Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 940
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

    Podążam za umarłymi. Pod moimi stopami chrzęst żwiru i rozgwar usypujących się kamieni na zboczu. Wspinam się… … pusty stukot kości… Słońce rani moje oczy, wiatr osusza twarz po niedawnym deszczu… Otwieram i zamykam spierzchnięte gorączką usta… Jakieś zwidy i mary, skłębione widma…Obłoki na niebie, wykrzywione spazmem śmierci sine twarze… … piskliwy szum w mojej głowie, … … głosy… … … … szepty… Ziemia zatopiona w mroku dziwnej substancji przeszłego czasu… Przybywam ni stamtąd, ni zowąd… … Nieustanne stąpania, chrapliwe oddechy. W potoku przekleństw uderzenia kilofów rozkuwających lodowe piekło… Obrzydliwe plaśnięcia upadających ciężko ludzkich tobołów pod rozgwieżdżonym całunem nieba… … (Przeszywa mnie prąd, jak po przebytym ataku epilepsji…) … Przedmioty o niejasnych z początku konturach wyostrzają teraz swoje kształty… Wyswobadzają się z półprzejrzystych membran halucynacje somnambulików… Złachmaniałym rękawem dziurawego płaszcza przecieram załzawione, szczypiące oczy… … rozglądam się i widzę… Na obrośniętych suchym bluszczem kamiennych krzyżach czarno-białe, obojętne twarze … Czyjeś nieśpieszne kroki…Szelest rozgarnianych liści… … śmierć … … podąża … … … z a … … … … m n ą… * Huk nacierających fal… Białe języki piany… Wzlatują wysoko rozkrzyczane mewy, w te gorejące czerwienią zachodu rejony nieba… Płoną…Przechodzą w ciszę… Odpowiadają sobie po długim milczeniu… Spadają rozżarzonymi kroplami, aby zgasnąć jeszcze, nim przykryje je woda… Aby znowu wzbić się w powietrze… … aby … … z n o w u… Niezmordowanie, wytrwale… … … … m a j e s t a t y c z n i e… … Horyzont staje się coraz bardziej ciemny… Liliowa zorza… Ostatnie prześwity słońca…Zimny wiatr… Zapach soli… Zatracam się w łoskocie tego miejsca, w tej nawale wody, która wlewa się na plażę i c o f a… …pozostawia po sobie wilgotne na piasku ślady… … Ważę w dłoni lśniący fragment oceanicznego sanktuarium, zafascynowany odbiciem zdeformowanej w nim twarzy… Wydaje mi się, że dostrzegam kątem oka ciebie, jak idziesz powoli w białej, rozwianej sukni… … podążam za t o b ą w krok… Znikasz w gąszczu starych, betonowych schronów, poczerniałych od straszliwego żaru nuklearnych testów… I choć wiem, że nie jesteś żywa, to wciąż się łudzę, że może jednak… … że … … m o ż e… Podążam za tobą, a raczej za twoim nieśmiertelnym duchem… Odwiedzam ponownie znajome mi miejsca… Rozgarniam porzucone przed dziesięcioleciami skorodowane resztki… Przesypujące się przez palce radioaktywnym, rdzawym pyłem zabójcze … … artefakty… Lecz nic… Wszystko ginie w tym nieustannym szepcie samotnych widm, co błąkają się po opuszczonej przystani, wyczekując czyjegoś przybycia… … przytłoczone ciężarem samotności… … … … w tajemnicy przed światem… Wiem, że przyszłaś poskarżyć mi się na śmierć… Jesteś tutaj... Stoisz przede mną… Jesteś obok, a raczej jest – twoje o tobie wyobrażenie… Spójrz, jak słońce przebija się nieśmiało przez mleczne niebo… Migoczą w powiewach wiatru wilgotne liście, skapują z nich krople niedawnego deszczu… Pójdziemy razem, w sen zagłębiając się głęboki? Przytłacza nas dojmujące milczenie ptaków – i milczenie nasze… …cisza tak wielka, … …, że aż zagłuszająca myśli... … Wiatr przesuwa się po niebie, strzępi obłoki, jakby skostniałe z zimna sine twarze… Idziemy przed siebie, przenikając się nawzajem, jak bezcielesne mary z mgły i bagiennych oparów… Idziemy przed siebie błotnistą drogą w ostatnim momencie czasu, który zabija zegary trwogą przejmującego gongu… … idziemy… … … opieramy się wciąż przed nieubłaganą nocą… * Nastąpiła już dawno eksplozja gwiazdy… Świetliste szczątki spadają wciąż na szczyty strzelistych topól płatkami nieważkiego śniegu… … jest mi zimno … … tym zimnem przenikającym kości… … Jest mi zimno tym zimnym dreszczem, co spływa na mnie nitkami nerwów …Zawładnia mną twoje blade, falujące oblicze w wodach płytkiej zatoki… … niesie mnie, … … umarłego…
