
Marcin Sztelak
Użytkownicy-
Postów
237 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Marcin Sztelak
- Poprzednia
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- Dalej
-
Strona 9 z 10
-
Dzielnie machając tomahawkiem tłuczka do mięsa przedzieram się przez dżunglę, nie wiedzieć czemu wyrosłą na drodze do lodówki. Tam trzymam wiersze na jutro, podawane pod beszamelem są kwintesencją śniadania. Oraz innych posiłków, wchłanianych bez namaszczenia. Olej został zużyty do smarowania zawiasów prowadzących, a jakże, w czeluście. Nad którym nie warto się rozwodzić. A mamuty nie chcą pić kawy bez eklerków. Niegrzeczne, za karę nie zostaną uwiecznione na ścianach jaskini. Ewentualnie w najciemniejszym miejscu. Poskutkowało, rezygnują z ciastek. Pora na toasty i inne czynności osnute mgłą tajemnicy najprostszych sekretów życia łowców nietuzinkowych metafor i banalnych porównań.
-
1
-
Frazesy – powiada zmęczony człowieczek z pudełka, o zawartości zdecydowanie nieznanej. Nieco to dziwne, ale światło tak zakurzone, że wszystko jest możliwe. Z pominięciem szczęśliwych przypadków. Co woła o pomstę, niestety niebo ogłuchło od dymu odrzutowców i ptaków skarżących się na kiepską jakość. chleba. Niezdrowego dla żołądka. Jednak jeść trzeba, tak twierdzą znawcy materii i innych aspektów widzialnego. Reszta ukryta, nawet przed oczyma wsystkowiedów. Banialuki – mruczy człowieczek ocierając pot z języka. Chusteczką haftowaną w rogi, o niepewnej liczbie czterech.
-
1
-
Z braku znaczeń rozbijamy latarnie, zepsute od niepamiętnych lat w wózku spacerowym. Zresztą czy istniał wtedy świat wciąż wzbudza uzasadnione wątpliwości. Niby to potwierdzone przez metryki, ale papier zniesie oszustwo, szczególnie gdy ręka wprawna i odpowiednie oświetlenie. W tej sytuacji pozostaje gaworzenie, przecież co było na początku, więc przez noc się niesie wesołe: ga, ga, ga, gul, gul, gul i dalej w ten sam deseń. To chyba dostateczne wyjaśnia tytuł oraz marną puntę.
-
3
-
Zwroty dookoła własnej osi na nic i tak nas rozdziobą kruki i wróble, jak wyliczono statystycznie dokładnie w niedzielne popołudnie. W pustym oczodołach będą gasnąć gwiazdy, jedną po drugiej znikać z nieboskłonu. To nie takie straszne, lepiej będzie widać tablicę z napisem: Koniec kosmosu. The end. Mocno zardzewiałą, odwieczny brak chętnych na stanowisko konserwatora. Męczący dojazd do pracy i godziny zupełnie poza czasem. Aktualnie siódmy dzień tygodnia, około dwunastej, pora na ostatni rosół. Oczywiście z nieodzowną przypaloną cebulą w dogasającym blasku słońca. A głowy wesoło się toczą, wprost pod nogi zmęczonego kąta. Ten wzdycha: Orka na ugorze, ludziska wciąż nie pojmują co dla nich dobre.
-
Ofensywa mięsożerców
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Jaroszami ale nie z wyboru, grzyba łatwiej upolować niż np. łosia. A tofu z mięsa oczywiście nie ma prawa bytu, to tylko ironia, może nawet szyderstwo. -
Ofensywa mięsożerców
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Człowiek jest wszystkożerny a weganinem nie był, zwyczajny brak wyboru. A już na 100 procent weganinem nie był homo sapiens sapiens. -
Tofu z mięsa świeżo ubitego zwierza smakuje powrotem do korzeni. Czysto profesjonalna jatka i niezbyt dokładnie wyprawione skóry. Stojąc na szczycie drabiny ewolucyjnej możemy sobie pozwolić na odstępstwa od zasad. Przyjętych w społeczeństwie. Czyli zbieraninie o, podobno, takich samych celach. Lub celownikach optycznych oraz suchy trzask pocisku wprowadzanego na schludne salony. Trofeum nad kominkiem, z pamiętnej zimy, wtedy też drwa wesoło trzaskały, byliśmy jeszcze wśród żywych. Obecnie duchem silni ruszamy w las, ogary już poszły, róg wybrzmiewa w ostępach. Tuż za domem, nogi bolą a i hamburgery w lodówce wzywają. Najwyraźniej stęsknione.
