. Na prawdę. Musisz mi uwierzyć. A poza tym zdałem też sobie sprawę, że tak naprawdę, nic na mnie nie miała. Tamtą sprawę już dawno załatwiłem... – Jaką znowu sprawę? – To na prawdę nieistotne. – Ale forsę od niej brałeś. Przyznaj się. – Musiałem. Dla niepoznaki. Mogła by zacząć coś podejrzewać, że przestałem przed tobą grać... – Wiesz co... sądzę, że nadal grasz swoją rolę. Mogłeś tyle lat, to żaden problem dla ciebie. Miłość do dziecka też udawałeś? – Nie udawałem i nie mam zamiaru. Jak możesz tak mówić. Byłem przekonany, że zaniechała planu. – Jak to zaniechała? Skoro ciągle ci płaciła? Wiedziałeś, że chce skrzywdzić... – Nie wiedziałem, co chce zrobić. Zresztą teraz to wszystko nie ważne. Trzeba ratować nasze dziecko. – Moje dziecko! Tylko moje! Zapmiętaj to sobie! – Niech ci będzie, że twoje. To teraz nie istotne. Wiem, gdzie może z nim być. – Gówno wiesz. Trzeba zgłosić na policję. Powiedzieć, że miał na sobie niebieski sweterek... – Tylko nie policja. Jedźmy w to miejsce. – Gdzie? – Na skraj lasu. Tam gdzie twój ojciec zginął w awionetce i jej dziecko. – Skąd wiesz, że to był mój ojciec? – Przecież sama mi powiedziałaś. Dopiero wtedy skojarzyłem, dlaczego to wszystko... a poza tym. – Ona ci nie powiedziała? – Nie. – Skoro mamy jechać, to jedźmy. Musimy ratować nasze dziecko. * Ładne z ciebie dzieciątko. Zobaczysz za chwilę widok z drewnianej wieży. Tam kiedyś, naprzeciwko niej, Twój dziadek zabił moje dziecko. Tylko ja ocalałam. Twojej mamusi musiało być przykro, że straciła tatusia. Strasznie na tym ubolewam. Chyba widzisz, jak mi smutno z tego powodu. Och widzę, że się uśmiechasz. A będziesz jeszcze bardziej, gdy pofruniesz jak mały ptaszek, taki mały samolocik. Szkoda, że twoja mamusia nie będzie tego widzieć. Wierzę jednak, że szybko się o tym dowie. Podniesie cię, a twoje skrzydełka będą zwisać martwe i połamane. No co tak patrzysz. A zresztą spoglądaj na świat. Już niewiele tego spoglądania tobie pozostało. – No widzisz! Miałem racje! Jest tam. Biegnie z nim w kierunku wieży. Pospieszmy się. – Nie zdążymy i tak. Zaczyna wchodzić. Co ona do cholery planuje? Tylko nie to! Zrób coś! – A co mam zrobić. Myślisz, że nas posłucha. Jeszcze bardziej ją wnerwimy. – Błagam, wymyśl coś. Przecież wiesz, co chce zrobić. Rzucić go stamtąd. Tam pełno kamieni. Nie, to nie możliwe... proszę cię, nie zabijaj mojego dziecka. Ono niczemu nie winne. – Ona ciebie nie słyszy. Jest już prawie na samej górze. Cholera, dostrzegła nas. Biegną co sił w nogach. Drewniana wieża, jak pionowa trumna z wyrokiem śmierci, rani ich umysły. Są już bardzo blisko. A ona stoi tam wysoko, z dzieckiem na rękach, jakby czekała na nich z rozpoczęciem spektaklu. Nagle słyszą jej słowa: – Twój ojciec zabił moje dziecko. Teraz ja zabiję twoje. Poszybuje tak samo, jak ja szybowałam... najgorsze w moim zasranym życiu, kilkanaście sekund. Musiałam patrzeć, jak płonie. Teraz ty będziesz patrzeć, jak rozbije piękną główkę o te śliczne, twarde kamienie. A może nawet mózg zobaczysz. Wszystkie jego myśli, co tak swoją mamusię kochały... ale cóż... bam i nagle przestały. – Proszę! Nie zabijaj go. Mój ojciec na pewno tego nie chciał. Po cóż miałby to robić? Pomyśl. Zabijać siebie przy okazji. Powinnaś Bogu dziękować, żeś ocalała. Pozwól, że tam wejdę, a ty mi go oddasz. Nie zgłosimy na policję. Będziesz mogła zejść... – A niby dla kogo mam zejść? No powiedz mi. Dla kogo? Ty masz po kogo wejść, a ja nie mam dla kogo zejść. Rozumiesz? – Proszę cię. Nie odbieraj go nam. Przecież tak na prawdę, nie chcesz tego zrobić. Nie jesteś morderczynią... – Gówno prawda. Za chwilę nią będę. Pragnę być cholerną morderczynią! – A poza tym, mam dla ciebie nowinę. – Ty się palancie zamknij. Nie taka była nasza umowa! Posrałeś sprawę. – W porządku. Według ciebie posrałem. Ale posłuchaj... – Streszczaj się. Nie chcę tu tkwić całą wieczność. Widzicie co robię? Wystawiam na zewnątrz. Wystarczy, że... – Odnalazłem twoją prawdziwą matkę. Chce się z tobą spotkać. – Cholera jasna. Musiałeś to teraz powiedzieć. Kłamiesz. Tak bardzo chciałam ją odnaleźć, żeby... – Wiem, gdzie jest. Przyrzekam, że tobie powiem, ale pozwól, że wejdę po dziecko... obiecuję, że się dowiesz. Mogę nawet przysiąc na swoją matkę. – Na Boga przysięgnij, to ci może uwierzę! – Przysięgam. Bóg mi świadkiem. Pozwolimy ci odejść. Drewniana wieża, zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Dziecko już siedzi na drewnianych deskach, lecz niedoszła morderczyni, opiera się o przegniłą ścianę. Wyłamuje ją i spada na leżące kamienie. Uderzenie jest tak silne, że jej mózg, rozbryzguje się na wszystkie strony. W tym czasie, dziecko wstaje i zbliża się do wyjścia. Ma pod sobą wysoką drabinę. Uśmiecha się radośnie, machając rączkami. – Kochanie! Cofnij się trochę. Proszę cię. Mamusia za chwilę po ciebie przyjdzie. – Ty go zagaduj, a ja po niego pójdę. – On w każdej chwili... wystarczy jeden krok. – Wiem. Ale jak będziemy krzyczeć, to się może przestraszyć. – Idę po niego. Jestem jego matką. – Poczekam na dole, bo jeszcze się to cholerstwo zawali. Mała postać na wieży, ciągle stoi na samej krawędzi. Wieża chwieje się nieznacznie. – Mamusia już po ciebie idzie. Nie ruszaj się. Proszę. Zobacz co jest tam w środku. Taki ładny pokoik. Na chwilę znika z pola widzenia. Matka jest już w połowie drogi. Dziecko znowu się pojawia. Staje przy krawędzi, i buja nóżką nad przepaścią. – Zobacz co tam jest z tyłu. Tak ładna zabawka. Będzie się tobie podobać. Przez chwilę nie widzi swojej pociechy. Jest już prawie na samej górze. Jeszcze chwila i go przytuli. A później bezpiecznie zniesie na dół. Wieża znowu się chwieje niebezpiecznie. Dziecko zlatuje na matkę. Ta go jakimś cudem, zatrzymuje. Mąż wchodzi do góry. Pomaga żonie znieść ich syna na ziemię. Odchodzą kawałek. W tym momencie, słyszą dziwny hałas. Wieża się przewraca. Tak szczęśliwie, że drewniane przęsła spadają obok nich. Są między nimi. Nic im się nie stało. [Po kilkunastu latach] – Słyszałeś? – Niby co? – Chałupę ktoś podpalił – Czyją? – Podobno rodzina tam mieszkała. – Czyja? – No wiesz. Tej psychopatki, co spadła z wieży. – Wiadomo, kto podpalił? – Podobno jakiś nastolatek w błękitnej bluzie. Ale nikogo nie złapano. * – Nie mówiłeś, że potrafisz pilotować samolot. – Czekałem z tym... no wiesz, dlaczego... – Zapraszasz nas na podniebny lot. Jakoś nie mam ochoty... no wiesz dlaczego. – Nic się nie bój. To mały samolocik. Wszystko dokładnie sprawdziłem, razem z moim kumplami. Nie musimy się bać. – Ale tylko na trochę... i zaraz lądujemy. – Nasz syn się ucieszy. – Na pewno. < ------ > Podajemy komunikat. Dziś zdarzył się tragiczny wypadek. Na skraju lasu rozbił się mały samolot. Jedna osoba cudem przeżyła. Kłos pszenicy w żaden sposób nie może zatrzymać kropli krwi, która snuje się w dół, ku nasiąkniętej czerwienią ziemi. [×] [××] [×××] [××××] ;;;;;;;;;;;;[×××××];;;;;;;;;;;;
-