  2. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

    Stąpa po miękkim dywanie trawy. Przemyka po porannej łące. Widzi, nie mając oczu. Jest obok mnie…. Wystawiam rękę, ocierając się o nicość. Zapala się od pierwszych blasków lotnych płomieni… … słońce wychyla się z ziemi… Czuję na twarzy wiatr, przezroczystą esencję natury… Oglądam w zbliżeniu łodygę swoim ogromnym, szklanym okiem, skupiającym w sobie całą moc gwiazdy. – Teraz nikłą, jakby była zaledwie lśniącym ziarenkiem. Kropką na końcu zdania. Jest obok. I dalej… Mieni się w sobie szaro-zieloną egzystencją nieskalanej ciszy, zapachem rosy… Rozprasza się i taje, ten dziw z przeplatanych mgieł i cieni. Jakaś nierzeczywistość utkana z niewidzialnych nici… … Budzę się gdzie indziej, wyrwany ze snu niespodzianie. Przede mną ucięta jak nożem ziemia zsuwa się w huk oceanu kamienną ścianą. … ocieka wodą fal rozszalałych… Prześwieca przez moje palce przesiąknięta solą liliowa zorza… * Nieustanny deszcz. Spływają po szybie ogromne krople. Przytknięta do niej twarz, przytknięte dłonie. Sine obłoki, milczące usta. Poruszają się, choć nie wydają dźwięku. Opowiadają coś w tajemnicy przed światem. Zatajają swoje dzieje… Pełne ciszy i melancholii rozstania. Wzdęte wiatrem, jakby na wzburzonym morzu. Biegnące w głęboki mrok nocy. … Drgający płomień świecy. Idą w obłąkaniu przed siebie cieniste byty. Wracają. Kręcą się w kółko bez celu… Jakaś postać przestępuje z nogi na nogę w stojącym lustrze. Odwracam się, lecz nic. To tylko wspomnienie jakiegoś dawnego życia. Przeniknęło ściany. Przeszło. Znikło… Wychynęło na chwilę ni stąd, ni stamtąd… … rozpadło się w niebyt, w pustkę… w mrok… … Krzyki bawiących się dzieci wypływają falami z dalekiej przeszłości. Skrzyp śniegu, szmery zjeżdżających ze wzgórza sanek… Zabawa w berka na zielonej trawie, któregoś gorącego dnia lata… … nikną w czasie z pogłosem echa… … Szum i szmer padającego deszczu. Wybita w niebie ogromna dziura przepuszcza promieniowanie wszechświata, które przenika kości, zabija tkanki… … szczątki pór roku zapadają się w błocie zamordowanej ziemi… … Śmierć naznaczyła wszystko krzyżami… Kołysze się w podmuchach wiatru tablica z napisem: „koniec sezonu”.
  3. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

    Spójrz na mnie, nie odwracaj głowy! Wykrzycz wreszcie to ostre jak brzytwa słowo! Wykrztuś je z siebie… Potrząsam tobą, ściskając ramiona… W radiowym głośniku słychać jedynie jękliwy szmer rozdzieranego siłami nicości wszechświata. Już dawno przekroczyliśmy próg. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem za nami… … (Chyba straciłem przytomność z powodu efektu stroboskopu…) … … gdzieś tutaj, za mną, przede mną… Błądzę. Nie jestem w stanie rozróżnić jarzących się czerwonawym blaskiem rzeczy… Skąd ta cała jasność, to lśnienie? Wiem, że odradzam się słońcem… Wiatr porusza storami, które wzdymają się jak żagle. Rozwierają się z cichym mlaśnięciem szkarłatne wargi…Zamykają… Oblizują się lubieżnie spierzchnięte gorączką usta. Moje czy twoje? – Nie wiem, ale wiem, że są rozpalone chciwym pożądaniem i zbliżają się z pomrukiem nadciągającej burzy… … Słońce oświetla nasze zniszczone twarze. Omiata je blaskiem nieskończonego żaru. Zwracasz się do mnie oczami, które eksplodują, rozrzucając wokół odłamki gorących łez… Trafiony rykoszetem, przebity na wskroś… Opuszczam zakrwawioną głowę, tak, jakby to zrobił Jezus na krzyżu. Nieruchomieję, rozpadając się bardzo powoli. Kawałek po kawałku… * Miała piękne usta. Umalowane czerwoną szminką. Jej napięta skóra. Lśniąca jakimś tajemniczym blaskiem, na który czekałem o tej godzinie na wpół ziemskiej, na wpół przenikniętej tęczowym światłem zorzy. Szła w półcieniu, aby mnie pokonać swoim kuszeniem. Oślepić i wtrącić w świat nieznajomy. W