Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 876
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. ciało tańcuje rozkładu brzmieniem plamy pośmiertne rozkołysane chociaż mięsiwa już tak niewiele kiszki wylotem marsz grają śmielej włosy czaszkowe rozwiane całe wirują gałki wilgotnym brzmieniem stukają gazy z kośćmi na czele do życia wrócić chcą wciąż z zapałem lecz na piszczelach mięśni niewiele w miednicy wrzawa co tu się dzieje mimo że ciała już prawie wcale ty wciąż klekoczesz nadziei brzmieniem śnisz tylko biedny lecz o tym nie wiesz mózgiem zapewne tak ci się zdaje a kupka prochu została z ciebie kiedy te durne słowa zabierzesz nie chce je słyszeć przez wieki całe wciąż przesypuję ducha w zaśpiewie choć prochu ze mnie już tak niewiele
  2. Mój dziadek ze strony babci, mieszkał przy lesie i dopóki drzew starczało, był właścicielem tartaku. Na terenie wspomnianego zakładu, wyodrębniono obszar, na którym spoczywał drugi zakład, produkujący trumny. Dziadek też był jego właścicielem, ale już nie od strony babci, gdyż babcia jako pierwsza, postanowiła wypełnić, też pierwszy, finalny produkt, aczkolwiek w ostatniej chwili. Ponadto ostatecznie. Interes dziadka prosperował znakomicie i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu, aż mój drugi dziadek, ze strony drugiej babci, pozazdrościł pierwszemu, dobrze działającego interesu i jako zawistny rodzinny członek, wynajął roznosiciela korników oraz innych stworzeń, zjadających drewno. Mógł oczywiście wzniecić pożar, ale strasznie nie lubił ognia oraz być spoconym, a nie chciał obserwować z daleka, bez należytej satysfakcji. Niestety. Ów roznosiciel, raczej omyłkowo, zamiast zwierzątek żarłocznych, zaangażował leniwe, które dodatkowo cierpiały na boleści kiszek i musiały zażywać raphacholin, a nie wtranżalać drewno, nawet gdyby leniwe nie były. Pomimo tego, jednak trochę nabroiły i trzeba było podjąć oszczędną decyzję, czyli produkcję, krótszych, podziemnych domków. Sęk w tym, że ów pomysł, wywołał kolejny problem. Dlatego dziadek, myśląc roztropnie, na terenie zakładu produkującego trumny, kazał wybudować zakład, przycinający nieboszczyków na długość. Zarówno od strony głowy, jak i nóg, w zależności od życzenia rodziny zmarłego. Odcięte części pakowano do osobnych, fikuśne zdobionych fotką szkatułek, ale z tworzywa sztucznego, z uwagi na drewniane oszczędności. Niestety. Dziadka, inicjatora wszystkiego, też w końcu przycięto, a drugi dziadek, swoim tylko znanym sposobem, przejął interes, po przyciętym. Postanowił jednak wszystko pozmieniać i jego zakłady, produkowały wiórki dla chomików, z mięsną wkładką.