O~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~O panna szkieleciara w trumnie mości kości bo w grobie tuż obok fircyk się rozkłada młody jeszcze trupek z czaszką urodziwą wczoraj poprzez ziemię tak do niej zagadał tyś w mej wyobraźni ślicznym jesteś ciałem a twój zapach cuchnie aż mi w oczodołach smukłe twe piszczele z resztką udek gładkich pragnę cię z żonę choćbym musiał skonać słowa ominęły łopatę grabarza przez spróchniałe dechy łechcą lubej wdzięki ta się aż rozkłada chyba w siódmej trumnie słysząc taką mowę prosto z młodej szczęki widząc takie dziwy robactwo wszelakie myśli wnet pomocne do łebków im wchodzą biegają po trupie gryzą szarpią chrupią pannę młodą ślicznie do ślubu ozdobią jeszcze gałki ślinią by świeżością lśniły flaczki co zostały na żeberkach ścielą kradną pajęczynę pająka wnerwiając na czaszkę już kładą posrebrzany welon on się też tarmosi myje mazią zęby oraz wszędzie indziej tam gdzie radę dało ale najważniejsze by w czasie całusa od razu na wstępie z ust mu nie śmierdziało nagle łamię ścianę wygrzebując glebę wnet robi szalunek kością ogonową piszczel jeden zgubił odganiając kreta ale już za chwilę wyczuł lubę drogą ona mu wybacza zerkając figlarnie mówiąc los tak trochę jakiś dla nas wredny ale cóż poradzić ze mną jest podobnie widzę tyś kochanie nie masz członka biedny O~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~O dziś ma rajzefiber bo będzie przysięgał z panny oczodołu lecą szczęścia łezki okoliczne zwłoki słyszą czuła słowa ja cię nie opuszczę do grobowej deski O~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~O wielkie zamieszanie trzęsą się pomniki dużo zacnych trupów wyłazi już z grobów pięknie przystrojeni w kolorowe plamy na imprezę spieszą jak kiedyś za młodu urny są cichutkie smutno jak w kostnicy proszkom nie jest dane młodą parę witać nawet gdyby chcieli to doprawdy trudno z gracją na wesele ładnie się przesypać O~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~O po hulankach spokój gęsty jak zamglenie cisza wszędzie wkoło słychać tylko lelka drużba swą miednicę tuli bo złamana teraz biedak płacze popiskuje stęka jeszcze jeden jęczy zębami klekocze w czachę nagle dostał bezcielesnym udem trochę on mamrotał bo dwa kiełki stracił ale się ogarnął przeżył jakimś cudem świeżo w swej trumience para rozłożona debatuje smutno jednak wielka szkoda że w tym miłym smrodku nie da się do końca małżeństwa naszego do cna skonsumować spoczywają w domkach zwłoki umęczone sen ciała kołysze z głębi litościwy jutro wszyscy wyjdą żwawi i weseli przeżywać o brzasku huczne poprawiny O~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~O
-
Wiedźmowy Czar
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@~Mari*anna~ Hmm→zakwitła w nim myśl szlachetna wyciągnął rybę z wody bo topiła się biedna:) Pozdrawiam:) -
?️ Zatrzęsła się ziemia. Przyszła na świat Dziciunia. Pomyślałem wtedy→A niech to diabli. Pojechałem do Miejsca najszybciej jak mogłem. Tak sobie. Z ciekawości. Siedziała w kołysce i wcinała bochen chleba. Kiedy do niej podszedłem, odrzuciła bochen na misia i warknęła: – A to co? – To twój wielbiciel – odpowiedziała osoba towarzysząca. – Zabrać go stąd. Czyż nie widzi, że przeszkadza w śniadaniu. A tak w ogóle, dać mi zaraz dydusia, bo obrzygam wszystkich. – Dziciuniu. Uspokój się – rzekł Ktoś. – Jesteś głupia i tyle. – Co wy wiecie o życiu, smarkacze jedne – wrzasnęła omawiana. – Macie mokre pieluchy? Nie macie! Macie w nich gówienko? Nie macie! Możecie łazić? Możecie. No właśnie. A ja nie mogę. Chwila… a może mogę. Po czym wyszła z kołyski i uciekła z domostwa. Ludzie! Ludziska! – wrzeszczano donośnie – poprzez góry i doliny zaiwania niemowlę. Nie za duże nie za małe. Takie w sam raz na te czasy. Szliśmy całą kupą, w celu odnalezienia Dziciuni. A Dziciunia w tym czasie wróciła do domu, przewinęła się przez poprzeczkę, wypiła mleko z kartonika, weszła do kołyski, policzyła barany – później kozy, myszy, pająki, wiewiórki – aż wreszcie zasnęła. Zaczęła śnić, że jest już dorosłą półroczną panną, której to w głowie zapoznanie przystojnego trzylatka. Mężczyznę swojego życia, któremu obrzydły babki z piasku i zakochał się w Dziciuni – Och ty mój kochany. Jaką masz ładną gruchawkę. Mogę nią pogruchać? – Wyrosłem z gruchawek – powiedział on. – Wiesz co – rzekła ona. – Chodźmy nad rzekę, gdy będzie ciemno. Założę specjalnie dla ciebie, moje najpiękniejsze pieluszki, a ty zwiń garnitur z przedszkola. – Wisi mi garnitur. Nie założę tego cudaka. Krawata też. – Doprawdy? Co ja słyszę? Odzywki rozkapryszonego dwulatka. Masz już swoje lata. Zachowuj się. – Ojejku! Niby dorosła a w majtkach kupa. Czuję to. – Tobie nic do mojej kupy. Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, to byś mnie przewinął. Chyba nie chcesz kochanie, żebym całą drogę śmierdziała przy tobie? – Włożę stopery do nosa, skoroś taki pyskol kołyskowaty. – Pożycz mi w tej chwili gruchawkę. Ale już! – A po co? – Bo chcę ci przywalić! – Mieliśmy iść nad rzekę, Dziciunio. Pamiętasz? – No to chodźmy. Czemu nie idziesz? Masz pełne gacie strachu, czy co? – Co – odpowiedział on. – A pokażesz mi w lesie ptaszka? Jeszcze nie widziałam. Rodzice opowiadali, że jest coś takiego, co może wyskoczyć z dziupli... **************************** Bonus→Dialog z Dziciunią. **************************** ?️ – Kochacie mnie? - wrzasnęła Dziciunia – Kochamy! – Wczoraj też? – Też! – Dzisiaj też? – Też! – Jutro też? – Ci co przeżyją do jutra – też! – Wiecie, że już nie robię w pampersy – tylko obok. – O Dziciunio! Wiemy i czujemy. Pampersy też. – A ja nawet miałem ten zaszczyt się poślizgnąć, na Dziciuni... – No… bez przesady! Mogłeś sobie nóżkę złamać. – O Pani! Co tam nóżka, wobec takiej radości… – A kto mi porwał gruchawkę? Przyznać się? – My na pewno nie, o Pani. Jesteśmy tu. To na pewno te głupie dzieciaki. – Chcecie powiedzieć, że potrafię rządzić tylko bandą głupich? – Nie takich jak my – chcesz Najjaśniejsza powiedzieć? – Stoicie w blasku mojej mądrości. Nie możecie być głupi. Tak? – Tak. A nawet mądrzejsi… o cholera... Bez Końca Rozumna. Wybaczysz mi? – Jak mi powiesz, gdzie moja gruchawka. – Przebacz mi, O Ty Bez Pampersa. To ja zabrałem. – Po co? Mów mi wczoraj. – O Pani. Nie kumam. – Nie rozumiesz? Podejdź bliżej mnie. Będziesz mądrzejszy. – No jestem bliżej… A łaj!!! Dlaczego dostałem nocnikiem? – Bo mi niepotrzebny. Co z tą gruchawką? – Chciałem ułożyć pieśń pt: Oczarowana tyś gruchawo przez -D – Co oznacza D? – Dziciunia. A co by innego, o Pani z Niepotrzebnym Nocnikiem. – To rozumiem. Dajcie mu pluszowego misia jako nagrodę. – Nie mamy pluszowych misiów. Kupiliśmy za nie – gruchawkę. – Przestańcie z tą gruchawką. Nie jestem dzieckiem. – Masz, o Pani, półtora roku z hakiem. – Pragniecie mnie powiesić na haku. Wiem, co sobie myślicie po cichu. – Głośno nam nie wolno. – Kto zakazał? Dać mi go tutaj! – No tego… Nasza Dziciunia zakazała. – Kto śmiał powiedzieć, że to ja? – Ależ Pani. To tylko wiatr szumi pieluszkami. – No przecież ja już nie brudzę!! Czy to jasne? – Jak nie pobrudzone, to jasne. – Kto taki dowcipny? Bo go rozgniotę biegunką od kołyski! – Nie ma kołyski. – To gdzie ja śpię? – Tam gdzie się Dziciunia walnie, jak wyciućka, procentowe mleczko, z pijanej krowy. – Co ja słyszę! Czy to bunt? Już nie chcecie mojej przyjaźni? Żyjecie jak pączki w maśle. Pływacie w rzece pełnej miodu… – Chyba w tym miodzie, co z Dziciuni uszu wyleci. A pączki nie w maśle...A fuj!!! – A fuj!!! A fuj!!! A fuj!!! To bunt!! – Cicho mi tu! Paskudniki jedne… – Nie jedne. Jest nas więcej. – Cholera jasna. Bo was lalkami mówiącymi poszczuje. A one przeklinają jak diabli… – Od kogo się nauczyły? – Tak mi się odwdzięczacie za moją dobroć i poświęcenie. Z głodu zdechniecie! Tyle wam powiem! Pamiętajcie raz na zawsze – to ja mam racje!!! – Ale to my mamy racje żywnościowe!!!
