
Marcin Sztelak
Użytkownicy-
Postów
237 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Marcin Sztelak
-
Kartka trzecia z nienapisanego pamiętnika
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Marcin Sztelak Być może sen to rzeczywistość, a jawa ułuda... -
Kartka trzecia z nienapisanego pamiętnika
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Miałem sen wielokrotny i to nie była noc polarna, ziemia stała się płaska, zajmowała tylko tyle miejsca co ja, w pozycji embrionalnej. Później nie spałem tygodniami próbując dotrzeć do jej krańca i spaść. Lecieć nieprzerwanie do najbliższej gwiazdy, wczepić się w nią, szeptać coraz ciszej dopóki by nie zgasła. Jednak cud nie nadszedł, upadłem na obrzeżach miasta, aby nie powstać. -
Kartka druga z nienapisanego pamiętnika
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Niespodziewanie rozpoczęła się podróż przez wszystkie rodzaje piekła, ze szczególnym uwzględnieniem wiat autobusowych i klatek ostatecznie umęczonych chwiejnymi krokami mieszkańców. Z braku mapy musiała wystarczyć butelka i nieśmiało pełgający żar dogasającego peta. Nauczony najprostszych prawd nie jadłem chleba powszedniego. Zresztą głód nie doskwierał, zepsuty zegarek wskazywał pory tylko pomiędzy posiłkami. W końcu, w najciemniejszym miejscu piwnicy, zrozumiałem: baobaby rosną samotnie. Oraz wszystkie inne surrealizmy. Ostatecznie nadszedł czas i w mgnieniu oka przeminął.-
1
-
Kartka pierwsza z nienapisanego pamiętnika
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Cykliczne zmiany skóry zdarzały się chyba codziennie, a już na pewno każdej nocy, gdy wędrowałem pośród zamglonych latarń. Świt zastawał mnie zawsze daleko od domu, jednak wracałem bezbłędnie przyciągany wonią papierówek, co dziwne najmocniej pachniały zimą, kiedy pokrzywiona jabłoń była zasypana śniegiem po sam czubek. Może zresztą to sadza z przepalonego komina. Sterczał dumnie rozcinając na pół niski pułap chmur. Pewnej nocy jabłoń uschła, już nigdy nie trafiłem w to miejsce. -
Katedra poezji niedorzecznej
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Permanentne braki w szufladach powodują niedosyt porównań. Nieutuleni w żalu ronimy łzy. Uwaga ślisko. Grozi otwartym złamaniem ręki lub, co gorsza wiersza. A tu takie ogniste erotyki rozpalają lędźwie i długopisy. Ciepło, coraz cieplej, niekontrolowany ogień się powiększa. Gore, a straży pożarnej jak na lekarstwo. Z planów zajęć pozostały zgliszcza, grzebię motyką w tych ruinach. Do posadzenia rzepa i nadpalone karty dziennika. Nic nie wyrośnie – ogłosili ewekuację do najbliższego lasu. Grzybobranie czas zacząć, zadąć w trąby, uderzyć w bębny. I marsz, prowadź wodzu na Kowno albo Berlin. -
Po północy, taki zwyczaj nawet jeśli nów, a oddech szkli się na mrozie: auuu, auuu, auuu. I wciąż od nowa. Zew, nadremny, nikt nie odpowiada, mrok milczy. Znacząco. Nawet ostatni, conocny przechodzień znikł za horyzontem zdarzeń. Ewentualnie w niezabliźnionej ranie którejś tam klatki schodowej. Wszystko na nic, nikt nie wycedzi choćby słowa, zdmuchnięte światła niewyznaczają drogi. Artysta usidlony spuszcza głowę, schodzi z posterunku. Nie pozostało nic innego jak żałośnie: auuu, auuu, auuu.
