-
Postów
4 904 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Powietrze jest tu lepkie i gęste. Przesycone wonią dusznych, wilgotnych ziół. Wszystko paruje po niedawnym deszczu i lśni. Zamknięte gęstwiną gałęzi, otulone skrzydłami motyla... „Borboletta”, to szósty album studyjny grupy Santana, wydany w 1974 roku. I to chyba jest ostatni rozdział nieformalnej jazzowej trylogii zespołu. Tytuł nawiązuje najprawdopodobniej do dość rzadkiego rodzaju motyla z ameryki południowej o przepięknej błękitnej barwie w całej okazałości na tle powiększonej struktury jego skrzydeł. Pełno tu ptaków, mnóstwo powietrza i lekko przymglonych krajobrazów nieskończonej, gorącej i wilgotnej dżungli. Słychać podskórne rytmiczne pulsowanie groove, jakby spadających z liści kropli w tej niemalże kosmicznej emanacji spokoju i wielkiego odprężenia. Jakieś bliżej nieokreślone dźwięki tajemniczych stworzeń, zwierząt, owadów przelatujących obok twarzy… Ale również są i momenty bardziej hardcorowe. Intensywne i gęste. Niczym przeciągająca nad nami burza… Oczywiście nadal tu króluje latynoskie fusion zmieszane z jazz-rockiem oraz acid jazzem. Ten album to przede wszystkim nastrój i klimat. Santana to zespół, który szafuje składem muzyków. Co i trochę mamy do czynienia z nowymi muzykami, którzy zastępują poprzednich. Nadaje to za to różnorodności, nowych szlifów, nowych puntów widzenia… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-25) Skład: Carlos Santana – gitara, wokal, perkusja, Leon Patillo – wokal, instr. klawiszowe, Tom Coster – instr. klawiszowe, Jules Broussard – saksofon, David Brown – gitara basowa, Michael Shrieve – instr. perkusyjne, Leon "Ndugu" Chancler – instr. perkusyjne, Armando Peraza - saksofon, instr. perkusyjne, Jose 'Chepito' Areas – instr. perkusyjne, Stanley Clark – gitara basowa, Flora Purim - wokal, instr. perkusyjne, Airto Moreira - wokal, instr. perkusyjne, Michael Carpenter - efekty * Borboletta ----------- Szelest liści ― perlisty szmer strumienia… Dobiega z oddali głęboki puls rozgrzanej ziemi ― cichy transowy rytm… … ptasi śpiew spoza gęstej otuliny lepkiej mgły… W kosmicznej atmosferze halucynogennych oparów otumaniają dziwaczne zapachy wilgotnych roślin, pachnideł, aptecznych ziół, korzeni… … duszne powietrze spowalnia oddech… Mrugają do mnie porozumiewawczo ― prześwity całkowitego odprężenia ― jakby po intensywnym orgazmie… Błogi, usypiający spokój… Pod powiekami tętnią błękitne plamy nieba… Nie mam siły poruszyć palcem ― a co dopiero ― całym sobą… Bezwład i luz… … a b s o l u t n y r a j! … Jestem nad przepaścią… Rozpadają się moje sny ― obrazy jastrzębiego lotu… … wchłania mnie wir unicestwienia… Pękają gwiazdy w orgiastycznym tańcu… Diabelskie baletnice ― koszą tuż przy ziemi soczyste trawy… … wytryskująca krew zamienia się ― momentalnie ― w krzepnące płatki róż… Wiję się w sobie… Konam … umieram… Wchodzę raz jeszcze… … w szaleństwo… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-27-08)
-
@Gosława wiesz... jakoś tak... deszcz... deszcz... ten ciągły deszcz...
-
@Somalija wiedziałem od początku, Aga... ale nie afiszowałem się z tą wiedzą...
-
@Somalija brawo! zuch, dziewczyna!
-
@Somalija hej
-
Zasypiający podmiot liryczny
Arsis odpowiedział(a) na Mitylene utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Mitylene -
@violetta próbowałaś kiedyś pocałować słońce? jakbyś miała system dolby sorround to te dźwięki otoczyłyby cię niczym kwitnąca łąka...
-
@violetta czy tak śpiewają anioły?
