Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Marcin Sztelak

Użytkownicy
  • Postów

    237
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Marcin Sztelak

  1. Wyraźnie zwalniam, wraz z drogą mleczną, od eonów zapierdzielającą bez sensu. Ślina wypełnia usta, za cholerę nie da się przełknąć najprostszego nawet kłamstewka. Do tego za oknem znowu nie pada, kanaliki łakną dżdżu, w postaci wszechogarniającego potopu. Pozostaje tylko kurz, pokoleniowo hodowany na obrazach, tak zwana galeria przodków, drastycznie domniemanych. Pora poczytać, jednak słowa w ekspresowym tempie tracą wartość. Dlatego bezrobotny strach na wróble zbiera manatki i odchodzi w siną. Prawdopodobnie przyśpieszam, chyba że to tradycyjnie upierdliwa droga mleczna.
  2. Nie ufam śpiącym, na wznak, w zbyt szerokich łóżkach, zbyt miękkiej pościeli. Ich sny są pełne doskonałych kobiet i najprostszych dróg jak w mordę strzelił. Nawet latanie nie kończy się upadkiem, tylko wśród gwiazd, ustawione w rządkach, od linijki. Nie ufam ludziom, ktorzy wstając nie wytrzepują snów spod powiek. Jakby wcale ich nie było, lub, co gorsza, były bez znaczenia.
  3. Mój mózg ma jakieś siedem tysięcy lat, przynajmniej według opasłej księgi, gdzie mord i gwałt są na porządku co siódmej strony. Tymczasem coraz bardziej wygięta oś planety zanurza żałobne gałęzie babilonu w śmierdzącej rzece, bez źródła i ujścia. Geograficzny absurd. Jednak dzieje się, niezależnie od słów, coraz mądrzejszych. Padają jak ulęgałki na utwardzony grunt, tysięcznym przemarszem entuzjastów. Na przykład nieumiarkowania we wznoszeniu symboli i padaniu na kolana, z pokorą, która już wcale nie boli, szczególnie przy wysokiej możliwości wygranej. A wierzby szumią bez ładu i składu, niekoniecznie zgodnie z kierunkiem wiatru.
  4. @kwintesencja Chodzi o świat, więc wart...
  5. Duszone na wolnym ogniu powietrze smakuje wilgotną ziemią, nieoznaczoną śladami stóp. Prawie jak czerstwa kromka chleba z kiepsko rozsmarowaną grudą masła. Twardą niczym orzech do zgryzienia, z zeszłej jesieni, gdy zamglone słońce leżało na potrzaskanej tafli ulicy. Wiodącej do usianego cierniami raju, skrojonego na miarę. Dziś panuje kompletna ciemność, po omacku szukam najmarniejszych nawet płatków róż. Wyschły, rozpadły się w pył, gdzieś pomiędzy uchylonymi drzwiami piwnicy a ciężką klapą na dach. To nic, w końcu wstanę i uratuję świat. O ile ktoś szepnie, że jest to tego wart.
  6. @Corleone 11 Jeśli na początku był chaos to można śmiało założyć, że i na końcu będzie.
  7. Leżymy spokojnie, równo poukładani przy ścianach. Cisza, nawet muchy nie brzęczą, powietrze jest zbyt gęste. Skazani na pamięć wciąż powtarzamy ciągi cyfr, przypisanych bezładnie. Wymazani, liczymy drobne pęcherzyki na boleśnie białym suficie. Gdzieś za ciężkimi drzwiami wciąż płynie czas. Coraz bardziej przeźroczyści wtapiamy się w posadzkę. Ostatecznie znikniemy, pozostaną jedynie chybotliwe cienie, przyczajone gdzieś pomiędzy stosami zmurszałych słów. Znaczących mniej niż szum wiatru niosącego pył na epitafia.