-
2
-
Mówili: szukaj, a będzie ci dane, tylko nie pytaj przydrożnych figur uświęconych zapomnieniem. Zresztą istniały tylko ścieżki, wydeptane przez bosonogich pielgrzymów. Kroczyli wpatrzeni w niebo, nie głaskając drzew, nie całując traw. To był grzech pierwszy, wina nieodkupiona mimo łez i krwi, które wolno wsiąkały w ziemię, przesyconą zapowiedzią nadchodzącej zmiany. Mówili: idź – wzruszałem ramionami wiedząc, że droga przyjdzie sama. Wtedy jeszcze nie rozumiałem – i tak muszę utonąć w nocy. Cicho, bez pożegnania.
-
Artyści leżą pokotem pod sklepem, powaleni weną. Normalna jatka. Czasami któryś uniesie rękę, gestem uciszy maluczkich. Wybełkocze słowo, nakreśli obraz. I zaśnie. Byleby wytrzymać do wschodu, motyle zerwą się do lotu. Trzepot skrzydeł zburzy sen oraz niepotrzebny spokój. Artyści rozejdą się do domów popełniać sztuki. Samotny łowca jeszcze raz zapoluje. Bezskutecznie, siatkę nadkruszył ząb czasu, ewentualnie mole. Wszystko wróci do normy czyli nuda i pustka. Zu pełnie nieudana kreacja.
-
Wielkimi krokami nadchodzi kolejna walka o ogień, więc warto mieć zakładnika. Choćby anonimowego. Twierdzą obeznani z arkanami wróżbiarstwa. Ze spłowiałych firan i popękanych okien w budynkach pełnych bajkowych stworzeń. Takich jak dziewice oraz nieodzowne smoki. Tytułowe trolle spędzają czas w maszynach do szycia. Na nich szaleńcy piszą te wszystkie historie wzbudzające strach od dzieciństwa i w okresie późnej dojrzałości. Lecz o przejrzałych owocach nie warto wspominać, zgniją lub wyschną. Tak czy inaczej będą już nieprzydatne do spożycia. Wielkimi krokami nadchodzi kolejna walka o kropkę, na końcu języka.
-
4
-
Kolacja podwyższonego ryzyka
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Nikomu niepotrzebne księgi smażone w głębokim tłuszczu najlepiej smakują gdy spada drapieżny zmrok. Do popicia wino, które zwykł wieczorami pijać Poncjusz Piłat ze strachem zerkając na murszejący krzyż. Z ogarków i świec spływa wosk, nie wróżymy, zupełnie pewni braku skutku i przyczyny. Pozostają tylko szalone tany, nagość i seks zanim wybrzmi zegar i zgasną światła miast. Wśród rozbitego szkła złożymy rozpalone głowy, może ochłoną nim zrozumiemy – ciąg dalszy nie nastąpi. Nawet w najbardziej bluźnierczych snach.-
2
-
Głupiutki króliczku to tylko sztuczki, dziecięce igraszki. Nawet jeśli rozbita głowa nie jest zbyt zabawna. Taka konstrukcja, chociaż forma nienajlepsza, to liczy się puenta i wszystkie wersy tuż poza nią. Są najpiękniejsze, niewypowiadane przez zęby, chociaż dławią gardło i do łez zaciskają pięści. Tylko ta czerwień, zbyt brudzi ręce, nie do umycia, szczególnie wodą z czystego źródła. Głupiutki króliczku to nie jest bajka, od początku do końca.
