Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    384
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. krążenie wokoło ciągle niepsującej się kuli. żywy satelita obiega planetę. roztętnienie i ledwie wyczuwalna kwaskowatość. sen spowodowany lotem pszczoły nad owocem granatu, jak na obrazie Salvadora Dalego? poniekąd. smak w tym klimacie, barwy tego gatunku. esencja jest cierpka, a więc istnieje. to choroba, której najbardziej powszechny sposób leczenia, poprzez uśmiech i dotyk, nie znajduje oparcia w aktualnej wiedzy medycznej. to wiecznie radosny wujek, co popalał nawet na krótko przed śmiercią, chował paczkę fajek w odleżynie, by pielęgniarki nie skrzyczały, że ciągle się truje albo jak zadanie maturalne: "Podaj przykład powieści tarabanowej" (głowisz się, co wybzdurzyć wiedząc, że nie ma takiego gatunku literackiego). zanurz palec i język. potem drugi, ten, którym umiesz tylko szeptać. bo to nasza radość, dzika i na przekór, trudno ujmowalna w ramy, słabo dająca się spętać definicjami, zapędzić w logikę.
  2. @Roma Dziękuję serdecznie. Odwagi, śmiało, proszę komentować, pisać o swoich uczuciach, odbiorze moich wierszy.
  3. rwie się święto. chropowate jest, co na językach i pomiędzy nimi. niczym powierzchnia kostki, której każdy z boków ma na sobie sześć oczek. wypukłych. chcę ci mówić błogosławione truizmy, panegiryki zaczynające się poetyckim opisem otwieranej konserwy (obraz jak z Grochowiaka, tylko dosadniejszy i bardziej wyrazisty), być dzieckiem na łańcuchu. nie na smyczy. ciągle chodzi mi o strach i o przyszłość, dwie komory w bębenku rewolweru. zakręć, niech zawiruje koło diabelnego młynka. pożartuj razem ze mną z naprężeń, zadzierzgnięć, tej całej powagi-tandety leżącej na straganach przekupniów, z cyngielka, naszej małej beztroski. ponarzekaj na paradoks oddalania się w głąb prochu, przez które to, o dziwo, zmniejsza się dystans.
  4. @Leszczym Dziękuję.
  5. aż gęsto od tej całej telepatii. istny pumptrack między nami, pofałdowana przestrzeń, po której skaczą świetlistsi endurnie. co i rusz łamią się zdania, rączki, urywają myśli-linki. dlatego chcę ci opowiedzieć bajkę o zamkniętej na świat, niczym Korea Północna, wsi. o spłachetku ziemi otoczonym strzeżonym betonem, chatach przystrojonych kolczastymi druciskami. kiszono się tam we własnym sosie. i grało, tańczyło w każdym dziwaczne uczucie przynależności. i zjawił się on. miał miejsce błąd dozoru, przez źle pilnowany mur przeniknął albo został wrzucony górą, Węgier. czy też Czech, mniejsza o to. stary ochlaptus z alkoholową demencją, mózgiem rozmiękczonym latami denaturatowania, do tego – w łachmanach. lecz był sensacją, istnym prezydentem, aniołem, Michaelem Jacksonem w marynarce-liberii z epoletami. obcym, a więc lepszym. zrazu zobaczono w nim posłańca. skąd? z samych Niebios? może. lub z Kalkuty, Wadowic, Indiany. i odkrawano od niego uświęcone części, darto znoszone ubranie na kawałeczki-relikwie. widziano w nim wielką metaforę, bo był spoza smolnej i dusznej wsi. każdy centymetr jego postrzępionej kurtki, przesikanych spodni, zaczął kosztować majątek. przybysz bełkotał w sobie tylko znanym języku, czasem igła w jego głowie natrafiła na właściwą ścieżkę i rzucił coś o krajach, gdzie pospolite niegdyś skody favorit są osobliwością i rarytasem. czuł się taką skodovką. zjedzono go szybciej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. delektowali się, wieśniacy, tym, co uznali za komunikant. przełykali z namaszczeniem. ...teraz przydałby się jakiś morał, co nie? jeszcze lęgnie mi się w zwojach, jeszcze tworzy przyszła treść. taka urocza, choć do wykrzyczenia. wmyślę ją w ciebie, jak będzie gotowa.
  6. @Natuskaa Dziękuję i również pozdrawiam.
