-
Postów
4 961 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Źródło: https://www.greeka.com/ Przytłacza mnie to miasto ― wapiennym wzgórzem… … stuleciami wieków ― wrośniętymi korzeniami w szczeliny skał… Wznosi się wysoko ― gorący kurz serpentyn… … ponad ― dojrzewające w słońcu ― pomarańczowe gaje… ― zielone strzały cyprysów… … … przeniknąwszy strukturę ― białego ― kamienia… … staję ― przed obliczem ― Ateny Partenos 2… ― … dziewicy ze złota… (Fidiaszu 3 ― pokłoń się przed swoim dziełem!) … … otaczają mnie astralne byty… … uwięzione w drzewach ― milczące ptaki… … w okazałej powadze sanktuariów ― pełnych ― posągów wotywnych 4… ... smukłych kariatyd 5… … Błądząc obok świątyni zawartej w miniaturze ― świątyni ― Bezskrzydłej Nike 6… … staję się twórcą… ― Kallikratesem! 7 ... I wyłania się ― niemy Erechtejon 8… … choć ― przecież słyszany ― przeze mnie… … Wychodząc ― na wprost ― niewzruszonej ― Ateny Promachos 9… ― … można oślepnąć od silnego blasku… … ― ogłuchnąć ― od zwycięskiego zgiełku… (Włodzimierz Zastawniak, 2013-05-19) * Akropolis – w starożytnej Grecji – miasto, bądź osiedle – zbudowane na wysokim wzgórzu o zróżnicowanym przeznaczeniu. Najsłynniejszy z nich znajduje się w Atenach. 2 Atena Partenos – nieistniejący już posąg Ateny-Dziewicy, bogini mądrości, sztuki i wojny, który był wykonany ze złota i kości słoniowej ok. 447 p.n.e - 438 p.n.e przez Fidiasza. Posąg wzniesiono w Partenonie, świątyni poświęconej tejże bogini na ateńskim Akropolu. 3 Fidiasz – (ok. 490 p.n.e - ok. 430 p.n.e) Jeden z najwybitniejszych rzeźbiarzy starożytnej Grecji. 4 Posągi wotywne – (ex voto, wota) w starożytności spełniały funkcję darów, składanych bogom w dowód wdzięczności. 5 Kariatydy – podpory architektoniczne w kształcie kobiecych postaci. Rodzaj kolumny. 6 Świątynia Bezskrzydłej Nike – niewielka świątynia na ateńskim Akropolu, poświęcona bogini zwycięstwa, projektu Kallikratesa. 7 Kallikrates – (ok. II połowy V w. p.n.e) Starogrecki architekt, min. współtwórca ateńskiego Partenonu. 8 Erechtejon – świątynia na ateńskim Akropolu, wzniesiona ok. 421 p.n.e – ok. 405 p.n.e na cześć Erechteusza, jednego z pierwszych władców ateńskich. 9 Atena Promachos – nieistniejący już, monumentalny posąg bogini wojny, dłuta Fidiasza, górujący niegdyś nad ateńskim Akropolem, z tarczą i włócznią.
-
@Silver Dziękuję za serce. Pozdrawiam o zmierzchu, gdzieś z dalekich, deszczowych pokładów czasu...
-
@Antosiek Szyszka Pozdrawiam... - z lodowatej - mrocznej - otchłani... @ais W otchłani mroku... mam chłostę codziennie... Pozdrawiam.
-
Owady wyśledziły nas w lesie
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@fregamo Pozdrawiam. @Waldemar_Talar_Talar Ok. Niech tak zostanie. Pozdrawiam. -
… ukazał się przed nami ― motyl… … przewodnik kwiecistego szlaku… Poszliśmy za nim ― zaciekawieni… … opodal ― wytężonej pracy mrowisk ― i smuklejących w przelocie ― ważek… … byliśmy ― pod czujną ― obserwacją… ― … wielkich ― owadzich ― oczu… … cicho trzaskały suche gałązki ― pod naszymi ― bosymi stopami… … … to się stało tak ― nagle… … nieoczekiwanie… Potknęliśmy się ― o krótki cień drzewa, który ― zaszedł nam ― znienacka ― drogę… … abyśmy mogli ― zetrzeć z niego ― resztki lata… ― … pachnące żywicą… (Włodzimierz Zastawniak, 2013-04-04)
-
@[email protected]ękuję za komentarz. Pozdrawiam. @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję uprzejmie i również pozdrawiam.
