Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 940
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. (Z cyklu: Poszukiwania) Idę powoli ulicą. Podnoszę kołnierz jesiennego płaszcza. Ręce wsuwam do kieszeni… Zimny wiatr rozwiewa długie, siwe włosy… Przystaję ― otoczony szumem jadących leniwie, zabłoconych autobusów, ciężarówek, samochodów… Przepływają w kałużach sine, skłębione chmury… Zanurzam czubek dziurawego buta, mącąc zmarszczone lekko powierzchnie… Wstrząsa mną gorączkowy, wilgotny dreszcz… Bez pieniędzy. Zziębnięty. Głodny. Pchany jakimś instynktem… Szeleszczą ― porywane wirami powietrza ― płachty porzuconych gazet… jakieś papiery… Łopoczą poluzowane plakaty dzielnych bohaterów… Mijam budynki, skwery, latarnie… Znikają w mrocznych bramach ludzie… Półprzezroczyste, ponure widma… Ostre krople deszczu ― kaleczą oczy, policzki, skronie… Jeszcze jeden zakręt i… ― wyłania się mój dawny dom. Czteropiętrowy blok, tylko bardziej obdrapany, zdewastowany… Przed nim ― wysokie drzewo. Grube, solidne, rozłożyste… Wtedy, któregoś gorącego dnia czerwca… Pamiętam, że oślepiało słońce. Migotały odbitym, jaskrawym blaskiem ― gładkie powierzchnie drgających liści… Stoję pod blokiem, na wyasfaltowanym podwórzu (była tutaj ubita ziemia) Zabite deskami okna, bądź ślepe od brudu, zachlapane białą farbą szyby… Otwieram wypaczone, drewniane drzwi… Zaśmiecona klatka… ― żadnego poruszenia… Wszystko pokrywa zestarzały nalot złuszczonej, zakurzonej martwoty… Może odnajdę, chociaż ― skamieliny dawnego życia? ― Czaszki, piszczele, pojedyncze zęby? ― Nic. ― Spróchniało. ― Rozsypało się w drobny pył… Dwóch obojętnych sanitariuszy w zakrwawionych kitlach ― znosiło mnie wtedy na noszach z ostatniego piętra. ― Nie wyjrzał nikt. ― Nie zainteresował się ciężkim, śmiertelnym stąpaniem po schodach. Gdzieś szczekał pies, warczał motocykl… ― Dźwięczały piskliwe, dziecięce śmiechy, fałszywe akordy pianina… Kiedy wychodziliśmy ― rozszeptało się wtedy to drzewo. Tak, jak może tylko szeptać wielkie, rozłożyste drzewo… I ponieśli mnie do czarnej, przeżartej korozją furgonetki… Mnie, starego zeka **, będącego tu na wiecznym zesłaniu, który przeszedł piekło obozu z numerem na przyszytej do fufajki *** łacie. Budowniczego tego miejsca przez wiele lat katorżniczych łagrów, zapomnienia, wymazanego życia... (to nie komsomolcy budowali, o nie!) Tak oto stoję i dumam. Mógłbym pójść z powrotem. Wejść na samą górę. Zapukać do samego siebie… Lecz ― nie czeka nikt… (Włodzimierz Zastawniak, październik 2018) *** * Komsomolsk nad Amurem – miasto w Rosji, w Kraju Chabarowskim na dalekim wschodzie. Port rzeczny leżący nad rzeką Amur. Zostało założone w latach 30. XX wieku z rozkazu Stalina. Oficjalnie przez komsomolców (stąd nazwa), a tak naprawdę przez skazanych na roboty katorżnicze więźniów. ** Zek – więzień łagru. Skazany na roboty katorżnicze (słowo pochodzące od rosyjskiego wyrazu „zakluczonnyj”, zapisywanego skrótowo z/k) *** Fufajka (kufajka) – chroniąca przed mrozem, obustronnie pikowana drelichowa odzież. Używana przez żołnierzy radzieckich, bądź więźniów. Źródło: https://pixabay.com/
  2. (Z cyklu: Poszukiwania) Jesteś tutaj ― blisko. Spoglądasz tym swoim smutnym wzrokiem. A wszystko, jakby promieniuje snem zmierzchającego lata. Co chcesz mi ważnego przekazać, Aleksandrze? Stoisz milczący, pokazując coś dłonią. Jakaś fabryczna hala? Niedowidzę, bo mroczno. Wąskie okna wpuszczają mało światła… Stare sprzęty, gruzowisko, brud… Chrzęści pod stopami rozbite szkło… Wyszedłeś z mroku… ― raczej ― wypełzłeś. Widziałeś ciała o szklanych oczami. Zesztywniałe ― ludzkie resztki ― wtopione w lód. Leżące trupy owiewał gwiżdżący, mroźny wiatr syberyjskiego piekła. Ze straszliwych snów wyciągali ku tobie sine ręce, kiedy gorączkowałeś konając na narach ** w drewnianym baraku. Ale wyszedłeś z mroku, Aleksandrze, przestępując bramy olśnionego królestwa samotności. Przemawiasz