Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'zwierzęta' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 16 wyników

  1. Dedykuję dla mojego kochanego Kota, który budzi mnie co noc o 1:00, 2:00, 3:00, 4:00, a ja... ...i tak go kocham, i on mnie -chyba- też ;) --------------------------------------------------- „Dla Kota” Kotek to niby zwierzątko małe, ale to wielki Przyjaciel sercem. Choć mniejszy od ludzi swym kocim wzrostem, to swej miłości ma o wiele więcej. Ta mała, biało-czarna „pantera” czasem z czułością ugryzie w rękę i pouciska, gdzie ból doskwiera, kociej miłości uroni kropelkę.
  2. Dawno, dawno temu za siedmioma lasami i czternastoma wodogrzmotami żyła Żyrafa Szubienica, nazywana tak przez to, że miała szubienicę zamiast swojej głowy oraz Zebra Gilotyna, nazywana tak, tak jak jej przyjaciółka przez to, że zamiast głowy miała średniowieczną maszynę do zabijania. Zaraz, zaraz napisałem „przyjaciółka”? Pytam się, ponieważ Żyrafa w ogóle nie uważała Zebry za przyjaciółkę i na odwrót [1]. Czy można zatem nazywać to „przyjaźnią”? Nie wiem, więc nie będę pisał tego słowa. Była to po prostu znajomość z widzenia. I mimo tego, że i Żyrafa i Zebra wiedziały o sobie nawzajem to nigdy się do siebie nie odezwały. A przynajmniej do czasu. Pewnego jesiennego dnia (był to dokładniej mówiąc dwudziesty czwarty września) Zebra zebrała się na odwagę i mijając szesnasty raz tego dnia Żyrafę powiedziała: -Dzień dobry Żyrafo! Żyrafa nie wiedziała do końca co powiedzieć, więc po prostu powtórzyła tę samą frazę zmieniając w niej jedynie Żyrafę na Zebrę i zapadła długa, niezręczna cisza. Następne dni nie różniły się od siebie niczym, więc opiszę je szybko i zbiorowo. Mianowicie zwierzęta dalej się do siebie nie odzywały. Aż w końcu nastąpiło coś co zmieniło wszystko o trzysta sześćdziesiąt stopni, a było to tak: dnia trzeciego listopada, Żyrafa i Zebra, rzecz jasna nie odzywając się do siebie, wybrały się na spacer do pobliskiego lasu na grzyby. Żyrafa szła pierwsza, Zebra podążała za nią. Nasze grzybiarki o jedenastej dziesięć przeszły przez mostek i znalazły się w gęstym lesie. Szły jednak dalej, ponieważ wiedziały, że grzyby wyemigrowały na południe. Skąd wiedziały? Nie mam pojęcia, nie pytajcie mnie. Najważniejsze, że szły dalej. Po około trzech minutach oczom naszych spacerowiczek, ukazał się leśny potok. Po podejściu bliżej okazało się, że niestety nie ma przejścia z uwagi na brak żadnego mostu tudzież kładki. Zebra i Żyrafa chwilę stały w miejscu i myślały co zrobić, ale długo nic nie przychodziło im do głów. Nagle Żyrafa doznała olśnienia! Co wymyśliła? Nic mądrego… Żyrafa postanowiła wskoczyć do wody i przepłynąć na drugi brzeg wpław. Nie zastanawiając się więcej, wskoczyła do wody i… zaczęła się topić! Zebra widząc co się dzieje również skoczyła do wody, na ratunek przyjaciółce lecz wtedy stało się jeszcze coś strasznego. Zebra podczas tego skoku zahaczyła głową o głowę Żyrafy. Ostrze gilotyny natychmiast spadło i zabiło Żyrafę której, już wtedy bezwładne, zwłoki zaczęły szybko odpływać od Zebry z nurtem. Zebra próbowała ze wszystkich sił uniknąć utonięcia, a przynajmniej dopóki nie zabrakło jej powietrza… [1] Ułatwienie dla myślących inaczej: Zebra Żyrafy.