  3. figlarna wiosna chodzi po łące maluje kwiaty zwiewną sukienką oj chyba prędko ona nie spocznie skoro słoneczko odczuwa zewsząd szepce jej złotym magicznym blaskiem pan letni kocha ciebie szalenie spójrz tam ku tobie spieszy on właśnie a ty wciąż psocisz i o tym nie wiesz no coś tam widzę na horyzoncie ciepłe ma lico nawet nie szpetne jednak nie wróżę wspólny początek jego uczucie zapewne letnie
  4. Na kanwie melodycznej: "Paranoid"→ƁƖɑϲƙ Տɑҍҍɑեհ konwenanse chrapią słodko hulaj dusza to mi gra jak cytrynkę życie trzymam z niej wyciskam co się da wytryskuje soczek mokry nie poślizgnę się ja wiem jestem panem swego życia żółtym królem w mojej grze powędruję gdzie poniesie mnie... o tak ostrym wzrokiem drzewo ścinam but glancuję brzaskiem dnia słońce kocha dziś nierówno krzywy sufit ma ten las lecę z dachu z termoforem bulgoczący słyszę płacz dzięcioł spełnił moją prośbę wygryzł dziurki wolność dał tutaj z przodu ster złapałem z tyłu silnik odrzut ma znowu jestem samolotem po sam czubek odlot mam
  5. nie wiesz czy drogę otwierać tam gdzie pustynia piasek miałki co w oczy się wciska pragnienie wzmaga na twoje jęki wiatr odpowiada szyderczo cynicznie byś cierpieć potrafił musiał tu leżeć w milionach ziarenek co niszczą życie twoje istnienie byś kochał innych więcej niż siebie
  6. w spowitym mgłą kanionie marzenia skryte wśród skał wariat szybuje tu nad nimi lot mu zakłóca bliskość ścian uwalniam woń z kwiatów co kolor zgubiły zdrada bólem nie waży ogród jest niebem w snach wszystko co ziemi obrazem nieustannie ogrzewa słońce krwawe łzy tną zwątpienie strzępki sumień białe ślady nie parzy zwierciadlany płomień lecz ciało ranią kawałki srebrzyste zwęglony zeszyt z nutami i czasie strumieniu w szklanych ścianach duszy sprzecznych doznań widzę światło złudnych cząstek w zaułku myśli tonie kryształ umysłu rozbity w pył nucę muzykę stęsknionych pustych trumien
  7. @LessLove→Obejrzałem, przesłuchałem. Dosadnie, ale prawdziwie. Słowa, śpiew, muzyka i ogólne przesłanie, współgrają ze sobą. Aczkolwiek w tego typu utworach, dobrze jest dać trochę →dziecięcego śpiewu. Jeszcze bardziej zyskuje na prawdziwości i w sensie muzycznym, "nie tak równo" →trochę inny przerywnik. To tylko moje, subiektywne zdanie:)→Pozdrawiam:)
  8. @Mitylene↔Dzięki:)→Hmm? Nie twierdzę, iż nie może to być prawdą:)→Pozdrawiam:)
  9. (~:Teksty satyryczne :~) politycy politycy chciałbym radę wam zapodać mniej miłości trochę życzyć od przesady boli głowa wciąż tłuczecie piersi wasze moja wina mojej partii oponenci mają racje polityku się ogarnij czemu cudze wychwalacie że ci drudzy słusznie tylko czynią znowu tu zaznaczę więcej wiary z każdą chwilką no nie płaczcie w kółko jednak dla ojczyzny aż tak wiele tej empatii co potrzebna przy okazji wasz interes a gdy chciałby chichot jakiś z polityki zabrać ciebie to na szczęście wódz potrafi zawetować przeznaczenie *** polityka nudna słowem taki banał często gości bo wiadomo co kto powie w zależności z jakiej opcji fanatyków różnych harców pośród klapek oczy tylko nawet kupa wodza w smalcu dal nich chcianą jest relikwią czasem inna sytuacja choć nieliczni z tego słyną lecz przeważnie wciąż nawraca żeby tylko zgodnie z linią partii w której ciepli stołek mając w głowie wbite jedno oponentów zniszczyć społem my wszak nacją tą potrzebną czyż dla ziemi naszych ojców tych wysiłków w nas tak wiele oraz troski lśniącej w słońcu czy partyjny wszak interes żeby władać znów zaczynać by na naszą zmienić modłę aż w ojczyźnie każda chwila dla tak wielu będzie dobrem lecz pomarzyć można chyba miodem rzeka płynie wartko choć niestety też tak bywa dla bliźniego często sraczką