do mnie za pomocą myśli, poruszając milczącymi ustami. To twoja młodość, Aleksandrze. Umarła z powodu odniesionych ran. Zamykam oczy. Widzę jedynie wąskimi szczelinami… ― Nie… ― nie potrafię sobie wyobrazić! Idziemy środkiem piaszczystej drogi, między lichymi chałupkami krytymi strzechą. Wzniecamy pożółkły pył. Tak bardzo rani szczypiące, wilgotne oczy. Idziesz obok, po prawej stronie, trochę przede mną. Poza nami ― nikogo ― i nic. Wiatr owiewa twarze. Szeleszczą zielone topole. Poza nami ― nic, tylko migot ostrego blasku poruszanej niewidzialną ręką szyby. Zapętla się dziwnie czas. Milcząc, wskazujesz dłonią szpaler rozchwianych drzew, prześwity, cienistą drogę… Masz zaciśnięte, ziemiste usta. Aleksandrze, dlaczego dostrzegam w twoich oczach ― straszliwą żałość? Wzniecamy pył. Słońce powoli zachodzi nad kazachskim stepem… ― pustką i ciszą. Twój dom jest ― taki odosobniony, nieludzki. Niewiele wyższa od ciebie chatka. Szepczesz poprzez szum liści… Wiem, że byłeś na samym dnie, ale ― podniosłeś się, wprawdzie na kolana, lecz ― dobre i to. Jesteś WOLNY! Wchodzimy wąskimi drzwiami, schylając głowy, ponieważ zawadzamy nimi o zbyt niski, obdrapany sufit. Pokazujesz dłonią drewniany, zasypany papierami stolik, rozlany atrament, chyboczące krzesło, małe okno z powiewającą płachtą pajęczyn, zwisającą na kablu żarówkę… Są jeszcze kruszyny chleba, które rozsypałeś przed tylu laty, nim pojechałeś pod chirurgiczny nóż i kobaltową lampę… Wirują lśniące drobinki kurzu… Trzeszczą deski podłogi… Obserwuję samotnie ― skradającą się po ścianie ― smugę milczącego chłodu… (Włodzimierz Zastawniak, październik 2018) *** * Kok-Terek (kaz.) – zielona topola. Wieś leżąca na południu Kazachstanu, przy granicy z Kirgistanem. W latach 1953-56 mieszkał w niej matematyk i fizyk, a przede wszystkim wybitny pisarz, publicysta i prozaik oraz późniejszy laureat literackiej Nagrody Nobla z 1970 roku, Aleksander Sołżenicyn. Został do niej zesłany na tzw. „wieczne osiedlenie” po ośmiu latach wychowawczego obozu pracy. Obóz i zesłanie było karą za antyradziecką krytykę (na mocy stalinowskiego artykułu 58 par. 10). Wyrok odsiedział w rozmaitych więzieniach (min. na Łubiance i w Butyrkach pod Moskwą), w specjalnych obozach dla naukowców tzw. szaraszkach (min. w Rybińsku w środkowej Rosji, jako matematyk), oraz w ciężkim obozie pracy Ekibastuz w północno-wschodnim Kazachstanie. ** Nary – prymitywne łóżko, najczęściej z żerdzi lub desek. Poprzednik więziennej pryczy. Używane w ciężkich obozach pracy np. w stalinowskich łagrach, czy hitlerowskich obozach koncentracyjnych. *** https://www.solzhenitsyncenter.org/
  3. Źródło: https://pixabay.com/ … ocean z hukiem naciera na piaszczysty brzeg… rozmywa białymi językami piany ― ślady bosych stóp… … … nad przechylonymi masztami rybackich kutrów… Opuszczonymi skamielinami ― dawnego życia… … białe krzyże rozkrzyczanych mew… … Wszystko lśni ― tym lśnieniem smutnego zachodu ― wieszczącym deszczową noc… … Wiatr przetacza się po niebie… I jakimś nagłym tchnieniem ― spada na moje czoło i skronie… … … ogarnia mnie ― chłód ― i mrok… … przeciąg pustej plaży o zapachu soli… … Łopot chorągiewek… … szumiący pisk ― szalejącej we mnie ― gorączki… … … raniący oczy ― kurz… … … drewniana przystań ― z nieostrymi widmami mojej wyobraźni… … Dobiega skądś rozedrgany ― kobiecy śpiew… … Fado* ― portugalski blues… … Otwieram ramiona… … zamykam… … Nic… … Przeszywam próżnię… … powietrza ― wilgotny chłód… (Włodzimierz Zastawniak, 2018-06-19) *** Fado* (los, przeznaczenie) – gatunek muzyczny (jego początki są datowane na XIX wiek) powstały w biednych dzielnicach portowych miast Portugalii. To melancholijna pieśń wykonywana najczęściej przez jednego wokalistę przy akompaniamencie gitar. Z powodu tego, że jest to muzyka płynąca prosto z serca, wyrażająca żal, smutek, tęsknotę i samotność, nazywana jest czasami portugalskim bluesem.