-
No ostrym wkurwieniu tłukę kamienie do układania drogi na trzecią stronę drugiej strony. Gdzie podobno panuje spokój, niemalże święty, uśmiechnięci tuziemcy podają ci dłoń, bez absolutnie żadnych podtekstów. Jednak do czasu ukończenia budowy klnę w żywą kostkę brukową, z każdym metrem coraz żywiołowiej. Bo dopiero gdy walniesz się młotkiem w palec pojmujesz głęboki sens inwektyw rzucanych przed perły. Lub wieprze, zależy od bólu i skali głosowej przekleństw dobitnie brzmiących na wietrze.
-
1
-
Witraże wściekle krwawią słońcem, refleksy na ołtarzu układają się w niedobre wróżby i pogruchotane krzyże. Dym kadzideł zasnuwa mozaikową posadzkę uwidaczniając ślady stóp umarłych, wciąż drepczą pomiędzy nawami, opierają się o kolumny. Dach u sklepienia trzeszczy szeptami, to na pewno nie modlitwy. Głośny huk zatrzaskiwanych wrót kurzem zasypuje i tak wytarte inwokacje. Chłód gasi ogień, aż do jutrzni.
-
4
-
Tłuszcz bez mleka
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@aff Ha, mam taką liryczną pralkę, inne sprzęta zresztą też, pewnie im się tak porobiło na starość... -
Wstał dzień, nie krzyczę z radości, ostatni papieros wpadł do ostatniej kawy, była jak kromka chleba. Pada, w dziurawych skarpetach nie znajdę szczęścia. Nawet o namiastkę nie będzie łatwo w szarym mieście. Gdzie podobno mieszkam, ale niekoniecznie jestem. Promyk światła sączy się leniwie spod drzwi łazienki, wygodnie ułożę się w wannie. Przykryty ulotnymi drukami wycenię światłość żarówki. Jakoś to będzie wymamrota pralka nastawiona na ciągłe płukanie złota. Bez sensu – pobór mocy rośnie, czynnej i biernej. Nieważne i tak kiedyś zapłacę za niedokonane. Tym bardziej za tak zwane wszystko.
-
Król znowu jest nagi
Marcin Sztelak odpowiedział(a) na Marcin Sztelak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@iwonaroma od razu z góry, zwyczajnie cierpię na brak czasu, permanentny niestety -
Cholerny ekshibicjonista – zrzędzi pani Stefa, od lat czterdziestu z tą samą flegmą obsługująca lokalnych klientów. Przewinęło się ich więcej niż drzew i krzaków na podwórku. Wszystkie pamięta, kiedyś nadawała im imiona, do czasu gdy poczęły umierać. Bez skargi. Nawet jest wdzięczna za ciężkie życie i dłonie pokryte niebieską siateczką. Od czasu do czasu segreguje zdjęcia, w ciszy zapadającej coraz głośniej. Co rano drepcze, nie wierząc w wieczór, nadzieją porzuciła ją już dawno jak każda wyrodna matka. Wybija szósta, czas otwierać, przed drzwiami kolejka spragnionych chleba, jaki by nie był. Na pogrzebie było niewielu, większość czekała przed zamkniętym sklepem. Nagi król płakał i tańczył ostatniego walca na wietrze.
-
Wszyscy mamy alzheimera, ewentualnie schizofrenie – zapomniałem. Jednak biorę cudowne środki, rośnie mi potencjał i serce. Jak na drożdżach. Wybieram więc deszczowe noce by biegać omijając krople, trudna sztuka do opanowania, trzeba trzymać nerwy na wodzy i nieznajomych na dystans. Ci ostatni są grożni mogąc zaproponować wspólną przebieżkę lub, co gorsza, kawę oraz wymianę poglądów. Na tematy przeróżne, nie daj boże aktualne. Trzeba zmykać w ten pędy, schować się w szafce, przeczekać. Chociaż to nie ma sensu skoro i tak spotkamy się w aptece. Lub u wróżki, ta przepowie pewniki. Takie jak: śmierć, podatki oraz wszystkie następujące po sobie dni tygodnia.