-
Jest ― tak ― cicho… … to samotność nam coraz bardziej dokucza ― i ― podwieczorny skwar… … Pamiętasz ― jak się szło? Idziemy brzegiem pól… … bezpowrotnie ― inaczej… … jakże brakuje nam ― naszych oczu ― i ust… … nadciąga mrok… … Coś zaszeptało ― w przelocie ― spoza purpurowych kwiatów dzikiego bzu… … w ciemniejącym świetle ― wyłania się ― Chrystus ― na wskroś dębowy… … ze wzrokiem ― utkwionym w cierpieniu… I w tym bzie ― ma dłonie ― przybite ― do krzyża… … złączone stopy… … Pamiętasz ― jak się szło? Przymglone niebo… … księżyc ― powoli nachodzi… (Włodzimierz Zastawniak, 2015-04-03)
-
Źródło: https://www.artstation.com/ … szare piksele mżącej samotności ― wysypują się z zakamarków nocnego miasta… Blask zimnego księżyca ― jest jedynie tłem ― dla szumiącego w moich uszach ― potoku ciszy… … Gwiazdy spadają… Tańczą nad kominami fabryk ognie świętego Elma… … wirują ― unoszone wiatrem ― śmieci… … … idę po spirali schodów… W górę… W dół… ― … nie wiem… Idę wzdłuż żywopłotu… ― wilgotnego muru ― z czarnymi oczodołami martwych okien i bram… … … wszystko wokół ― głęboko ― oddycha… … nawet ściany się wybrzuszają ― poszerzając, co chwila ― kreski popękanego tynku… … Samochody na poboczach ― zakurzonych placach… … zatrzymane w czasie ― wytwory ― industrializmu… … W zgaszonych reflektorach ― odbija się daleka łuna ― jakiejś kosmicznej eksplozji… … … ostrzy się ― na szklanych krawędziach… (Włodzimierz Zastawniak, 2015-11-20)
-
Źródło: https://pixabay.com/ ... spoglądają przed siebie ― od tysiąca lat… Oparte plecami o zbocze Rano-Raraku 2 … … spływała tu kiedyś ― rozpalona ― kipiąca lawa… ― … jak ― z ropiejącego wrzodu… … teraz ― zastygła ― skamieniała forma… … Mijam armię ― posągów… ― … arcydzieła minimalizmu ― w czerwonawych Pukao 3 na głowach… Żeby je móc poruszyć… ― … trzeba by najpierw ― wstrząsnąć ― całą wyspą… ― … tym czystym słońcem nieznanych łąk … … stojące bryły... ― leżące… Zakopane w ziemi… … Nade mną ― obłoki… … metamorfoza kształtów… … Sylwetki niewzruszonych bogów… ― … wyznaczają ― koralowymi oczami ― bezkresne ― szumiące morze… (Włodzimierz Zastawniak, 2015-09-20) *** * Moai – monolityczne figury na Rapa-Nui (leżącej na południowym Pacyfiku - Wyspie Wielkanocnej), wykonane prawdopodobnie przez polinezyjskich osadników, którzy przybyli na nią około 1000-1100 r. naszej ery. Figury są wykonane z wulkanicznego tufu. Mają od kilku do kilkunastu metrów wysokości i ważą od kilku do kilkudziesięciu ton. 2 Rano-Raraku – krater wygasłego wulkanu na Rapa-Nui o około kilometrowej średnicy. W jego obrębie znajdował się kamieniołom, w którym wykuwano Moai. 3 Pukao – wykonane z czerwonawego tufu polinezyjskie nakrycie głowy dla Moai, przypominające kapelusz.