  4. Źródło: https://www.pinterest.com/ „Niektóre słowa to muszle w czasie, być może kryje się w nich wspomnienie o tobie” Jon Kalman Stefansson: „Smutek aniołów” *** … słońce zagląda przez kwadraty szyb… ― w milczący pokój ― potokiem światła… … Przywieram dłońmi i czołem do chłodnych ― lśniących płaszczyzn… … … widzę na zewnątrz drzewo ― wyrosłe u źródeł początku… Szumiące listowiem… … w pomarszczonej skórze kory… … Zazieleniło się… … … gdzieś ― w głębi domu ― gong stojącego zegara… … zgrzyt zegarowego mechanizmu… … Chrzęst… … i znowu… … tik-tok… tik-tok… … tik-tok… … Wypadają mi z rąk zaczęte teksty ― niedokończone frazy ― z szelestem rozsypujących się kartek… … … zasłaniam rękawem oczy ― kłute przez krople ostrego blasku… … … przeciąg otwiera ― skrzypiące drzwi… Zamyka ― z trzaskiem… … Kto ma przyjść? … nie przyjdzie nikt… … W półmroku schodowej klatki ― jedynie cisza łkającego wiatru… Kawałek ― odłupanego muru… … wystająca z drewnianej poręczy drzazga … … … ginące w pogłosie oddalających się kroków ― epoki ― przeszłego czasu… (Włodzimierz Zastawniak, 2020-07-24)
  5. Źródło: https://www.pinterest.com/ … strzały światła ― przeszywają bezgłośnie… migot liści w gałęziach… … Na asfaltowej drodze ― dziwna nerwowość wydłużonych cieni… … … wiatr ― dmie w tył ― i do przodu… Nie za mocno… … raczej ― lekko… … Płyną powietrzem ― zataczając kręgi ― w którymś gorącym dniu lata… … … i wstrząsa swym drżeniem cała jaskrawość ― niemalże ― jak przy zmartwychwstaniu… Nasyca grudy ziemi… … … słyszę ― bicie ― serca… … dalekie echo dzwonów… … Spadają z nieba i płoną ― w jaśniejącym snopie ― zbliżającego się deszczu… … Za późno! … czuję pierwsze podmuchy zagadkowej śmierci… … … blask ― który ― oślepia… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-11-16)
  6. Źródło: https://www.wallpaperflare.com/ … komunikujemy się ― poprzez pokłady przeszłego czasu… … Słyszę głos w głębokiej otchłani… … Wyławiam w szumie eteru… … modulowanych gwizdach, jak przy strojeniu radia… … … opuszczone miejsca ― są niejako ― naszą schadzką… … Popękany tynk… … odpadająca farba… … … zwisające, podarte tapety… … Chłód przeciągu… … puste okna i drzwi… … W uszach ― piskliwy szmer promieniowania kosmosu ― zwiastujący śmiertelną gorączkę… … … przechodzą przeze mnie ― jakieś obłoki i widma… Zatarte przez lata… … omiatające zimnym tchnieniem… … Pod stopami ― chrzęst ― potłuczonego szkła… Gruz… … Piszę palcem twoje imię ― po okrytym kurzem ― blacie drewnianego stołu… (Włodzimierz Zastawniak, 2021-02-18)
  7. Źródło: https://www.pinterest.com/ … na początku ― nie dostrzegam zbyt wiele… ― tylko zamglone widma ― tylko ptaki… … one szybują w mroku ― i w ciszy ― spadają stadem… … przesłaniają źrenice gwiazd… … … gdzieś ― tam ― lśniące blado ― centrum ― kosmosu… Szept lasu ― daleki… ― … a może ― bliski? … Zaprzepaszczam się w tej letniej ― pachnącej skoszoną trawą ― nocy… … Łąki milczące… … milczące pola… … … ciągnące się ― donikąd ― ścieżki… * Pochylony ― nad rzeką ― samotny faun… ― … dotyka ― wierzbową brodą ― kryształowej toni… … wydłuża się ― w pełni księżyca ― jego cień… ― … jakby rozwijał ― ktoś niewidzialny ― czarną zasłonę ― bez szmeru… * … zanurzam się ― w plusku fal… … Pode mną ― kamień ― oślizły pień… … niespokojny nurt… * … rozsypał się bukiet białych melancholii… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-11-04)
  8. Źródło: https://www.waynestadlerphotography.com/ … słyszę wiatr… … nie… ― nie słyszę wiatru… ― tylko twój daleki szept ― piękna dziewczyno… Wołasz mnie ― od tylu lat… … Ujmując moją ― dłoń… … prowadzisz w milczeniu tam ― gdzie skończył się twój czas… … do miejsca ― opuszczenia ― i rozkładu… ― … tajemniczej ziemi… … Nagły … b ł y s k! … … stoję teraz samotnie ― w wysokiej ― szumiącej trawie… W lipcowy dzień… … na stepie… ― … przy pokrytej pajęczyną pęknięć ― ścianie ― zrujnowanego domu… … … promienie słońca ― przecinają ciemne ― kobaltowe niebo… … … słyszę wiatr… … nie… ― nie słyszę