-
1
-
Kości zostały zasiane jak twierdzą małorolni prorocy, z obowiązkowymi brodami do pasa i tradycyjnym obłędem w oczach. Plon będzie obfity, wzrosną przecudne szkielety, których nikt nie ośmieli się upchnąć w szafie. Nawet czarnej, dębowej, z trumiennych desek. Z klekotem wyruszą na spacer w świetle gazowych latarń. Dumnie krocząc ręka w rękę znikną w lesie, być może stumilowym. Całkowita i nieodwołalna symbolika. Natomiast po nas pozostaną konta na facebooku, niepotrzebne przypomnienia o urodzinach. Tyle dobrze, że obędzie się bez życzeń.
-
1
-
Pokutują puste obietnice, na nieoświetlonej półce. Ostatnie żarówka zeszła na krótkie spięcie, innej nie będzie. Zresztą przy nieustającej przerwie w dostawie prądu, nie ma co kruszyć kopii pism i monitów, tym bardziej iść do sklepu. Po drugiej stronie rzeki, rwącej od czasu emigracji bobrów, obecnie koczują w okolicach pustyni Błędowskiej. Być może w oczekiwaniu na lepsze, ewentualnie forsę za prace ziemno - wodne. A w kasie ostatnie dwa złote, do tego z poprzedniej epoki, błędów i wypaczeń. Tak naprawdę to bez znaczenia, w ogólnym rozrachunku wszystkich za i przeciw. Są też plusy – lodówka nie brzęczy, można się skupić. I zmienić stan skupienia aby odpłynąć w przestrzeń. Otwartą na wszelkie zmiany ruchów powietrza. Oczywiście poza wielością trąb i tornad. Coraz częstszych w klimacie zafałszowań i półprawd.
-
3
-
Świąteczne wiadomości dla niepoczytalnych
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
1. Czas zapuścił korzenie, z tyłu głowy golema. Glina najgorszego sortu a ręka niesprawna i drżąca. Nie ma miejsca na zaklęcia. 2. Pierwsza gwiazdka rozpękła na tysiąc jeden drobiazgów. Chociaż pewnie to tylko bajka, ostatniej nocy. 3. Sztuka wklejania dopracowana do perfekcji, więc szczęścia i innych. Być może nawet potrzebnych. 4. Pod choinką zapomniane prezenty, niewręczone z braku chętnych. Ewentualnie papieru w odpowiednie wzorki. 5. Mimo wszystko miejsce wciąż czeka. Nienapoczęte. -
Nomen omen: I Na stoliku, w ciemnym kącie leżą pióra, gęsie, może orle. Co nie zmienia nagiego faktu – brak na rynku inkaustu. II Cztery koty na pięciu łapach – oto wieczorna tajemnica wszechświata. Do zapomnienia z rana, bo kawa stygnie wraz z pościelą. III Po śniadaniu pora rozważań, górnolotnych – spadnie deszcz czy umyć okna, Szczególnie to od podwórza, gdzie w starym piecu pali sąsiadka. Podobno ładna. IV Obiadu nie będzie, kura uciekła z garnka. Zmarznie na kość z pierza odarta. Woda bulgocze, więc zupa z gwoździa, tylko tabory odjechały w kierunku zachodzącego słońca. V Kolacja,z poematu nici, nastał czas wulgaryzmów i nieprzyzwoitych gestów. Takich jak ukłony w stronę dziada I obrazu. Wiele razy. VI Noc, sen oraz kolejna porcja dyrdymałów. Te, na szczęście, zapomniane nie trafią na papier. I dobrze, bo mu się kończy cierpliwość. Szczególnie, że czerpany z nielegalnych źródeł. Imię wróżbą – zupełnie bez związku, lecz brzmi mądrze.
-
Stojąc przed zamkniętym barem klnę na czym świat spoczywa. Mową wiązaną, klasycy zatykają uszy pakułami do zapychania dziur w kompozycji. Niefart, a jeszcze wczoraj znalazłem prawdziwy kamień z napisem kamień, podrzucił go stwórca albo inny demiurg o nieokreślonych kompetencjach. Gardło wysycha na wiór, z deski na ostatnią drogę, nogi wrastają w krzywiznę płyt chodnikowych ułożonych ręką ostatniego brukarza. Na tej szerokości geograficznej. Miłośnicy mięsa w cieście miają mnie obojętnie, dążąc do swoich świątyń. Ja nie wzoszę modłów, ściskając w kieszeni ręce. Dziś nie zamienię czasu na drobne, tym bardziej na, tak potrzebne, nektar i ambrozję. Tymczasem zapach drażni nozdrza, a apetytu jak na lekarstwo. W końcu apteka zamknięta na spusty, nie ma sensu wołać na puszczy. Świat mi się kurczy do wąskiej drogi ku domowi. Tam odetchnę, może nawet pomyślę. Nawet o czymś innym niż zwykle.