krainę obłędu, która nie zna nasycenia… … Ukrzyżowany w satynie. Dostępujący nieba. Z ciężarem jej piersi na swojej twarzy. Oczy zwrócone białkami świadczyły o ciele błądzącym w zaświatach. Wracała stamtąd, jak – powracają umarli. Akt wniebowstąpienia wymagał wielokrotnych poświęceń. … Lecz oto tajemniczość zaczęła zmieniać barwy, kompromitując się na moich oczach. Przelotne zalśnienie, które powstaje byle jak i byle gdzie. I z b y l e, k i m. Jesteś kurwą, prawda? Pieprzenie i nic więcej. Czar prysnął. Wszystko przeminęło. Oddalające się kroki. Trzaśnięcie drzwiami… … Porzucony i zgwałcony, w zmiętoszonym, wilgotnym prześcieradle. Na spoconym ciele płonął pozostawiony lubieżnie autograf o zapachu tanich perfum. Pójdę sobie. Na zewnątrz kłębi się w swoim mroku noc. Przede mną długa podróż… W pustym, ciemnym pokoju szepczę do samego siebie. Księżyc zagląda przez okno, kładąc się na podłodze zimnym blaskiem. Obserwuję ten przekrzywiony prostokąt. Zanurzam w nim dłonie i twarz. … wyczuwam wibracje zderzających się atomów… Tykanie ściennego zegara. Zgrzyt przesuwających się trybów i przekładni starego mechanizmu… … gong… Boję się unicestwienia, niespodziewanego kolapsu cząstek substancji czasu. Pójdę sobie. Dokąd? – Przed siebie… Zakładam płaszcz, aby wyjść naprzeciw gwiazdom. Zamykam za sobą drzwi… Omiata mnie chłód schodowej klatki, zamkniętych na wieczność mieszkań umarłych dawno sąsiadów. W półmroku opuszczonych pracowni milczące popiersia. Porzucone w nieładzie dłuta – narzędzia zbrodni na kamieniu… (To już kiedyś było. Wiem…) Na zewnątrz zamiata liście wiatr… Stawiam kołnierz dziurawego płaszcza. Na pustej, przymglonej ulicy latarnie kołyszą swoimi zwieszonymi głowami… … Moje stałe miejsce jest puste. Czeka jak zwykle na mnie. Przyglądam się pozostawionym na blacie wilgotnym kręgom… … alkohol rozlewa się tak ciepło w żołądku… Kolejny drink. Już nie wiem, który… Barman poleruje szklanki, spoglądając na nie pod światło obojętnym wzrokiem. Odbija się przede mną w lustrze szaleństwo. Moja wykrzywiona, zniszczona twarz. * Nie ma żadnego wytłumaczenia. Jestem bezbronny, jak foka wyrzucona na brzeg. Pochłaniam chciwie kęsy powietrza. Dudni mi w pulsującej głowie nieskładny, pijacki gwar. Ściskam w dłoni długopis czy plastikową słomkę… … na poplamionej kartce urywki jakiegoś tekstu… Nie mogę. Nie potrafię… W obłokach papierosowego dymu kołują nieustannie barowe ćmy. Spalają się w obskurnym świetle kinkietów. W miejsce poprzednich przybywają nowe. Męczy mnie odgłos spadających z wysoka miękkich, puszystych ciałek. Czuję, że i mnie zaczynają wyrastać skrzydła. * Gram w szachy na pogiętych szczątkach cywilizacji. Moim przeciwnikiem: szaleństwo. Właśnie – dostałem mata. … Coraz większe porywy lodowatego wiatru uderzają w moją twarz. Nic nie czuję. Nic. Już dawno stała się biała, jak zmrożona przestrzeń śnieżnego piekła z łagrami nienawiści… … Wszystko zaczyna się dziwnie kołysać. Przytłacza mnie ciężar spadających bomb. Zawadzam wciąż nogami o jakieś żelastwo, zardzewiałe, porzucone karabiny i hełmy… O spalone szczątki z ponurym spojrzeniem, które odradzają się na nowo. Które podnoszą się i pędzą, aby zadać śmiertelne pchnięcie bagnetem w powtarzającym się w nieskończoność natarciu… Popełniam błąd, myśląc, że to jest wzdęty trupim rozkładem post-apokaliptyczny krajobraz.. Walka! Wciąż walka… … Coś strasznego zeszło do podziemi i czai się w mrokach. Wystrzeliwuje z każdej bramy swój okrutny jad plująca kobra. Otwierają się czarne gardziele z cuchnącym szlamem. Strumienie szamba zalewają wszystko, zatapiają… Gdzieś tutaj musi być zejście do piekła… … Obrzygane farbami mury chylą się ku upadkowi, które podpierają bez wiary obrośnięte mchem, brodate fauny. Słychać trzask łamiącego się, przegniłego drewna. Odgłosy miażdżenia… … Jąkają się i krztuszą gołębie w kałużach. Załamują skrzydła w nieszczęściu. Na kolczastych