  10. gdy zlęknione szybowały o brzasku a w białych mgłach tulących świt rozedrgany obraz jutrzenki był ledwo dostrzegalny przezroczysta noc niewidoczna lecz prawdziwa szybowała nisko na łąką kryjąc w sobie ciemną stronę księżyca dlatego odczuwały niepokój krążąc nad koronami drzew prosząc wiatr o niezwątpienie w unoszeniu zwyczajnych spraw z końcem dla początku bez końca w wietrznym zaczarowaniu chwil ≈•≈ gdy przeminą już te same nie wrócą na nowo te w nas i te obok bo tak się zdarza że los oddali a ty głupi nie wiesz początek cierpienia czy właśnie ocalił
  11. @MIROSŁAW C. →Dzięki:)→ Jednakowoż do → "nowomowy" to im jeszcze daleko:)→Pozdrawiam :~)
  12. Można też czytać od końca chcemy świata pięknego nie brzydkiej kloaki potrzebujemy pokoju bez serc krwawienia przebaczenia z miłości nie zła i rozpaczy zrozumienia szacunku bez szyderstwa i poniżenia pragniemy zobaczyć interes bliźniego nie tylko swój
  13. @LessLove↔Dzięki:)↔Ano tak bywa, że właśnie tak:)↔Pozdrawiam :~) * @violetta↔Dzięki:)↔Na dodatek, odpowiednio spoglądać, to tu to tam:)↔Pozdrawiam :~)
  14. Drabble Wyciśnięta przez chichot losu kropla cytryny, pełznie bez częściowej pamięci po chropowatym zboczu. Tylko ona została. Siostry już dawno wyschły, lub skończyły jako odkamieniacze. Ostro dyszy wspomnieniem mlaskającego przecięcia. Niedawno nóż przepołowił jej świat na pół, a człekotwór zrobił z jednej części, kopulastą górę, nadzianą na mniejszą. Teraz, po skórkach i miąższach czasu, wilgotna i napęczniała kwaśnym humorem, po konflikcie z kostką cukru, jest o rzut kamieniem od ujrzenia zorzy na gorzkoskłonie. Ów widok ma zakończyć słodko-kwaśny konflikt, nabyty ongiś, na aukcji rzeczy nienazwanych. Nagle dostrzega zwisający skrawek żółtej skórki. Bilet do wczoraj. Wyciśnięta przez chichot losu, kropla cytryny...
  15. Tekst powtórkowy w ciepłej poświacie promieni słońca dzionek porankiem przyozdobiony błękitem nieba śpiewem skowronka muzyką łąki wabi kolory w kropelkach rosy malutka żabka pod pajęczyną przysiadła ledwo a już rechoce dumna i ważna ty pewnie nie wiesz jam jest królewną radośnie dźwięczy wesoły strumień dzwonkami budzi przeróżne dziwy aż pasikonik zatańczyć umie gdzie kwiatek ziewa tylko na niby w poświacie jasnej migoczą w wodzie zaczarowane płyną wciąż słowa niczym diamenty z cicha tulone by żadnej chwili tu nie zmarnować
  16. @Alicja_Wysocka→Dzięki:)→A zatem urokliwe bujanie w hamaku, proszę sobie sprawić, a ptaszki niech Ci piosnkami czas umilają, ptasimi ryjkami:)↔Pozdrawiam:~)
  17. dziwić mogą człeki co lubią zabłysnąć wmawiać bliźnim wokół moja słuszność tylko *** jakoś tak nie widzę źdźbła w swoich oczętach co innego w cudzych oj tam kłoda wielka tego kopnę w dupę gdyż dziwak na pewno a czemu tak prawię bo niezgodny ze mną muszę mu dowalić bliźni wesół właśnie życie mam przesrane poczuję się raźniej mam znowu pretensje do siły tajemnej która nie istnieje w sprzeczność wierzę pewnie pies mnie kiedyś dziabnął wyrwał kłami skórę nienawidzę wszystkie nie tylko niektóre *** wielu wszak rozmyśla też rozkminiam rzewnie cóż a może jednak jestem świata pępkiem