-
Punkt szczepień odwykowych
Marcin Sztelak opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Jezus przyjdzie w garniturze oraz w idealnie wyprasowanej koszuli ecru. Tylko sandały zepsują obraz i najprawdopodobniej podobieństwo. To wieczorem, bo przed południem piąty jeździec apokalipsy wyszarpnie zza pazuchy nowy, szczęśliwy świat. I gdyby nie te przeklęte trąby można by wstać i iść do gwiazd. Lub jakimkolwiek innym, a tak pozostały tylko rozmowy pod łóżkiem, leżąc na wznak. Oraz przebrzydły smak igieł wbijanych w kark. Oczywiście tylko po to by rozkrzyżować ręce i spać. Albo, z dużym prawdopodobieństwem, spaść.-
1
-
Budzą mnie tysiące spadających liści, zamglonym oddechem zasnuwam okna zapisując na nich infantylne wiersze. Na szczęście do rana znikną, spłyną wraz z bladym słońcem przepowiadającym szare deszcze. Na dni czterdzieści, mimo to nie zbuduję arki zbyt zajęty nocnym łączeniem słów w siebie niepewne wersy. Ostatecznie nagie szkielety drzew zastygną ścięte pierwszym śniegiem, a ten przejaskrawi i wyostrzy wszystkie skłębione myśli.
-
Jakby po śnie Raskolnikowa ostrzę siekierę niedawno zakrzepłą krwią, chociaż boli brak skarpety i podszewki kieszeni płaszcza. Dylemat: czy kieszeń ma podszewkę, czy kiedykolwiek miałem płaszcz. I najważniejsze: prawa czy lewa skarpetka. Nie śpię i już wiem – nie warto podsłuchiwać nocnych szelestów, rozmów dobiegających spod łóżka i z wnętrza szaf. Normalnie Trainspotting, tylko tak przaśny, że muszę zakrzyknąć w noc: a niech to trafi szlag.
-
3
-
Euforia, po drugiej stronie dno studni, zamulone. Muchy nad głową, zastępstwo motyli w brzuchu. Na nic ucieranie błękitów w kamiennym moździerzu, czarne chmury czekają na dogodny moment by zepsuć pejzażyk malowany z mozołem. Zimno, pędzle spłoną w przebłagalny ogniu, to niczego nie zmieni tylko ręce pozostaną ciepłe na czas potrzebny do udzielenia błogosławieństw. Na prawo i lewo, komu popadnie w tej ciszy przed burzą, po niej euforia. I tak dalej, wiadomo – jak było na początku aż do amen.
-
Jest zima, trzeszczy, być może to szwy świata przekroczyły termin ważności. Ty się nie martwisz, skoro postanowiłaś istnieć wyłącznie poza czasoprzestrzenią. Przepraszam, ale jak wiesz wszelkie wszelkie ceremonie napawają mnie obrzydzeniem, a ty i tak nie lubisz ciętych kwiatów. Świeci słońce delikatnie muskając drżące krople wody, śnieg topnieje powoli. Mogłaś nie zauważyć, skoro śpisz, zmęczona. Jednak wolałbym głaskać twoje włosy rozsypane na poduszce. Nic się nie dzieje bez przyczyny – ze wszystkich słów, w które można ubrać ból, te są prawdopodobnie najgłupsze.
-
Wyciszam dzwonek, bezskutecznie – wibracje zrzucają mnie z łóżka prosto w otchłań podłogi. Nachylonej w kierunku miast poza cienką linią ostateczności. Tam mieszkają bezrękie lalki i spalone misie, umarły z tęsknoty, same w zburzonych domach, przytulone do zimnych cieni. Do dziś czekają na dotyk, ciepły blask uśmiechu, nawet łzy nie wiadomo dlaczego cieknące z oczu. Mimo to nie odbieram, nie zrozumiem ich głosów. Będę tylko stał przy oknie, cały drżący, coraz mocniej ściskając długopis. Ze strachu przed brakiem puent przynoszących, choćby tylko złudny, spokój.
- Poprzednia
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- Dalej
-
Strona 9 z 10