-
1
-
Libera nos, Domine, de morte aeterna *
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Źródło: https://pixabay.com/ Idę wolno ― długim korytarzem…― stawiając kroki w obskurnym świetle żarówek… Jak się tutaj znalazłem? … nie wiem… ... … kreski popękanego tynku… Falujące płótna ― pajęczyn… … Czarny prostokąt zamkniętych na końcu drzwi ― z wyżłobionym krzyżem ― zbliża się ― jak ― równoważna śmierci noc… … … w przerażającej ciszy ― rozchodzi się chrzęst ― rozbitego na podłodze szkła… Od moich kroków? … nie moich? … Śledzą mnie ― widma… … kłębią się i snują… ― wychodzą z ciemności… ― giną… … Kochanie…― … kiedy i ja umrę ― nie będzie ― nic? … … zamykam powieki wilgotnych ócz… … Idziesz skrajem łąki ― z przysłoniętą długimi włosami ― roześmianą twarzą… … taka oczywista… prawie ― dotykalna… ― jakby ― w ostatnim momencie jasności… … Chłodna klamka ustępuje ciężko ― pod moją dłonią… … skrzypią zawiasy z pogłosem echa… … Mam wrażenie, że stoisz obok ― trzymając bukiet uschniętych róż… … Kochanie…― … kiedy i ja umrę… ― nie będzie ― nic? (Włodzimierz Zastawniak, 2015-03-11) * Libera nos, Domine, de morte aeterna (łać.) – Wybaw nas, Panie, od wiecznej śmierci -
Mówisz do mnie stłumionym szeptem, synku
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Franek K Dziękuję za komentarz. @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za komentarz. @duszka Dziękuję za komentarz i docenienie. @Jan Paweł D. (Krakelura) Dziękuję za komentarz i uwagi, jednakże zostawię tak, jak jest. @Lahaj Dziękuję. -
Mówisz do mnie stłumionym szeptem, synku
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Kiedy ostatni raz ― trzymałam twoją dłoń… ― … była taka ciężka ― i zimna… … Pamiętam, że uchyliły się przed tobą wielkie i białe drzwi ― skrywające od zawsze ― największą tajemnicę… Poznałeś ją ― będąc już częścią mozaiki Wszechświata ― z wiarą we wszechmoc rozumu… … bez wiary ― w ciało… * Siedzę sama ― na ławce… … otoczona parkowym azylem… … Doszukuję się czegokolwiek ― w rozchwianych gałęziach… … w grze cieni na żwirowej alejce… ― w cierpkim zapachu wilgotnych kwiatów… … Uśmiechasz się do mnie ― rozgorzałym słońcem… … i mówisz ― stłumionym szeptem… … Pragnę wciąż ― o tobie pisać ― układać strofy… … wyżłabiać w kamieniu słowa ― na kształt ― twojego imienia… … … masz władzę ― przenosin ― w czasie… … Jesteś tu i gdzie indziej… … albo jesteś ― tylko pyłem ― drgającej jutrzni… … tęczową pół-obręczą… * Brama koło domu… … przeciąg milczenia… … … ogromne okna ― zaciągnięte ― ciężkimi storami… … Można się spodziewać przebiegającego kota, lecz ― to przemyka całe twoje dzieciństwo… … zbyt krótkie ― zbyt długie ― w cierpieniach… … Wszystkie nocne trwogi… ― zabawki porzucone w kącie… Koń na biegunach ― pokryty kurzem… … na ścianie ― pergamin ― wyblakły przez lata… … fotografia uśmiechniętej twarzy… … Szron przesłonił już szyby… … i coraz bardziej wypełnia pustkę ― wspomnienie twojego głosu… … rączek, co mnie radośnie ciągnęły za warkocz… (Włodzimierz Zastawniak, 2013-12-01) -
Źródło: https://www.pexels.com/ Słyszę ― jak mówi szeptem ― kokietując ptaki ― i tysiącletnie drzewa… … zapatrzona w blaski ― nieruchomej rzeki… … Jest taka piękna i świadoma swojego czaru ― kiedy stoi na krawędzi światła… … ubrana ― jedynie w cienie… ― chodzące po niej konturami liści… … czeka cierpliwie ― z refleksem słońca ― na ustach… … z dłońmi złożonymi na piersiach… … Czeka ― aż nadejdę ― jako szum leśny ― albo ― szelest łąki… … by mnie porwać ― ku niebu ― w zorzy witraży… ― … bym się zatracił w białym obłoku… … I uświadomiłem sobie ― całe życie ― pomiędzy dniami zgasłego lata… … mój dom ― dzieciństwa… … tętniące źródła… I każde ― inne ― miejsce… ― … które po mnie… ― … stanie się p u s t k ą… (Włodzimierz Zastawniak, 2014-03-29)
-