drutach zwisają resztki poszarpanych jelit z siwą sierścią kozła… Nie przeskoczył… … Mijam szare, bezimienne szeregi skazańców o czarnych, pustych oczodołach. Wczepione w stalową siatkę po napięciem pokrzywione, spalone palce.. Swoisty performance nieudanej próby ucieczki… * Otwieram załzawione, szczypiące oczy. Wysypują się na moją twarz czarno-białe piksele z ekranu szumiącego telewizora. Noc? Dzień? Brzęk tłuczonego szkła. Bełkotliwy rozgwar. Kłębiące się pod sufitem chmury… Brakuje słońca, ale za to świeci się lampa w poplamionym, żółtym abażurze. … Coś sobie zaplanowałem, lecz zapomniałem, co. Miałem chyba dokądś pójść, aby spotkać się z własnym cieniem. Jestem nikim. Jeśli ktoś chce pogadać, to numer mojego telefonu jest na mankiecie koszuli, albo na nogawce spodni… Moja wina, wiem… … wiem… …… wiem… Wszystko jest moją cholerną winą… Nie musicie mi już o tym ciągle przypominać… Schylam się, aby podnieść zdeptany, ubłocony zwitek papieru. … coś pisałem… Upadłem. Nie mogę się podnieść. Kto mi pomoże wstać? Nikt… Tuż przed moją rozkrwawioną twarzą porusza nerwowo swoimi wąsami słodka, biała mysz…
  4. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  5. @Silver bardzo ładne, melancholijne i... prawdziwe... pozdrawiam panią, pani Sylwio.
  6. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  7. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  8. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  9. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  10. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

    … ze snu przychodzę… … w sen ― wnikam ― następny… … … idę wolno ― pustym korytarzem… … Zamknięte drzwi… Otwarte okna… … milczenie rzeczy… … Na drewnianym parkiecie ― leżą przekrzywione prostokąty ― słonecznego świtu… … W powietrzu ― o nikłym zapachu woskowej pasty… ― … rozchodzi się ― piskliwy szum ― bezbrzeżnej pustki… … Zbudziłem się? … zasnąłem? … Gdzieś ― między półmrokiem nieskończoności… ― a czernią ― przeszłego czasu… … kusi mnie ― cudowny błękit lata ― i szelest liści… … Ześlizgują się bose stopy ― kiedy staję ― na krawędzi parapetu… … … rozkładam szeroko ― ramiona… … … wstrząsają mną ― podmuchy wiatru… * Migoczą jeszcze gwiazdy… ― …choć słońce ― już dawno wzeszło ― i zaszło… … i znowu wschodzi ― wykonując pełny obrót ― wokół mojego serca… … Puste ulice pachną rozgrzanym asfaltem… N i k t n a n i k o g o n i e c z e k a… … … wiatr ― porywa ― śmieci… Chwieją się zakurzone trawy ― w ukośnych smugach jaskrawego blasku… … Wybieram w telefonie numer, aby ci powiedzieć, że jestem… … niestety ― dodzwaniam się ― tylko ― d o ― s a m e g o s i e b i e… * Wielki cud ― życia… … W stojącym lustrze drewnianego trema ― dostrzegam ― wielce utrudzoną twarz… Miałem zrobić coś ważnego ― lecz ― z a p o m n i a ł e m, c o… … Wszędzie wokół ― ciągle te same ― kłamliwe szepty… … chcą ― coś wciąż ― obwieszczać… … Wzbraniam się ― jak mogę ― przed uczestniczeniem w tym ludzkim cyrku… … Muszę wyjść… Muszę ― zapić ten ból… Blask szyb… Firanki ― poruszane przez wiatr… … w kobaltowym błękicie ― trwa wolny przepływ ― pojedynczych ― białych obłoków… … … mój chód jest niepewny ― jakbym się przebudził ― po milionie lat… … idę rozświetlonym ― przez słońce ― niekończącym się korytarzem… … Przybywam znikąd… … donikąd idę… … Wsłuchuję się w szmer ― promieniowania wszechświata… … rozpędzone piksele ― uderzają wciąż w membrany ― moich pulsujących uszu… I nie mogę się nadziwić ― temu milczeniu rzeczy… ... … wirujący kurz ― osiada ― na kamiennych posągach… … Nie czuję chłodu ziemi… Unoszę się ― jak duch… … Donikąd lecę… … nie powita nikt… * Mijam w korytarzu białe ― zatrzaśnięte na wieczność drzwi… ― przystanki życia i czasu… … numery ― nazwiska ― pościerał czas… … Przytulam się do chłodnej ściany… ― … wdychając ― nikły zapach ― olejnej farby… … Wydaje mi się, że ktoś tu jest, ale niewidzialny… … Wyciągam dłoń… … przeszywam próżnię… * Biegnę po ukwieconej łące… … po złotym piasku ― pośród łanów zbóż… … Upadam… … wstaję… … Wiatr rozwiewa włosy ― słońce ogrzewa twarz… … … składam się teraz z samego światła…
