Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'szaleństwo' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 17 wyników

  1. Nie spalił domu. Mało tego nie zamierzał nawet niczego już dotykać ani czytać a tym bardziej zabierać ze sobą. Niech to miejsce i ten dom po prostu gnije w czerni nocy. W widmie prastarego kultu Przedwiecznych istot, które przywołał jego trawiony obłędem lub bluźnierczą wiedzą ojciec. Spieszył się jak mógł. Na szczęście nie zabrał ze sobą stosu walizek i podróżnych pakunków a jedynie podręczny neseser i skórzaną torbę o posrebrzanym zatrzasku w stylu toreb lekarskich. Ilekroć oddalał się od framug okiennych na dłużej niż kilka minut to wracał zaraz szaleńczo na przełaj przez zagracony pokój do zajętych przez oddech letargicznej mgły szyb. Wyglądał bacznie lecz z ukrycia, na ciche podwórze. Stał na nim pozostawiony przez ludzi komendanta radiowóz. Wiedział, że nie przyda im się już na tamtym świecie. Mimo to szybko zrezygnował z zuchwałej lecz całkowicie w zaistniałej sytuacji logicznej kradzieży auta. Po pierwsze dlatego, że ktoś mógł go zobaczyć jak jedzie autem policyjnym w stronę miasteczka i stacji kolejowej nie mając munduru ani insygni. Szybko skojarzono by uprowadzenie lub kradzież. A nie chciał by ścigały go siły z tego i innego wymiaru w ten sam zajadły sposób. Po drugie nie miał kluczyków a nie potrafił odpalić auta bez nich. Wreszcie nie wiadomo w jakim stanie było auto. Bak mógł być pusty. Noyes mógł celowo uszkodzić samochód gdy nikt nie patrzył. A ostatnie czego sobie życzył to wypaść z drogi na jednej z zalesionych serpentyn i zlecieć w przepaść grzebiąc wraz ze swą śmiercią tajemnicę istot z Yuggoth. Właśnie, pamiętnik i zapiski. Zabrać je ze sobą i próbować zapobiec odrodzeniu się kultu. A może przekazać je osobom, które jak dawniej jego uczony ojciec, będą w stanie zatrzymać tą spiralę chaotycznej grozy. Przecież to absurd. Szukanie ratunku w wiedzy i rozsądku. W najlepszym wypadku zignorują go lub wyśmieją. W najgorszym, zgotują los opętanego wariata. Ale czy nie byłoby to lepszym rozwiązaniem niż ukłon przed ołtarzem Rady. Dziesięć lat obłędu a potem los niewolniczego robaka. I podróż w przestrzeń kosmiczną. Gdzie nie ma słońca ani księżyca. Nie ma dni ani nocy. Jest tylko ON w jądrze pierworodnej grozy. Pierwszy cień wszechświata. Jego imię przybyło kiedyś do świadomości w głębokim śnie o początku czasu. Jego skrzydła są nieatomicznym niebytem polarnej pustki. Słowa są jadem żałoby. A postać, pieczęcią końca istnienia. Nyarlathotep! Władca czasu i dni. Ten, któremu ślubują nawet myśli Przedwiecznych. Na wspomnienie którego drżą serca, dusze, góry i niebo wszelkich krain jawy i snu od Celephais do Leng aż po pochmurne, ponure Kadath skryte przed ludzkim wzrokiem i snem, ostałe na wieki w zimnej postaci. Złapał się z całej siły za włosy i szarpał. Zamykał kurczowo oczy i jęczał z bezsilnej agonii umysłu. Nie przywołuj ich! Nie daj się opętać! Miał dość. Musiał zniknąć na dziesięć długich lat. Nie zamierzał zgłaszać niczego policji. Jak bowiem opisać to, co nie mieści się w żadnym raporcie? Jak wytłumaczyć pamiętnik pisany ręką ojca a jednak nie należący już do człowieka? Jak przedstawić coś, skoro nawet cudowne ryciny i malowidła Przedwiecznych nie były w stanie odnaleźć określeń dla tak druzgocącego zmysły plugastwa. Jak mówić o Yuggoth, skoro dla uczonych i ich teleskopów, jego położenie na niebie jest próżnią. Poza Neptunem jest tylko pas kamieni i asteroid. Nie ma tam dziewiątej planety. Nie ma ich i ich plugawego potomstwa. Inwokację i modlitwy, dowiodły by prawdziwości jego słów, Lecz nie zmusi choćby i za cenę ocalenia świata, swoich ust do odczytania tych sylab. Szalony Arab uczynił to i spisał je w księdze przed wiekami. Przypłacił to jednak duszą, która do dziś pewnie, krąży między bramami i poza granicą Tiamat. Na stację dotarł o świcie. Była jedną z tych prowincjonalnych, zapomnianych przez rozkłady. Perony popękane, zegar stojący od lat na tej samej godzinie, powietrze ciężkie od pary i sadzy. Zamierzał kupić bilet na pierwszy pociąg, byle dalej, byle w przeciwnym kierunku niż wrzosowiska. Panie… Głos wyrwał go z zamyślenia. Jakiś młody Murzyn stał tuż przy kiosku z gazetami. Był ubrany schludnie, lecz staromodnie, jakby wyszedł z fotografii sprzed dekad. Miał oczy nienaturalnie spokojne, nie śledziły jego ruchów, raczej oczekiwały, aż on sam podejdzie bliżej. Zostawiono dla pana przesyłkę. Powiedział, podając niewielki pakunek owinięty w szary papier. Proszono, bym przekazał osobiście. Od kogo? Zapytał odruchowo. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, z uprzejmością urzędnika, który zna odpowiedź, ale nie widzi powodu, by ją wypowiedzieć. Od rodziny. Zanim zdążył zapytać o cokolwiek więcej, rozległ się gwizd lokomotywy. Gdy odwrócił głowę, mężczyzny już nie było. jakby rozpuścił się w porannej mgle i parze unoszącej się znad torów. Wsiadł do pociągu. Drzwi zatrzasnęły się z głuchym metalicznym dźwiękiem, który zabrzmiał niczym pieczęć. Pakunek rozwinął dopiero, gdy skład ruszył. W środku znajdował się pamiętnik mniejszy od poprzedniego, oprawiony w ciemną skórę, zimną w dotyku. Kartki były wyklejone fotografiami. Nie przedstawiały Ziemi. Bazaltowe góry wznosiły się pod nienaturalnym kątem, jakby prawa perspektywy zostały tam odrzucone. Wąwozy ciągnęły się w nieskończoność, a cienie nie zgadzały się z położeniem światła. Niebo było martwe, jednolite, pozbawione barwy, której mógłby nadać nazwę. Na ostatniej fotografii rozpoznał ojca. Stał obok Noyesa. Obaj odziani byli w ciężkie, ceremonialne szaty, haftowane symbolami, które przypominały astronomiczne diagramy lecz prowadziły nie ku gwiazdom a w byt poza nimi. Za ich sylwetkami wznosiły się ciała istot, których nie sposób było opisać bez obrzydzenia i pogardy. Oni z Yuggoth. List wypadł spomiędzy kart. Pismo ojca było równe, spokojne, niemal szczęśliwe. Jestem bezpieczny... Jestem szczęśliwy... Yuggoth jest miejscem ładu, którego Ziemia nigdy nie zaznała. Rada była łaskawa. Wracam za dziesięć lat, co do dnia. Do tego czasu ktoś musi karmić portal na wrzosowiskach. Wiem, że rozumiesz. Nikt nie może opierać się woli Rady. Za dziesięć lat złożysz ofiarę i dołączysz do nas w kolejnej podróży na dziewiątą planetę układu. Pociąg sunął naprzód, jednostajnie, obojętnie. Za oknem krajobraz zmieniał się powoli. Wrzosowiska, pastwiska i senne wioski o dachach krytych gontem, ustępowały miejsca czarnym, kamiennym pustyniom z onyksu i bazaltu. Widział ludy tańczące nago i dziko wokół płonących ognisk. IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB! Ich nieludzkie wycie odbijało się od zboczy mgielnych gór. Tory ciągnęły się dalej ku przeznaczeniu końca. Aż do samotnej góry pośród płaskowyżu żalu. W której mieszka wieczny Pan. Nienasycony chaos. Opowiadanie z dedykacją dla Lenore Grey i z nadzieją by świat Lovecrafta do którego ma zamiar wejść był dla niej niesamowitą przygodą i natchnieniem w pisarskiej pracy. Tak samo jak dla twórcy tej opowieści.
  2. Cylinder zastygł w bezruchu a tuba zamilkła. Tym razem nawet igła fonografu zdawała się nie mieć ochoty wracać na powierzchnię cylindra po raz setny tej przeklętej nocy. Obiecałem, że pomogę w poszukiwaniach, lecz po tym czego się tu dowiedziałem i po tym co usłyszałem i zobaczyłem, stwierdzam jasno, choć z dozą naprawdę przejmującej rozpaczy, że mój nieodżałowany ojciec, został pochłonięty w odmęty, bezdennej paszczy szaleństwa. Po czym uleciał w kompletny niebyt, bagiennych wrzosowisk północnej Szkocji. Przeszukano cały dom od piwnicy po strych. Wszystkie pozostałe obejścia i budynki. Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi krzewami piwonii o które tak dbał. Bardziej niż o jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec był szanowanym profesorem archeologii na uniwersytecie oksfordzkim. Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata. Pamiętam doskonale zimowy poranek, jakieś piętnaście lat wstecz. Zakładałem szkolny mundurek i z teczką w prawej dłoni zmierzałem ku drzwiom domu. Ojciec szedł za mną. Trzymał mnie delikatnie za ramię, tłumaczył mi że jeśli nie zakończy zaplanowanego wykładu na czas to odbierze mnie ze szkoły nasza sąsiadka panna Stevenson. A jeśli wszystko zakończy się zgodnie z planem to obiecuję zabrać mnie potem na łyżwy. Nic nie poszło zgodnie z planem. Otworzyłem drzwi i o mało co nie zderzyłem się w nich z ponurym, wysokim i dość postawnym jegomościem w szarym, długim, dwurzędowym płaszczu o prostym kroju. Jego fason nie był typowym dla wyspiarza a raczej obywatela zbuntowanej kolonii. Dziwny gość otarł mnie ledwie wzrokiem zza przyciemnianych, wąskich szkieł i zwrócił się do mojego ojca. Bardzo przepraszam za tak nagłe najście ale na uniwersytecie powiedziano mi, że jest Pan jeszcze w domu panie Fodden a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który z pewnością pana zainteresuję. Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu. Nazywam się Peter Noyes i jestem zastępcą profesora Clarka na uniwersytecie Miscatonic w Arkham. Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia. Profesor liczy na Pana pomoc w tej sprawie. Jeśli tak w istocie będzie czekam na Pana w dniu jutrzejszym w południe na nabrzeżu numer dwa, celem odbycia podróży najpierw do Bostonu a potem do Arkham. Proszę pamiętać, że nie ma czasu do stracenia. Gwiazda czy też planeta, powoli pojawia się w naszych snach nieprawdaż? Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i szybko znikł za zakrętem skrzyżowania. Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson i nakazał jej by zajęła się mną przez jakiś czas bo czeka go długi i pilny wyjazd do Bostonu. Zostałem u niej długie lata. A ojciec wrócił podobno kilka lat temu. Nikt nie wiedział skąd ani po co. Uważano go za zmarłego. Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii razem z tym całym Noyesem i Clarkiem. Nadal gdzieś w szufladzie biurka mam jego nekrolog z jednej z gazet z Arkham. Żył ale przypłacił to szaleństwem. Nie widziałem go już nigdy później. A teraz zaginął po raz wtóry. Podobno planeta znów nawiedzała go w snach. Odebrałem telefon z policji i obiecałem przybyć na miejsce by jakkolwiek pomóc śledczym. Bo sami nie rozumieli w środek jak wielkiego szaleństwa przyszło im wpaść i brnąć dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom. Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne. Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth? To miasteczko, osada czy może jakaś kodowa nazwa jakiejś świątyni czy wykopalisk? Znaleźli pamiętnik ojca, gdzie ta nazwa pojawia się ciągle. Ten krótki wpis ołówkiem sprzed wielu tygodni. Wreszcie odezwali się do mnie Ci z Yuggoth. Będą czekać w oktawę święta ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach. Zabiorą mnie znowu… Brzmiało to jak żart. Lecz jedno było pewne. Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów. W gabinecie ojca panował półmrok. Oficer śledczy siedział naprzeciw mnie w skórzanym fotelu. Widać było na jego twarzy mieszankę zmęczenia, rezygnacji i powątpiewania ale oczy mówiły zupełnie coś innego. Rozedrgany głos również. To był czysty strach. Cały czas zerkał niespokojnie na rączkę z igłą, jednak nie miał już ochoty a raczej śmiałości by ponownie odtworzyć nagranie. Wreszcie wstał. Zbyt gwałtownie i prędko by móc ukryć nerwowe ruchy nie przystosowanego do tak niecodziennej i tajemniczej wiedzy. Umysł policjanta opiera się na racjonalnym poglądzie, utrwaleniu w twardym dowodzie i bezsprzecznie niepodważalnej tezie. A on miał jedynie dziwne, nic nie wnoszące nagranie z wrzosowisk oraz na dokładkę masę chaotycznych, spisanych w stanie delirycznym dokumentów a także pamiętnik osoby najpewniej zupełnie obłąkanej. Musiał jednak udawać przed świadkiem, że nadal panuję tutaj nad wszystkim a sytuacja jest owszem trudna lecz jeszcze nie beznadziejna. Jedna poszlaka, trop, cokolwiek i będzie można ruszyć dalej a potem czym prędzej wynieść się stąd i zamknąć a najlepiej spalić tą przeklętą budę. Ojciec tego chłopaka był szalony. Lecz również kiedyś był szanowanym naukowcem. Wiedział, że facet żyję i wodzi ich za nos w swoim wyimaginowanym świecie istot z innego wymiaru. Spojrzał jeszcze raz na chłopaka. To nie było typowe przesłuchanie. Bo sprawa była nietypowa ale i chłopak zdawał się nie wiedzieć zupełnie nic. On już dawno stracił ojca i nie zamierzał widać nawet udawać, że może być inaczej. Nie miał żadnego interesu by im pomagać a tym bardziej utrudniać śledztwo. A więc jeszcze raz. Potwierdzasz, że głos z nagrania to głos Twojego ojca? Chłopak patrzył przez nieprzejrzysty mrok za oknem, był teraz gdzieś daleko, musiał cofać się w trudną przeszłość. Tak. To głos mojego ojca a ten drugi głos praktycznie na pewno należy do Noyesa. To już sami ustaliliśmy. Noyes zanim wyruszył z moimi ludźmi na poszukiwanie Twojego ojca, przyznał prawie od razu, że chodzili na wrzosowiska razem. A gdzie jest teraz? On byłby lepszym świadkiem niż ja. Zna mojego ojca dłużej. Nawet zmartwychwstali w tym samym czasie i miejscu. Nie wydaje się to Panu dziwne? Policjant pokiwał głową. Noyes też zaginął, razem z całym moim patrolem. Miał ich zaprowadzić w jedno z miejsc na wrzosowiskach. Tam to wszystko nagrywali. Tam mieszkają oni. Chłopak wybuchł krótkim, lękliwym śmiechem. Ci z tego Yuggoth? Myśli Pan, że mój ojciec i Noyes wpadli w Nowej Anglii przed laty na trop jakiejś ludowej sekty. A potem przybyli tu i zaczęli robić to samo już jako jej członkowie? Może po to są te wszystkie modlitwy, obrzędy i bluźniercze rysunki w pamiętniku. To kult. Mamy w pamiętnikach zapisy o dziewiątej planecie układu. Przecież obaj wiemy, że takowa nie istnieje. Wszystkie teleskopy jej szukają, lecz ona jest tylko marzeniem astronomów. Pojawia się w snach. Bo jest z krainy snu. Jest bajką i pożywką dla tych co mają światłe umysły lecz słabe nerwy. Jak Noyes czy mój ojciec. Pan spojrzy na ten zapis o tutaj. Złapał za zakładkę w pamiętniku i przewrócił strony. Wskazał palcem fragment i odczytał. Zaprowadzili mnie przed oblicze Rady. Ich Starszy opowiedział mi o zagrożeniu tak samo olbrzymim dla nich jak i dla nas. Całej humanoidalnej rasie grozi zagłada. I to ich wina. Połączyłem się z jego myślami. Ach! Co ujrzałem… dobry boże … skuty lodem kontynent a nad nim stróżujące aż do firmamentu czarne, błyszczące góry. Okryte mgłą szaleństwa. Za nimi płaskowyż żalu, na którym palą się wieczne ogniska dzikich plemion wyznawców. Wznoszą do nieba imię najwyższego chaosu. A on słucha, zamknięty w dostojnej sali pałacu na szczycie samotnej, bazaltowej góry. Gdzie jeden człowiek jeno dotarł w wędrówce przez sen. Góry strzegą też miasta. Jeśli można go tak określić, nie tracąc przy tym wiary w postrzeganie wymiarów przestrzennych, matematycznych i fizycznych. Ci, którzy mnie wezwali. Określają je jako Miasto Umarłych acz Śniących. Boże jedyny jeśliś jest to ratuj nas… to miasto jest na Ziemi… to biegun. A pod nim grobowce Starszych. W grotach snują się strażnicy. On przekazał mi kolejną myśl. I zobaczyłem to miasto w pięknej krasie dawnych prekambryjskich dni. Sale, biblioteki, zamki i pałace. Nie zmieniła się jedynie zimna postać góry, leżącej za Leng. Lecz pałac na jej szczycie tętnił życiem, śmiechem i zabawą. Tak hucznie ucztowali Ślepi Bezimienni. A kto im usługiwał. ONI! Byty z Yuggoth. Niewolnicy Cthulhu. Który śpi pod kontynentem… Zamknął z trzaskiem oprawiony w skórę pamiętnik. Jedno było pewne, żywy czy martwy. Jego ojciec jest stracony dla racjonalnego świata ludzi. Dla jego umysłu i serca również. Policjant skrzywił się jak gdyby kazano mu włożyć rękę w cuchnącą, galaretowatą maź, z jakiej składają się Ci z Yuggoth, przynajmniej wedle opisów z pamiętnika. I Twoim zdaniem to mam wpisać do oficjalnego raportu? Twojego ojca, tego dziwnego milczka Noyesa i trzech moich ludzi uprowadzili przedwieczni kosmici, wyglądający jak prehistoryczny budyń z cuchnącej grzybni i trzęsącej się galaretki? No pięknie. Obawiam się drogi chłopcze, że