-
na nieboskłonie marzenie targane deszczem szaleństwem wrzeniem i zimnem lecz mimo wszystko pragnę najbardziej by powróciło było znów przy mnie ciemność szponami szarpie jutrzenkę burza błyskawic przynosi kobiałkę pieczoną wroną dostałem po twarzy a jednak martwy jestem nie całkiem nadzieja ze mnie bo matką głupich wylewa swe ciało na kocie łby szare przestałem wierzyć że chociaż trochę marzenie się spełni bo wiem że wcale jak moje życie pokracznie rośnie choć samo drzewo przecież niewinne zawisłem na pętli coś mi chrupnęło to gałąź pękła nie kręgi me szyjne z łoskotem spadły członki boleśnie choć podróż krótka wcale niedługa w bezdechu leżałem jak ryba śnięta kruk mi oko w tym czasie wydłubał całe swe życie wchodzę na górę los cierniami psychikę mi łechce lecz nawet teraz paskud zabronił samobójstwo popełnić bezpiecznie
-
Wyskrobane Niebo
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lily Hamon Dzięki:)→Chociaż przesadna wyobraźnia bywa czasami... bardzo mecząca. Aż trudno sobie wyobrazić:) Pozdrawiam:) -
Gotuje diabeł w kotle grzesznika...
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
gotuje diabeł w kotle grzesznika ten wciąż się wierci pływa i bryka bies narzeka co jest mi dane ja przez ciebie mam przechlapane dodaje spocony tyś jasna cholera jesteś gorszy od lucyfera na to grzesznik wyskoczył z kotła diabła przytulił chwaścik uczesał gdyż wyglądał jak stara miotła wyczyścił kopytka po rogach pogłaskał wtem zagrzmiały gdzieś słowa z nieba dawać go do nas tego golaska takiej miłości zawsze nam trzeba @ poszła igła do doktora taka jestem strasznie chora mogę leżeć lub się wić nie chce wleźć do dziurki nić @ chciał skoczyć człowiek tak prosto z dachu choć pełne gacie miał całe strachu dach się przechylił nie tak jak trzeba człowiek nie trafił do piekła lub nieba przechył w antenę go nadział bo rzucił oglądającym obraz zakłócił @ krasnal siedzi w swoim grzybie atakują go robale musi wybrać walczyć z nimi albo domku nie mieć wcale @ dzisiaj misio był zachłanny wsadził rękę w beczkę miodu lecz za chwilę wypluł wszystko piołun nabrał gdzieś od spodu @ dwie biedronki się kłóciły która więcej ma kropeczek ktoś paluchem je rozpłaszczył konwersacja zagłuszyła moment startu by odlecieć @ mały Jasio bardzo chętnie po policzkach twarze głaska kiedyś trochę się pomylił skóry szukał i nie znalazł bo na ziemi była czaszka @ lepiej w palec dostać młotkiem takim twardym jak z tytanu niż przyjaciel miałby walnąć zwiewnym lekkim i bielutkim takim no… ze styropianu @ kiedyś zając miał apetyt na kapusty wielkie głowy innym jednak nie powiedział gdzie te cuda można znaleźć biegł po jadło był jedynym dostał kulką nie zjadł wcale @ jeden fruwać chciał się uczyć nie jadł wiele się nie tuczył wszedł na górę spadł jak kłoda skrzydeł swych nie zamocował @ tak bardzo dbał o uśmiech swój aż kiedyś zęby wypadły w gnój nie podniósł szczęki złożył w ofierze dzięki temu uśmiecha się szczerzej @ stary wampir leży w trumience nie marudzi nawet nie stęknie młody obok ciągle narzeka że dziurawy krew mu ucieka a że staruszek to był wesołek wbił młodemu niebawem kołek teraz młodzieniec leży cichutko a stary z niego krew spija zimniutką @ na kibelku cały dzień siedzi mały tłusty leń mruczy jęczy i narzeka chociaż sprawnie jemu ścieka mimo wszystko jest kochany w śpiew skowronka zasłuchany taki wciąż nie nakichany -
@Bożena Tatara - Paszko Dzięki:)→Nie tyle mi chodziło o uniknięcie →ciule:)→co raczej o ''przejęzyczenie w bezzębnej mowie'' Żeby było jeszcze... dziwniej:))→Tak nagle... inaczej→Pozdrawiam:)
-
@Rastu Ogonki urwałem zgodnie z radą. Chyba tak lepiej nawet :))
-
Odwrotne Łany Stokrotek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Waldemar_Talar_Talar Dzięki:)→Też z uśmiechem:))→Pozdrawiam:) -
@jan_komułzykant Dzięki:)→Cziule... →to taki ''wyróżnik''→ zaz ( zaś ) Ale psedtem→poprawiłem.→Dzięki za baczne oko:)→Pozdrawiam:))
-
knebelek guzicek mam pusty kosycek kto wzuci pieniązek ja cap go za dlązek kto da kasy gólke popiescę mu skólke knebelek guzicek mam pusty kosycek gdy folsa od lana pokazę banana lub ptaska wypusce do dzupli go wpusce niech cziule tam fluwa lub sybko zasiuwa dolinki i dzewa kto slicnie zaspiewa do gniazdka zaplose jajko zaz zniosę psedtem nadstawie dupecką zabawie lec spojzę lozsądna tak sobie znienacka cy aby ma ptasek jak ceba ptaska
-
Pierwszy raz to się stało w bibliotece. A dokładnie mówiąc, w czytelni. Gdyby w innej komnacie, to zapewne bym się zdziwił bardziej. Nie mówię, że nie byłem zaskoczony. Ale nie aż tak, jak by się można było tego spodziewać, po normalnym człowieku. *~ No to cóż. Zacznę od początku. Stoję na ulicy. Pochmurno i deszczowo. A to z tej przyczyny, że pada deszcz. Chmury gdzieś tam...hen nisko, kłębią wilgoć. Widocznie się tłuką po cumulusach. A ja tu stoję bez parasola i wchłaniam tą całą wilgotną krew. Myśli mam chyba zupełnie przemoczone, skoro szepczę sam do siebie, takie głupoty. Na nosie sterczą okulary przeciwdeszczowe, z odpowiednim daszkiem. Lecz cóż po daszku, skoro deszcz zacina z ukosa, jak kosa żyto. Poprzez strugi wody, biegnące po szkiełkach, widzę na pobliskim budynku niewyraźne litery. Mimo tego, jakoś odczytuję falujący napis. Najpierw – B – a później, po przetarciu okularów, dalszą część: IBLIOTEKA. Składam do kupy i odczytuję nazwę. Jak łatwo zauważyć, czasami myślę błyskawicznie. Postanawiam, że schronię się w bibliotece i coś tam poczytam. Tak wypada w takim miejscu. A jak wyschnę, to pójdę precz. Sprawdzę oczywiście, czy już nie pada. Bo gdyby tak, to zostanę wewnątrz, ale już wyschnięty. A zatem siedzę w czytelni przy stoliku i udaję, że czytam. Jakąś gazetę, czy coś tam. W każdym razie, na tej białej powierzchni, jakieś tam ciemne robaczki są. Tak po prawdzie, mało czytam. Jedynie tyle, żeby wiedzieć co. Cicho, jak by ktoś maku nasiał, gdyby się nie bał. Jedynie w jakimś odległym kącie, jakiś człowiek, też coś czyta. Dwie książki równocześnie. Leżą obok siebie, a jemu ino głowa chodzi. Gdyby podeszła do mnie, to bym się zapytał, dlaczego dwie. Nie podeszła. Nie to nie. Łaski bez. Zresztą nie ważne. Nie jestem jeszcze wyschnięty, więc siedzę i się trzęsę. A razem ze mną, stolik. Nagle z boku słyszę jakiś szelest. Mysz łazi – wlatuje do głowy tego typu stwierdzenie. Prawda jest taka, że nie bardzo się boję, tego typu kiciusiów. Aczkolwiek w takim przybytku, mogłaby zjeść wszystkie książki… – Nie wszystkie. Bez obaw. Nie ze mną takie numery – słyszę głos z boku mego. Spoglądam w to miejsce. Leży otwarta książka i złowieszczo macha środkową kartką. Patrzę na nią i nie wiem co myśleć. Pytam się człowieka siedzącego w kącie: – To pan się odezwał? A on nic. Zaczytany jak diabły przy wrzącym kotle, co akurat mają przerwę. Pal go licho – myślę sobie. Znowu spoglądam na książkę. Coraz bardziej rusza kartkami. Chyba jest wnerwiona, że ją ignoruję. Czuję wiatr we włosach, od tego podmuchu {to znaczy we włosach wirtualnych, bo prawie ich nie mam}. Myślę sobie, pogłaskam biedactwo, to się uspokoi. Wyciągam rękę, dotykam kartki… ...a ona mnie gryzie w palec. Nie za mocno. Tyle o ile. Krew kapie na literki. Zaczynają się