-
Zasypiający podmiot liryczny
Arsis odpowiedział(a) na Mitylene utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Mitylene -
Gdzie oni są? Otóż pełno ich jest, całe zatrzęsienie w gwiazdotwórczej otchłani. Gdzie są? Wszędzie. Wnikają w sny. W marzenia. W tęsknoty. Rozsadzają sobą rozpędzone strumienie czasu. Zaciskam powieki – widzę ich. Otwieram – widzę. Czuję ich obecność poprzez mury zimne i ciężkie. Przez stare cegły... Wtedy, podczas misterium w pulsującej ekstazie drgających świec, dostępuję obecności... Przez te ściany zimne. Poprzez popękane tynki, mury tajemne…. Widzę ich. Czuję. Wtedy, kiedy deszcz. Letni deszcz majowy. Wtedy, kiedy szarość pochmurnego dnia sączy się przez szczeliny zaciągniętych storami okien... Wtedy, kiedy… Kiedy to było? Pamiętasz? Dlaczego milczysz? Spójrz, jakoś tak mi tutaj samemu… Ale… Deszcz stuka w okna. W blaszane parapety. Bulgocze w rynnach… Czy to miał być wiersz? Nie sądzę. Więc, co? Co to miało być? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Może ty wiesz? Wiesz? Powiedz coś. Cokolwiek. Powiedz, pomimo milczenia i szumu. Pomimo ciszy samotności. I pomimo milczącej ekstazy smutku tak wielkiej, że aż otępiającej. Zniewalającej wszelkie poruszenie jak w chorobie Parkinsona. No i popatrz, miał być wiersz a wyszło jak zwykle nie wiadomo, co. Ciii… Stukania w przedpokoju zwiastują czyjeś przybycie. Czy to ty, ojcze? Przyszedłeś po coś? Zapomniałeś czegoś? Ojciec przychodzi na ogół we śnie. I tak jakoś majaczy niczym fatamorgana. Lecz tym razem to nie on… Wiesz, kiedy zaciskam mocno szczypiące powieki dużo światła nas wówczas dzieli. Nawarstwia się wtedy twoja nieobecności, potęguje się i lśni. Jak ten blask na skraju. W widnokresie zalęgły. W słońcu kładącym się do snu. Tu i tam. Tu i ówdzie. Wszędzie. Po wielokroć… No i popatrz. Ach, stałaś się znowu kamieniem. Nieczułą cząstką wygaszoną w sobie. Jestem tutaj. Jestem. A ty? Mech porósł płaszczyzny kamienia. Zielone ściany. Mechate. Miękkie i wilgotne… Za dużo tu nieścisłości. Kiedy staję obok domu umarłych dawno temu dziadków, słyszę jak rozmawiają ze sobą, w środku. Rozmawiają i śmieją się. Padają przytłumione słowa gości. Wszystkich tych, których już nie ma. Nie wchodzę do środka, do tego wnętrza przeszłości. Dawno minionej strugi. Ale nie. To dzieje się na nowo. Oni są tutaj. Oni są. Czuję ich obecność, Patrząc w dal. W ten skraj zielonej łąki. Podmokłej. Tej łąki zwieńczonej strumieniem perlistym i lśniącym… A więc tam.. Tam daleko… Spójrz. Spójrz tak, jak mogłabyś spojrzeć, będąc razem ze mną w tej oazie nieskończoności… Spójrz! Horyzont ugina się od szaro-słonecznej, od tej melancholijnej kwintesencji zmierzchu w liliowych powabach i lśnieniach. Od tego czegoś, co umyka wyobraźni a co istnieje wiecznie. Na zawsze… Wtedy, kiedy patrzy się poprzez płot z rozrosłego znienacka gladoilusa... Stoję na zewnątrz małego parterowego domu i nasłuchuje rezonującej bieli ścian. Tej bieli oddychającej. Werandy. Okien uchylonych. Sieni… Nasłuchuję głosów. Śmiechów i szeptów. Wszystkich tych dawno minionych emocji. Nieaktualnych już, choć wciąż istotnych z punktu widzenia wieczności. A więc słyszę te zapamiętane z dzieciństwa, z młodości... Głosy dziadków, których ciała rozsypały się już dawno w pył. … a więc te głosy, te szepty dawno umarłych już gości… … umarłych, zmarłych, skamieniałych… Wracam do początku… Czuję każdą barwę dźwięku. Każde wibrato… Wyczuwam wszystko jak pies, któremu podkłada się pod nos przedmioty powszechnego użytku. A więc czuję ich. I wiem, że są. Rozmawiają ze sobą. O sobie. I o sprawach wszechrzeczy. O tych wszystkich kwestiach… Kto tu jest? Dziadek wyszedł na chwilę… Nie. Nikt