  7. z niektórymi ludźmi naprawdę jest coś bardzo nie tak. co i rusz czytam artykuły o mniej, lub bardziej skretyniałej dziewczynie, czy dzidzi piernik, która za ciężkie pieniądze przerobiła się na żywą Barbie albo o facecie, co chciał, poprzez operacje plastyczne, upodobnić się do Kena. lub wręcz nim zostać. że niby zabawki firmy Mattel to popkulturowe archetypy piękna ? nie dociekam, jaki flausz trzeba mieć w głowie, aby tak sądzić. i by się przerabiać. operacyjnie. na lalkę. żywą. mięsną. powtarzam: lalkę. rozumiesz moc tego kretynizmu? z drugiej strony: oświadczam, że, gdyby to było możliwe, dałbym ci się zmienić, kochanie, za pomocą dotyku, w zgoła inną, równie nieistniejącą, co Ken i Barbie, postać. w Sweetumsa. takiego Muppeta. wyszukaj w internecie, jak wygląda ten piękniś. chcę mieć żółte i niewidzące oczy niby kamienie. obrazy. wzrok - pusty i szmaciany. i gębę jak jaskinię, z której wyłaziłyby na światło dzienne, przeciągając się, schamiałostki. ...a potem będziesz mi przynosić w dłoniach, nie bez wysiłku, odłamki dawnej formy. aż powrócę do siebie, pokorniejszy.
  8. udawaj, że byliśmy w tej prehistorii, czasach zawieszonego na mosiężnym druciku szkiełka i oczka. że nie wylęgliśmy się teraz, z idyllicznie barwnej niestałości, w epoce będącej prawdziwym kuszeniem losu (i dobrze!). postaraj się zatęsknić za wiekami, w których nie znało się substancji istniejących na prawach logiki, choć tak od niej różnych. niemożliwe? cóż... widocznie jest nam pisana wieczna podróż we flowerpowerwagenie, machinie z kolorowego światła, co sunie po ciemnej szosie, przy której stoją "funkcjonariuszki publiczne" (odwracam wzrok z niesmakiem), a dzieje pełne rozwagi, te bez nas, muszą się zdawać muchą siadającą na powiece, kłujką w zasklepiającej się ranie. zaraz ktoś powie: – do czego miałaby być ta nostalgia – do więzów? – tylko głupi by narzekał! za moment ktoś się popuka w czoło. a ja tylko spoważnieć chciałem. na sekundę i bez trzymanki (e, to jednak niepotrzebne kulturwysyństwo!).
  9. jeszcze żyje, ale jest całe w strachu. czasami zdaje mu się, że istnieje fragmentarycznie, jakby pozostało po odszarpaniu najistotniejszych części, było ledwie sczochraństwem, świeżbiączką, rozszabrowanym strumykiem. boi się, moje małe, ale wszechogarniające uczucisko, że to już koniec między nami, kochanie. że nie dane będzie się spotkać. wystawia czułki, węszy w poszukiwaniu ciepła. wizualizuje sobie w myślach, że poszliśmy do lasu, by wylać miód na mrowisko, pokarmić rozbiegane, słodkolubne stworki. ...i kto teraz myśli o królowej?
  10. Dziękuje za komentarze!
  11. niepewność. oby nie nastąpiło oddalanie się kształtów, aby nie zaczęły przybierać zamierzchłych form: koromysła, lampy naftowej, wartburga (zamiast ostatniego wolałbym, rzecz jasna, Mohsa Ostentatienne Opera Sedan, czy jakiekolwiek auto wolnowyścigowe, ale pomarzyć dobra rzecz). abym nie cofnął się do czasów Samotności. to wyjątkowo paskudna partia polityczna. zaklinanie. moja mała i wulgarna dorosłość jest w istocie opuszczonym daczowiskiem, z którego wyniosły się wszystkie stare komuchy. pomodliłbym się, kochanie, abyśmy nigdy się nie rozstali. pokornieję i źle mi z tym. wystrzelono konfetti. łapię, w przeciągu mniej niż sekundy, zanim zdąży spaść na podłogę, składam z niego porwaną gazetę. nie jest to, niestety, Trybuna. na szczęście – również nie Gość Niedzielny. i dobrze, że mój medalik nigdy nie zwycięża w konkursie na najładniejszą blaszkę. okazuje się nie dość święty wizualnie. za mało nawodniony.
  12. jesteś zbyt daleko, w innym województwie, chcę więc skrobnąć przestrzeń paznokciami, przydrapać cię bliżej. niech będzie chaos. w końcu gonitwa myśli, jak sama nazwa wskazuje, jest kobietą. zjaw się, aby odbarykadowywać, zatop w połamanych tabelkach rozkładu jazdy (autobus, który prowadzę zatrzymuje się na innym przystanku. na tym też nie. i nie na tym). słuchaj ze mną płyt kombajn... znaczy – kompaktowych. wykładów o małej perwersyjności: zlizywaniu makijażu. o czynieniu dobra poprzez brutalność (zepchnięta ze schodów czarownica w szklanej sukni jęczy na dole, ledwie widoczna spod okruchów i ran). chodź. niech zje nas wirtualna rzeczywistość, wypluje rozpikselowanych, łączących się (dłonie w twojej skórze – prawdziwa mistyka!). bo jak na razie niewiele mam z magii. z cudownych przyborów – patyczek do ssania (nawet nie gałgan!). nieco pachnie mlekiem, więc może wykiwa głód.