wnerwiać i skaczą do oczu. Widzę tylko ciemnawe ptaszki przed oczami. Najgorsze są te kanciate, typu – f , t , k, y. Nie powiem, nie robią mi krzywdy ani coś w tym guście, ale uciążliwie łaskoczą gałki oczne. Macham rękami, jak ten wariat. Nie wiem, czy się śmiać, czy wnerwiać. Książka zachowuje się dziwnie. Jakby nie wiedziała, czy być dobrą czy złą. Nagle słyszę głos: – Spokój tam. Wracać ale już. Na swoje miejsca. Ruchy ruchy. Nagle cały bałagan naoczny ustaje. Normalnie wszystko widzę. Ona leży i dyszy. – Przepraszam pana. – Za co? – Że pana ugryzłam. – Nie szkodzi. Nic mi nie jest... – … zakrwawił pan moją kartkę. Bydlaku jeden. Jak pan mógł!? Mówiąc to, szeleści przeraźliwie, złowieszczo się chybotając. Nagle podskakuje jeszcze wyżej i wżera się w ucho. Wisi niczym papierowy kolczyk, znacznych rozmiarów. Rzucam ją na podłogę, razem z kawałkiem ucha. Myślę sobie – co mi tam, mam drugie całe, to jakoś przeżyję brak kawałka. Wije się na podłodze, jak jakiś literacki wąż. Atakuje buty. Chce pożreć sznurowadła. Zaczyna je wciągać w swoją międzykartkowatość. Cała się trzęsie. Pulsuje. Okładki falują. Piszczy przeraźliwie, jak mysz w kocie, połknięta w całości. – Co tam się wyprawia – słyszę pytanie z kąta. – Trochę kultury, drogi panie. Czytelnia tu, a nie psia buda. Cisza obowiązuje. – Czy pan nie widzi, że walczę z książką ? Słyszę szuranie. To on odstawia stolik i wychodzi. Tak nagle. A to czemu? Książka się nagle uspokaja. Znowu dyszy miarowo. Ostrożnie uginam palcem kartkę. Nic się nie dzieję. Podnoszę taką otwartą. Zwisa biedna, po obu stronach dłoni. Kładę ją na stolik, czule głaskając w międzyczasie. Prawie że pragnę zbadać jej tętno. Tak się zamyśliłem. Leży spokojnie. Nakrywam ją serwetką, żeby nie zmarzła. Część okrycia, leciutko faluję, od literackiego oddechu. Jestem prawie zakochany. Zupełnie mi odpierdziela – myślę sobie. *~* Postanawiam, że zabiorę ją do domu. Wsadzę pod pazuchę, wyniosę i już. Póki śpi. Bo jak się obudzi, to nie wiadomo w którym wkartkowieniu. Tak też czynię. Jestem w pokoju. Książka leży na stole. Promień słońca kołyszę ją do snu. Prawie słyszę jej sny. Wiem, że to nie możliwe, że tak mi się tylko wydaję. Polubiłem ta cząstkę literatury. To prawda, że mnie użarła w ucho i pogryzła sznurowadła, ale przecież wiem, że nie tylko zło w niej siedzi. Przynajmniej mam taką nadzieję. – Jesteś tam mój drogi ? Wiem, że to ty najdroższy, wyniosłeś mnie z tej niedobrej biblioteki. Tam czasami jest bardzo ciemno. W każdą nockę stałam na półce, samotna i opuszczona. Aż wreszcie, ktoś mnie rzucił, jak zwykłą ścierkę, na czytelniczy stolik. Pewnego dnia, ty przy nim usiadłeś. A ja, z tego pragnienia, że coś się dobrego wydarzy, stałam się mówiącą książką. Moje kartki przyoblekły się w emocje… – Niewątpliwie, tak. – Mówiłeś coś, kochany mój? – Nie nie, nic. – Co nic!? Co to ma znaczyć!? Dlaczego durniu jeden, nie jesteś książką!? Gadaj mi zaraz! Nie milcz jak stary regał. Powiedz coś wreszcie. Nie stój jak pieprzona zakładka, w stojącej książce. Co ty sobie wyobrażasz? Wykradłeś mnie z mojej krainy. Tam gdzie moje... – Ależ kochanie. Przed chwilą pow… – Co pow ! Do dupy pow ! Do jasnej cholery drukowanej ! Zaczyna znowu podskakiwać. Robi się coraz bardziej szalona. Widać to po jej czcionkach. Są pełne zabójczych chęci. Rzuca się na mnie. Wskakuję na stół. Ona za mną. Szarpie spodnie. Po chwili gryzie nogi. Nie wiem czym, ale jednak. Stół się robi zakrwawiony. To z łydek cieknie. Mógłbym ją szybko złapać. Wyrzucić przez okno. Albo spalić w zlewozmywaku. Jednak nie mam jakoś sumienia. Spalić moją ukochaną? Wiem, że to tylko cząstka jej, jest taka zajadła, z morderczym instynktem literackim. Nagle jak zwykle wszystko ustaje. Leży biedna na stole i znowu ledwo zipie. Podejmuję decyzję, że pójdę z nią do specjalisty. Delikatnie głaskam obwolutę, kładę do teczki, nieustanie lekko kołysząc i wychodzę z domu. Mam wrażenie, że cichutko popłakuje przez sen. *~* Siedzę u psychiatry. Gościu nie wygląda jak facet od czubków. Jego wygląd jest całkiem normalny. Mógłbym nawet rzec, że wygląda za normalnie, jak na swój fach. – Co panu dolega? – pyta uprzejmie. – Mnie nic, ale moja książka mnie atakuje. – Książka pana atakuje, powiada pan? – Właśnie. Co mam robić? Ona tylko w połowie jest niegrzeczna. Druga połowa niczego sobie. Jeżeli pan wie, co mam na myśli. – Długo trwa taki stan? – Od kiedy dała się porwać z czytelni. – Ma ją pan przy sobie? – Oczywiście. Pomoże jej pan? – Mógłbym ją zobaczyć? – Teraz nie. Nie można budzić. Może się zdenerwować. – A gdyby pan tak delikatnie ją wyjął – Ale na pana odpowiedzialność. Jak pana pogryzie… – Pogryzie? – No dobra. Jak pan chce. Wyjmę. Otwieram teczkę. Nadal śpi. Widocznie obgryzanie nóg, strasznie ją zmęczyło. Mam nadzieję, że nie zaatakuję pana doktora. A może dobrze by było, żeby go trochę zjadła. Zauważył by wagę problemu. Albo lepiej nie. Powie jeszcze, że nie tak ją wychowałem. Zrobi ze mnie jakiegoś czubka. Wsadzą mnie do krainy bez klamek i już nigdy nie zobaczę mojej ukochanej. Delikatnie podaję mu książkę. – Książka jak książka – mówi do mnie. – Ma pan z nią jakiś problem? – Już mówiłem na początku. – Faktycznie. Mówił pan. – Tylko proszę jej nie miętosić, bo się obudzi. – Oj przepraszam. Już odkładam. – No i jak. Pomoże jej pan? – No już dobrze. Pomogę. Przepiszę panu tabletki… – ...chyba książce? – No dobrze. Książce. Wręcza receptę, mówiąc: – Przepisałem na zapas. Proszę dwa razy dziennie, wciskać tabletki między kartki. – Jak długo? – Aż wyzdrowieje. – Dziękuję panu. Wkładam książkę do teczki i wychodzę. Jestem w siódmym w niebie. Moja ukochana zostanie wyleczona. A przynajmniej jej gorsza połowa. *~* Przez tydzień jest faktycznie spokój. Przestała atakować. Tabletki pomogły. Jest do rany przyłóż. Gdy wracam wieczorem do domu, to już od progu słyszę, jak szeleści na powitanie. Mogę przysiąc, że gdyby miała ogonek, to by nim merdała. *~* Lecz pewnego dnia, atakuje nagle i niespodziewanie. Bez żadnego ostrzeżenia. Rzuca się na mnie, jak diablica z piekła rodem. Odpycham ją. Spada na podłogę. Wije się w morderczych spazmach. Leży rozłożona i wściekła. Wiem, że ma tylko przerwę, na zebranie sił. Przyduszam ją nogami. Chcę z niej wyrwać najbardziej zabójczą kartkę. Tę środkową. Nie daję rady. Ciągnę ją z całej siły. Jakby jakaś wściekłość, też we mnie wstąpiła. Chce z niej wyszarpać wszystko to, co ją zniewala. Kartka jest jak z cienkiej gumy. Stoję prawie wyprostowany. Trzymam nadal zabójczą stronę. Jest rozciągnięta, prawie na metr. Nieustannie drga, jakby się w niej ruszały, wściekłe dreszcze. Prawie jest przezroczysta. Widzę przez nią, swoje zakrwawione buty. Literki są tak rozciągnięte, że tworzą prawie proste linie. Nagle, owe czarne nitki, odrywają się od swojej białości. Błyskawicznie owijają ręce. Czuję ucisk, jak od cienkich elastycznych drutów. Wciskają się w ciało. Część z nich zesuwa się niżej. Na moje nadgarstki. Słyszę słowa. Kojarzą mi się, z przedarciem kartki: – Puszczaj mnie, bydlaku. Pierdolcu pomieszany. Łapy precz od mojej strony. Bo przysięgam, że ci żyły poprzecinam. Będzie sikać jak z