Źródło: https://www.pexels.com/ Opowiadał mi o ciszy… ― o pustce ― ze smutnym wzrokiem ― utkwionym w istocie Wszechrzeczy… … o przebywaniu ― gdzieś ― poza granicą neonu… … Przenikał przeze mnie ― bez trudu ― omiatając moje skronie nikłym powiewem… … omiatając pieczołowicie ― jakby zadumą ― rozpostartą na nowo… … Opowiadał o ukrytym słońcu ― i obłokach ― w niedostępnym niebie… … prawie ― nie podnosząc oczu… … I nie musiał patrzeć przed siebie ― by wszystko odgadnąć… … był ogromnym zbiorowiskiem poznania ― niczym drgające światło… … jak nagły prześwit w szepczącym drzewie… … bądź ― jak cień ― tego drzewa ― przerastający mnie pod wieczór… … Szedłem z nim? Naprzeciw niemu? … nie wiem… … Ale wiem, że rozpościerał się… … rozpraszał się… ― z a n i k a ł… (Włodzimierz Zastawniak, 2014-06-13)
-
Arktyczny zachód słońca
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@miauczenie owies Min. utworami muzycznymi, ale też i powieściami... obrazami... Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam. @Sylwester_Lasota Jeden lubi awangardę inny klasyczne formy. Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam. @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za komentarz. Pazdrawiam. -
Źródło: https://pixabay.com/ Chmury płyną w oddali ― jakby napędzał je ― jakiś odmęt ― milczącego żywiołu… … coś się wydarza wewnątrz tych skłębień… … i ginie ― zarazem ― w palącym blasku ― zeszklonych od mrozu źrenic… … Spadam w pod-śnieżną przepaść ― w grobową wnękę… ― Wyszarpuję siłą… … Na próżno… Gasnę… … brakuje tchu zmiażdżonym płucom… … … wszechświat mieni się w kryształach lodu ― na moich dłoniach ― popękanej twarzy… … Słońce zachodzi… … … zastygam ― na wieczność… (Włodzimierz Zastawniak, 2015-03-07)
-
„Pan pełnej jasności” przybywa do Nippur
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Noc na niebie… W mroku gęstnieje cisza… ― A nad miastem ― ogrom wszechświata… ― … nieskończoność rozedrgań ― złotych i owych… … Sierp księżyca ― wdziera się ― mimochodem ― do oliwnego gaju… ― … aby mu było przejrzyściej i srebrniej… … … wszystko ― coraz pilniej ― śledzi… Sen rozsnuwa, jakby nić pajęczą… … … wiatr na wzgórzach ― szumi… ― ciii… … Słychać niewyraźne słowa ― modlitwy nieoględnej… … niestety ― nie sposób rozszyfrować tej szeptanej treści… … Jarzą się fasady ― od przepływu ― niebieskiej łodzi… … … jakaś astralność ― w oceanie czasu ― niesie w sobie zarys ― młodego boga… (Włodzimierz Zastawniak, 2015-04-29) *** „Pan pełnej jasności”, to inaczej Nanna-Sin – sumeryjski bóg księżyca. Syn boga Enlila (Pana Wiatru i Powietrza) i bogini Ninlil (Pani-Wiatr). Wg. mitologii mezopotamskiej podróżował do domu swojego ojca barką po nocnym niebie, którą symbolizował sierp wschodzącego księżyca. Dziadkiem Nanny-Sina był stojący na czele panteonu sumeryjskiego i babilońskiego „ojciec wszystkich bogów”, bóg Anu (Bóg-Niebo) Nippur – pradawna stolica religijna Sumeru (dzisiejszy Irak) i główne miejsce kultu boga Enlila (świątynia E-kur) -
Źródło: https://www.ancient-origins.net/ fasady w słońcu ― wnęki w półcieniu ― mozaika wejść i wyjść … ― oto ― wyłaniają się ― czarne prostokąty świata umarłych ― które już mijałem ― i mijam nadal ― tuż obok ― i dalej … mistyczne drapacze chmur ― są pierwszym etapem ― prekolumbijskiego źródła ― lecz ― w sercu dżungli ― nie można zobaczyć więcej ― z lotu ptaka … ― uderzają mnie w twarz ― gałęzie ― przedzieram się * przede mną ― klejnoty strojów ― kunsztownie wyryte poematy ― na schodach ogromnych piramid ― płaskorzeźby kapłanów ― wznoszących ramiona do boga-słońca … ― wiatr szepcze modlitwy ― w załomach ― opuszczonych świątyń ― wygładza ― kamienne głowy ― Olmeków 1 w gąszczu bazaltowych kolumn ― zrywa się do lotu ― Pierzasty Wąż 2 … Cerro de las Mesas → La Venta → Tres Zapotes → Potrero Nuevo 3 → wodzą za mną dzikie → rozpalone oczy → pół-człowieka → z głową jaguara 4 (Włodzimierz Zastawniak, 2015-06-06) *** 1 Jedna z najstarszych cywilizacji mezoamerykańskich. 2 Olmeckie bóstwo, opiekun przynoszący szczęście i pomyślność. 3 Najstarsze stanowiska archeologiczne największych centrów kulturowych, założonych przez Olmeków. 4 Najważniejsze bóstwo olmeckie, uosabiające nadprzyrodzone siły, boga, bądź ducha przodka.