bliżej mi do wersji z sektą lub szalonymi mordercami. Na nagraniu słychać rozmowę Twojego ojca i Noyesa z kimś kto nie odpowiada na ich słowa bo chyba dźwięku fletu i jakiś piszczałek. O ile w ogóle są tam takowe instrumenty, nie można określić jako znany nam język. I jeszcze to metaliczne, głębokie buczenie. Jakby ktoś zamknął wściekły rój szerszeni pod aluminiową misą. To mogą być zakłócenia na cylindrze ale zaiste dziwne jest to, że szczególnie Noyes odpowiada zawsze wtedy gdy buczenie ustaje. Jakby rozumiał przekaz. I jeszcze ten ołtarz na wzgórzach. Znam każde wzgórze w okolicy i nie ma tu żadnych starych kaplic ani kościołów. Żadnych celtyckich świątyń. W epoce polowań na czarownice, mieliśmy w okolicy jednej z wiosek rodzinę posądzoną o czary i konszachty z diabłem. Podobno składali dzieci w ofierze na jednym ze wzgórz. Zanim jednak kapłani i gawiedź rozprawili się z nimi, przyszła na ich dom zagłada. Groza z samej czeluści piekieł. Kobieta przemieniła się w noc wiosennego przesilenia w potwora o tysiącu oczu i odnóży. Pożarła własny dom i odeszła w leśny jar, który do dziś uważa się za przeklęty. Jej syn zginął po tym jak jego ciało rozpadło się dosłownie na części. Podobno byli na to świadkowie bo stało się to na schodach biblioteki miejskiej. Zdążył jeszcze wypożyczyć jakieś czarnomagiczne dzieło a potem wyszedł przed gmach. Złapały go straszne spazmy. Na kolanach wrzeszczał imię ojca, lecz podobno nie tego który go spłodził tu na ziemi. A tego, którego przywołała niegdyś matka. Jego prawdziwy ojciec oszalał po tym wszystkim. Zmarł w szpitalu dla obłąkanych. Do ostatniego wydechu powtarzał podobno by zamknąć portal na wzgórzu bo groza powtórnie przyjdzie z gwiazd. Jak widzisz szaleńców nigdy nam tu nie brakowało. Wiem, że Cię to nie pociesza ale Twój ojciec nie jest wyjątkiem. Zostań tutaj chłopcze i poinformuj mnie niezwłocznie gdyby Twój ojciec, Noyes lub moi ludzie wrócili. Naprawiliśmy linie telegraficzną i telefon. A teraz polecam gorąco przespać się z tym wszystkim czego jesteśmy świadkami. Dobrej nocy życzę. Ukłonił się i wyszedł przez kuchenne drzwi. A ja nalałem sobie kolejną porcję whisky i naprowadziłem igłę na cylinder. Flety i piszczałki były zagłuszająco hipnotyczne. Metaliczne buczenie było pełne wyczekiwania a nawet wściekłego wręcz podniecenia. Drgania wywoływały ciarki na całym ciele a dusza karlała wręcz z niewysłowionego przerażenia. Nagle wszystko ustało a z bezdni ciszy wychynęły słowa Noyesa. Najwyższego kapłana. Nie zapomnę tych inwokacji do końca swych przeklętych dni. IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB! Znów wściekłe buczenie i głos drugiego kapłana. Mojego ojca. Wzywam Cię Przodku Bogów! Wzywam Cię Stworze Ciemności, Czynami Ciemności! Wzywam Cię Stworze Nienawiści, Czynami Nienawiści! Wzywam Cię Stworze Pustkowi, Rytuałem Pustkowi! Wzywam Cię Stworze Bólu, Słowami Bólu! Wzywam Cię z Twego Domu Ciemności! Wzywam Cię z Twego miejsca spoczynku w trzewiach Ziemi! Dało się po tym słyszeć jakby odgłos ogniska i opętańczych skoków lub tańca. FYAAH! FYAAH! BOYYUK! URRAK! I znów szaleńczy ryk Noyesa. NIECH ZMARLI POWSTANĄ! NIECH ZMARLI POWSTANĄ I POCZUJĄ KADZIDŁO!... Nagranie kończyło się nagle tak jak gdyby fonograf został rozbity lub celowo wyłączony. Powziąłem decyzję. Muszę wyjechać Uciec! Rano. Oni już wiedzą. Oni wiedzą. Oni pragną. Dla nich nawet niewinna myśl o tym jest szeptem w ciemności, który ich zwoła. Nie chcę z nimi walczyć. Nie chcę im ulec. Ołtarz ukrył się przed światłem księżyca. Kiedy go zabraknie Oni tu wrócą. Ojciec też. I będzie błagał bym udał się na Yuggoth. Muszę zniszczyć wszystkie dowody. Spalić dom. Pozbyć się swojego zajętego obłędem umysłu…
  3. Nie potrafię już inaczej pokazywać i przekazywać swoich myśli i uczuć jak przez poezję. I choć nie mam nawet najmniejszych zdolności plastycznych to jednak zawsze malowałem wyobrażonym słowem. Jedyne myśli, które po mnie zostaną, to te spisane w wiersze. Tylko one utworzą mój idealny portret mój... "Portret trumienny" Chciałbym napisać co czuję. Nie warto. Chciałbym powiedzieć jaki jestem. Ty słuchasz już innego. Chciałbym pokazać, że jestem czegoś wart. Nie jestem i świat to bezlitośnie punktuje. Ty nawet nie musisz zapomnieć bo nigdy nie dane ci było być i pamiętać. Więc to ja zapomnę o życiu w kolaboracji ze światem żywych. Otwieram oczy. Nie mogę już znieść widoku świata. Zamykam je. Spokojnie i bez lęku, spadam w bezdeń czeluści swoich chorobliwych przekleństw. Takim mnie stworzyłaś. Więc teraz drwij z umysłu szaleńca. Zamknę się na wieczność. Bo kto przygarnie poetę nudnego? Żyje już tylko duchem nie ciałem. Zbudowałem sobie zamek na kompletnym odludziu. Cegły wypalałem z najgorszych wspomnień i szyderstw. Strzegą mnie zaklęcia starsze niż byty z Yuggoth. Pełna lawy fosa obronna. Dla mnie miłość jest zgubą a samotność to życia wiecznego fontanna. Nie zaryzykuję by kolejny raz napić się ze źródła już wyschniętego. Postacie duchów w korytarzach i te na portretach schodzą mi z drogi. Nawet świat nadprzyrodzony mnie unika. Mój pokój pozbawiony barw. Moje zimne prosektorium. Duchy walą do drzwi. Belki u sufitu one są twardsze niż moja wola i zraniona dusza. Nie schody złote i windy prędkie zabiorą mnie do nieba. A z zamocowaną u końca ramienia pętlą, miłosierny dla takich jak ja odszczepieńców dźwig.