fontanny. Krew zaleje twoją nieogoloną gębę. Pojebańcu jeden. Puszczam kartkę. Wraca do stanu pierwotnego. Żyły zostały uratowane. Książka leży spokojnie. Tylko co jakiś czas, drga leciutko. Chyba znowu śpi. Kładę ją na stoliku przy łóżku. Teraz jest niegroźna. Taka bezbronna. Z taką niewinną obwolutą. Głaskam ją czule na dobranoc. *~* Nad ranem budzi mnie szelest. Odruchowo chce uciekać. Wiadomo dlaczego. Jednak nadal leżę. Słyszę ciche słowa: – Obiecaj, że mnie przeczytasz. To były ostatnie słowa, które wtedy od niej usłyszałem. *~ Nagle pewną myślą, dostaję jak obuchem w głowę. Czuję się cholernie dziwnie. Wiem, że przegapiłem bardzo ważną sprawę. Tyle czasu przebywałem z tą książką, a nawet jej nie przeczytałem. Może sam tytuł, dużo by wyjaśnił. Ale ja byłem taki głupi, że nawet nie spojrzałem. Cieszyłem się – przeważnie – jej obecnością, mając tekst głęboko gdzieś. Moja radość – choć zakłócana – była dla mnie najważniejsza. Przyćmiła to, co najbardziej istotne. Wstaję z łóżka. Biorę ją do ręki. Wiem, że mnie nie zaatakuję. Mam pewność. Niestety. Po raz pierwszy spoglądam na tytuł. Wyjaśnia bardzo wiele. Piranie z Kochającej Rzeki *~ Wchodzę do drugiego pokoju. Na białym stoliku, leży ona – moja ukochana Książka. Podchodzę bliżej. Spoglądam na nią ze łzami w oczach. Niektóre, zlatują na okładkę. Ześlizgują się z niej. Kończą wędrówkę, wśród otaczających ją kwiatów.Dotykam jej boku. Lekko otwieram. Chłodne kartki, przelatują między palcami. Cofam rękę. Okładka lekko wraca na swoje miejsce. Patrzę na nią jeszcze przez chwilę. Leży cicha , zimna, nieruchoma. W sztywnej okładce. *~ Codziennie kiedy się budzę, widzę ją na półce. Wiem, że jej tekst, teraz jest gdzie indziej. {Strony są czyste i białe}. Nie wiem dokładnie gdzie. Może w innej czytelni, niedostępnej dla ludzi. Lub zupełnie zniknął. Nie znam się na tym, za bardzo. Zdążyłem przeczytać w ostatniej chwili. *~ Mam jednak nadzieję, że kiedyś znowu przemówi. Albo chociaż napluję na mnie literkami. Jak to było w tamtym dniu, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem. A jeżeli już na zawsze, pozostanie dla mnie w niedostępnej bibliotece? Tak bardzo boli, wierzyć w taką prawdę.
-
Wiedźmowy Czar
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Dzięki:)→Nie każde straszydło jest straszydłem w potocznym zrozumieniu. Może skrywać w sobie anioła prawie. Byle nie za bardzo... bo nudno wtedy:)) Pozdrawiam:) -
≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ Łany Stokrotek ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ stalowe ostrze znów wraca do mnie w powierzchni skalpela widzę swą twarz trudno mi bardzo o tym zapomnieć z tętnicy zegara wycieka mój czas na trampolinie stoję wciąż w lęku łany stokrotek są tutaj ze mną pragnę się odbić z mego obłędu defektem mózgu nakarmić ciemność samotny jestem na skraju czegość wiatr porywisty spycha na nowo myśli kołują wciąż blisko tego lecz białe ptaki krążą nad głową ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈• Przeinaczenie ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈• wznoszę się coraz niżej mrokiem oświetlam drogę ciałem swym ranię kolce drzwi do siebie progiem żagiel wyzwala tajfun ciało myśli przygniata instrument gra muzyką pieniądz resztę wypłaca wszystko pod księżycem odwrotną świeci stroną kopiec z piasku topnieje lodowce zasypać mogą zawiść usnęła w przyjaźni miłość daleko za nami mózg defektem umysłu odbiciem w obrazie rani ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ Światłocień ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ pozwól ciemności jasno świecić cienia możliwość odebrano czy ma tu spłonąć ogniem zakryta ciałem zwęglonym kochanym za mało nie ta słodycz co miłość wymusza zabija gorycz słowem wychwala zrywać owoce co dłonie ranią bólem zwątpienia gdy umysł oszalał zranione nuty na krwawej bieli muzyka sercem pulsu stęskniona w niej pięciolinia kluczem zamknięta łódka symfonii ciszą zniewolona wróć nadziejo w te myśli mroczne na ile możesz czystym lśnieniem pomóc nie zwątpić i tak po ludzku łzy znowu przytul światłocieniem
-
Prolog Kiedy ostatnie godziny dnia, wieczór okrywa poświatą ciszy, a lekki wiatr kołysze świat do snu… to czasami tak niewiele brakuje. * Mam już niestety swoje lata. Mieszkam samotnie na skraju miasteczka w niewielkim domu. Nie powiem, radzę sobie jak mogę. Dbam o wszystko jak potrafię najlepiej. W sumie trzy pokoje, kuchnia, łazienka i piwnica. Chociaż najczęściej przesiaduje pod domem. Nie wiem dlaczego. Jest tam dodatkowy pokój. Nazywam go Piątym. Chociaż nie wiem, skąd się wziął. Logicznie rzecz biorąc powinien być czwartym. Coś mnie przyciąga w tamto miejsce, lecz nie potrafię powiedzieć, co. Wiele rzeczy nie potrafię. No cóż. Tak bywa. Nie wszystko jest dla mnie i trzeba się z tym pogodzić. Wtedy człowiekowi lżej. Nie musi tęsknić za rzeką, którą nigdy nie popłynie. Wyschła za wcześnie, lub za późno. Jedno mnie tylko denerwuje. Ludzie mi wmawiają jakieś głupoty nie z tej ziemi. Nawet tego nie słucham. Po co. Przecież mnie to nie dotyczy. Wypraszam ich z domu, kiedy przychodzą. Czyżby nie wiedzieli, że to nie uchodzi tak sobie kpić ze starego człowieka. To jeszcze nie wszystko, co mnie nurtuje. Nigdy na drugi dzień nie pamiętam wieczorów, ale o jednym pamiętam, by dbać o kwiaty w przydomowym ogródku. Zasłoniętym lub nie. Zależy od pory roku. Rozmawiam z nimi. Proszę, żeby rosły i były najpiękniejsze. Na dobrą sprawę nie wiem dlaczego do nich przemawiam. Często słyszę jak szumią płatkami: „Tyś wariat. Ogarnij się.” Te mniejsze poprzestają na: „Tyś wariat”. Widocznie mają mniej sił. Nie mam do nich żalu. Są mi potrzebne. Nie wiem do czego, ale wiem, że tak. W poddomowym pokoju, też są kwiaty. Na obrazkach. Nie pamiętam, żebym miał talent do malowania. Dzisiaj od samego rana jestem jakiś nieswój. Kolejny już raz nie potrafię powiedzieć: dlaczego. Odwiedzam wszystkie pomieszczenia, spoglądam w przeróżne kąty i sam nie wiem, po co i na co. Widocznie jakiś powód musi być. Z oddali słyszę cichy gwar miasteczka. Jest jakby poza mną. A przecież często tam jestem. Nie mogę umrzeć z głodu i pragnienia. Ludzie nadal dziwnie się wobec mnie zachowują i nadal wciskają przysłowiowy kit. Fakt. Nie jestem podobny do wielu rzeczy, ale do okna, to już na pewno. Zupełnie nagle wiem, że muszę odwiedzić ulubione miejsce. Dla mnie prawie sacrum. Schodzę do piwnicy. W pokoju stoi starodawny piec. Rozbrzmiewa w nim płomień muzyki. Słyszę wyraźne dźwięki, wydobywające się z paleniska. Nie pamiętam, żebym rozpalał. Ale któż inny mógł to uczynić? Zresztą w tej chwili to nie jest dla mnie najbardziej istotne. Siadam na kanapie i skupiam uwagę na obrazach wiszących na ścianie. Same kwiaty. Najróżniejsze i chyba najpiękniejsze jakie widziałem. Były tu od zawsze. Dziwnie to brzmi, lecz tylko tyle wiem. Faktycznie. Refleks mi pozostał. Przyciskam jeden z obrazków do ściany. Chwilę przed podłogą. Szklana ochrona nie pękła. Nie ma na niej szczeliny, poprzez którą może uciec obraz. Tylko samotny gwóźdź skrzywiony pozostał. Wtem dostrzegam na podłodze dziwne obramowanie. Domyślam się, że to jakaś skrytka. Podnoszę