  11. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

    Zostałem porwany przez wir czasu… … echo mojego istnienia ― załamuje się na krawędziach nocy… … … nie ma już powrotu z szalejącej otchłani… … pochłania wszystko ― wciąga i miażdży… … Mijam w straszliwym pędzie ― truchło ― naszej miłości… … poniewiera się w kałuży ― trącane zabłoconymi butami ― śpieszących się przechodniów… … Kogóż to obchodzi? … nikogo… … Noc zawsze jest straszna… Szczególnie wtedy, kiedy krzyczą ściany w ciemnym pokoju… Nie mogąc tego znieść… … zapalam drżącą ręką światło… … Momentalnie ― ucicha ― tumult i gwar… … pierzchanie kroków ― chowających się po kątach ― półsennych widm… … … zaciskam ― mocno powieki ― wilgotnych ócz… … … oślepia mnie ― słońce… … wiatr porusza gałęziami… szeleści liśćmi kasztanów… Coś do mnie mówi ― pieści łagodnością ― osusza spoconą twarz… … Przebiegałem przez tyle epok i lat, jakby to były pokoje starego ― opuszczonego domu… … …wirują powoli ― drobinki kurzu… … ... opadają w ukośnych ― świetlistych smugach ― mżące piksele ciszy i samotności… * … przesypują mi się przez palce ― ziarenka ― rozpalonego piasku… Pot zalewa oczy… … pulsuje w skroniach ― rzeka wzburzonej krwi… … Drżące powietrze ― mami ― nieistniejącymi oceanami… … kreśli ― fałszywe perspektywy… … czy można ― w cokolwiek wierzyć? … Niezliczona ilość gestów… … zmieniająca się wciąż forma… … Potykam się ― o zasypane częściowo szkielety ― jakichś prehistorycznych stworzeń… O żałosne szczątki przeszłości ― bielejące pod kulą słońca… … Dokąd teraz? Wszystko jest takie odległe… … … nie wiem ― na ile starczy mi sił… * Szum płynącej rzeki ― przenika ściany… … skuliłem się w sobie… … Daleko przede mną drga srebrnym blaskiem ― rozpędzona wiecznością ― strzałka czasu… … Szczęśliwe chwile minionych dni ― rozsypują się w proch… … kiedy na nie spoglądam z lotu ptaka…
  12. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

    *** żegnaj, mamo...
  13. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  14. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  15. @GrumpyElf ładne. takie szumiące. lubię szum, piskliwy szum szalejących pikseli nicości i pustki.
  16. @Dag nikt nie jest doskonały, Dag. dopełniaczowki się rozsiały? może się i rozsiały, kto je tam wie. tekst pisany w emocjach i ma prawo być niedopracowany. nie będę go poprawiał. a tak, a propos, cieszę się, że lubisz mnie czytać. to już zawsze jakiś plus. na twoje teksty również zerkam, jeśli nie masz oczywiście nic przeciwko temu. nie piszę komentarzy. niestety taki już jestem... niekompatybilny, nie pasujący do rzeczywistości... wybacz...
  17. Idę ulicą… Nade mną - martwa lampa księżyca… Żółtawe światło latarni… Nasila się w moich uszach — coraz większy pisk — pochłaniającej mnie stopniowo nicości… Szalejące piksele ciszy — zagarniają powoli przestrzeń… Milczące drzewa… … czarne okna… drzwi… … Ranię do krwi opuszki palców, trąc nimi o mur z czerwonych cegieł… Pleśń i grzyb… … odór rozkładu… … moich własnych dziurawych butów … stąpania kroków… szurania… … Na poboczach — skorodowane wraki samochodów… — wypatrują czegoś nadaremnie — ślepymi oczami… … Szumią liście drzew… … szeleszczą na pożegnanie… * Chyba wszystko… tak — chyba wszystko… Deszcz spada lodowatymi kroplami… Perlisty szum… Milczenie… Chwieją się łagodnie szpalery strzelistych topól… … Otwieram oczy — ciężkie żarna powiek… Zamykam… … ćwiczę umieranie, aby nikt nie musiał za mnie, aby nikt nie musiał oglądać mętnego spojrzenia… … Wszystko skamieniało… Pokryło kurzem… … rozsypały się w pył — ostatnie skrawki pustego życia… … Odtrącam krzesło… … idę do ciebie — Mamo… (Włodzimierz Zastawniak, 6-7 kwietnia 2021 r.)