  4. Kolejny raz drzwi windy rozwarły się na boki, za nimi ukazał się oświetlony lampami o mlecznym szkle, korytarz klatki schodowej. Całkiem dobrze utrzymanej i zadbanej jak na dzielnicę w której znajdował się ten konkretny wieżowiec. Trochę doniczkowej zieleni, kilka rowerów i jeden wózek dziecięcy na zimnej posadzce kładzionej na wzór dwukolorowej szachownicy. Wąskie a szerokie okienka nie wpuszczające zbyt wiele ożywczego, naturalnego światła. Szyby ich były zakurzone i przymulone od papierosowego dymu, palących na klatce chłopców. Nie było ich stać na picie i zabawę w pobliskim barze. Dlatego oblegali, sklep z alkoholem, który zajmował niewielki budynek naprzeciw wieżowca. Pielgrzymowali tam od wczesnego rana do późnego wieczora. Właścicielka kończyła pracę ledwie godzinę przed północą, Więc mieli aż nazbyt wiele czasu by oddać się ochoczo w alkoholowe odmęty zapomnienia. Choć zawsze jeździłem windą, mimo tego że przerażało mnie to i to nie z powodu lęku o stan techniczny urządzenia czy klaustrofobicznych przestrzeni a po prostu częstej jazdy w towarzystwie wielu osób, których niby znałem jako sąsiadów, ale nigdy nie potrzebowałem spotykać na swej drodze samotnika i wyrzutka. Nie potrafiłem nawiązywać choć przelotnych, pełnych podstawowych grzeczności kontaktów. Kogo to mogło obchodzić jak minął mi dzień, lub dokąd lub skąd idę. Dzień dobry. Żaden dzień mojego życia taki nie jest. Dobranoc. Bezsenna, pełna bolesnych retrospekcji, rozmowy z sennymi koszmarami, które wychodzą z głowy i patrzą na zamęczone ciało, unieruchomione w pościeli. Oczy szeroko zamknięte. Na realne potrzeby. Na znalezienie wyjścia z labiryntu. Staram się zawsze uciec w kąt. Choć w windzie jest to dosłownie niemożliwe. Wszyscy zaszczycają mnie swym wzrokiem. Nie potrafię odpowiedzieć tym samym. Pocę się i duszę wręcz próbując nie odwzajemniać zainteresowania. Lecz gdzie mogę skoncentrować uwagę. Na lustrze? Po to by patrzeć na siebie i nie poznawać się. W domu nie mam luster. Nie mam ochoty patrzeć na postęp choroby i nieodwracalnych skutków alienacji. Ale ludzie chcą widzieć i przyciąga ich to. A ja nie chcę tłumaczyć, dlaczego wybrałem tak jak wybrałem. Przecież nie będę też udawał, że czytam regulamin dźwigu. Ja człowiek z poza kanonu, charakterystyki, regulaminów i zasad społecznych. Zakazy mnie denerwują. Uważam, że nie powinniśmy zakazywać niczego co nie godzi w bezpieczeństwo publiczne i niezależność jednostki. Człowiek żyję po to by żyć a nie wegetować w klatce zakazów i nakazów, wyimaginowanych rządów i bóstw. Dlatego najczęściej po prostu patrzę w czerwone cyfry na panelu. Jak wędrują piętra w górę i w dół. Sinusoida życia. Reakcji i stadiów. Burzy i letargu. Mania stworzenia i lęk destrukcji. Umysłu poety. Czekam na swoje piętro. Wciśnięty w opiekuńczą ciepłotę ciał stada. To nie mój gatunek. Nie moje stado. Gdyby tylko wiedzieli kogo próbują chronić. Gdyby tylko znaleźli się ze mną za drzwiami mego mieszkania. Wtedy czar o dobrym lecz dziwnym sąsiedzie prysł by w jednej chwili. Odkryliby wiersze i pamiętniki. Luźne zapiski. A co najważniejsze, tajemnicę, która jest zbyt straszna. Nawet dla mnie. Na panelu wyświetliła się cyfra pięć. Jeden ze starszych sąsiadów pożegnał się z nami i wysiadł utykając lekko na prawą nogę. Cyfra siedem. dwie młode siostry, wysiadły życząc nam miłego dnia. Zarzuciły plecaki na ramiona i ruszyły pędem ku mieszkaniu spiesząc na spóźniony obiad. Cyfra dziewięć. Sąsiadka w średnim wieku chwyciła siatki z zakupami i szybko opuściła kabinę. Zawsze była wredna, wścibska i niemiła. Zostaliśmy tylko we dwóch. Ja i biedny studenciak z mieszkania naprzeciw. Chodził do szkoły muzycznej i śpiewał. zawsze z gitarą w futerale. Ubrany w znoszone buty, cerowane spodnie i płaszcz w tak tragicznym stanie jak gdyby okradł z niego bezdomnego. Czasami pukał do mnie po jakieś drobne lub kilka kromek chleba. Grał i śpiewał pięknie. Miał talent ale co ważniejsze jego cierpienie miało widać głęboki sens a dusza miała już dość. Pisał własne piosenki. Tylko tak mógł choć na moment usidlić swe demony. Był jedynym godnym, bym kiedyś mógł pokazać mu swoje teksty. Lubiłem go. Kocham inność. Piętro dziesiąte. Ostatnie. Wysiadamy. On z futerałem ja z rękoma w kieszeniach. Nie za dobrze pan dziś wygląda. Ta depresja pana wykończy. Zdobyłem się na lekki uśmiech. Czułbym się lepiej będąc martwy. Wiem, że Ty to rozumiesz. Jego mina mówiła tylko prawdę. Pożegnaliśmy się pomiędzy swoimi mieszkaniami i zakluczyliśmy szybko drzwi po wejściu. Wszedłem przez ciemny przedpokój do salonu i zapaliłem światło. Dobry wieczór kochanie. Jestem już