klapkę. Wewnątrz pusto, tylko ścianki pełne kwiatów. Miałem nadzieję, że coś znajdę. A tu nic. Pustka prawie taka jak we mnie. Prawie, bo wypisany ołówek leży na dnie, temperówka i kartki. Nie mam pojęcia, po co to wszystko. Jakbym spojrzał do własnego umysłu. Dziwne myśli przychodzą na starość do głowy. Znowu mnie nachodzi dziwna przerwa. Jak gdybym w tym czasie, był świadomy i nieświadomy równocześnie. O co w tym wszystkim może chodzić? Nagle i niespodziewanie wiem, że muszę zrobić bukiet i gdzieś iść. Nie wiem gdzie, ale wiem w którą stronę. Wychodzę z domu, mając wrażenie, że nigdy tak jeszcze nie było. Że będzie inaczej. Inaczej w porównaniu z czym? * – Mamo! Chodź szybko na balkon. Ten starszy pan znowu idzie i niesie kwiaty. Dzisiaj piękna noc, pełna złotych gwiazd. Dlatego dobrze widzę, chociaż jest daleko. – Przecież wiesz skarbie, że on tak codziennie. Żadne słowa do niego nie docierają. Idzie w tunelu swojego świata. Wiele razy chciałam mu powiedzieć, że przecież… – Ależ mamo. Dzisiaj wyjątkowa noc. Marzenia mogą się spełnić. – Zapewne jakieś ma. * Przyznam, że to prawdziwy szok. Taka sytuacja nie przyszła mi do głowy. Stoję i nie mogę uwierzyć. Skąd nagle wieczór i skąd się wziąłem na cmentarzu. Przecież żyję. To po diabła? I znowu kolejny już raz, wiem że mam czegoś szukać. No więc szukam. Chodzę między grobami już dłuższy czas. Księżyc świeci jasno, więc jest mi łatwiej. Trzymam w ręce kwiaty. Wiem, że będą za chwilę potrzebne. Nie pomyliłem się. Kolejny szok. Zatrzymuję się przy jednym z grobów. Napis jest dziwnie zamazany. Jakby prześwitywał z równoległego świata lub zaświatów. W wazonie są kwiaty, troszkę przywiędłe. Wyjmuję i wkładam te co przyniosłem. Prawdziwe zdziwienie wywołuje inny widok. Takiego się zupełnie nie spodziewałem. Cały grób jest zakryty kartkami we foliowych koszulkach. Przyduszone różnymi kamieniami, żeby wiatr nie porwał. I kolejna niespodzianka. Mam przy sobie latarkę. Nie pamiętam, żebym brał. A jednak. Wyjmuję jedną kartkę, żeby przeczytać, lecz coś odwraca moją uwagę. Patrzę w tamtą stronę. Niedaleko, między ciemnymi tujami, stoi dwóch ludzi. Mimo że są oddaleni, słyszę wyraźnie jak przebiega ich rozmowa na cmentarnej ścieżce. * – Widzisz go? –Ano widzę. – Co wieczór tu przychodzi i stoi tam jakiś czas. – Dziwne. Grób jak grób. Nic szczególnego. – Dla ciebie nic. – No tak. Racja. * W świetle latarki napis jest ładny i wyraźny. Niczym obrazek z wielką wprawą namalowany ołówkiem. Czytam słowa: „Kochana Żono. Przysięgam, że na zawsze zachowam Ciebie w pamięci.” Ile jeszcze szoków zdołam przeżyć na cmentarzu? Biorę następne kartki. Zupełnie przypadkowe. Na każdej jest ten sam napis. Jakby coś się w głowie nagle otwarło. Wiem już, dla kogo urządziłem ten przytulny pokój. Dla nas. Dla mojej żony i dla mnie. To ona namalowała te wszystkie obrazki. Inne pomieszczenia były po to, by przetrwać. A ten pokój, by naprawdę ze sobą być nawzajem, w tym całym zamieszaniu spraw. Czy mieliśmy dzieci? Chyba tak. Nie wiem tego na pewno. Wiele różnych ludzi spotykałem, wiele mi mówiono. Nawet niektórzy byli w moim domu. Teraz sobie przypominam. A ja ich przeganiałem na cztery wiatry, bo jakieś głupoty gadali. Wracali ponownie, ględzili swoje, ale na próżno. Odchodzili. Muszę wszystko naprawić. Przeprosić. Wrócić. * Siedzę z rodziną w Piątym pokoju. Wszyscy przebaczyli. Wspierają w trudnych chwilach powrotu. Pomagają wypłynąć na powierzchnię rzeczywistości. Znowu płynę rzeką, której nie ma a jednak jest. Wyławiam z odmętów fal zagubione wspomnienia. Jest ich sporo. Podziwiają wszyscy namalowane obrazki. Klepią przyjaźnie po plecach. Uśmiechają się z miłością. No ale czas się kończy. Wychodzę z pokoju. Zamykam drzwi. Dla mnie to bardzo ważne miejsce. Idę do ogrodu. Wieczór. Biorę patyk i rysuję kwiatka na piasku. Jasna poświata księżyca rzuca ciemne cienie. Nie widzę ich. Nie chce widzieć. Dostrzegam tylko jasne. Tam gdzie mój obrazek. Kryje w sobie tyle wspomnień. Jestem naprawdę szczęśliwy. Wieje lekki ciepły wietrzyk. Przyjazna cisza i spełnienie. Tylko jedno ją zakłóca. Kwiaty szumią ciągle to samo.
-
pogniecione potargane miała włosy ona jak diablica z piekła wzięta dziwna i szalona mówią ludzie coś za jedna z czegoś spadłaś co tak kukasz z kąta czy odbiła ci klapeczka możliwe że piąta durna jesteś i ladaco wywłok jakiś żeński ciebie czeka już na zawsze jeno stan panieński co się wiercisz co się kręcisz durna chcesz ty śpiewać gdy cię głupi zechce słuchać szybko będzie zwiewać załóż dziewczę i nie zwlekaj ciuchy ludzkie ładne schludne bo w tej chwili tak wyglądasz jak straszydło jakieś cudne o czym znowu tak rozmyślasz głupia ty dziewucho niech cię wreszcie ktoś rozważny palnie łapą w ucho odezwała się dziewucha jestem taka jaka jestem o prawdziwość moją chodzi a to wasze pyskowanie MAM GDZIE ŚWIATŁO NIE DOCHODZI
-
Wyskrobane Niebo
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Dzięki:)→Za przeczytanie... i za wybiórczość:) →Nie mnie osądzać innych... tym wierszem. Nie człek od tego... w ostatecznym rozrachunku. Tak myślę, gdy myślę:) Tym bardziej, że mam wiele wad, więc jest mi po prostu głupio. Pozdrawiam:) -
Chaos w Szufladach Utkanych z Umysłu
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
___?/____ Po co zgłębiać spojrzenia w to wszystko, co już nie powróci. Wzrok błąka się samotnie po pustej sali, gdzie już nie ma wystających części, bo wszelkie uczucia, doznania i te dobre i te złe, zostały spiłowane do równej powierzchni. Zatraciły odmienność, wtopione w bezsensowne kałuże niepotrzebnie wylanych łez. Zauważam dopiero teraz w całej pełni, jak wiele spraw było ważnych. Za późno. Czas jest bezlitosnym nieczułym mordercą. Nie wybacza zmarnowanych chwil. Nie ma w nim uczuć, radości i smutków. On tylko przemija. A my razem z nim. Dokąd nas prowadzi to przemijanie w ostatecznym rozrachunku? Do absolutnego zniknięcia, czy też do krótkiej przerwy na śmierć? Powiedz mi… długo mam jeszcze błądzić po wielu rozdrożach, szukając tej właściwej drogi, prowadzącej do kryształowej komnaty. A może pofrunąć pod nieboskłon nieba. Wtopić w bezchmurne szaleństwo. Przeistoczyć ciało w błękitną cząstką farby. Rzucić na wiecznie drgający obraz kwadratowych kół. Przecież już tyle razy szukałem najsłabszego ogniwa. Podobno wszystko ma swój sens, swoją prawdę i wytłumaczenie. Może jesteśmy nadmiernie zachłanni. Pragniemy wiedzieć wszystko, lecz nasze mózgi za bardzo się fajczą od takiego myślenia. Kapią z nich gorące krople wielu wątpliwości. Skwierczą niby oczywiste prawdy, które mogą się okazać: kupą gówna lub najpiękniejszym brylantem. Czy potrafimy zadawać właściwe pytania? Bez nich nie ma szans na właściwą odpowiedź. A może niektórych nigdy nie zadamy, bo zabrakło ich w menu naszej świadomości i pojmowaniu świata. Nie wszystkie dania są dostępne dla naszego mózgu. Czasami musimy obyć się smakiem, a obiad stygnie niezrozumiały. Stalowy łańcuch cały czas wisi na mojej szyi. Otula zimnym gładkim ściskaniem. Jak mam zatem odnaleźć to najbardziej słabe, skoro jestem istotną cząstką całej tej pętli, a zwierciadło już dawno rozbiłem. A gdyby tak poszybować