-
3
-
Sen o dziurawych skarpetach
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@duszka Oj, żeby te łagodne doliny były dostępne... -
Sen o dziurawych skarpetach
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Dziura na przestrzał pięty oraz palce narażone na bliski kontakt z ziemią, wyrodną matką, kamienistą, śliską. A droga zawiła, niknąca pośród wzgórz. Permanentny brak butów, o ostrogach nie wspominając. Wzmaga się ból nóg, cel coraz odleglejszy, praktycznie nie do osiągnięcia przed zrzędliwym terkotem budzika. Objaśnienie: Rozplątanie ścieżek nie ma znaczenia, nie dojdziemy poza szczyty wzgórz. -
Grobowce postawione za życia dają pewność, że blichtr nie opuści na wieki wieków. I, cóż za oczywistość, cisza zafałszowana na trąbce. Mnie natomiast zawińcie w czarny papier, kopcie głęboko, obym nie wyszedł, mocno przeterminowany, na światło. Nie tylko dzienne. Jeśli ktoś zechce może odwiedzić grób, koniecznie bezimienny, niech zanosi się śmiechem, pije, śpiewa, tańczy, byleby nie czytał wierszy. Zresztą obojętne, tak czy inaczej już nie będę w stanie wzruszyć ramionami, wygłosić paru głupich uwag tym bardziej. Spocznę, prawie na pewno to nie będzie światłość wiekuista.
-
Szatan nie lubi jabłek
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Moondog Bardziej judaistyczny symbol. Takie przekroczenie 7 dniowego cyklu . Czysta mistyka - jakby powiedział Bułhakow... -
Podobno wygnani z edenu potępiamy godnych i niegodnych. Na wszystkich wydeptanych szlakach od zarania. I nastał dzień ósmy, poranek. Bezrobotny kusiciel śpi pod drzewem, nieokreślonego rodzaju. Na pobliskim bazarze rozdają aureole, za pokwitowaniem. Coraz bardziej brakuje tchu, lecz za wszystko należy zapłacić, szczególnie za ukradkowe zerknięcia poza horyzot zdarzeń. Kusiciel w blasku gwiazdy zarannej przewraca się na bok. Śni o świetle, wciąż czując gorzki smak rajskich jabłek. I nastał dzień dziewiąty. Niech się stanie ciemność.
-
Skończona liczba światów wytatuowana podskórnie świadczy tylko o nieuzasadnionym rozmachu. Domniemanego demiurga. Podobnie jak wszystkie wróżby na temat końca i początku. Ze szczególnym uwzględnieniem tych z fusów. Kawy czarnej jak ziemia. Ta wciąż jeszcze krąży, uwięziona w ścisłych związkach. Pomiędzy kosmogonią a fizyką. Niezrozumiałe, ale język potrafi wyrazić każdą rzeczywistość. Nawet całą stworzoną z ułudy i niedoskonałości.
-
Coraz rzadziej dzieją się rzeczy ulotne i dziwne. Być może dlatego daty barłożą się w głowie, więc wymyślam kamień, całkiem niepotrzebnie, ale zupełnie na nowo. Mimo to, a może właśnie dlatego, perypatetycy z kijkami do nordic walking wypełniają nieustannym stukotem okno, na wskroś przesiąknięte księżycem. Ten wywołuje uciążliwe stany antydepresyjne, ciężko ponarzekać na bezmiar wszechświata i małość wydeptanych do krwi ulic i placów. Na szczęście jest bezpłatny pomiar ostrości krawędzi stołu i bezładnie rozrzuconych rachunków za nagminne szklenie okna wychodzącego na nice. Do tego wszystkiego cholerne przeciążenie ziemskie oraz doskonały, nawet jeśli tylko w założeniu, Konstrukt.
-
Sandał w zupie ze świeżo wyprawionej skóry ptaka dodo. Nie pływa, zapewne z powodu zbyt gęstej materii. Jak nocą wypita szklanka czarnej, gęstej, gorącej grafomanii. Do tego dochodzi malinowa herbatka, świeżutka, prosto z chruśniaka. Tylko te blizny w kształcie zwiędłej róży, mimo to pięknej. Jak pomięte zdjęcia w czarno-białych sekwencjach ukazujące świat jeszcze zanim, nie wiadomo po jaką cholerę, zleźliśmy z drzewa.