tylko z Tobą i dla Ciebie. Najpierw zaparzę kawę a potem opowiem Ci cały mój dzień. Tylko ona była moim szczęściem i życiem. Jedynym powodem ku temu by nie wyskoczyć oknem wprost na zaparkowane na parkingu auta. Była tylko moja. Łączyło nas wszystko a dzieliła jedynie odległość. Cały salon był w jej fotografiach. Były ich setki a może tysiące. Ściany i sufit były nimi wyklejone szafka i biurko również. Ich stosy były na kanapie i parapecie. Dziesiątki stały w oprawach. Najpiękniejsze z nich były święte. Ozdobione kwiatami i podświetlone świecami. Każdy wiersz powstawał dla niej. Czekałem, zawsze tylko na jej wiadomość. Na jej anielską urodę, głos i ruch. Poprzysiągłem sobie że szybciej oszaleję niż ją stracę. Cóż oszalałem z miłości. Nie, nie miłości. Brzydzę się miłością. Oszalałem z uwielbienia do jedynej kobiety, której nie dane mi będzie nigdy mieć. I tym jest dla mnie dobry wieczór. Bo każda chwila z nią jest jak dzień w raju. Muzyka, poezja, natchnienie i jej fotografia na poduszce. Patrząca na mnie tak jak może patrzeć tylko anioł. https://youtu.be/G23iLGhh9lo?si=HC4mEvAuPSpaDfq4
  5. Bawi się szara ma końcówka Kutas Paznokieć Mokro Bordo czerwone A żelazo na niem Boję się Na bordzie Czerwone kocham! Ale mokro... Paznokieć Paznokieć jak oczy! Jak oczy niespokojne Szpieg niebieski Patrzy trzema oczami Chypie, bomba łepi... Ale ja wysunięty I ktoś obok Dobrze? Ostatnie dni… Most! Pod mostem!? Mak... luksus, prestiż... Bakalie drogie Mrożący liść zielony. Ja też! Bracia? Zerwij! Nie zerwij! Kurwa Majestatyczna Jak pieprz syczuański Źródło zdjęcia: https://depositphotos.com/pl/photos/mokre-ławki.html
  6. Nie dotknij mnie Przyśnie czar Odległości Spokoju Bordo Czerwone Mokre Przechodzi po ramionach Karku Gardło Gardło! Napełnij gardło!... Włosem Paznokieć Żelazo Kocha żelazo Jak neon z boku Ona Księżniczka w zamku A ja - w zielonej powłoce Smok? Może.
  7. Syczuański pieprz Sączę przez palce Beznadziei I tęsknię Za Tobą Pisk z tyłu A paznokcie Cisza Kropla Ja jej chcę Dreszcz Pożytki z nieprzyjemności Po co tu? Naprzód. Żel Wdziera się pod paznokcie spokoju Ból Pod paznokciem Pies Człowiek Śmiech zazdrość Naprzód Smoła Intelektualistą Cichy Tak Cichy bądź Swędzi Paznokieć - ulga Opium I spokój
  8. WRESZCIE! ŻYCIE W GROBOWCU GSJWIWHSGDBBWJWHS ZAMEK KRÓLEWSKI POPADŁ W RUINĘ Hhhrr (wcześniej) Pizza nad głową pi pi pizda nad głową Kręć dupą swoją; kręć dupą swoją Nożem, pomidorem w płótno (Tekla) Stanisławski - orgazm (Matka) Chyba tego nie Źródło obrazka: https://www.ceneo.pl/87698596
  9. Puk Weołęk Turekk Gońg Puk Łębrek Bencmark Puk Błore Ajaaaja Wzroki małe duże I Pin Źródło obrazka: https://www.homebook.pl/inspiracje/salon/865968_pneuma-piotr-horodynski-obrazy-olejne-salon-styl-nowoczesny
  10. Och, me usta zasłaniasz carze gniewny! Bóg Ty! Och co ja mówię gniewny! A me dziatwy widzieć mnie będą jeno tylko w grobie! Zarost? To lat minionych ordery! To Kasztanka poety! Źródło obrazka: https://www.rp.pl/plus-minus/art2141181-skad-sie-wziela-kasztanka-ukochana-klacz-marszalka "Kasztanka"
  11. Wodą święconą Poświęciłem najświętsze Ci ubrania Jeśli nie dość Ci wciąż Nalej wodę do kambuczka https://artinhouse.pl/pl/styl/surrealizm/178
  12. Ludzie w wannie Z sosami I pomidorami Lemoniada z łuku amfory Ssę je dwururą Biegnę biegnę na wzgórze Słój drzewa Zamyśl gębo Źródło obrazka: https://www.facebook.com/teatrbezmaskilublin/photos/a.543186356113358/1098958463869475/?type=3
  13. bogowie są szaleni i nic nie mają przeciwko nam nie można jednak pić z nimi wina smakującego słońcem i zamienić spojrzeń za uroczonych ani słów ciepłych wypowiedzieć z nimi przy wieczornym cieniu też się nie uda siedzę na krawężniku a błoto brudzi mnie deszcz nie ma tutaj nigdy smaku wiosny a jedzenie nie jest ucztą bogów nawet gdy gdy tak mi się wydaje nie widać mnie zza białych, jasnych ścian gdzie dziewczyny i chłopcy prze piękni łamią konwenanse wpatrzyłem się jednak dokładnie w fotografie ich zadziwione mną twarze z rozumiałem za pamiętałem za trzymany ruch usiądź obok mnie to cię wyleczy ze sztuki błoto śmietniki sadza derwisz tańczący między szczurami to cię uleczy uwierz mi