wiatru… ― tylko twój coraz bliższy szept ― piękna dziewczyno… Czekasz na mnie ― od tylu lat… … Znowu … b ł y s k! … Efekt stroboskopu ― wywołuje u mnie ― gwałtowny atak epilepsji… … jakby doszło ― do krótkiego spięcia ― w krętych korytarzach ― mojego mózgu… … Gdzie ja jestem? … chyba straciłem przytomność… … … stoję ― przy samej ― ścianie… … dotykam ją… ― … … jest ― taka zimna… … B ł y s k! … … dotykam ściany rozdygotanymi palcami… Tym razem ― parzy ― pulsuje i oddycha… … … poszerzają się rozgałęzienia pęknięć… Zwężają… … … tak bardzo ― oślepia mnie ― słońce… ― … migocze… * Leżę na podłodze ― opuszczonego ― zdewastowanego pokoju… … Szeroko otwarte okno … Na resztkach tapet ― świetlista smuga… … wirujące drobinki kurzu… … Zbudziłem się? … zasnąłem? … Ktoś szepcze mi do ucha... ― … czy to ty ― piękna dziewczyno? … … b ł y s k! … Widzę ciebie w oknie samotnego domu ― skąpaną w pomarańczowych smugach zachodzącego słońca… … … jest taka wielka cisza… ― … Rozwiewają się ― twoje długie ― jasne włosy… … Przeskakują obrazy ― jak na starej ― celuloidowej taśmie … Zbliżasz się… … oddalasz… … … jesteś na wyciągnięcie ręki… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-11-01)
  9. Źródło: https://dissolve.com/ … pamiętam ― słońce ― spopielające ziemię… ― rozsadzającą niebo obręcz ― puchnącej chmury… … Lecz trawa porosła już miejsce, które wtedy ― nasycane było wielkim blaskiem ognistej aureoli ― Nie-świętego… … Wchłaniałem całą tę radiację… ― … naświetlany potwornym żarem… … … widziałem śmierć ― w wykręconej spazmem ― przestrzeni… … galopującą ― w swojej najczystszej ― jaskrawości… * Mimo upływu lat ― słyszę nadal echo ― nagłego objawienia… … tego natężenia zagadkowości… … Dzwonu ostatecznego… … zanikający ton… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-10-12)
  10. @Dag Przybyłem z bardzo daleka, ale za chwilę ruszam znowu w daleką podróż... - może jeszcze zdążę... Dzięki, Dag...
  11. Źródło: https://sephlawless.com/ … jestem lekki ― jak na próbie wniebowzięcia… ― sen potrójny narasta wokół… … Budzę się we śnie… Ze snu przybywam… … w sen wnikam ― nieznany… … Wiatr przetacza się po drzewach ― za otwartym szeroko oknem… … szeleszczą i klaszczą liście kasztanu… … Oślepia mnie ― słoneczny migot ― niczym stroboskopowa lampa… … … i staję się ― albatrosem… Mewą… … wyrwaną z zeszytu ― szybującą kartką… … Coś się przestawia w mojej głowie… … suchy trzask… ― błysk elektrycznego spięcia… … … donikąd idę ― wcale ― nie dotykając ziemi… Wszystko się kołysze ― od nagłego ― przeskoku czasu… … Zamknięte drzwi… Zatarty numer… … mosiężna klamka z nalotem patyny… … Zaglądam ostrożnie do wnętrza… … … pajęczyny na suficie i ścianach… Brunatne plamy ― zacieków… Zatęchła woń starej ― magazynowej hali ― drażni moje nozdrza… … … jakieś popiersia kryją się w półmroku… … ustawione równo ― jakby ― na wystawie… … W wątłej smudze szarego światła ― wirują lśniące drobinki kurzu… … … idę wolno ― po trzeszczących deskach ― czując obecność ducha samotności… … Wstrząsa swym ― drżeniem… … dotyka lodowatą dłonią… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-09-23)
  12. Źródło: https://www.bostonmagazine.com/ Coś się urzeczywistnia ― ostrym zarysem cienia… ― zasłaniając sobą ― swoją własną stronę… … i przechodzi wolno w chmurze owadów… Wzdłuż wielo-ziela i kwiatów ― pachnących słodko… ― … wyschniętą ― popękaną ścieżką… … … przeciągły gwizd wilgi ― dobywa się tuz obok ― i znikąd… … … nie-cielesne stopy trącają trawę… Dłonie ― gałęzie ― dusznego ogrodu… … w tajemnicy przed światem… ― w brzęku pszczół… ― wśród liści nasturcji… ― wśród skwaru… … W pobladłym błękicie ― słoneczniki ― chylą się ku ziemi… ― … przytłoczone ciężarem pestek… … … w drżącym powietrzu ― skrzypią ― wysmukłe topole… … ze słońcem ― gorejącym ― w prześwitach… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-05-19) *** https://robertcarty.bandcamp.com/track/lost-in-suntales
  13. @Dag Dziękuję za analizę, Dag. Pozdrawiam.