  3. Satyra sejmowa 2023–2027 Nałożę królika na moją głowę Aby uczesać pomysły nowe! Będę wymyślał, mówił i słuchał! Aż „mądrość” dotknie króliczka brzucha. Idee popłyną już uczesane... Królika gazami poprzeplatane... Ażeby pozostać mądrym w tej dziczy — Z mym „talizmanem” przemówię z mównicy! „Nieuczesani posłowie, lenie! Ja tu się pocę, a banda drzemie!” Próbuję przemawiać i myśli układać, Ci przez sen mówią: „przestań pan gadać!...” Królik wariuje, dostaje spazmów. Posłowie nie chcą porzucić marazmu. Po cóż się męczyć? Jadem opluję! Sejm ten dla Polski nic nie zwojuje... ----- === -----
  4. Kocia gramatyka Ostatnio zająłem kota rozmową. „Miau, miał” mówiłem, on kiwał głową. Naśladowałem kocie odgłosy, w rytm miauknięć ruszały się moje włosy. Głaskałem kota, a on mnie słuchał. Czasami mruczał do mego ucha. Na koniec miauknąłem, zadając pytanie: „Czy zrozumiałeś me każde zdanie?” Kotek mój spojrzał z politowaniem i szczerze odrzekł na pożegnanie: „Czyś Ty normalny? Gdzież tu przyczyna? Że zdań swych większość od „że” zaczynasz?”
  5. Prooemium: „Bene aegroti suprema est cum felis medicus est" = „Dobro chorego najwyższym dobrem jest Gdy kot lekarzem staje się” *** „Dr Kotu i mrucząco-rozgrzewająca terapia” ---------------------------------------------------------- Nażarłem się wczoraj niczym dzika świnia, i zaraz ból brzucha napadła lawina. Koci lekarz mnie chorego w mym łóżku nawiedził, zasnął na mym brzuchu, mrucząc po obiedzie. Mruknięciami osłabiał bólu interakcje, aż oznajmił mi w końcu, że czas na kolację. Kotku mój kochany... Mogę funkcjonować. Ból minął. Uzdrowiłeś! Jak mam Ci dziękować? Odpowiem ci, panie – będę bardzo prędki: Za przysługę lekarską daj gram kocimiętki.
  6. Patrzę zza szyby Na ten świat przedziwny Jak drzewa bujają sie przy lekkim wietrze Ich liście przeplatają się jak nitki w swetrze Jak promienie słońca padają na ulice puste Jeszcze wzrokiem tą piękną naturę musnę Zanim w łóżku mym samotnym usnę Popatrzę na motyle trzepoczące skrzydłami Nad cudownie kolorowymi kwiatami Na świergoczące ptaki osiadłe na gałęzi drzewa Czekające na odpowiedź, jak ten drugi się miewa I już wieczór się robi Słońce kryje się za horyzontem nocy A ja ciągle myślę, dlaczego ludzie tacy ubodzy We wrażliwość wobec tej pięknej natury W miłość do tego co nam daje codzień W brak wdzięczności za to, że natura upiększa nam te przemijające lata Które bez niej, szarzeją w swej obojętności, przyodziewając postać kata.
  7. Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
  8. Dostojny makak wstał Pieszczotliwie dotykany przez faworyty Zbliżył się do niej Gryząc owoc Obojętnie Ona odsunęła się Pełna szacunku Nie patrząc mu w oczy Uciszając Niespokojnym sykiem Dziecko I ja brałem w tym udział Zaskoczony
  9. Był sobie mały króliczek. Jako, że był jeszcze dzieckiem rozpierała go energiczność i spontaniczność, którą zarażał innych. Czasami skacząc po polach z braćmi i siostrami wskakiwał im na plecy lub podkładał nóżki. Często bywał nieznośny, zbyt nadpobudliwy i przez to reszta rodziny traktowała go, jako przykład kogoś niegrzecznego. Czy to jego wina, że nie umiał poskromić swoich emocji? Uczucie gorszości przygniatało go od środka. Nie umiał jednak tego pokazać. Nie potrafił wyrażać uczuć. Jedyne, co mógł zrobić to kontynuować psikusy, aby uciszyć desperację, gniew i smutek. Kto wie, co by się z nim stało, gdyby nie pewna sowa. Ta widząc biednego króliczka zagubionego, samego, w ciemnym lesie postanowiła mu pomóc. Wskazała mu kierunek, w którym powinien podążać. To, co ma każdy z nas można przekuć w cokolwiek się chce. Ponadto przekonała go, że w jego otoczeniu jest wiele osób na którym mu zależy i im zależy na nim. Była to prawda. Podnosząc go na duchu, dając cel i ambicje dała nasionku wodę. Po kilku latach nieokiełznalność przerodziła się w jego cechę charakterystyczną. Spontaniczność wykorzystywał w żartach wszelkiego typu, stał się bardziej pomocny i odpowiedzialny. Tak właśnie na swój sposób lubiany królik, stał się ojcem - miał dzieci, którymi się opiekował i na zawsze pamiętał słowa sowy: „Czy jest sens wyśmiewać suche ziarno, bo jeszcze nie wyrosło?”