w głąb umysłu. Poznać kwitnące i zwiędłe kwiaty własnych myśli. Postarać się wzlecieć pod samo sklepienie sensu istnienia. Doznań i odczuć. Pojąć nazwy wszystkich różnorodnych drzew. Wyodrębnić gatunki. Poznać sens wzrastania ku niebu. Aż w końcu zgłębić i zrozumieć: tajemnicę lasu. Komputer nie zna pojęć, co zwą się: radość, smutek, lęk lub odwaga. Jego program jest wolny od tego typu darów. Nie może z własnej woli, zadać pytań w tym temacie, bo nie ma ''siebie'' w ''sobie''. Jest jak ten kwiat bez zapachu, co prawda z narzuoną mu możliwością wzrastania, lecz o której świadomie wie tyle, co przysłowiowy wilk o gwiazdach. Jakże ograniczeni możemy być, idąc drogą takich myśli. Nieprzekraczalna granica dla ludzkiego umysłu. Poza nią wszyscy mogą mieć racje lub nikt jeżeli się kiedyś okaże, że zdołamy ją przekroczyć. A jeżeli nie to i tak nie będziemy nic wiedzieć. Przecież jesteśmy pyłkami we wszechświecie o tak niewielkich rozmiarach, że prawie nas w ogóle nie ma. A rzucamy się jak wszy na grzebieniu utkanych z galaktyk. Można mieć jedynie nadzieję, że w jakimś stopniu pyłkami ważnymi. Nie tylko strzępkami materii, ale czegoś więcej. Dużo więcej. Bo inaczej po co byśmy mieli istnieć? Chyba jedynie jako wyciory do nieskończenie małych: czarnych dziur. Wszechświat mógłby się bez naszych ciał doskonale obyć. Ma dosyć w sobie, o wiele większych i bardziej stabilnych. A zatem można założyć, że istnieje jakiś nieznany nam sens, tego wszystkiego co: kochamy, nienawidzimy, boimy się i pragniemy. Sens doznań, których nie widać, a są. Tak przynajmniej nakazuje: logiczne myślenie. O nie. To nie takie proste. Ogrodzenie jest piekielnie wysokie. Zbudowane ze skalpeli i brzytew. Sięga poza horyzont postrzegania i wytęsknionych zdarzeń. Na krawędziach przeistoczenia płoną tajemnice. Widzę pomarańczową łunę. Zaprasza do siebie. Boję się podchodzić bliżej. Nie potrafię zgłębić aż takiego żaru. Macki lęku zagradzają drogę. Suną w moją stronę. Otaczają i zamykają w uścisku, który dławi i wyciska odwagę. A nawet gdyby zaryzykować, to w końcu zawładną mną moje blizny. To już nie będę ja. Stanę się jedną wielką raną. Co z tego, że wiele zrozumiem, skoro będę zgliszczami opakowania lub kupką gorącego popiołu, śmieciem do wyrzucenia w którym błąka się samotne: ego. Walkę z wewnętrznym potworem można przyrównać do ogromnego kornika, którego - przez własną pychę - zamykamy w drewnianym domku. Niestety, po jakimś czasie potwór wychodzi na wolność o wiele większy i mocniejszy, wynosząc w sobie strawione więzienie. Albo też do walki na miecze we mgle. Nagle się okazuje, że całe nasze przygotowania w tym zakresie, są gówno warte, gdyż scena życia, a co za tym idzie, wszelkie reguły, się radykalnie zmieniły. Człowiek widzi przed sobą, jakieś niewyraźne cienie i nigdy nie wie, który mu głowę zetnie. Wypracowane nawyki w tym świecie są tyle warte, co rzeźbienie z płynącego strumienia: pięknych ryb lub wędkarzy którzy na nich polują. No właśnie. Logiczne myślenie może się okazać, zakrwawioną szmatą na kolczastym drucie. Nasze życie to chaos plus przewidywalne, nie do końca działania. Jednego zawsze musi być więcej, gdyż w przeciwnym wypadku, obydwa ''światy'' by się wzajemnie ''wygłuszyły'' i by nastała stagnacja. Destrukcyjny ''bezruch''. Tak czy inaczej: ''Que sera sera''. A nawet gdybyśmy zmienili przyczynę, to widocznie taki miał być skutek. Plany co do przyszłości można zmienić, ale nie samą przyszłość, bo jeszcze jej nie ma. Istnieje tylko: teraźniejszość i linia czasu, po której wszystko przemija na pochylni. Tak dokładnie wszystko się zdarza: tylko raz. Powtórzenia mogą być jedynie: podobne. Tak samo jak każdy człowiek jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Czy kiedyś zobaczymy co jest poza horyzontem, będąc na kuli? A gdyby zostać strumyczkiem. Początkiem rzeki. Póki co błądzę po suchych zwiędłych liściach. Skrzypią i trzeszczą pod stopami jak wyschnięte kokony zasuszonych, aczkolwiek zimnych jak lód, poczwarek. Cały czas podążam w kierunku urwiska oblodzonego płaskowyżu. Widzę krawędź, lecz jeszcze nie wiem co jest poza. Czy będę spadać stukając o wystające skały, czy pofrunę na drugą stronę uśpionego snu. A może dotrwam do dna. Jeżeli nie będzie wystających szpikulców, to dostanę ostatnią możliwość odbicia. W przeciwnym wypadku, utknę jak ten motyl w gablocie, nadziany na szansę, którą kiedyś przegapił. Są sytuacje, w których nie znajdujemy się w tym miejscu co trzeba. Jest to zazwyczaj spowodowane naszym zaniedbaniem lub czynnikami zewnętrznymi, na które nie mamy wpływu. Z drugiej strony, w perspektywie dalszego życia, nie wszystko co cieszy jest dobre i nie wszystko co złe, jest złe, zakładając, że uczymy się na błędach. Biorąc pod uwagę nasze krótkie bytowanie na tym świecie, pewne wartości powinniśmy pielęgnować. Błędy można naprawić, ale ich skutki bywają nieodwracalne, niczym wycinka przez kosę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że często kogoś krzywdzimy nie zdając sobie z tego sprawy. Przecież w naszym mniemaniu, dajemy w prezencie: rzekę miodem i mlekiem płynącą, w której niestety... obdarowany... może się utopić lub w najlepszym wypadku, zadławić słodyczą lub ledwo dyszeć pod mlecznym kożuchem, gdy go jasny pot zalewa. Nie pod każdym deszczem tak samo się moknie, gdy parasol chaotycznie przesiąka. To już lepiej stać - bez. Dostrzegam wokół dziwne zjawisko. Niektóre drzewa zawiązują supełki. Mają prawdziwy problem ze swoją koroną. Im większa, tym gorzej. Nie mogą jej przecisnąć przez mały otwór, wytworzony przez kółeczko stworzone przez pień. Mam nieodparte wrażenie, że te co nie podołają, zmarnieją i umrą, mimo dostatku potrzebnej wody. Przytłacza ich czubek własnej korony i cała reszta. Każdy człowiek to niezbadany świat. Reaguje inaczej na rzucone koło ratunkowe. Niektórzy nawet wolą się utopić, lecz mieć możliwość: wyboru. Nie istnieje jakiś złoty środek, który zlikwiduje u wszystkich: każdy psychiczny ból. Zdarzają się chwilę zwątpienia, gdy nagle człowiek zdaję sobie sprawę, że jest półfabrykatem, częścią, która w maszynie: zgrzyta lub zgrzytają nim inni. Bywa tak, że do końca życia nie wiemy, czy ktoś rzucał piasek między tryby, czy tak po prostu miało być. A największym plugastwem jest ludzka pycha i zawiść. Zgnilizna tego świata. Nieustannie cuchnący trup. Pelerynka z rozkładu założona na Ziemię. Właśnie zaczyna padać. Wiele liści przygniata stado spadających cząstek. Jedne dziurawią żyłkową powierzchnie, a po innych wilgotność orzeźwiająco spływa. Mała biedronka startuje z zielonego pasemka, rozbryzgując skrzydełkami kropelkę wody. Ma jednak pecha. Płonie w oślepiających promieniach słońca. Myślała, że tam gdzie jasność to musi być szczęście. A tu gówno albo nawet tego nie ma. Żadnych reguł. Jaskrawe światło bywa gorsze niż mrok. Przebija powieki, gdy zupełnie niespodziewanie człowieka dopada jak płonąca bestia z wrzącą krwią. Wlatuje do gardła świadomości, podświadomości, wypalając wiele na swojej drodze. Gdyby można było wypluć chociaż trochę: lepkiej gorącej mazi. Dławiącego skrawka własnego: ego. Pozbyć się kolczastych ziarenek przeistoczonej