  18. cienkie srebrzyste wielokąty foremne mniejsze coraz większe krople rosy roztańczone drgają na zielonym wietrze migoczą słoneczną wilgocią między drzewami rozwieszony hamak śpiewne nuty z ptasich ryjków nucą kołysankę owiniętej białą kołderką wydmuszce
  19. Tekst powtórkowy po cóż różo kolcami ranisz tak delikatne płatki twe zapłaczą rosą przez gęstą szarość sącząc łzy swoje na świtu mgłę nie płacz łąko że kwiaty więdną magiczną wodą tej nocy śnisz jesteś dla nich nową kolebką snem twoim ciało o brzasku lśni rześki strumyk wstążką srebrzystą marzenia owija nurtem swym białe motyle nutki formują z oddechu łąki tu wiatr się skrył przytulić ciernie do nagich dłoni czerwone maki ujrzeć w nich może jutrzenka źródłem nadziei rozwodni ciemność do jasnych dni
  20. złudzeniem mijają chwile w ogniu płonie wciąż nowa ciepłym popiołem zakryta przeszłość czasem uśpiona płomień po lodzie się ślizga żar wpada w przerębel i tonie zmrożone myśli znów płyną chłodem pchane są one mroźny powiew wskazuje horyzont gorący w oddali na drzewach jest tajemnica chce jedno i drugie ocalić na skraju rzeki widoczne roślinki zielone i młode przy brzegu łódka cumuje jej boki skute są lodem ślady powstają człowieka zapewne zmian to zapowiedź patrzy na własny interes on swoją wersje opowie *** niepewnie jakoś wokół przestrzeń dziwne odgłosy ciemne złowieszcze brudne ściany wciąż odrapane malarz płótno wzmocnił na obrazie malując ramę *** zapewne dzisiaj jest ci łatwiej jeszcze przed chwilą wiele spraw gnębiło nadziei żadnej podziękuj jeśli słyszysz delikatnym dźwiękom ciszy to także ty szczęściem płaczą łzy dla ciebie dla nich stał się cud wchłonęły twój ból
  21. Ciemność zapada bardzo szybko. Nagle jesteś gdzie indziej. Po drugiej stronie muru. Zdążyłeś uciec, lub raczej to coś, umożliwiło ci drugą szansę. Widzisz znowu ten sam cień. Jego źródło zostawiłeś na zamglonym horyzoncie. Skrawki mroku krążą między drzewami, by po chwili zniknąć, wchłonięte przez świt. Co za ładny sad. Rześkie powietrze, nasycone zapachem słodkich owoców, pomarańcz, śliwek i jabłek. Nieopodal dźwięcznie wirują, tancerki na łąkowej scenie. Upleciona z porannej mgły, gdzie krople rosy, niczym kryształowe latarnie, migoczą cicho szeptane lśnienia. Oświetlona poświatą w kształcie pięciolinii oraz dźwięcznych nut, sama w sobie jest dziełem sztuki. Pszczoły w kolorowych sukienkach, nakładają łyżeczkami wyrzeźbionymi z wosku, odrobinki miodu do maleńkich kubeczków, wyżłobionych w mroźnych sopelkach. Strumyk przezroczysty tak bardzo, że widać przez niego myśli ryb, unosi wilgotną ożywczą wstęgę ukośnie do zielonej falującej trawy. Srebrzysty wąż pląsa na wszystkie strony, opłukuje drzewa i ciebie, z cuchnącego brudu. Jesteś wewnątrz, lecz możeszoddychać. Nawet lepiej niż powietrzem. Słyszysz skowronka. Siedzi na fali wznoszącej. Dosięga śpiewem daleki brzeg. Klucz wiolinowy z armią nut, drąży tunel do błękitnego brzmienia muzyki. Kapią stamtąd, odrobinki słodkiego, do nieprzytomności piołunu. Po drugiej stronie horyzontu, dostrzegasz następny. Musisz sprawdzić, co jest za nim. Pod sklepieniem umysłu szybują niewiadome. Obijają niewidoczne ścianki, niczym fruwające ćmy. Żeby tylko nie przylgnęły wygodnie do światła, zgłębiając złudną istotę sensu.