  8. Każdego wieczoru zrzucam skórę i wieszam ją w szafie pełnej zielonych jabłek. Ich zapach rozbija, jeszcze niedawno wolne, cząsteczki powietrza. Te zgromadzone w okolicach spękanego sufitu. Tynk spada do pucharu, a szczególnie pomiędzy brzegi a usta. Mimo to wysączam do ostatniej kropli. Niestety bez toastu, to nie jest dobrze widziane na szeroko pojętych obrzeżach miasta. Być może w związku z pobliskim ciemnym lasem, gdzie zły wilk pędzi swoje dekokty i lata. Czerwony Kapturek tymczasem zajął się filozofią bytu, głodna babcia zrzędzi, aż uszy więdną. I tylko księżyc tradycyjnie nie świeci. Mając po ciemnej stronie tradycyjne wycie.
  9. Kiedy bezrefleksyjnie obieram ziemniaki nocne gołębie rozdziawiają paszcze, pełne ostrych zębów. Za głuchym oknem kłębi się burza, oddycham więc przez dziurkę od klucza. Drzwia drżą od uderzeń gromów, raz po raz okrutna błyskawica rozrywa ciemność klatki schodowej. Na niej dzikie koty w ekstazie drapią tynki do kości. Strach wciska się w gardło, nie pozwala zamknąć oka przy judaszu. Ten podobno wciąż wisi, kołysany do snu gorącym wiatrem, a trzydzieści srebrników brzęczy do taktu. Lecz to już inna imaginacja, pełna zmurszałych krzyż i powykręcanych długoletnim artretyzmem drzew oliwnych.
  10. Wyprowadzam się na peryferie życia, stąd lepiej widać sady pełne nadgniłych owoców. Stada wygłodniałych ptaków z zawiązanymi dziobami. Nieporadnie zataczają kręgi wpadając w wodę, niewysychającą od czasu ostatniego deszczu. W zeszłym milenium. Wtedy jeszcze słońce świeciło bez udziwnień, z góry, a wiatr nie przynosił smrodu swetrów namiętnie robionych na drutach wysokiego napięcia. Dziś ich sieć oplata nieboskłon, natrętne brzęczenie nie pozwala zasnąć, tym bardziej dokończyć zdania.
  11. Jako kiepski matematyk nie liczę, na zmiłowanie, szczególnie boże. Jedynie liczne potknięcia i zamknięte zbiory porażek. 1) Kawałek szkiełka znaleziony na plaży okazał się okruchem szkła z rozbitej flaszki. Podobnie jak wszystkie inne pamiątki nagromadzone przez lata. Taka karma, przynajmniej jest skutek i przyczyna. 2) Szaleńczy taniec żołnierzyków z gównianego plastiku, pomalowanego w kolory tęczy, wszystkie pozostałe. Skończył się tradycyjnie – nieszczęściem: pozostal tylko jeden i palnął sobie w łeb, z pistoleciku. 3) Brakuje miejsca, kartki, długopisów. Niepotrzebne skreślić lub dopisać.
  12. @Marcin Sztelak faktycznie, jeśli chodzi o Kombinat, nie wyrwę się. Dziękuję wszystkim za czytanie.
  13. Wciąż widzę światło po czarnej stronie snu, gdzie zamieszkałem pewnego bezsłonecznego dnia. Tuż po tym gdy pojąłem, że prawdziwe wiersze rodzą się w ziemi albo w ulewnym deszczu. Zresztą na wszystkich kartkach zabrakło już miejsca, robią z nich tabletki, duże, zmiennokształtne. Uciekam przed nimi, bezskutecznie, są w każdym słowie i geście. Nawet kiedy milczę, unieruchomiony w pościeli, nieczystej. Już się nie wyrwę, może na pożegnanie wydrapię imię, nieswoje, w miękkiej glinie. Którą podobno jestem. Wciąż widzę ciemność, po jasnej stronie nocy na stałe zamkniętej wewnątrz oczu.