opacznie egzystencji. Niestety, wszystko jest kosztem czegoś. Nie ma nic za darmo. Żeby coś mieć trzeba coś stracić. Nieważne jak to nazwiemy. Jeżeli biegniemy, tracimy możliwość jednoczesnego fruwania, gdybyśmy posiadali takową zdolność. Póki co, możemy fruwać w obłokach i myśleć o niebieskich migdałach. Granice wyobraźni zależą od ludzkiego mózgu, charakteru człowieka, oraz od różnych czynników, obrazów, które działają na niego z zewnątrz. Lecz zarazem ta umiejętność, może być przekleństwem dla człowieka. Wszystko zależy od jej siły i rozrostu, która wbijając się klinem w naszą świadomość, może doprowadzić do rozdwojenia dróg, walczących ze sobą. Czasami na śmierć i życie. Każdy się różni od pozostałych. W przeciwnym wypadku, byśmy pomarli z nudów. Nawet pogrzeby były by nudne. Szybuję nad morzem. Gładkim, nienaruszonym. Nagle w niektórych miejscach woda zamarza. Tworzą się kwadraty i koła o równych polach. Wiem, że to niemożliwe. Z nieba zwisa wstęga liczby: Pi. Jej złudny koniec omiata mi twarz. Spoglądam w dół. Dostrzegam drugą stronę planety i podeszwy chodzących ludzi. Z zielonkawej toni wyrastają grube łodygi morskich kwiatów. A na każdym z nich przyczajony rekin. Ludzkie szczątki wystają mu z pyska. To nawet ciekawie by wyglądało, gdyby nie to, że nie mogę wzlecieć wyżej ani się zatrzymać. Kawałek po kawałku podgryzają moje fruwające niby ciało. Siedzą przyczajone między białymi płatkami ogromnych kwiatów. Jak jakieś zmutowane szare pszczoły, co zdradziły miód. Coraz bardziej mnie ubywa. Nie czuję już bólu. Został czysty umysł. Tego mi nie zjedzą. Nigdy! Przenigdy! Za mało krwisty i pożywny. Nawet dla takich bestii. Nagle morze znika. Powracam... uciekając. Podobieństwa są przydatne, ale mogą też działać destrukcyjnie. Zaczyna brakować ''iskier'', które rozniecają ''ogień''. Można by się zastanowić: po co to wszystko? To co tworzymy na tym świecie: muzykę, obrazy, książki, wspaniałe budowle i tym podobne sprawy? Skoro ma to przeminąć i już nigdy nie powrócić. Jaki to ma sens? Owszem, można pomyśleć: raz się żyję na tym świecie i po co rozmyślać o tym co będzie. Czerpać garściami uciechy z życia, a całą resztę mieć w dupie, łącznie z ta całą filozofią o początku i końcu wszystkiego, myśląc sobie: i tak mnie robaki wtranżolą lub spłonę w gorącym ogniu. Idę po zielonym promieniu nad głęboką przepaścią. Widzę ogromną kołyskę. Słyszę głośne chlupotanie i szum. To krew przelewa się przez brzegi. Cienkie pasemka czerwoności, znikają na dole we mgle. Z wnętrza łóżeczka wystaje czarny sztylet, z postrzępionymi kawałkami początków kwiatów. Są różowe. Kolor stanowi wypadkową dwóch istotnych barw. Przylepione do ostrza, mimo wszystko pragną uciec, by dalej rosnąć. Nic z tego. Ostrze jest przeszkodą nie do przejścia. Nie zaglądam do środka. Pod prześwitującą drogą przelatuje zielonkawa kukułka. Każdy ma inne spojrzenie na świat. Przyczyny mogą być różne i wywodzić się z takich a nie innych zdarzeń z przeszłości, lub też nie mieć żadnych powodów. Bywa tak, że człowiek lubi się wyróżniać. Jedni tym, drudzy owym. Byle tylko zostać zauważonym. I to już wystarczy do lepszego samopoczucia. Duża część naszego życia, to nieustanne wsiadanie do jadącego pociągu. Jedni wpadają pod koła a inni po chwili siedzą w ciepłym przedziale. A już na pewno na torach jest miażdżona sprawiedliwość. Jej nigdy nie ma w wagonie, na stacji i gdziekolwiek. ~~~ Płynę nad pustynią. Widzę w dole własne ślady. Czyżbym kiedyś tu był? Na tym prawie pustkowiu, gdzie tylko piasek jest panem i władcą samego siebie. No… może nie do końca. Kolce kaktusa wciskają swe ostrza do czeluści brzucha. Żeby chociaż miały tępe końcówki. Albo lepiej nie. Wchodziły by wolno i dłużej by trwała ułuda cierpienia. A właściwie jaka to różnica? Rzeczywistość czy halucynacja. Tak samo boli. Piasek wlatuje w oczy pod sklepienie powiek. Rani przy zamykaniu i otwieraniu. Małe kuleczki skrzypią boleśnie, między okiem a skórą. Och, żeby tak nie mieć tych zasłonek na wiercących się gałkach. Co za głupoty przychodzą mi do głowy. To chyba od słońca. Pot zalewa oczy. Dostrzegam drgające powietrze. Widzę w oddali jezioro. Jest owszem, ale w moim umyśle. A stamtąd się nie napiję. Dostrzegam szklankę pełną wody. Biorę do ręki. Dokładam do spieczonych ust. Przechylam. Powstająca dziura otwiera dno. Ożywcza ciecz płynie pod górę w odwrotnym kierunku. Wylatuje na zewnątrz i wsiąka w piasek, który pozostaje suchym. Mój umysł stoi na czymś w rodzaju pola. Wokół jak okiem sięgnąć biegają tysiące mnie. Tyle że: małych. Mniejszych od krasnoludków. Niczym bliźniacze obrazki, w kawałeczkach potrzaskanego lustra, które sam kiedyś rozbiłem. Muszę odnaleźc właściwego siebie. Nagle widzę jednego z nich. Stoi oparty o drzewo. Pod spodem trójkątny prześwit. A zatem sztywny. Podpływam bliżej. Także zimny. Wiem, że kiedyś muszę umrzeć. A zatem to jestem ja. Zwiększa swoją wielkość. Gdy ma rozmiar człowieka, wlatuję w jego ciało. Jakieś inne, obce ale z pewnością: moje. Leżę w ożywczej trumnie. Takie mam odczucie. Czuję zapach lasu. Krawędzie umykają do góry. Słyszę szelest poduszki. Ociera się o świeże drewno ścian. Coraz głębiej i głębiej. Szybciej i szybciej. Nie odczuwam lęku. Raczej ciekawość. Teraz leżę plecami do góry. To co widzę na dole, nie da się określić słowami. Wtem pode mną dostrzegam cień. Do uszu dobiega: dziwny głuchy odgłos. Jakaś siła zamyka nade mną wieko. Ciemność zapada bardzo szybko. Nagle jestem gdzie indziej. Zdążyłem uciec, lub raczej: to coś mi pozwoliło. Widzę znowu ten sam cień. Ale jego źródło, zostawiłem w tamtym świecie. Skrawki ciemności krążą jakiś czas między drzewami, by po chwili zniknąć. Co za piękny sad. Powietrze pachnie słodkimi owocami. Pomarańcze, śliwki, jabłka i banany tańcują przed oczami, niczym tancerki na łąkowej scenie. Upleciona z porannej mgły, oświetlona poświatą w kształcie pięciolinii i dźwięcznych nut, sama w sobie jest dziełem sztuki. Pszczoły w kolorowych sukienkach, nakładają łyżeczkami wyrzeźbionymi z wosku, odrobinki miodu do kryształowych kubeczków, wyżłobionych w mroźnych sopelkach. Jak to możliwe, że tak tu piękne. Na gałązkach kwitną kolibry. Malutkie i różnokolorowe. Dopiero są małymi pąkami. Wiatraczki wirują na ich maciupeńkich grzbietach. Niektóre już teraz startują z gałązek i wzlatują jak miniaturowe helikoptery. Strumyczek przezroczysty tak bardzo, że widać przez niego myśli ryb, unosi swoją rześką wstęgę, ukośnie do zielonej falującej trawy. Jak srebrzysty wąż wije się na wszystkie strony, opłukując drzewa i mnie z niepotrzebnego brudu. Koi rany. Owija migoczącym światem. Bystre rybki ocierają się o ciało. Jestem wewnątrz, lecz mogę oddychać. Nawet lepiej niż powietrzem. Słyszę skowronka. Siedzi na wysokiej wzniesionej fali. Dosięga śpiewem błękitu nieba. Kapią stamtąd: odrobinki słodkiego do nieprzytomności: piołunu. Po drugiej stronie horyzontu widzę następny. Muszę sprawdzić co jest za nim. Pod sklepieniem umysłu szybują niewiadome. Obijają się o ścianki jak fruwające ćmy. Żeby tylko nie przylgnęły wygodnie do światła, zgłębiając fałszywą istotą sensu... zasadę działania lampy.