  13. @otja Dziękuję za piękny komentarz!
  14. znów myślę o zdroju, który wypływa z podziemi pałacyczka. o klarowności form. rozciąga mi się w głowie przestrzeń, gdzie wszystko jest zabytkowe, choć nic nie jest stare, kości na dnie i meble w komnatach – intarsjowane rubinami, uczucia – przepojone poczciwością, jak wytchnienie, falafel z kartoflami i omastą, a treść jazgotliwych traktatów – wyklepana na maszynach marki Łucznik czy Robotron, podpis – ołówkiem, nie parkerem. to światek, gdzie wszystko co złe zmienia się w przesąd. albo przeskok o dwa-trzy dni dalej, gdzie umiera, niekarmione uczuciami, więdnie niepodlewane, zwijając kolczaste liście, a potwory między nami uciekają w głąb Nickelodeonu, stają się w rysunkowymi misiami, co skaczą sobie do gardeł, by się zagryźć. przyznaj: to nie najgorsza wizja, ten mój strumyś, rezydencyjka na obrzeżach Ładnogrodu, obrazek, na jaki patrzę przez pobrużdżone ścieżkami szkiełko, na którym rozprowadziłem tak potrzebny narkotyk: łagodność; ma w sobie pewien urok to miejsce, do którego lubię powracać. doszczętnie.
  15. @Naram-sin Szalenie mnie to cieszy!
  16. jasna choroba, słyszałaś?! zamknięto Centrum Bilokacyjne. i to na zawsze! czy zatem jesteśmy bez szans, już nigdy nie będzie dane się spotkać? gdzież tam! na szczęście moja wyobraźnia to cyklonetka z baśni o kaszmirowych jezdniach. wsiadaj śmiało, jak widzisz jest tylko dwuosobowa, nie grożą nam pasażerki na gapę, ukrywające się w bagażniku gówniary na wiecznym gigancie. pojedziemy przez pola migowe, lasy pełne gniazd, w których żyją pocztowe gołębie, przez dym, co niesie tak wiele treści. skomunikujemy się na amen, cofnięci do etapu przedprenatalnego połączymy w jedno błyszczące ziarenko. zalążek plaży, nie pustyni.
  17. co by się stało, gdybym, zdeterminowany jak jasny gwint, postanowił spakować wszystkie swoje strony świata, dotyki, przytulenia, fragmenty widzianych przeze mnie osób, gdybym, najdosłowniej jak tylko się da, wydarł ze świata każdą powierzchnię, na której kiedykolwiek położyłem palec albo inną część ciała, wrzucił do nieogarnialnie wielkiej walizy stworzone przez siebie neologizmy typu harmidureń, zboczupiradło, ze wszystkiego, co dane mi było dotknąć, o czym pomyśleć, zdarł/zlizał naznaczoną mną politurę, uciekł zabierając zdjęcia i wspomnienia o sobie, zostawił kobiety z wyżartymi dziurami na policzkach i nieco poniżej, okaleczone z moich śladów trotuary, podłogi? co by było, jakbym ścisnął się w duchu do tego stopnia, by, zmieniony w grudkę gorącego bazaltu, zawarł w owym monolicie pamięć o chwilach, gdy byłem gderliwy, dąśliwy (dąsogenny?), rozgrymaszony albo cały w kolorowym nieładzie, gdybym wydrapał z ludzi obrazy mnie przybitego, przepitego, dupka, co mutuje w ateistę-teleewangelistę, lub mętnowzroką małpę rzygająca, jakby przechlała się ipekakuaną? pozornie: nie stałoby się za wiele. ot, ktoś krzyczałby jak wryty, cicho, w stuporze. coś, poddane terapii wrzennej, nigdy nie doszłoby do siebie. pozostało bolesne, wrażliwe, niepotrzebnie zmieszane z toksyczną materią. a w istocie... byłoby przyziemniej, bardziej ponuro. jakby do rozmnażalni smoków zakradł się truciciel, nakarmił młode zwierzęta mięsem, od którego by padły.
  18. @Naram-sin Dziękuję :)
  19. @patogenAI Dziękuję.