-
(Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Migot fal… Słońce chowa się za chmurą… … znowu rozbłyska z nieprawdopodobną mocą… Refleksy załamują się, łączą, oślepiają… I w takiej ciszy, w delikatnym szumie i plusku… … w tym całym olśnieniu mrużymy oczy, osłaniamy je dłońmi… … między palcami przeciekają strużyny światła… W miejscu twojej twarzy ― odblask nieznanej natury… … błysk kryształu, zamiast źrenic… Wybrzuszają się w podmuchach wiatru żagle… … z cichym łopotem współgrają struny naprężonych lin… * Spójrz! … uwerturę głupców przysypał już śnieg… Do kogo to mówię? ― Do siebie samego… W domu ― jedynie chłód i mrok, i nicość, która rozgościła się w każdym pokoju… Spójrz… … ach, tak, jestem sam… Przepadłaś w mroku ― straszliwej nocy… Okrywa wszystko… … fotele, półki z książkami, stół… W kawałku potłuczonego lustra zniekształcona twarz… Moja? Nie moja? … niczyja… … Echa bijących dzwonów ― odbijają się od martwoty ― zrujnowanych ścian… … Pulsują w skroniach i dudnią… … nawet najcichsze ich momenty… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-09-25) *** Even in the Quietest Moments… – jest to piąty album muzyczny (studyjny) brytyjskiej grupy Supertramp, wydany w 1977 roku.
-
Cykl: Albumy muzyczne *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Leżę na czymś twardym i chropowatym… Przed oczami latają czerwonawe plamy… W skroniach ― bolesne pulsowanie… … Pamiętam, że spadałem z bardzo wysoka… Porwał mnie rwący nurt wodospadu… … coraz większy ogarniał mnie mrok, gorączkowy, piskliwy szum… … Zaciskam powieki ― otwieram… … jarzą się oślepiającym, drżącym blaskiem ― ostre krawędzie przedmiotów… Wszędzie wokół ― spalona ziemia… … pył… * … wzlatują, opadają… Próbują się od nowa poderwać… … pokaleczeni przez światło, beznadziejnie ludzcy… Rozsypują wokół siebie słoneczne drzazgi, wskazując głowami skłębioną, siną chmurę burzowej apokalipsy… Wymachują skrzydłami, czyniąc wiatr… … osiadają kurzem… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-09-20) *** Point of Know Return – jest to piąty album muzyczny (studyjny) amerykańskiej grupy Kansas, wydany w 1977 roku.
-
1
-
(Z cyklu: albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Przede mną ogromny mur… Niekończąca się ściana z szarego betonu… Dotykam opuszkami palców, lekko, jak pająk, który przestępuje niecierpliwie swoimi cienkimi odnóżami… Tak, moja rozczapierzona dłoń przypomina pająka. Wyczuwa, poprzez włoski, najmniejszą nawet szczelinę, nierówność w jego strukturze… Słoneczny promień ślizga się ― po powierzchni… Wiatr dmie w tył i do przodu… … rozwiewa włosy, osusza łzy… Mój oddech jest taki gorący od śmiertelnej gorączki… Nie przejdę dalej… … nie ma na to żadnych szans… … Tak bardzo mnie razi jaskrawe słońce… Nadciąga znad stepu ― wzniecany podmuchem pył… * Ktoś mnie uderza… … jest mi ― bardzo niechętny… … wywleka na deszcz… Wszędzie, tylko ponure oczy, mrok i chłód… … spalone resztki… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-09-17) *** Leftoverture – jest to czwarty album muzyczny (studyjny) amerykańskiej grupy progresywnej Kansas, wydany w 1976 roku.