  10. Na peryferiach miasta w ulicę Turystyczną wszedłem, tam olbrzymi obóz zagłady dla zwierząt był usytuowany. Jako, że ulica wylotową była z miasta, toteż i ruch na niej był wielki, ale transportów zesłańców dla pożywienia ludzkich bestii było nie sposób nie zauważyć. Właśnie niczym na wycieczkę nadjeżdżała śmierdząca dostawa ptactwa, te zoczywszy mój pilnie wlepiony wzrok, chórem zakrzyknęły; człowiecze puchu marny, za nami się wstaw, wszak my gęsi, choć nie ludzie, jednak swój język też mamy. Transport odjechał, ale nadjeżdżała wypełniona krowią tłuszczą ciężarówka, te porykiwały szczęśliwie; wreszcie z tego obozu koncentracyjnego na wczasy wiozą nas, więc będziemy przechadzać się zieloną doliną i zła się nie ulękniemy. Nadjechał też z wieprzami ładunek, te darły się w niebogłosy; człowieku, ratuj, niech nam okażą miłosierdzie, Boże odsuń od nas tę czarę goryczy, przecież my nie Żydzi, dlaczego chcą naszej eksterminacji? I czemuż to rabini, mułłowie, i księża nie uświadamiają was, iż jedząc nas, winni zbrodni jesteście z katami pospołu. Jeszcze kury przejechały koło mnie; na weekend, na weekend jadziem, wydzierały się i nastała cisza martwa. Bo któż zastanowić się raczy nad życiem bezbronnych, gdy w głowie mu udźce, golonki, serdelki, udka, befsztyki i steki. Co prawda od dawien dawna bezmyślność na zabijanie trwa i nie zmieniły inteligencji wieki. Jak pięknym kwieciem ciernisty oset się otacza, lśni purpurą i kolorami biskupimi, a czy on może wam dobry owoc dać, ale wy nie te szanujecie drzewo, które może smaczny owoc dać i sprawę z sensu pisanych słów sobie zdać. 8 maja 2017
  11. Gdy chodzi o mego psa odmówić potrafię mu ja to właśnie jest wyższość człowieka cnoty jak chlebek wypieka jednak gdy o mnie chodzi przeklęty bądź jakiś chyba diable bo tak jak była, tak nagle cudowna zdolność uchodzi
  12. twarze migają kolorami lamp a starsza kobieta topi nos w szybie okrągła jak księżyc w pełni wydyma policzki i ściąga usta zwierzęce instynkty tańczące małpy skaczące zające biegające strusie ściągnięte usta wyszły zwierzęta tańczą do zamknięcia zoo mimo zachmurzonego nieba
  13. Taka na niej pustka, A jednak tak dużo się dzieje, Na trzystu stronach, Nie łatwo opisać jej dzieje, A to zając przez nią przebiegnie, A to jeleń na trawę tą wejdzie, A to lis na przechadzkę pójdzie, Albo nawet ptaszek przyleci i zawoła kukułkę, Niestety będzie rozczarowany, Ponieważ nie będzie miał gdzie zjeść swojej poczwary, Poleci do lasu obok, Lecz nie będzie miał kogo przesiadywać ze sobą.