  14. Czekajcie! Znów nachodzi mnie ta myśl cyklicznie, grajkowie! W jej oczach jesteśmy tylko naiwni oni i on. Oni jego dźwięki grają godowe, a on jak błazen staje na głowie! A więc... Na co mi ten paraklaustihyron? Wolę już w bronzie rzeźbić jak Myron Zachowując proporcje w klasycznej harmonii Niż jak Pygmalion formować kłamstwa w kościach słoni. Nie ożywię przecież swojej Galatei Choć z potrzeby i samotnosci ją tworzę Ten ideał ode mnie prawdziwość świata oddzieli Jak okno tej Lotty domu portali do jej duszy zorzę... Nie! Otrząśnij się wreszcie! Te oczy ujęte w bronzie są tylko brązowe! Nie lśniące każdym światłem na świecie Ani w każdą rajską barwę kolorowe! A więc... Na co mi ta serenada? Wolę już jak Coubert, co pędzlem realizmu władał Odzwierciedlać co widzę, trzymając cyrkiel I szkiełko Niż ekspresją mamić jak Chagall, co miłości ukąsił kieł go. Nie mam przecież żadnej Belli, którą mógłbym uchwycić na tle niebieskim Z kim wzlecieć w pocałunku, bo niby z kim? Ostrokół faktyczności okala ten mój twór wyobraźni Ona niedostępnością perfekcyjnych kształtów drażni... Nie! Otrząśnij się w końcu! To ciało obiektywnie jest tylko obiektem Nie źródłem odczuć temperaturą ubliżających słońcu Ani każdego z bogów miłości, sztuki, rozkoszy projektem. A więc... Na co mi t... Chwila, a co to? Grajkowie widzicie? To te portale w błękicie! Rozjaśniają na tym przez twarz słoniowo bladą tworzonym zenicie! To moja Galatea okno otwiera! Bogowie projektanci, wy się nigdy nie mylicie! Temu widokowi żadna moja część się nie opiera! Grajkowie! Na co czekasz moja orkiestro? Wdajcie w tańcowy wir kolory, których dzięki jej blaskowi zjawiło się z tysięcy sto! Ja od niego oślepłem lecz uczucie widzi ostro. Ja zwariowałem lecz we wnętrzu moim czysto. Czekajcie! Znów nachodzi mnie ta myśl cyklicznie, grajkowie! W jej oczach jesteśmy tylko naiwni oni i on. Oni jego dźwięki grają godowe, a on jak błazen staje na głowie! A więc...
  15. Ogród, godz. 7:00:00 (wg. czasu Hiroszimy) – rozmowa ― Mamo, czy widzisz te piękne, lśniące motyle? ― Widzę, moje dziecko. ― Mamo, kilka dni temu śniłam, że zabiorą nas do przepełnionego brylantowym światłem nieba. ― Już dobrze, Maiko, jestem przy tobie. Teraz odpoczywaj. Musisz nabrać sił. ― Mamo… ― Tak, kochanie? ― Midori powiedziała mi, że mam ładne włosy. ― Bo jesteście dwiema kroplami tej samej wody. ― Uśmiechasz się, mamo… ― Jak mogłabym się nie uśmiechać do ukochanego dziecka. ― Mamo… ― Tak? ― Uwielbiam, kiedy mnie gładzisz po głowie, rozczesujesz kosmyki… (Nagle ― rozniósł się zza okna hurgot!) ― Ach, ten Kenji! Jeździ wokół domu na rowerku, który podarował mu przedwczoraj tata. Pewnie znowu straszy ptaki! ― Kenji, to łobuziak, ale jest dobrym dzieckiem. Twoim najdroższym bratem… „Enola Gay”, godz. 8:30:00 (7:30 wg czasu Hiroszimy) – przygotowanie Dwunastu ludzi wie, że za 46 minut ― odciśnie swoje piętno. Zmieni życie społeczno-polityczne… Dwunastu ludzi… ― a szczególnie, bombardier Thomas Ferebee. Ten dwudziestoczteroletni chłopak marzył o karierze baseballisty. Był nawet zawodnikiem Boston Red Sox. Jednakże los zdecydował inaczej. Od początku wojny zdążył już zaliczyć kilkadziesiąt lotów bojowych nad okupowaną Europą. Następnie wrócił do Stanów Zjednoczonych, aby prowadzić szkolenia pilotażu. Wiosną 1944 roku dołączył, jako major, do 509 Grupy Bombowej. Inicjator całego przedsięwzięcia, pułkownik Paul Tibbets, niezwykle starannie kompletował załogę mającą dokonać pionierskiego ataku jądrowego. Zatem, siedzi teraz, pochylony, obserwując uważnie krzyż celownika Norden, krzyż ― mający zdecydować ― o czyjejś śmierci… * Załoga ma pełne ręce roboty. Dowódca samolotu, pułkownik Paul Tibbets, oraz drugi pilot, kapitan Robert A. Lewis, uruchamiają automatycznego pilota o nadanym mu przez załogę wdzięcznym imieniu „George”. „Automatyczny, czy nieautomatyczny, musi być jednak nieustannie kontrolowany” ― myśli Tibbets, ustawiając pułap 1500 metrów, po czym zamyka oczy… ― głęboko wzdycha. Czuje całe zmęczenie ostatnich dni… Spogląda za siebie… Widzi pracujących przy bombie zbrojmistrzów: kapitana Williama S. Parsonsa i jego asystenta, podporucznika Marvisa R. Jeppsona. Parsons… ― zdejmuje bardzo powoli zabezpieczenia… ― podłącza przewody… ― Robi to delikatnie, jakby dotykał wrażliwego ciała pięknej kochanki… Tibbets zasłania dłonią oczy… Zostaje oślepiony jaskrawym blaskiem wschodzącego słońca, które ― niebawem ― eksploduje 250 metrów nad ziemią. Lecz ― teraz czeka spokojnie… ― zamknięte w trzymetrowej długości i siedemdziesięciocentymetrowej szerokości, pomalowanym czarnym matem walcu z kwadratowym, ogonowym usterzeniem, jakże charakterystycznym dla bomby. Nazwano ją „Little Boy”, czyli dosłownie „Mały Chłopiec”, ponieważ faktycznie przypomina swoim kształtem cherlawego chłopca, ale ― pozory mylą. Masa tego potwora przekracza cztery tony, choć sam ładunek będący przede wszystkim uranem U-235, waży jedynie ― 64 kg… 64 kg, które eksplodują z mocą ― piętnastu tysięcy ton trotylu… * O godzinie 8:40 (7:40 według czasu Hiroszimy) osiągają wysokość 9500 metrów. Podnoszą