-
2
-
I Bennett pchnął ogrodową furtkę… ― Skrzypnęły zawiasy… „Muszę je wreszcie naoliwić” ― pomyślał. ― „Ale dopiero wtedy, gdy wezmę urlop… Ech… ― wszystko ponad moje siły”. Zamknął ją i zaczął iść wąską, żwirową alejką wiodącą wprost ku drzwiom jego domu. Po obu jej stronach rosły krzaki jaśminu, pachnące słodko pełnią swoich białych kwiatków. Było niezwykle parno, bezwietrznie. Zaszeleścił listowiem śpiewający szpak czy kos… Czerwonawe promienie zachodzącego słońca, wystrzeliwały gdzieś spoza purpurowo-liliowych, gęstniejących chmur… Bennett nabrał głęboko powietrze… ― wypuścił bardzo powoli… Wypchaną dokumentami teczkę oparł o stojące tremo. Grube krople potu zrosiły mu czoło, ściekając zimnymi strużkami… Podważył kapsel wyjętej z lodówki zimnej butelki piwa… ― Cicho syknęło ― trysnęła wezbrana piana… Pierwszy, błogi łyk… ― drugi… ― Opadające powieki… ― Ogarniający ― nieubłagany ― sen… Obudził go dziwny odgłos. Usiadł na kanapie ― mocno skołowany… Pod stolikiem błyszczała wilgotna plama rozlanego, woniejącego nieprzyjemnie alkoholu… Czuł dziwny, metaliczny smak… Serce biło jak oszalałe… Mimo otwartego okna ― męczyła nieznośna, parna duszność… Znowu usłyszał, jakby mlaśnięcie… Przeszło mu przez myśl wyobrażenie ogromnego, oślizłego robaka… Wstał, nasłuchując, kiedy nagle ― uderzyła go fala niewyobrażalnego wręcz, trupiego odoru, przewyższającego stosy gnijącego mięsa… Straszliwy ból rozerwał niemalże jego czaszkę, wypychając oczy… Zwymiotował… Upadł, miażdżąc sobie nos… Brocząc krwią, podniósł wykrzywioną cierpieniem twarz… I wtedy ― coś zobaczył… ― zaledwie ― kilka metrów przed sobą... Poruszył jeszcze dłonią… ― umoczonym we krwi palcem… ― Nie skończył… ― Zduszony krzyk ― zagłuszyło bulgoczące charczenie… II Komisariat był tego dnia wyjątkowo zatłoczony. Panował ogólny rwetes. Umundurowani funkcjonariusze wprowadzali i wyprowadzali skutych, wytatuowanych mężczyzn, rozmaitych zbirów, alfonsów, handlarzy żywym towarem, dealerów narkotykowych… Przy biurku pod przeciwległą ścianą awanturowała się rudowłosa kurwa, pokazując obyczajówce podrapane, posiniaczone nogi… Bez przerwy brzęczały telefony… Ktoś pokrzykiwał ochrypłym głosem… Płakała jakaś kobieta… Zza otwartych okien dochodziło, co chwila wycie wyjeżdżających z podziemnego parkingu policyjnych radiowozów… Wydzielony gabinet detektywa Jeffersona ― zapewniał względny spokój. Śmigła sufitowego wentylatora wydawały podczas obrotów cichy szmer… Jefferson dobiegał pięćdziesiątki, przepracowawszy 25 lat w wydziale zabójstw… Mimo powiewu, czoło miał zroszone dużymi kroplami potu… Nieżonaty, bezdzietny, skryty samotnik. Kontakty towarzyskie ograniczał wyłącznie do spotkań zawodowych… Przeglądał właśnie teczkę sprawy sprzed niemal siedemdziesięciu lat… ― opisy czarno-białych fotografii ofiar oraz miejsc dokonanych zbrodni… Studiował zeznania świadków, ekspertyzy biegłych sądowych... Była to tzw. „Sprawa Elboppa”, od nazwiska pierwszej ofiary, która zginęła 31 lipca 1952 roku w Los Angeles, zaczynając tę jakże tajemniczą serię (ofiary zawsze znajdowano w wynajmowanych, ustronnych domkach.) Sprawa jest dotąd niewyjaśniona. Dokonywał tego jeden sprawca, co 15 lat? Niemożliwe. Data ostatniego przypadku: 17 sierpnia 1997 roku. Naśladowcy? Zamordowany Joachim Elbopp, czterdziestoośmioletni, niemiecki imigrant, przybył do Stanów Zjednoczonych tuż przed wybuchem II wojny światowej. Z zawodu: aptekarz. Nieżonaty, bezdzietny. Spokojny, wykonujący swój zawód obywatel. Pewnego dnia został znaleziony martwy przez właścicielkę domku. Zanim skonał, zdążył napisać umazanym krwią palcem słowo: „w i d z i a ł e m”. Powstało, zatem pytanie: co takiego widział Elbopp? Mordercę? Analizy toksykologiczne nie wykazały żadnych znanych trucizn, narkotyków czy innych szkodliwych substancji. Samobójstwo również zostało wykluczone. Samotny, żadnej rodziny, zero znajomych… Jakby ktoś chciał wyciągnąć jego wnętrzności, albo raczej wyssać… Wszędzie wokół lśniące, czerwono-różowe jelita, niby wypełzające ustami oślizłe wije… Prawdziwa rzeźnia… Lewa gałka oczna ― wysunięta do połowy ― zmiażdżona. Morderca został spłoszony? Żadnych śladów, odcisków palców… Absolutnie nic. Dalsze przypadki: Dallas, 12 czerwca 1967 roku, Maria Pappoluos, pięćdziesięcioletnia nauczycielka geografii. Jej gałka oczna była wysunięta całkowicie. Leżała obok, uczepiona jedynie nitką nerwu wzrokowego. Napis, który pozostawiła zamordowana, brzmiał: „w..dzi..a…”. San