  18. Przeszła bulgoczącą falą, zostawiając po sobie — zgniliznę pustego życia… Przeszła w huku nawały — bijącej po oczach — zimnymi strugami deszczu… … Nie ma już nic, poza resztką czarnych kikutów… … splątanych korzeni… W wilgotnej ziemi — mlaskania… … dżdżownic oślizłych wesołe biesiady… … Gdzieś — w oddali — ginie echo ostatniego krzyku… … … już nie widzę… nie czuję… łopoczą na wietrze podarte łachmany… — niczyje… (Włodzimierz Zastawniak, 2021-04-05)
  19. (Z cyklu: Poszukiwania) Pociąg zgrzyta hamulcami. Wjeżdża — piszcząc — na peron zadaszonej, dworcowej hali, żywcem przeniesionej z XIX wieku. Stoję w drzwiach wagonu, ściskając ich chłodną rękojeść… Lekkie szarpnięcie. Ogólny tumult. Rozgwar przeciskających się wąskim korytarzem pasażerów. Czuję napierającą, skłębioną podnieconym oddechem masę spoconych ciał. Zeskakuję. Potok rozpierzcha we wszystkich kierunkach. Rzednie. Słyszę zmieszane głosy, szurania, stukania obcasów, otoczony chłodnym strumieniem rześkiego strumienia… Pomarańczowe promienie zachodzącego słońca — pokrywają ukośnie kamienną posadzkę, wpadając przez wysokie, zakratowane okna. Ostatni ludzie wsiadają pośpiesznie do taksówek, autobusów… Jest coraz później. Ciemnieje. Rozchodzą się z coraz większym pogłosem echa tykania — zdobionych wyszukanymi, rokokowymi okuciami — zegarów. Pełznie zapuszczoną, zaniedbaną bocznicą — opróżniony skład Zmęczony podróżą, brudny, cuchnący smarami wąż… Zostaję sam, pomiędzy przekrzywionymi prostokątami gasnącego stopniowo światła. Milczący przeciąg porusza kwiatami w wielkich, betonowych donicach. Omiata moje skronie, usta i dłonie… Ukośne smugi mżą wirującymi drobinkami kurzu… Dostrzegam słaby ruch. Nie wiem, czy jest tuż, czy dalej. Uchwycone kątem oka błahe zdarzenie materialnego świata. Coś na kształt płynącego powietrzem pyłka dmuchawca, spadającego powoli jesiennego liścia… Przypomina falującą pod powierzchnią wody — majestatyczną meduzę — w aureoli pełgających blasków błogiej ciszy próżni kosmosu… Nieruchomieje… — bez dotykania ziemi… Zaciskam powieki. Otwieram… Stoisz przede mną. Piękna! Jakbyś zstąpiła z jakiegoś boskiego nieokreślenia! Wypowiadasz ściśniętym głosem moje imię. Cudowna. Wniebowzięta… Spowija mnie cała twoja jaskrawość. — Włodku… — Jewgienijo… Ujmujesz dłoń. Prowadzisz. — Dokąd? — Szepczesz do ucha… — Chodź, kochanie… Idziemy ulicą, zamkniętą po bokach ścianami staroświeckich kamienic. Skąpani refleksami — bijącymi od szyb. Pokazujesz zabytkowe freski… Pusto. Czuć woń rozgrzanego lipcowym upałem asfaltu… Dotykasz rozwartą dłonią faktury — pokrytego siecią nitek — tynku… Gładzisz ją opuszkami drżących palców… Idziemy zrywami, jak na starej — prześwietlonej częściowo — celuloidowej taśmie przedwojennego filmu. Idziemy przed siebie — arteriami opuszczonego miasta… Prosto w słońce… (Włodzimierz Zastawniak, 2019-04-13) *** Nowosybirsk – miasto w Rosji, na Syberii, nad rzeką Ob. Trzecie, co do liczby mieszkańców rosyjskie miasto, po Moskwie i Sankt Petersburgu. Nieoficjalna stolica Syberii.
  20. @zapiski_Kariny ciekawe. interesujące...