  14. Puryści językowi nie podają wiadomości, jedynie informacje o liczbie ofiar przypadających na metr sześcienny ziemi. Albo piasku, ten, w sprzyjających okolicznościach, może stać się lustrem drobnymi odłamkami przesypującym się w klepsydrze. Odmierzającej czas do końca ostatniej krucjaty, która trwa od zarania tak zwanych dziejów, tak zwanej ludzkości. Puryści językowi twierdzą, że jest zupełnie inaczej, ponieważ wszystko jest milczeniem przez zaciśnięte zęby nagich czaszek.
  15. Można by wspomnieć o słońcu lub księżycu powoli spadającym w toń, jednak tylko czerń w różnych odcieniach. Nawet nie widać niknących kręgów aby przypomnieć sobie o przemijaniu albo porozmyślać o sensie istnienia. Można jedynie za pomocą dłoni lewej sprawdzić czy prawa jest odpowiednio zaciśnięta w pięść. Ewentualnie z wolna przesunąć po twarzy, niezbyt dobrze znanej, chociaż niezaprzeczalnie własnej. Można też głośno wyartykułować liczne zdania, co i tak nie zmieni zewnętrza, a i wewnątrz wszystko będzie mniej więcej takie samo. Woda pozostanie wodą, czerń zamieni się miejscami z inną czernią. Prawa ręka opadnie bezwładnie, z otwartej dłoni wyleci ostatnie, już zupełnie niepotrzebne, westchnienie.
  16. @Manek Oczywiście nie, podpowiedzi autokorekty. @Tectosmith Faktycznie trudno było się domyślić, że to zwyczajna literówka... Łacina nie dość, że odnosi się do tytuł, to podkreśla Kicz z pierwszej zwrotki, który często jest właśnie (nomen omen?!) podkreślany wtrętami z "mądrych" języków.
  17. Kicz pełznie zostawiając smugi na świeżo wypastowanym suficie. Tak pięknie błyszczał, wszystkie gwiazdy z niego spadały wprost do wazy z odświętną zupą. Przystrojoną w świeże gałązki śmierdzącego bukszpanu, na złość proszalnym dziadom, co to ciągle zapominają o łyżkach. Nawet drewnianych, odziedziczonych po przodkach. Zaginęły podczas burzy, powodzi, wichury, zimy, lata stulecia – niepotrzebne skreślić nie zapominając o tak dalej. Więc świadom obowiązków oraz przede wszystkim powagi sytuacji, z mocy nadanych samemu sobie praw odwołuję wszelkie objawy radości. Reszta jest ukradkowym zerkaniem, a to w stronę okna, a to lodówki. Jakby nie patrzeć marność et omnia vanitas.
  18. Po północy przemówiły kwiaty, niestety w tylko sobie znanym języku. Być może o nieuniknionym końcu czasu, ale to tylko domysły, bez pokrycia. Zresztą byłem zbyt zajęty obliczaniem punktu podparcia aby ustać przy ciągłych obrotach planety i bezustannych zmianach pór roku. Pierwsza gwiazdka zgasła niezauważona, może wtedy gdy Mikołaj upadł poraz kolejny, zapewne pod ciężarem obietnic lepszego życia. Połamany opłatek z trzaskiem wbił się w martwe oko karpia, siana zabrakło, konie apokalipsy były zbyt głodne. Wyruszyły do pustej i zimnej stajenki, gdzie pasterz fałszywie nucił kołysanki. Na kolędy zabrakło miejsca, trzej królowie popadli w obłęd, z powodów topograficznych. Dlatego zacząłem pisać kronikę środka świata, streściła się w słowach: Rozdział pierwszy.
  19. Znaki zodiaku spoglądają z ironią na poranne starania o otworzenie oczu, pościel wciąż pęta kolejny dzień, który zaświtał, jak zwykle od niechcenia. Cała droga mleczna i ja, odrobinę skonsternowany fragmentami snu osiadłymi na ścianie. Z trudem zbierając jawę porozrzucaną tu i tam niestabilnie sunę wraz z wskazówką rozregulowanego zegara. Uparcie tykanie ma lepszy wpływ na pamięć niż bezładnie porozrzucane zdjęcia. Bez znaczenia, skoro w rondlu wrze wczorajszy dekokt na śniadanie. A wszechświat i tak ma gdzieś wszelkie starania, obojętny doskonale. Więc doczekać do zmroku i znowu sumować odległe punkciki dawno umarłych gwiazd. Takie irracjonalne zadanie wymyślone w zastępstwie liczenia baranów. Conocna papka majaków i słów. Kosmos zredukowany do monotonnego mamrotania.