  20. jasna choroba, słyszałaś?! zamknięto Centrum Bilokacjne. i to na zawsze! czy zatem jesteśmy bez szans, już nigdy nie będzie dane się spotkać? gdzież tam! na szczęście moja wyobraźnia to cyklonetka z baśni o kaszmirowych jezdniach. wsiadaj śmiało, jak widzisz jest tylko dwuosobowa, nie grożą nam pasażerki na gapę, ukrywające się w bagażniku gówniary na wiecznym gigancie. pojedziemy przez pola migowe, lasy pełne gniazd, w których żyją pocztowe gołębie, przez dym, co niesie tak wiele treści. skomunikujemy się na amen, cofnięci do etapu przedprenatalnego połączymy w jedno błyszczące ziarenko. zalążek plaży, nie pustyni.
  21. jak wyobrażam sobie potworność pierwszych chwil bez ciebie? budzę się, kompletnie nagi, w ciemnym zaułku Narajangondźo albo innego egzotycznego miasta, w którym nigdy nie będę, usmarowany seledynową farbą, z camembertem między pośladkami i naklejką przedstawiającą jelonka Bambi na środku czoła. żeby było śmieszniej. krzyk, bezskuteczne próby dogadania się z lokalsami. niech ktoś mi wreszcie pomoże, bo od nie mówiących po angielsku policjantów jedynie dostałem pałą! zimno i głód. święty Aleksy-menel-Godzuki zwinięty w naleśnik koczuje pod plakatem reklamującym Godzillę XV. ryk, z bezsilności. zaprzyjaźnienie się z wykolejeńcami, deale na migi. robienie paskudnych rzeczy, byleby przetrwać. szpetnokształtne dziewczyny częstujące tym i owym. zlizywanie zawartości strzykawek. sreberka, pazłotka, parszywe kadry niejako przesuwające się obok mnie. piloerekcje, stroszące się skóry. chwile wesołe jak ból zębów albo drutowanie ryja. i ten ciągły brak, niezagłuszalny. papierowe uliczki potiomkinowskiej metropolijki. miasto właściwe trwa dalej. tak odległe, nieosiągalne. a mi coraz durniej. aż po obłęd.
  22. "Invitum qui servat, idem facit occidenti" "Kto ocala kogoś wbrew jego woli, to tak jakby go zabijał" Horacy nie wiemy o sobie wszystkiego i to jest wręcz urocze w swej prostocie, niczym trudne do zamaskowania chamstwo Dody, czy seminaria duchowne pełne kryptogejów. popapraniec, co wiecznie chce uciekać w bezstronne odludzia, gdzie nawet każdy wers się zawraca, śpiewana piosenka matowieje i wypada z ust jako solne konfetti, ten twój biedak, którego nie stać, by kupić sobie przyzwoite pieniądze, nadziejarz, co na pewno w tym roku (góra – w następnym!) dostanie Nagrodę Nobla za zaprzeczenie istnieniu grawitacji, i materii wszelakiej, poza, oczywiście, czarną, tak naprawdę ma tylko jedną tajemniczuś. tajemniątko. otóż... morduję. babska mające horyzonty jak dziurawe cebry, usposobienia niczym donice, kobiety o postrzępionych charakterach, ptomainowych sercach. robię to, rzecz jasna, w wyobraźni. używając pędzelka do przemieszczania się w czasie (wehikuł jakiegokolwiek rodzaju – byłby zbyt banalny, nie w moim stylu) przenoszę się do roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego, namawiam będącą w ciąży mamę, by poszła do gina-skriabina i pozbyła się przyszłego mnie. a gdy już nie jest mi dane przyjść na świat – mogę wszystko! na przykład: likwidować szpetniuchy. sadzić im osty na kopczykach. pisać sobie blaszką po skórze. głębiej i głębiej.
  23. @Naram-sin Dziękuję!@Domysły Monika Cudownie!
  24. @Naram-sin Tak. I, niekiedy, do pisania wierszy :)
  25. gatunek sprzed wieków: uczucie pustki. nie istnieje od dziesięcioleci, więc dzięki temu rozrasta się, wystrzeliwuje pod niebo. jest dobre w biomimetyzmie, tym swoim bezczelnym rośnięciu na suchych, podczaszkowych bagnach, czy innych ziewowiskach. nauczyło się idealnie naśladować organiczność. niemal każdy z nas początkowo pomyli się, weźmie je za stan naturalny. a to sztuczny ból, produkt poskładany ze źle dobranych podróbek. niekiedy: pozorna, pełna opaczności logika, istny passat marki audi. to zepsuty namiernik wskazujący jak najgorszy kierunek, odprysk pamięci, która jest dobra, ale mało wierna oryginałowi, biurowy gwóźdź robiący za wizytownik, ostrze z blachy, na które nabijane są nazwiska, adresy, prymitywny przyrząd do szeregowania-przekłuwania wszystkiego, co powinno pozostać we wspomnieniach: naszych prawd kwiatów i innych używek, prawd nietoperzy ze starych filmów grozy filuternie podrygujących na zbyt grubych, by nie dało się ich nie zauważyć, drutach.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...