  22. @Wiechu J. K. Dzięki:)→Aczkolwiek nie wiadomo, czy owe "niezapominajki" mają tak super. Chyba czasami lepiej, tak dokładnie aż wszystkich aspektów życia, nie pamiętać? Może? fajnie by było, gdy byśmy mogli wybrać, co chcemy, a co nie? Życie, podobnie jak filmy, opiera się na "kilku powtarzanych schematach" tylko w "niekończonej ilości rożnych odsłon" Stąd taka puenta:)→Pozdrawiam:~) * @Marek.zak1 Dzięki:)→Zapewne coś w tym jest. Spojrzenie na własne myśli i zachowania, bywa przeważnie bardziej wyrozumiałe, niż na cudze. A zatem nie zawsze, aż tak obiektywne. Tak samo, jak bezpieczniej uczyć się na błędach bliźniego, niż na swoich. Jednakże wspomniane: swoje, są bardziej przekonywujące, w sensie doświadczalnym, na własnej skórze. Chociaż i tak pomimo tego, potrafimy popełniać, te same błędy:)→Pozdrawiam :~) @obywatel Dzięki:)→No niestety, w jednej głowie i jest to też męczące, chociaż czasami, przydatne. Miewam za dużo wyobraźni i różnych myśli w klepkach i bywa tak, że nie jestem pewny, obecności tej… piątej:~) No właśnie. Nie chciałem tak do końca tematy zgłębiać, w zwyczajowych aspektach, gdyż niektórych i tak bym nie ogarnął, albowiem poza granicę możliwości własnego rozumu, żaden człowiek nie wyjdzie→Pozdrawiam :~)
  23. Zamknięty na pustej łące. Uwierzył. Ma przy sobie śniadanie, lecz usłyszał, że odczuwa głód. Uwierzył i opada z sił. Cisną go buty, chociaż idzie na bosaka. Też uwierzył. Pada deszcz, lecz nie może zwilżyć ust. Kolejny raz uwierzył. Ma dziesięć centymetrów wysoka, a trawa cholernie wysoka. Tak rzekł Głos. –– A on uwierzył? –– Skąd wiedziałeś? Prorokiem jesteś? –– Jestem mówiącą małpą. Wierzysz? –– Wierzę. –– Akurat… zwierciadłem. Wierzysz? –– Wierzę. –– Cholera jasna. Czy jest coś, w co nie wierzysz? –– Tak. –– Co? –– Nie wierzę, że mógłbym w coś nie uwierzyć. –– To jest sprzeczność. –– Wierzę, że nie jest. –– Hmm… a zatem nic dziwnego, że jesteś... kim jestem. *** –– A kim jesteś? –– Tym, w co wierzysz. –– A w co wierzę? –– Skąd mi wiedzieć, konkretnie w co? Jestem wszystkim. –– Jak to wszystkim? –– Skoro wierzysz we wszystko, a ja jestem tym w co wierzysz, to jestem wszystkim. –– Nie chce wierzysz we wszystko. Chce mieć wybór. –– Trudna sprawa. Szczególnie dla ciebie. Kolejna sprzeczność. –– A wiesz, że zawsze kłamię? –– Skoro powiedziałeś prawdę, że zawsze kłamiesz, to nie zawsze, bo przed chwilą nie skłamałeś. A jeżeli skłamałeś, że zawsze kłamiesz, to też nie zawsze kłamiesz. –– Ale wierzę, że kłamię. –– Czyli nie we wszystko wierzysz, bo w niektórych kwestiach mogłeś mnie okłamać? To ja już nie wiem, kim jestem. –– Wierzę, ale to nie zmienia faktu, że przez to zmienię realny świat. Pozostanie takim jakim jest faktycznie. Moje wierzenie lub nie, tego nie zmieni. –– Zatem dla każdego innym, w zależności od kontekstu, związanego z jego pojmowaniem świata. Czyli każdy ma swoje małe światki, z którymi się boryka w jednym dużym, takim samym dla wszystkich, w sensie niezmiennych zasad. –– Niezmiennych? Czy aby na pewno? Wierzę, że nie. –– Skoro wierzysz, że potrafisz kłamać, to nie wiem, czy mogę ci zaufać? –– Nie możesz. A wiesz dlaczego? –– Wiem. Bo ty sam sobie nie ufasz? –– A ty? –– Nie można do końca ufać teatrowi, w którym gra się główną rolę. Kurtyna może być podniesiona za wcześnie. –– Lub za późno zasłonić nasze przedstawienie, przed publicznością. –– Chyba, że jej nie będzie. –– Ważne, by mieć dystans do samego siebie i wciąż ten dystans pokonywać, czasami na bieżni autoironii, co daje zupełnie inna perspektywę, spojrzenia na bliźniego swego i świat wokół. –– Jest