  14. Źródło: https://www.pinterest.com/ To jest dziwny świat… ― Tam podążam... ― Jestem… … Moje ― i tak ― skłębione myśli ― ulegają wciąż ― metamorfozie… … nie poddają się jakiemukolwiek zdefiniowaniu… … … światło wpada przez okna… Kładzie się smugami na drewnianym parkiecie ― pustych pokoi i korytarzy… ― … wzorach tapet ― Drzwiach ― obitych ― skajem… … Wokół ― milczenie rzeczy… … głucha obcość przedmiotów… … Stąpam w tym bezgłosie… … wyszydzany przez wszystko… … w piskliwym ― gorączkowym szumie… W wirujących ― drobinkach kurzu… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-05-12)
  15. Źródło: https://www.kwiatki.org/ Idzie pod wieczór ― przytłoczony ciężarem strasznej choroby… … chce się jeszcze napatrzeć ― na bezchmurne niebo ― na kołyszące się topole… Idzie do kobiety… ― wprost ze szpitalnego łóżka… ― … niemalże ― spod ― kobaltowej lampy… … … wszystko mu się plącze… Czy ją jeszcze zastanie? Co jej mógłby podarować? … Nic… ― … poza dwoma bukiecikami niebieskich fiołków ― kupionymi ― u starej kwiaciarki… … … tylko ― pół ― roku… Rok… … nie więcej… … Tyle przebytych dróg i bezdroży… ― syberyjskich łagrów… … … wyrwany ze szponów ― makabrycznej męki… … ze stłumionym ― chwilowo ― bólem… … śmiertelnie blady… … … tylko ― pół ― roku… Rok… … nie więcej… … … albo ― do końca ― tego lata… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-02-28) *** Inspirowane powieścią pt. ”Oddział chorych na raka”, Aleksandra Sołżenicyna.
  16. (Wersja poprawiona) ― Jutro będziecie uczestniczyć w niezwykłym eksperymencie! ― Poinformował żołnierzy z oddziału specjalnego, kapitan John Traven, szczupły, ascetycznie wyglądający mężczyzna koło czterdziestki, lekko łysiejący. Odsłonił uśmiechem swoje białe, równe zęby. ― Ten eksperyment zmieni losy świata. Zapamiętają nas, jako pionierów, którzy przetarli atomowy szlak… ― Na czym ma polegać ów eksperyment? ― Zapytał, starszy kapral Kent. ― Jesteście zbyt dociekliwi, kapralu! Toaleta i spać! Nabierać sił! Pobudka ― czwarta rano! ― Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Pozostawił zapach taniej wody kolońskiej, potu… ― niepewności… Szeregowy Mike Rowladns, próbował zasnąć… Rozmyślał, gdy nieoczekiwanie usłyszał tuż przy uchu stłumiony szept swojego kompana, szeregowego Alexa Keldera. ― Słuchaj, Mike, chyba umrzemy… ― wszyscy… ― Pierwszy raz mamy manewry? Daj spokój, śpij. Wcześnie wstajemy. ― Poczuł niewytłumaczalny, wydobyty z głębin strach… * Obudziły go donośne krzyki… „Pełny rynsztunek! Plac apelowy!” ― Huczał blisko czyjś głos. Ledwo zdążył posłać łóżko. Biegnąc, zapinał ostatnie guziki munduru, poprawiał żołnierski ekwipunek… „Kompania ― w dwuszeregu ― zbiórka!”… Kilku żołnierzy zaczęło rozdawać pozostałym niewielkie tabliczki osobiste, mierzące natężenie promieniowania jonizującego. Poczuł mdłości, wchodząc do wojskowej, pokrytej brezentem koloru khaki, ciężarówki… Jechali przez pustynię, mijając żelbetonowe, naznaczone czarnymi plamami straszliwego żaru ― wieże obserwacyjne… Dominował wszędzie ciemnożółty piasek, porosły gdzieniegdzie kępami szaro-zielonej, ostrej, suchej trawy… Bezchmurne, kobaltowe niebo ― przytłaczało swoim bezkresem… Przebłyski pomarańczowożółtego, porannego słońca ― tworzyły męczący, epileptyczny efekt stroboskopu… „Uwaga, dojeżdżamy!” ― Padł krótki komunikat kapitana… Drgnęły, pospuszczane dotychczas, obciążone szarymi hełmami znużone głowy, oparte o kolby ― trzymanych pionowo między kolanami ― karabinów… Uformowawszy tyralierę, zaczęli kopać saperkami płytką transzeję, zdolną ledwie schronić dwudziestu ludzi. ― Widzisz to? ― Alex kiwnął głową. Patrzył przed siebie, ocierając z czoła pot… Trzydziestometrowa, kratownicowa wieża ze stalowymi linami odciągowymi, zwieńczona blaszanym sześcianem, wewnątrz którego spoczywał dziesięciolikotonowy, taktyczny ładunek nuklearny ― lśniła złowrogo odbitym, słonecznym blaskiem… ― Widzę ― odparł, Mike. ― Cholernie blisko, jakieś trzy kilometry… ― Czyżby chcieli nas usmażyć dla dobra nauki? ― Kto wie, co oni kombinują… ― Skusili nas wyższym żołdem, więc mamy teraz swoją przygodę ― skwitował kwaśno Alex, odwalając butem sporych rozmiarów kamień… ― Milczeć i kopać! ― Wrzasnął Traven. ― Została godzina. Chyba, że chcecie, aby wam upiekło tyłki?! Zmęczeni ― przysiedli wreszcie w wykopanym rowie… Jeden wyciągnął zdjęcie swojej dziewczyny, drugi nucił pod nosem jakąś melodię, inny palił papierosa, a jeszcze inny ― ubijał nerwowo piasek lufą karabinu… Czekali… Jeszcze trzy ― przerażająco długie minuty… ― dwie… ― jedna… Puszczały nerwy… Ktoś krzyknął histerycznie… ― I wtedy ― szeregowy Mike Rowlands ― ku ogólnemu zdumieniu ― wyskoczył… Zaczął bardzo szybko biec… Słyszał ochrypłe wołania kapitana: „Szeregowy, Mike, wracać natychmiast! Idioto, zostaniesz usmażony! Wracaj!”