  21. Spada na moje zmarszczone czoło zimne światło dalekich gwiazd… Wnika do wnętrza czaszki czyjś nieustanny szept, lecz, niestety — nie rozróżniam słów… Skąd? Od kogo? Idę aleją, mając przed oczami nieczytelne krajobrazy, zamglone widma. W dookolnej ciszy dopalają się resztki zanikającego krzyku. Rozwiewają się ostatnie słowa… Co dalej? Nic. Przerażająca otchłań pożera wszystko do ostatniego ziarenka… Próbowałem… Na próżno. Nasiona kwiatów czepiają się wiatru. Osiadają na spierzchniętych wargach żółtawym pyłem. Na włosach, rzęsach… Półprzymkniętych powiekach wilgotnych ócz… Już nie dla mnie parują liście, łodygi, źdźbła traw. Nie dla mnie pachnie nadchodząca wiosna… Wszechświat pękł, jak mydlana bańka. Przemieniam się wraz z nim. Opadam deszczem gasnących iskier. (Włodzimierz Zastawniak, 2021-03-23)
  22. Źródło: https://www.piqsels.com/ Nie mogę chodzić, nie mogę się ruszyć. Spoglądam długo przez pękniętą szybę zamkniętego okna. I czekam, aż wstrząśnie mną znowu potworny ból, i czekam, aż… Zimny wiatr rozwiewa rdzawe liście, śmiertelny pył. Czuję, że ktoś za mną stoi. Kto? Kto kładzie mi z taką czułością dłoń na ramieniu? Kto tak czule szepcze mi do ucha? A porusza się w takiej ciszy, jak tylko może się poruszać anioł, co spłynął właśnie z nieba. Jawa to — czy sen? Czy to tylko dosięga mnie wiatr, co wciska się przez pękniętą szybę, pęknięty mur? Falują pajęczyny, wirują drobinki kurzu. Całkowita cisza, a w tej ciszy — nagłe skrzypnięcie podłogi. To matka stanęła obok z oczami pełnymi łez. Mamo, czy widziałaś tego anioła? Przed chwilą tu był… Znowu spoglądam przez pękniętą szybę zamkniętego okna. Dlaczego wciąż płoną chmury, a potem — stają się czarne jak noc, jak śmierć? Dlaczego wszystko jest tak przerażająco puste? (Włodzimierz Zastawniak)
  23. (mojej śp. mamie) … rozciąga się przede mną ― nieprzenikniona otchłań… … Stoję na samym brzegu… … … usypujące się kamienie… ― Wpadają z pluskiem ― do szumiącej rzeki… … … gdzieś… ― tam… Szalejąca nicość pokazuje swoją ― straszliwą potęgę… Wirują szare ― obłoki… … skłębione widziadła dojmującej pustki… … Nie umiem pokonać ― strachu… … ogromu ciszy… … … porwała ciebie fala mroku… pojmała… I już ― nie wypuściła ― ze skostniałego uścisku… … … mówią, że tam jest wieczny spokój pięknego lata… … … być może… Być może… … … być może… (Włodzimierz Zastawniak, 2021-03-18)
  24. (Z cyklu: Poszukiwania) Podążam chodnikiem, wzdłuż ceglanego, napęczniałego wilgocią, zgniłego muru… Przeświecają pierwsze smugi ostrego światła. Odbijają się od kałuż. Oślepiają. Kłują szczypiące boleśnie, załzawione oczy. Jest w nich ta cała jaskrawość, która radośnie pełga, skrzy i migocze… Przerasta sobą mżące konstelacje gwiazd… Szum jadących samochodów. Tramwajowe, metaliczne zgrzyty, dzwonienia. Drażniące, fałszywe dźwięki klaksonów. Narastające wycia karetek ― pochłaniane ogólnym zgiełkiem industrialnego szaleństwa. Płynąca wartkim nurtem rzeka ludzi… Rozpędzone, rozochocone, brudne miasto - rozsadza mi nieustannie głowę. Dudni. Łomocze. Chrzęści. Dygocze. Naciera zewsząd w aureoli niebieskawych obłoków. Białych, podziemnych wyziewów ― cuchnącego krwiobiegu splątanej kanalizacji… Pękają stopniowo liliowe powłoki kobaltowego, głębokiego nieba, mimo że kłębią się jeszcze ― zanikające resztki sino-szarych, poszarpanych ― niby łachmany ― widm. Coś nieokreślonego muska moje spierzchnięte gorączką, skrwawione wargi, jakby to były czyjeś lekko wyczuwalne ― miłosne tchnienia. Skąd? Czyje? Okrywają balsamem śmiertelnie chorą, zmęczoną, ziemistą twarz… Wschodzi i zachodzi ― lodowate, rozmigotane zagadkowo, jesienne słońce… Zatacza coraz ciaśniejsze kręgi. Dopada i dusi… Upadam znienacka, tocząc obficie pianę. Zmożony ― epileptycznym efektem stroboskopu… … Śnię. Znajoma kamienica. Drzewo. Asfaltowy plac z trzepakiem po środku. Czerwone kwiaty w betonowych, podłużnych donicach. Upalny dzień lipca. Piskliwe krzyki rozbawionych, małych dzieci. Płynące skądś dźwięki melancholijnej, fortepianowej