nie wyszedł. Oni są wiecznie wewnątrz czegoś, co jest nieograniczone i niepojęte… Oni są wewnątrz... Nie widzę ich, ale słyszę… Wprawdzie słyszę jakoś tak, jak się słyszy przytłumione dźwięk zza ściany. Jakoś tak…Słysze ich, jakby świętowali. Bo świętują. Tam wciąż komuś winszują i składają życzenia. Śpiewają cicho harmonicznymi głosami pieśni. Imieniny. Urodziny… Jedno i drugie. Wiecznie… Pobrzękują sztućcami, filiżankami, talerzykami... Tymczasem na zewnątrz trwa przytłumiony blask wiecznego zmierzchu. Pachnący maciejkami zmierzch, któregoś czerwcowego zmiłowania, którejś wczesnej jesieni… Spójrz, tak moglibyśmy się kochać. Tak miłować, splatając dłonie… Tak moglibyśmy… Lecz… Wiesz? To nie ten wszechświat. I czas. To nie ta otchłań gorejącego bytu. Tutaj wszystko jest już minione. Niespełnione. I tęskne. Tutaj wszystko jest przytłumione w kolejnych fazach okrutnego mijania. Tutaj wszystko jest świeże. I więdnące. I uschnięte zarazem. Tutaj wszystko jest… Wiesz, za dużo tego wszystkiego. Za dużo tej przeszłości. Tych rozsypanych resztek dawnego życia. Jest. To znowu tak jakby nigdy niczego nie było… A nawet, jeśli jest, to jakieś takie minione. Nieaktualne. Jakieś takie post… Dużo tu tego. Dużo. I jakoś tak strasznie mało… Pamiętasz? Wtedy, kiedy ktoś chciał ci coś powdowieć? Lecz nie zdążył. … więc nasłuchujesz echa… I jesteś coraz dalej od polan. Od tej woni igliwia. Oddalając się, oddychasz płytko przegrodzona kratą gęstego powietrza... I jesteś ogłuszona ciszą, która zwiesza się gałęziami do samej ziemi płaczącej wierzby. … co przegląda się nad wodą, nad wartkim strumieniem hałasującym perlistym milczeniem … (Włodzimierz Zastawniak, 2026-01-24)
-
Usta twoje całują Usta twoje się snują, usta twe się wodzą, Jak dwa ptaki różowe, po mnie lekko chodzą, Jak dwa światła natchnione, oczu dotykają, Usta twe mnie zabrały, usta twe mnie mają. Jak wyznania wstydliwe, jak szepty szalone, Powtarzam w ustach twoje usta niezliczone, Od uśmiechu w kącikach do smaku języka — Usta twoje całują i świat cały znika. (Tekst: Kazimierz Wierzyński. Muzyka: Józef Skrzek)
-
@violetta dinozaury nie rokowały, dlatego zostały zmiecione z powierzchni ziemi. być może i nas to czeka...
-
-
@Somalija 3i atlas nadal zastanawia i szokuje... rozwiąż zagadkę antyogona i pozostałych usytuowanych symetrycznie dżetów. naturalna bryła lodu tak nie sublimuje. napisz coś, bo zwariuję...
-
@violetta jest z pewnością wyższa forma życia. końcowa, ostateczna. w skali Kardaszowa (siedem stopni, choć rozwinięta przez innych min Issaka Asimova) ten typ oszacowany jest właśnie na VII. cywilizacja ta potrafi wykorzystywać nieskończoną energię całych niezliczonych wszechświatów (multiwersum) taka cywilizacja potrafi kreować jeden, bądź wiele wszechświatów i jest określana jako "boska". My, jako cywilizacja jesteśmy na poziomie zero "0". .Do osiągnięcia pierwszego stopnia brakuje nam, bagatela, jakieś sto tysięcy lat. cywilizacja stopnia pierwszego potrafi wykorzystywać zasoby (energię) swojej planety... my, nie potrafimy nawet ze sobą współżyć... jesteśmy jak dzieci w piaskownicy... nie rokujemy...
-
@Mitylene niezliczone ilości wszechświatów, niezliczone ilości (liczby) nas samych. być może w którymś...
-
@Somalija zwolnij...spójrz w swój wewnętrzny wszechświat...
-
@violetta miałem na myśli wszechświat wewnętrzny poprzez psychikę, świadomość i doznania porównywalne do wszechświata zewnętrznego jako metafory i analogie. ale również jako wielowymiarowość...
-
@Somalija to świetnie, że się odprężasz... aaale nie popadaj w pracoholizm...
-
@Mitylene
-
@Mitylene
-
@Somalija hej, Aga. jak żyjesz...
-
@violetta raczej wszechświat... innerspace...