… Nie zważał na nic… Chciał się tylko oddalić od tego piekielnego ładunku, który za trzydzieści sekund przetopi kwarc w zielonkawe szkliwo, unicestwiając wszelkie życie do trzech kilometrów wokół! Wiedział, że kapitan przestał go gonić… Beznamiętny głos megafonu odliczał nieubłaganie sekundy: 10-9-8-7-6-5-4-3-2-1-… ― Wtedy spojrzał… Oślepiający blask ― niemal wypalił mu oczy… Zakrył je ramieniem… Detonacja przyćmiła jasnością słońce… Poczuł żar, jakby otworzono drzwi rozpalonego, hutniczego pieca… Temperatura epicentrum ― osiągnęła momentalnie ― milion C°… Poddaną ekspozycji, odsłoniętą skórę ― pokryły ogromne, brunatne bąble… Rowlands, stojąc przed Lucyferem, wydobył przeciągły, przejmujący jęk potępionego… Fala uderzeniowa ― nadeszła niczym rozpędzony pociąg… Rzuciła nim kilkanaście metrów dalej, otumaniając hukiem ― przypominającym lecące nisko klucze wojskowych odrzutowców… Wszystko płonęło, drżało, wyło… ― Przekroczył wrota piekieł, zanim stracił po raz pierwszy przytomność… Czuł potworny ból głowy… Ujął dłońmi wyłysiałą czaszkę… Zwymiotował krwią… Usiłował wstać, lecz ― znowu upadł… Przybrał pozycję embrionalną… W miejscu eksplozji ― wyrastał powoli, rozszerzony u podstawy, purpurowo-siny słup mieszaniny pyłu, dymu, ziemi… Wsysała go próżnia skłębionej, kipiącej kolorami, pomrukującej groźnie chmury, ― przeciętej jaskrawo-czerwonym rdzeniem plazmy… ― Stracił przytomność po raz drugi… Kiedy otworzył opuchnięte, zapiaszczone powieki ― nadciągał zmierzch… Atomowy obłok przybrał dziwaczną, rozciągniętą formę biało-szarego wiru… Panowała głucha cisza… Wtem, dostrzegł, jakby przesłoniętą spadającymi płatkami śniegu, wysoką postać… Nie potrafił ocenić odległości… Otaczała ją aura tajemniczości i ogromnego smutku… Długie, siwe włosy ― rozwiewał wiatr… (Włodzimierz Zastawniak, Marzec 2015) Źródło: https://www.reviewjournal.com/ Źródło: https://www.yuccamountain.org/ Źródło: https://pixabay.com/
  17. Źródło: https://www.greeka.com/ … jakbym odchodził w dzieciństwo świata… ― … i dalej…― poza granicę ― heliocentrycznego uniesienia… … W odbiciach alabastrowych ciosów ― zaistniało coś jeszcze ― obrysem szarżującego byka… Nie… … to ziemia ― pędzi ― jak wiatr... Czy może ― ja sam ― stałem się wiatrem? … … zamykam oczy ― i widzę ― bardziej… Otwieram… ― … ślepnę od nadmiaru kształtów… … Przede mną ― freski 2… ― Kamienny tron Minosa 3… ― Gryf leżący w liliach 4… … … lecz ― o dziwo ― nie czuję ― przyciągania kosmosu… Czuję za to ― zapach łąk… … szumiące gaje… ― … Ptaki śpiewają ― pomiędzy ― pomarańczami… … … kolumny… Schody… … podwórka … … Tracę oddech… ― … w mroku korytarzy i kurzu… … Tezeuszu 5… Bohaterze ― labiryntu … … pogromco Minotaura 6… … … słyszę ― tak jakby ― daleki szept… (Włodzimierz Zastawniak, 2013-05-21) ... * Chodzi o Pałac w Knossos (Pałac Minosa), znajdujący się niedaleko miasta Heraklion, na wyspie Kreta. Jeden z najsłynniejszych starogreckich zabytków architektonicznych, pochodzący z okresu kultury minojskiej (2000 – 1400 p.n.e.) Związana jest z nim legenda o Tezeuszu i Minotaurze. 2 Fresk – Rodzaj malowidła ściennego, wykonywanego na świeżym, mokrym tynku. Najczęściej o tematyce religijnej, roślinnej czy zwierzęcej. 3 Minos – W mitologii greckiej – król Krety, heros. Syn boga Zeusa i bogini Europy. 4 Gryf – Mityczne zwierzę. Przedstawiane najczęściej jako hybryda lwa i orła. W minojskiej Krecie gryfy były strażnikami sal tronowych. 5 Tezeusz – W mitologii greckiej – heros. Syn boga Posejdona i bogini Ajtry. Pogromca Minotaura, w zaprojektowanym przez Dedala (mitycznego architekta i wynalazcy) Labiryncie, pod Pałacem w Knossos. W zgładzeniu potwora pomogła Tezeuszowi – Ariadna – córka króla Krety Minosa i królowej Pazyfae. 6 Minotaur – W mitologii greckiej – potwór, przedstawiany jako hybryda człowieka i byka. Strażnik Labiryntu pod Pałacem w Knossos. Zrodzony ze związku królowej Krety – Pazyfae, żony Minosa, i byka – zesłanego przez boga Posejdona.