Diego, 7 lipca 1982 roku, Mario Estes, czterdziestodziewięcioletni pracownik budowlany. Sytuacja niemal identyczna. Denat nie pozostawił napisu. Wreszcie, San Bernardino, 24 lipca 1997 roku, Ben Cavanni, kontroler ruchu kolejowego. Brak gałki ocznej. Dodatkowo ― ofiara miała wyrwane wszystkie zęby. Nie znaleziono ich na miejscu zdarzenia. Pies policyjny również nie wyczuł tropu… Myśli Jeffersona nabierały nieostrych, mętnych kształtów… Mimo upału, wstrząsnął nim zimny dreszcz… Nagle wszedł jego współpracownik, Mike Bellow, młody, trzydziestoletni policjant z pięcioletnim stażem. Kiwnąwszy głową, krzyknął do Jeffersona: „Wstawaj, John! Mamy kolejnego trupa! Ta seria trwa nadal!”. Jefferson zamrugał zdziwionymi oczami: „Znowu? Żartujesz, Bellow, prawda?”. Lecz młody Bellow nie żartował. Trzymał zupełnie nowe akta. III Pięćdziesięciojednoletni Kevin Bennett ― (jak u wszystkich pozostałych ofiar) ― wynajmował skromny domek daleko poza centrum miasta. Dziwna okolica. Znajdowały się tu, bowiem ― porzucone składowiska zardzewiałych, samochodowych karoserii, zużytych opon, zasmolonych desek, blaszanych, cuchnących jakimiś smarami beczek… Jednakże domek wraz z ogródkiem ― stanowił niejako zadbaną, tchnącą zielenią enklawę. Właścicielka twierdziła, że mężczyzna mieszkał tutaj od roku. Spokojny samotnik. Czynsz opłacał regularnie. Pracownik firmy marketingowej. Pani Medley, zaniepokojona długą nieobecnością lokatora, znalazła go w zakrzepłej od dawna kałuży ekskrementów, krwi oraz wymiocin… Detektywi, pomimo policyjnego doświadczenia, nieomal dostali skrętu kiszek, widząc powykręcane, pozbawione oczu truchło. Znaczny stopień rozkładu wskazywał, że śmierć musiała nastąpić około dwóch tygodni temu… Znowu żadnych śladów włamania, odcisków palców (poza należącymi do ofiary), plądrowania, obecności osób trzecich… ― Wszystko niby Ok, tylko ― te wykrzywione straszliwą agonią zwłoki … ― patrzące ze środka pokoju ― czarnymi jak węgiel ― oczodołami… Jeffersona męczył pulsujący ból głowy. „Znowu burzowa parność… ― Samotny człowiek około pięćdziesiątki… ― Odludne miejsce… Brak gałek ocznych, napisu… ― Żeby, chociaż najmniejszy ślad…”. IV Ostatnie zabójstwo również bez rezultatu. Kto zamordował tych ludzi? Czyżby sam diabeł? Jefferson trzasnął papierami o blat biurka. Zamknął pokój i wyszedł. W domu poczuł narastającą, dziwną niemoc. Latały mu przed oczami mżące piksele… Chciał zdjąć przepoconą, oblepiającą ciało koszulę, lecz ― nie zdążył… ― Oparty plecami o ścianę ― osunął się bezwładnie na podłogę… Kiedy się ocknął, szalała burza. Strugi ulewnego deszczu biczowały wściekle okienne szyby. Zagrzmiało ― gdzieś niedaleko ― jakby ktoś zrzucił ze schodów wielką, drewnianą szafę. Mrok pustego pokoju rozjaśniały jedynie kaskady eksplodujących błyskawic… Wszystko wirowało… Próbował wstać, kiedy nagle ― uderzyła go fala niewyobrażalnego wręcz, trupiego odoru, przewyższającego stosy gnijącego mięsa… Straszliwy ból rozerwał niemalże jego czaszkę, wypychając oczy… Zwymiotował… Stroboskopowe, upiorne światło nadawało krwi czarnego koloru… Podniósł wykrzywioną cierpieniem twarz… ― I wtedy ― coś zobaczył… ― zaledwie ― kilka metrów przed sobą... Poruszył jeszcze dłonią… ― umoczonym we krwi palcem… ― Nie skończył… (Włodzimierz Zastawniak, 2016-07-17)
-
(Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** … jaskrawe słońce pada na moją twarz ― rozwiane włosy… Zaciskam mocno powieki ― otwieram je znowu… … przytłacza mnie swoim ciężarem kobaltowe niebo, okrywa bezkresną kopułą… Czuję się taki samotny w tym szumiącym oceanie złotej pszenicy… Chmury nade mną… Pojedyncze ― białe obłoki… … skłębione widma… Poruszają wargami, lecz milczą… … przerasta je, bowiem ― brzęczenie pszczoły… Uderzają w oczy drobinki piasku… … wzniecane kopytami dzikich koni, pędzących w oddali ― w y z w o l o n y c h stworzeń… * Przychodzę tutaj zawsze wtedy, kiedy rozstaję się z życiem… … wiatr rozwiewa włosy, podarte łachmany… W intensywnym szumie upływającego czasu wracam do domu, który jest końcem ― i który jest początkiem, zarazem… Idę do wnętrza światła ― eksplodującej gwiazdy… … Wyciągają mnie czyjeś dłonie i wśród bolesnych jęków ― kładą na miękkim brzuchu matki… Uspokajam się… … wszystko zaczyna się ― od p o c z ą t k u… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-09-16) *** Song for America – jest to drugi album muzyczny (studyjny) amerykańskiej grupy progresywnej Kansas, wydany w 1975 roku.