ciśnienie, włączają ogrzewanie… Na zewnątrz jest – 23 C º. Technicy pokładowi, sierżanci: Wyatt E. Duzenbury i Robert H. Shumard, studiując skomplikowane rysunki techniczne, trącają dla żartu siedzącego obok młodego radiowca Richarda H. Nelsona, ściskającego dłońmi pałąk milczących chwilowo słuchawek. Nawigator, kapitan Theodore „Dutch” van Kirk, radiooperator, porucznik Jacob Beser, oraz, sierżant Joe S. Stiborik, klną dosadnie, naprawiając szwankujący wciąż radar… Jest jeszcze tylny strzelec, sierżant George R. „Bob” Caron. Odizolowany od reszty załogi, przygotowuje aparat fotograficzny, aby móc wykonać serię, jakże ważnych zdjęć, będąc jednocześnie gotowym odeprzeć atak nieprzyjacielskich myśliwców… * Zniecierpliwienie narasta, a jego kulminację ma przyćmić jaskrawy potok brylantowego światła, przekraczający wszelkie wyobrażenia… Doświadczyli tej potęgi niecały miesiąc temu. Pustynię Jornada Del Muerto, co po hiszpańsku oznacza „droga umarłego”, rozjaśnił wybuch bliźniaczego prototypu „Little Boya”, nazwanego prześmiewczo „Gadget”. Teraz ― tego typu ładunek ― mają wypróbować bojowo ― unicestwiając tysiące ludzi… Thomas Ferebee ― wypatruje prześwitu… Chmury złośliwie zasłaniają cel… Powrót z bombą ― wykluczony, mimo że dowództwo dopuściło możliwość takiej awaryjnej opcji, gdyby pogoda uniemożliwiła zrzut. Zresztą ubywa im paliwa. Muszą, zatem ― znaleźć jakąkolwiek szczelinę, lukę, wyłom… „Enola Gay”, godz. 8:15:19 (wg. czasu Hiroszimy) – zrzut Kiedy powoli tracą nadzieję, pęka niespodziewanie biała, mgielna powłoka. Dostrzegają widły rzeki Ota, w samym centrum miasta, oraz ― przypominający literę „T” ― most Aioi, łączący oba brzegi rzeki i wyspę ― utworzoną przez dwa dopływy. Ferebee uznaje ten most za doskonały cel… Dowódca samolotu wydaje rozkaz zrzutu. Bombardier natychmiast odłącza celownik. „Sygnał radiowy się skończył” ― oznajmia krótko Tibbets… Rozchodzą się klapy podłogi… Puszczają specjalne uchwyty… Pierwszy ― bojowy ładunek atomowy ― opuszcza komorę bombową… Początkowo ― tnie ze świstem powietrze… Jednak mały, pomocniczy spadochron już wyciąga główny… Ładunek wyhamowuje… Spada teraz powoli, majestatycznie ― pod rozwartą, ogromną czaszą, dając czas załodze „Enola Gay”… Trwa to długo… ― niemiłosiernie długo… Samolot ― utraciwszy przeszło cztery tony ― podskoczył gwałtownie… Tibbets wyłącza „George’a”… Nurkuje… Kładzie maszynę niemalże na plecy… ― Ucieka zawczasu przed falą uderzeniową… Cała załoga zakłada spawalnicze gogle… Niczego nie widzą, ale niebawem ― dostrzegą coś więcej ― niż światło… Ogród, godz. 8:15:32 (wg. czasu Hiroszimy) - trzydzieści sekund do wieczności ― Mamo… ― Tak, córeczko? ― Opowiesz mi…? Chcę zapomnieć o bólu, choć… ― przez chwilę… „Kwiaty wiśni ― dojrzewają nie tylko w słońcu, dojrzewają również w wietrze, który otula je i głaszcze. A kiedy ― białe motyle ― spadną z nieba na ścieżki ogrodu, powstaną drgające refleksy w głębokiej trawie. Nim jednak do końca powstaną ― znikną na początku ― jak ― nasze głosy ― uśmiechy nasze…” Ogród, godz. 8:16:02 (wg. czasu Hiroszimy) – wieczność (Włodzimierz Zastawniak, lipiec, 2014) *** Bibliografia: Richard Rhodes (1986): Jak powstała bomba atomowa (przekład: Piotr Amsterdamski) Zysk i S-ka Wydawnictwo (2000)
  16. Marynarzu, żagle staw, Kurs na Karaiby! Stamtąd popłyniemy wpław, Drogę wskażą ryby. Wyspa skarbów leży tam, Z map ona nie słynie, Beczkę rumu temu dam, Kto ze mną popłynie. Tam małpy sobie żyją I tłumy kanibali Rumu im damy-niech piją, By wyspę nam oddali. Wyspę we śnie ujrzałem, To piękno jej niezmierne I tak ją pokochałem, Że wciąż jej szukam wiernie Nikt jej nie zna, nic nie wie I nikt mi nie wierzy, Lecz nie trwam długo w gniewie, Bo wiem, gdzie ma wyspa leży. Mówią, żem jest szalony I wierzę w legendę, Lecz ja jak nawiedzony, Zawsze już szukać będę. W końcu mnie stąd uwolnią I wyjdę z wariatów domu, A wtedy odnajdę mą wyspę I o tym nie powiem nikomu.
  17. Energumen Świat wiruje wokół niego Twarze ludzkie są daleko Tylko bestie bezimienne Szarpią ciała swe wzajemnie Krucyfiksy i hostyje On się w spazmach strasznych wije Rozum nie ogarnia bólu Niczym po ataku ulu. Lecz w chaosie tym piekielnym Na dnie umęczonej duszy Tli się tchnienie wiekuistej Wiedzy która pęta kruszy. Wiedzy o początku światów O miriadach przeszłych wieków O słabościach i potęgach I o źródle wszego grzechu. Cała mądrość się tam splata Inni nie ogarną tego W tylko jemu objawione Drzewo dobra oraz złego Cena warta była cierpień Własnej duszy zaprzedania I przyjęcia w siebie Światła Dla wszechświata poznawania.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...