-
Niebo siwieje, coraz starsze skłania się ku upadkowi na głowy. Wieszczby bez pokrycia, wydobyte z poziomu ziemi czarnej. Szczególnie nocą, kiedy obojętnieją utrudzone dniem miasta. To tylko szarość świata spowiła usta, być może jeszcze zdolne do pocałunków. Niknący cień pożądań wypełnia obojętnie przygasający, zimny ekran. Wciąż niedostatecznie nasycony namiętnym szeptem obietnic, niespełnionych. Nieszczelności widnokręgów wytapiają blady świt, na szczęście. Wieszczbiarze unoszą zmęczone proroctwami ciała, gotowi. Dzień ich wypełnia na nowo wszystkimi odcieniami słowa.
-
Motyle z rusztu: Kwiaty uschły, to pewne jak amen w pacierzu, albo ostatni paciorek różańca. Nanizany na nitkę, pajęczą. Niestety, grill niepodpalony z braku podpałki, a benzyna zbyt droga, szczególnie na przednówku, gdy w spichlerzu trzy ziarna, niekoniecznie grochu. Na co księżniczka reaguje histerycznym szlochem, aż uszy więdną. Co potwierdzają smok i książę apatycznie sącząc kwaśne wino z dziurawego bukłaka. W konkluzji motyle odlatują, a na nas spada rz ęsisty deszcz szpilek.
-
1
-
Wyższa szkoła olewactwa (4)
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Lekcja czwarta: Święto, w planach najdłuższy weekend, wszystko i wszystcy zamknięci na głucho. W okolicznych parkach wiatr wertuje notatki. O ptakach nie warto wspominać, Mistrz zgodnie z planem wypił eliksir. Ma przed sobą wieczności, a przynajmniej do kolejnego skurczu tak zwanego wszechświata. Nawet sprzątacz się zawieruszył, pozostawiając na pastwę losu i gr abie, i miotłę. -
Wiersz o dziurawych skarpetach
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Nie ceruję skarpet z braku odpowiednich nici, jedyne dostępne wciąż uparcie rwą wątek, a nawet osnowę. Więc z całkowitym spokojem moczę stopę w czarnej dziurze, bez mydła mieszam w absolucie, ciepłym jak mleko z wieczornego udoju. Gwiazdy pomiędzy palcami powoli zarastają brudem, konstelacje gasną, starte do kości ostatnim w tym wymiarze kawałkiem pumeksu. Jest dobrze: wszechświat obgryza mi paznokcie, zębem czasu.-
4
-
Wyższa szkoła olewactwa (3)
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Lekcja trzecia: zaplanowana prelekcja zgodnie z tradycją nie doszła do skutku. Na klamce wisi lista nieobecności. Znudzona mucha zdechła, nadaremnie czekając na swojego pająka. Głupie ptaki przysiadły, gdzie popadnie. W ciszy i skupieniu pogrążając się w obłędzie. Na trawniku uczniowie sieją cykutę dla swojego mistrza. Zamyślony pod wąsem sprzątacz grabi liście, zupelnie nie zwracając uwagi na wiosnę.-
1
-
Czterdzieści i cztery godziny apokalipsy
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Poezja wpadła mi do zupy i obgryzła mięso. Nagie gnaty pukają w pokrywkę, ściany bledną. Jedyna droga ucieczki wiedzie krętą ścieżką, gdzieś pomiędzy fundamentem a kamieniem węgielnym. To nie na moje buty sterane ciągłym chodzeniem po okręgu. Wpisanym w trójkąt. Stąd wniosek – matematyka nie jest nauką a aktem wiary. Rozpaczliwej, w obliczu cyfr i znaków. Więc bojąc się wyciągnąć średnią chowam głowę pod dziurawą poduszkę. Monotonny huk zegarów zagłusza nawet tętent za oknem. Żałuję, mógłbym to przespać, jednak spałem ostatnie dwa tygodnie. Po czubek głowy przykryty pustą kartką.-
1