melodii… Gdzie? ― Niesamowicie blisko, najbliżej… Aż czuję słodkawy, nikły zapach ― twoich długich, rozwianych włosów, perfum… Patrzę na ciebie, lecz ― ty o tym nie wiesz. Podziwiasz burzę ogrodowych roślin ― przez moje przezroczyste ― jak powietrze ― ciało. Masz ledwie zauważalny uśmiech, niczym ― Mona Lisa ― na portrecie mistrza Leonarda… Piękna… Patrzę na ciebie codziennie. Niewidzialny. Nieznany. Całkowicie obcy… Rozminęliśmy się w czasie, choć ― jesteś tuż, niemalże rzeczywista, jakby dzieliła nas wyłącznie grubość kartki papieru, źdźbła trawy… Idziesz asfaltową, parkową aleją ― w ospałej godzinie dusznego lata, wśród skwaru. Okryta światłocieniami pod baldachimem rozłożystych drzew… Jak masz na imię? Nie dosłyszysz… Zagłusza mnie, bowiem ― brzęczenie owadów, szmer suchych, zakurzonych liści… Objawiam ci się ― jako cichy, wieczorny szept, spływająca kropla porannej rosy, przelot motyla… Tak właśnie ― dotykam cię opuszkami palców, twojej twarzy. Całuję… Wyrażam subtelnymi słowy… (Włodzimierz Zastawniak, listopad 2018) *** * Krasnojarsk – miasto w Rosji, położone nad rzeką Jenisej, na Syberii. Stolica Kraju Krasnojarskiego. Źródło: https://www.pinterest.com/
  25. (Z cyklu: Poszukiwania) Szarpią porywy zimnego wiatru. Targają z łopotem połami odzieży, ogromnymi płachtami poluzowanych plakatów, reklamowych banerów… Mieszkałem tu kiedyś, ale ― w innym czasie… Gdzie? ― Nie pamiętam… Obraz przetarł się na, tyle, że zaczynam dostrzegać odległe zarysy przedmiotów, choć rozmyte skroploną zasłoną mglistego świtu. Idę chodnikiem, wzdłuż ceglanego muru. Muskam go palcami, obrysowując ciemne, brunatne plamy zacieków… Widzę siebie w zmarszczonych lustrach kałuż. Wyglądam ― jak koścista śmierć ― okryta długim, czarnym, powiewającym płaszczem. Jak śmierć ― z wytrzeszczonymi ― jakby chorobą Basedowa ― oczami… Czuję dotyk, muśnięcie na plecach. Odwracam się, lecz nic… Nerwowe podmuchy chwieją gołymi gałęziami. Słychać ich ciche trzeszczenia, skrzypienia… Pęcznieją, ulegając nieustannej metamorfozie ― straszliwe widziadła sinych obłoków… Pulsują boleśnie skronie od nadmiaru powietrza. Nieskończony, ceglany mur… Za murem ― majaczą wysokie domy, osiedla… Lśnią mdłymi jarzeniówkami przeszklone biurowce, urzędowe gmachy. Kominy fabryk wyrzucają skłębione dymy, które suną leniwie po szarym nieboskłonie. Puste, nasiąknięte wodą, przymglone pola. Nieruchome, ażurowe dźwigi rzecznego portu. Rozkołysane nadbudówki statków… Most. Wiadukt. Mokry asfalt. Szmer przejeżdżających samochodów. Tworzące efekt stroboskopu migające światła. Ubłocone, brudne taksówki. Furgonetki. Autobusy pełne ludzi. Przylepione do okien smutne, nijakie oblicza. Autobusy z zamalowanymi na biało szybami. Ciężarówki z brezentowymi pakami. Ciężarówki bez brezentów. Sypiące iskrami pantografy. Metaliczne zgrzytania tramwajów. Trolejbusy. Klaksony. Wycia karetek. Warkoty motorów. Pokrzykiwania i przekleństwa. Niebieskawe, duszące obłoki spalin… Bulgoczący, uliczny rynsztok… Wiatr gwiżdże, tarmosi, popycha… Donikąd idę… Ktoś ― coś mówi ― niewyraźnie, bełkotliwie… Nie! ― To ja ― sprzeczam się sam ze sobą, coś rozważam… Mamroczę ― zamroczony gorączkowo-alkoholową maligną… Wstępuję po betonowych stopniach na dworcowy peron. Błyszczy ceglana kostka. Woda ścieka rzęsiście z okrągłych daszków ogłoszeniowych słupów, cyferblatów i latarń… Lokomotywa ― o smutnym spojrzeniu reflektorów ― wjeżdża ze świdrującym piskiem hamulców… Ciągnie za sobą długi skład pociągu… Poprawiam kołnierz płaszcza. Krótkie szczęknięcie megafonów. Kobiecy głos. Mijają mnie biegnący ludzie… Trącają… Wsiadają do wagonów… Wysiadają… Wszystko ― po chwili rzednie i cichnie… ― Zanurza się znowu ― w perlistym szumie zacinającego deszczu… (Włodzimierz Zastawniak, listopad 2018) *** * Chabarowsk – przemysłowe miasto w południowo-wschodnim regionie azjatyckiej części Rosji, nad rzeką Amur. Stolica Kraju Chabarowskiego. Źródło: https://wallpaperscraft.com/
×
×
  • Dodaj nową pozycję...