  14. Młoda pisarka i baśnie Wąską ścieżką przez ogródek idzie sobie krasnoludek. - Dokąd idziesz, mój malutki? - Idę do swej krasnoludki. Młoda pisarka siedziała przy oknie i patrzyła na ogromne kałuże. Spadające z nieba krople oraz wodne bąbelki kojarzyły się z fontanną. – Ale fajna, listopadowa pogoda - pomyślała. Kobieta mieszkała na warmińskiej wsi, gdzie zawsze było pięknie, a ona miała ten urok na wyciągnięcie ręki. Wiosną i latem zieleń, słońce odbijające się w tafli jeziora. Brykające sarenki, dostojne jelenie, dbające o zaoranie ziemi, dziki. Śpiew ptaków. Przemiana brzydkich kaczątek w białe łabędzie. Raj. Jesienią – zaduma oraz oczekiwanie na zimę, Mikołaja, prezenty. – Życie, oj, życie, twa uroda obezwładnia - powiedziała sama do siebie. Kochała każdą drobinkę daną ludziom przez Stwórcę. Z zamyślenia wyrwał ją kociak bawiący się czymś czerwonym. – Donni, co tam masz? – Zapytała szare zwierzątko. Ono usiadło i wyciągnęło do swej opiekunki prawą łapkę. Tak zasugerowało, aby pisarka się nim zainteresowała. – Chodź, zobacz. Mam czapeczkę. Nie chcę jej na razie zakładać na łebek, bo zniknę ci z oczu. To takie dobre czary. – Zdawało się mówić. Kobieta cichutko stawiała stopy na drewnianej podłodze. Obawiała się spłoszyć uroczą chwilę. Przykucnęła obok Kocurka. W tym momencie mała myszka przebiegła przez pokój, za nią pędził ludzik. Mienił się jak tęcza, łysinka rozjaśniła półmrok. – Eh te gryzonie, zaraz im przydzwonię. I konwalią rzucił w stworzonko. Ono pisnęło, upadło a z oczu popłynęły łzy. Tu krasnal nie wytrzymał. – Proszę, uspokój się, nie chciałem cię skrzywdzić. – Ale, ale… buu, buu,,,, Rudawe futerko całe się trzęsło. – Oj, co ja narobiłem? Spanikował człowieczek. Jeszcze okazało się, że myszunia tuliła w ramionkach swe dzieciątko. Właścicielka Kitka już chciała ingerować, ale kot powstrzymał ją łapką. - Cicho, poradzą sobie, to baśń, tylko możesz zaszkodzić. - Zadźwięczało w uszach pisarki. Jednak łysolek wyczuł obecność „obcych”. Zasłonił własnym ciałem, łkającą młodą matkę i krzyknął – Nie dam jej na pożarcie drapieżnikowi, a ty wielkoludko, skąd się tu wzięłaś? Istniejesz przecież tylko w legendach. Moja czapka, oddaj ją, bo ci… przydzwonię. – Co się dzieje? Czy ja oszalałam? Widzę rzeczy niezwykłe – rzekła do siebie młoda kobieta. – Nie krzycz gigantko i tak się nie boimy - usłyszała szept chórku. Teraz to już kot, mysz i krasnal stanowili jedność. Ona poczuła się jak intruz, a przecież była we własnym domu. – Muszę przewinąć Tuptusię - powiedziała już spokojnie myszka. – Masz pampersy? – Odważnie spytała pisarkę. – Ja? Pampersy i to takie małe? - Zdziwiła się właścicielka Kitka - Buu… buu… - Szara panikara znowu wyła. – Moje dziecko, moja dziecina biedna, znowu się przeziębi. – Zaraz coś poradzimy - burknął krasnal, tylko nie becz. – A kupisz syropek i aspirynę? – Łkała zaniepokojona matka. Do tego jeszcze zaczęło popiskiwać maleństwo. – Oj, po co te nerwy? Mam wśród swoich zabawek kawałek bandaża – nieprzemakalny, - pochwalił się Kitek i cała czwórka weszła do kociego koszyka. Kobieta oniemiała. Usiadła na krześle, aby ochłonąć, popatrzyła na szare niebo, widoczność ograniczały krople deszczu, które przycupnęły na szybie. Nie miała odwagi spojrzeć na wygodne kocurkowe posłanie. Po chwili, jednak zerknęła z ukosa w jego kierunku. Było puste. – Oj, tylko śniłam - westchnęła. Wstała, otworzyła szafkę, w której trzymała chrupki dla swego zwierzaka. – Kici, kici, chodź jeść. Cisza. – No obudź się futrzaku, bo schowam jedzonko. Cisza, nawet szum deszczu ustał. Rozejrzała się. Na dębowej podłodze zauważyła cieniutką, czerwoną niteczkę oraz łapkę, która ją właśnie zabierała. – Teraz wiem, skąd u ludzi wyobraźnia. Zajęła wygodny fotel stojący przy stoliku i zaczęła pisać: Wąską ście… Koniec. Justyna Adamczewska
  15. Kiedy już stanę u nieba wrót i święty Piotr mi otworzy wyznam że chociaż mało mam cnót jest coś co grzech umorzy Święty Franciszek poświadczy że zwierzęta bardzo kochałam i całe życie ziemskie me o braci mniejszych dbałam I jeśli czasem zgrzeszyłam coś to zła nie byłam z pewnością bo dobro w sercu mieć musi ktoś kto zwierzę traktuje z miłością
  16. Stoi osioł na rozstaju dróg. I myśli: W drugą dzisiaj pójdę stronę. I wierci się, i głową kiwa. Czy ten pomysł dobry bywa. A tam ciągnie ktoś! Ponagla! Z grzywą na twarzy, nos zadarty. Myśli sobie osioł: Czemu ten człowiek jest taki uparty?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...