jeszcze sufler. –– A co ma sufler do tego? Wierzysz, że jest i zawsze słusznie podpowie? –– Wierzę, że trzeba nam skończyć przynudzać, bo żaden rozumny tego nie przeczyta, ze zrozumieniem. –– Rozumny w jakim zrozumieniu? W porównaniu, do jakich umysłów? Racjonalnych, zwariowanych, roztropnych, praktycznych, szalonych, abstrakcyjnych, stąpających twardo po ziemi lub kompilacji tego wszystkiego, co wymieniłem i nieskończonej reszty możliwości –– Wierzę, że umysł nie może stąpać twardo po ziemi. –– Ale jego transporter szarych fałd, już tak. –– Chyba, że się poślizgnę na własnej pewności, bo za gładko. –– Pewności czego? –– Wszystkiego w co wierzę, że uznaję za pewne. –– Na przykład życia po tym, jak zwalisz… –– Kupę? –– Nie. Kopnę nogą w kalendarz, a kołek w ścianie, za bardzo przerdzewiały? –– To akurat nie jest pewne, to całe: po tym, aczkolwiek możliwe. Na to nie mamy żadnego wpływu. Pozostaje jedynie cierpliwie czekać i tu akurat jest pewność, że każdy doczeka swój rozkład jazdy. –– Dokąd? –– A skąd mam to wiedzieć? Nie byłem, nie wróciłem, a jak będę, to nie wrócę. Można jedynie domniemać, że jeżeli nic tam nie ma i znikniemy zupełnie absolutnie, razem z tym wszystkim, cośmy dokonali jako rasa ludzka, to można takie założenie, bardzo skrótowo przyrównać do sytuacji, kiedy człowiek przeżywa wiele wspaniałych przygód i nagle doznaje totalnej amnezji i nic nie pamięta, z tego co przeżył. To równie dobrze, mógłby tego wszystkiego nie zaznać i wyszło by na to samo. Szczęście nie pamiętane w nas umiera. Przestaje być szczęściem. –– Zło nie pamiętane, też przestaje nas męczyć jak diabli. Bo ta cała rasa, taka święta nie jest. I my razem z nią. Tfu! –– Ale jest czasami potrzebne w sensie porównawczym, by wiedzieć, co nas dobrego spotkało i co nam się udało uniknąć, gdyż czasami o tym zapominamy. Niezapominajki mają lepiej. Rosną i wszystko pamiętają. –– Nie wiem czy lepiej, skoro tak. No dobra. Kończmy, bo zgłodniałem. –– Chcesz mnie zjeść? A może wszystkie rozumy? –– Zgadnij w jakim zrozumieniu, jestem rozumny? –– Tak głupkowato skończymy naszą wspaniałą, jakże nowotarską dysputę? Jak tak można? Czterema razami o rozumach? –– No przecież jesteśmy aż i tylko ludźmi. Potrafimy równie mocno miłować lub przeciwnie. Taki kogel mogel, cały czas przez los, lub nas samych mieszany. Mamy rozum, ale nie całą wiedzę, by pojąć chociażby własny umysł i nie podcinać gałęzi, na której siedzimy, od strony pnia. Już nie wspomnę o tym, co poza naszym pojmowaniem. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz?...
  24. Tekst powtórkowy wyrzeźbiłeś mnie w skrzepłej krwi z cierniowych krwinek mam cierpienie a z białych jego brak na wysokiej górze stać mi każesz bym zrozumiał świat lecz sił zaczyna brakować mi którymi dźwigam ciężar ten pozwól że pójdę sobie stąd wiem że to podłe i nieludzkie zmęczony jestem grą marzę by z góry nagle zejść zostawić bliskość złotych gwiazd jak mi wygodnie życie śnić lecz błękit powtarza słowa te remis nie może być a rzeźbij nadal z czego już chcesz jesteś o niebo mądrzejszy ode mnie ta góra zniknie nie będzie tu gdy czas ominie ślady zegara bez horyzontu dla każdej z dróg ∞
  25. pętle codziennych życiowych zdarzeń z różną mocą kradną oddech a człowiek myśli czy znów dam radę tak zwyczajnie albo podle między cegłami życie przeciskasz czasem dławisz ważną sprawę pragniesz zwyczajnie znowu zapytać czy jeszcze warto się okażę zaprzestań tęsknot co duszę ranią niemożnością czegokolwiek gdy mgły ponownie biel światu dadzą zyskasz siły by zapomnieć
×
×
  • Dodaj nową pozycję...