  20. Wyżerają dziury w asfalcie, tam pływają pety i plwocina ostatnich buntowników, ich oskarżycielskie palce wskazują moją postać ukrytą za firanką. Uciekam chowając się pod kołdrą, nadaremnie, wciąż słyszę natarczywe szepty: spieprzyłeś prawie wszystko, dokończ, nie warto myśleć. Rano krzyczę do lustra: to tylko jesień i chandra. Jednak przekrwione oczy jawnie drwią z tych zapewnień: słońce wzeszło i tylko tak odróżniasz dzień od nocy.
  21. To taka całkiem zabawna historia. – powiedział stojąc na krawędzi szklanki, tuż przed ostatnim skokiem wciąż próbował wybaczać i błogosławić oczekującym. Kolejka straceńców długa na setki i dwu, i więcej. Głodni rozgrzeszeń, pełni reminiscencji człowieczeństwa, z mantrą na spierzchniętych wargach: To taka historia – całkiem zabawna.
  22. Jestem niegrzecznym chłopcem, dlatego nie mogę wyglądać przez okno, prawdopodobnie ostre słońce mogłoby wypalić dziury na przestrzał. Wycięli wszystkie drzewa, zasłaniały mi księżyc, tak twierdzili murarze, szczelnie wypełniając okno szklaną cegłą. Mistrzowie w swoim fachu, do dziś nie mogę się przebić przez kolorową ciemność. Jestem niegrzecznym chłopcem, obowiązkowo trzymam ręce pod kołdrą usiłując sobie przypomnieć konstelacje. Albo jakiekolwiek inne znaki zwiastujące rychłe nadejście jutra.
  23. Jeśli kierowca autobusu miejskiego posiada duszę nieśmiertelną, napędzaną czystą energią solarną, czy mogę udać się w podróż nie zasłaniając także oczu naznaczonych czerwienią? Nie twierdzę, że piekieł, bo to nie do wiary, ale kilku nieprzespanych nocy, tu bezczelnie skłamię, z powodu poetyckich ciągot. Jednak jedziemy, kierowca nawet uśmiechnięty, zwieszam głowę. Chciałbym powiedzieć zawstydzony, jednak zwyczajnie zasnąłem. Ukołysany równą jazdą, ponownie nie do wiary – centrum miasta. Zresztą jakie to miasto, zlepek kilkudziesięciu ulic umiejscowionych w jakimś tam schemacie. Szarpnęło, chyba czerwone światło, od kiedy zaczęła się wczesna demencja z trudem odróżniam barwy, szczególnie podstawowe. Nie mając pewności wysiadam na nieswoim przystanku. Autobus odjeżdża, oczy pieką, z trudem łapię powietrze próbując go dogonić. Prawdopodobnie znowu nie skasowałem biletu.
  24. Rozsypało się podczas wklejania. Poprawione @Nata_Kruk Wszyscy mało wiemy, człowiek rodzi się głupi a umiera jeszcze głupszy...
  25. Cudotwórca wciąż czeka na zaćmienie zbierając przydymione szkiełka. Z okien kamienic wypalonych do fundamentów. Tam straszą cienie na stałe wyżarzone w cierpliwej ziemi, stare wieszczki wróżą z popiołów. Bezzębnie głoszą kolejne klęski i całkowitą obojętność siedmiu nieb i pozostałych kręgów piekieł. Wiosna coraz bujniejsza, młode pędy pokonają wszystko. Każdą cegłę i każdą gorzką łzę. Cudotwórca odszedł, zupełnie niepotrzebny.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...