  18. @opal Dziękuję Pani. Pozdrawiam również.
  19. źródło: https://greekcitytimes.com … wypiętrzyła się ― w egejskich falach… ― … na krawędzi lawy ― wyplutej ― przez ― trzewia ziemi… Szczyty gór ― zwarły się wtedy ― w bezkresie nieba ― z błękitem… … jakby były nie dla ludzi, ― lecz bogów ― istnień ― nietrwałych w swojej trwałości… … Ptaki wzlatują ze wzburzonego morza… … nad upadłą perłą błyszczącą na brzegu… … … gnieżdżą się w załomach ― monastyru ― Hozoviotissa… ** … w białych ścianach ― wykutych ― przed tysiącem lat… … To się wciąż ― wydarza… … Zatem ― co wryło się w pamięć ponad tryumf Macedończyków ― nad flotą ateńską? *** … Ja wiem, bo jestem echem antycznym… ― … dźwiękiem przywołanym ― z zaświatów… … Jestem zjawą ― snującą się ― po ścieżkach myśli… ― … po strofach elegii ― zatartych ― przez czas… … Ja… ― … Semonides z Amorgos… **** (Włodzimierz Zastawniak, 2013-05-18) … * Amorgos – wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklad, należąca do Grecji. ** Monastyr Hozoviotissa – Monastyr na wyspie Amorgos, jest drugim najstarszym w Grecji (zbudowany w 1027 roku, następnie poddany renowacji w 1088 roku przez cesarza bizantyńskiego Aleksego Komnena I-go) klasztorem. Znajduje się na klifie 300 m nad poziomem morza. Powstał jako oda do łaski Panagii, zwanej Maryją Panną, która jest patronką wyspy. Jej ikonę przenosi się do wszystkich wiosek na wyspie. *** Tryumf Macedończyków nad flotą ateńską – Bitwa morska u wybrzeży wyspy Amorgos, do której doszło w 322 roku p.n.e. **** Semonides z Amorgos – Urodzony na wyspie Samos, potem kolonista na wyspie Amorgos. Poeta starogrecki, żyjący na przełomie VII i VI w p.n.e. Pisał elegie i jamby.
  20. (Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Jarzy się czerwień w obrysach ― ciemnych obłoków… … spienione fale ― nacierają z hukiem ― na piaszczysty brzeg… … Wiatr o zapachu soli ― owiewa moją twarz… ― rozwiewa włosy… … … idę przed siebie ― zagrzebując poranione stopy ― w mokrym piasku… Przestarzały… Od dawna rozłączony z życiem… … i niekompatybilny ― z najnowszą wersją rzeczywistości… … … przed siebie… ― … gdzieś ― daleko… ― w mrok… … … tak bardzo kaleczą mnie ― ostre przebłyski ― zachodzącego słońca… … palą ― spierzchnięte gorączką ― usta… … … padam na kolana ― aby zanurzyć się w resztkach ― przeszłego czasu… … … przesypuje mi się przez palce ― jedynie szary ― księżycowy pył… * Stoczyłem się w otchłań… ― w mrok ― straszliwej nocy… … ... moje oczy ― są teraz ― zamarzniętymi bryłkami ― w skamieniałym ciele… … … nie można się stąd wydostać… … Absolutny mróz… (Włodzimierz Zastawniak, 2019-03-06) *** Disconnected – jest to czwarty album muzyczny (studyjny) norweskiej grupy neoprogresywnej Airbag, wydany w 2016 roku.
  21. (Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Zostałem porwany przez wir czasu… … echo mojego istnienia ― załamuje się na krawędziach nocy… … … nie ma już powrotu z szalejącej otchłani… … pochłania wszystko ― wciąga i miażdży… … Mijam w straszliwym pędzie ― truchło ― naszej miłości… … poniewiera się w kałuży ― trącane zabłoconymi butami ― śpieszących się przechodniów… … Kogóż to obchodzi? … nikogo… … Noc zawsze jest straszna… Szczególnie wtedy, kiedy krzyczą ściany w ciemnym pokoju… Nie mogąc tego znieść… … zapalam drżącą ręką światło… … Momentalnie ― ucicha ― tumult i gwar… … pierzchanie kroków ― chowających się po kątach ― półsennych widm… … … zaciskam ― mocno powieki ― wilgotnych ócz… … … oślepia mnie ― słońce… … wiatr porusza gałęziami… szeleści liśćmi kasztanów… Coś do mnie mówi ― pieści łagodnością ― osusza spoconą twarz… … Przebiegałem przez tyle epok i lat, jakby to były pokoje starego ― opuszczonego domu… … …wirują powoli ― drobinki kurzu… … ... opadają w ukośnych ― świetlistych smugach ― mżące piksele ciszy i samotności… * … przesypują mi się przez palce ― ziarenka ― rozpalonego piasku… Pot zalewa oczy… … pulsuje w skroniach ― rzeka wzburzonej krwi… … Drżące powietrze ― mami ― nieistniejącymi oceanami… … kreśli ― fałszywe perspektywy… … czy można ― w cokolwiek wierzyć? … Niezliczona ilość gestów… … zmieniająca się wciąż forma… … Potykam się ― o zasypane częściowo szkielety ― jakichś prehistorycznych stworzeń… O żałosne szczątki przeszłości ― bielejące pod kulą słońca… … Dokąd teraz? Wszystko jest takie odległe… … … nie wiem ― na ile starczy mi sił… * Szum płynącej rzeki ― przenika ściany… … skuliłem się w sobie… … Daleko przede mną drga srebrnym blaskiem ― rozpędzona wiecznością ― strzałka czasu… … Szczęśliwe chwile minionych dni ― rozsypują się w proch… … kiedy na nie spoglądam z lotu ptaka… (Włodzimierz Zastawniak, 2019-07-03) *** Travel Within – jest to czwarty album muzyczny (studyjny) polskiego grupy neoprogresywnej Moonrise, wydany w 2019 roku.