-
(Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Słońce pali moją twarz… Wiatr rozwiewa włosy… … przebijam się przez warstwy atmosfer, tnąc skrzydłami ― powłoki powietrza… Dostrzegam w oceanicznym lustrze ― siebie… Ogromne ― lśniące w słońcu pióra… … i wzdęte brzuchy białych żagli, które rozpędzają ― dalekosiężne łodzie… … przepływam nad nimi, zagłębiając się dalej ― w błękitne przestworza… Jestem tak wysoko… W o l n y… … n i e u c h w y t n y… Urodziłem się w niebie ― i w niebie umrę… … jestem twarzą w twarz ― z rozpłomienionym słońcem… * Przechodziłem tryumfalnie w złotej zbroi… Byłem bohaterem łamiącym miecze, ścinającym śmiertelnym wrogom głowy… Przechodziłem tryumfalnie z szyderczym uśmiechem na twarzy… Nieustannym potokiem ― wypływały z moich ust ― oszczercze słowa… Byłem ― bohaterem… … Jestem sam, zamknięty w ciemnych korytarzach starego zamku… Drgają płomienie pochodni… Na ścianach ― tajemnicze cienie… … moje, nie moje… … samego diabła! Skradł moją duszę… Zawładną mną, wtrącając do lochu… W wielkim lustrze stojącego trema ― wyłania się z mroku, przeżarta cierpieniem i wstydem ― woskowa maska… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-09-14) *** Masque – jest to trzeci album muzyczny (studyjny) amerykańskiej grupy progresywnej Kansas, wydany w 1975 roku.
-
1
-
(Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** … już tyle dni za nami ― przed nami ― nic… Jednostajny ― autostradowy szum… Pod maską ― warkot silnika… … wystawiam przez okno rękę… strugi chłodnego powietrza przepływają między palcami… Kosmyki rozwianych włosów przesłaniają, co chwila obraz ― rozpalonego czerwienią słońca… Huczy mi w głowie, jakby ogromny daleki wodospad… … benzynowej woni… … Spójrz ― mój przyjacielu ― jak zmierzchające niebo jarzy się na krawędziach umierającym blaskiem… … możemy to zatrzymać… Od olśnionej pełni wiecznego lata ― odgradza nas jedynie ― betonowy mur… * Kiedy piszę ten ostatni list, ukośne smugi słońca przeszywają chmury… Nie potrafię zatrzymać straszliwego pędu upływającego czasu… … omiata moje skronie… … rozrywa na piersi koszulę… Zgubiłem, gdzieś swoje rzeczy... Wraz z nimi ― przepadło ― moje życie… … nie będę szukał… … Rozpryskują się na mojej twarzy krople zimnego deszczu, przemieniając maskę klowna w płaczącą żałość… Piszę ten ― ostatni list… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-09-08) *** Pamięci mojego poprzedniego wcielenia, które zginęło w wypadku samochodowym 12 maja 1974 roku. Jego rozpędzony, oliwkowo-zielony Ford Fairlane, uderzył czołowo w betonowy mur na California State Route 1, niedaleko skrzyżowania z autostradą międzystanową nr 5, na północ od miasta Dana Point. *** Highway – jest to czwarty album muzyczny (studyjny) brytyjskiej grupy rockowej Free, wydany w 1970 roku.