  22. (Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Blask szyb… Firanki ― poruszane przez wiatr… … w kobaltowym błękicie ― trwa wolny przepływ ― pojedynczych ― białych obłoków… … … mój chód jest niepewny ― jakbym się przebudził ― po milionie lat… … idę rozświetlonym ― przez słońce ― niekończącym się korytarzem… … Przybywam znikąd… … donikąd idę… … Wsłuchuję się w szmer ― promieniowania wszechświata… … rozpędzone piksele ― uderzają wciąż w membrany ― moich pulsujących uszu… I nie mogę się nadziwić ― temu milczeniu rzeczy… ... … wirujący kurz ― osiada ― na kamiennych posągach… … Nie czuję chłodu ziemi… Unoszę się ― jak duch… … Donikąd lecę… … nie powita nikt… * Mijam w korytarzu białe ― zatrzaśnięte na wieczność drzwi… ― przystanki życia i czasu… … numery ― nazwiska ― pościerał czas… … Przytulam się do chłodnej ściany… ― … wdychając ― nikły zapach ― olejnej farby… … Wydaje mi się, że ktoś tu jest, ale niewidzialny… … Wyciągam dłoń… … przeszywam próżnię… * Biegnę po ukwieconej łące… … po złotym piasku ― pośród łanów zbóż… … Upadam… … wstaję… … Wiatr rozwiewa włosy ― słońce ogrzewa twarz… … … składam się teraz z samego światła… (Włodzimierz Zastawniak, 2019-03-02) *** Stopover – Life – jest to trzeci album muzyczny (studyjny) zespołu Moonrise. Album został wydany w 2012 roku.
  23. @Gosława Wszystko pochrzanione... Ona jest daleko...
  24. (Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** … ze snu przychodzę… … w sen ― wnikam ― następny… … … idę wolno ― pustym korytarzem… … Zamknięte drzwi… Otwarte okna… … milczenie rzeczy… … Na drewnianym parkiecie ― leżą przekrzywione prostokąty ― słonecznego świtu… … W powietrzu ― o nikłym zapachu woskowej pasty… ― … rozchodzi się ― piskliwy szum ― bezbrzeżnej pustki… … Zbudziłem się? … zasnąłem? … Gdzieś ― między półmrokiem nieskończoności… ― a czernią ― przeszłego czasu… … kusi mnie ― cudowny błękit lata ― i szelest liści… … Ześlizgują się bose stopy ― kiedy staję ― na krawędzi parapetu… … … rozkładam szeroko ― ramiona… … … wstrząsają mną ― podmuchy wiatru… * Migoczą jeszcze gwiazdy… ― …choć słońce ― już dawno wzeszło ― i zaszło… … i znowu wschodzi ― wykonując pełny obrót ― wokół mojego serca… … Puste ulice pachną rozgrzanym asfaltem… N i k t n a n i k o g o n i e c z e k a… … … wiatr ― porywa ― śmieci… Chwieją się zakurzone trawy ― w ukośnych smugach jaskrawego blasku… … Wybieram w telefonie numer, aby ci powiedzieć, że jestem… … niestety ― dodzwaniam się ― tylko ― d o ― s a m e g o s i e b i e… * Wielki cud ― życia… … W stojącym lustrze drewnianego trema ― dostrzegam ― wielce utrudzoną twarz… Miałem zrobić coś ważnego ― lecz ― z a p o m n i a ł e m, c o… … Wszędzie wokół ― ciągle te same ― kłamliwe szepty… … chcą ― coś wciąż ― obwieszczać… … Wzbraniam się ― jak mogę ― przed uczestniczeniem w tym ludzkim cyrku… … Muszę wyjść… Muszę ― zapić ten ból… (Włodzimierz Zastawniak, 2019-02-28) *** Soul's Inner Pendulum – jest to drugi album muzyczny (studyjny) polskiej grupy neoprogresywnej Moonrise, wydany w 2009 roku.
  25. @GosławaChrzęst łańcuchów, chrząkania, mlaskania... Gdzieś, ktoś kogoś chyba... A to co? Stoją w półmroku jakieś popiersia okryte zakurzona folią... dłuta... Fidiasza? Nie znam się na rzeźbiarzach... Porzucone narzędzia... O, kolejny zakamarek z plątaniną żeliwnych rur... Słychać jakieś bulgoty i jęki...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...