-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Bóg i Wszechświat
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Lach Pustelnik Dzięki wielkie za obszerny komet:) Lubię czasami po prostu myśleć. A różne to wychodzi. Często dziwnie. Nie z tej strony, co trzeba. Czytałem Stephena Hawkinga i kilka innych, ale tych co Polecasz –nie. Jak trafię, to przeczytam:) Pisałem→jeżeli... właśnie dlatego, że nie można udowodnić na 100%. To taki skrót myślowy. Dobrze, że ne wrzuciłem ''złotych myśli" na temat→czasu, nieskończoności, materii itp... i co by było, gdyby światło spowolniło swoją prędkość...bo gdyby to fizyk przeczytał, to miałbym się z pyszna:)) -
?Wʏśᴄɪɢ ? Śᴡɪɴᴇᴋ?
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@łucja z cheba Dzięki:) Dobrze, że biedne nie biegły mając ''setki'' w sobie. Byłoby jeszcze weselej:) Dziwnie słowa ustawiać czasami lubię:)→Pozdrawiam •~< :~)= -
To jeno moje ''subiektywki'' Nie koniecznie słuszne. Jam żaden filozof, fizyk itp... __//--- Mówi się, że na początku był – Punkt. A zaś było wielkie – Bum!!! - i powstał Wszechświat. Jeżeli uznamy, że w Absolutnej Pustce może powstać – Coś – z Zupełnie Niczego - to o.k. Nie ma problemu. Tak samo, jeżeli uznamy, że ów Punkt – istniał – Zawsze. Tylko w którymś momencie, nie chciał być dalej Punktem, bo coś go od wewnątrz rozsadzało – i tak powstało wszystko, łącznie z nami – myślącymi – chociaż nie zawsze – Istotami. Nachodzi mnie kilka pytań. Jak duży był ten Punkt. Skoro istniał w Absolutnej Pustce{ nawet bez czasu} to w pewnym sensie – nie miał wymiaru {jeżeli w ogóle miał jakiś wymiar – jak to z punktem bywa}, bo nie istniały – punkty – odniesienia. Ile ważył? Tyle co Wszechświat. Tyle tylko, że ściśnięty. Nie było w nim wolnych miejsc. Żadnych. Nawet szpilki, nie dało by się wcisnąć. My też w nim byliśmy zapisani. Czy także świadomość? I to, co tu teraz piszę? Moim skromnym zdaniem, człowiek pewnej granicy myślowej – nie przeskoczy. Nie dla człowieka – to - co poza nią. Długość tyczki, nie ma tu żadnego znaczenia. Tak samo jak komputer nie pomyśli więcej, niż jego twórca. Szybciej, sprawniej – owszem. A teraz kwestia: Stwórcy Jeżeli uznamy, że Bóg - istnieje, to istnieje – Zawsze. W przeciwnym wypadku, trzeba by pomyśleć, że istnieje od jakiegoś Czasu. A zatem – nasuwa się logiczne pytanie: kto Go stworzył i co było – przed. I tak dalej – w tył. Czyli trzeba by uznać, że może istnieć nieskończona ilość bogów. Człowiek ma tendencje do myślenia – co jest poza? Jeżeli uznamy, że istnieje tylko jeden – nasz Wszechświat – to nie ma nic – poza. To wszechświat tworzy – czasoprzestrzeń. Można śmiesznie powiedzieć, że czas stoi w miejscu, tylko wszystko inne przemija. Jeżeli założymy, że istnieje Wieczność – to tam czas nie płynie – chociaż psychologicznie zapewne tak. Ale bez względu na to, ile czasu upłynie – tyle samo „zostanie’’. Oczywiście słowo: zostanie, jest nie na miejscu. Można zadać pytanie: Jeżeli Bóg stworzył wszechświat, to dlaczego najpierw przysłowiowy – Punkt. A nie cały wszechświat – od razu? Ja tego nie wiem. Jestem na to za głupi. Zresztą w ogóle mało wiem. Może to kwestia – wolnej woli – nawet dla obiektów – póki co nieożywionych. On po prostu nie chciał być nachalnym. Obdarzył wolną wolą, całe stworzenie. Dał ogień, ale nie rozpalił ogniska. Pozwolił się rozwijać – po swojemu. Może Bóg miał „dylemat’’ - Albo – wolna wola i także cierpienie, albo brak wolnej woli – i wieczne szczęśliwe - „androidy’’. Albo skąd wiemy, co to jest – dobro, a co – zło? Można rzec – od przodków. A przodkowie – od kogo…może od małp? Albo dinozaurów? Lub myślącego Punktu? Świadomość – co to jest dokładnie? I gdzie w nas? Chyba nie tam, gdzie ktoś może odruchowo pomyśleć. Myśli, uczucia, miłość, nienawiść, Skąd to się wszystko wzięło. Kto to wynalazł. Tego nie da się przeszczepić. Czasami lepiej, że się nie da. Religia, którą można naukowo udowodnić – w sensie całościowym – przestaje być – religią. Nie ma miejsca na - Wiarę – co jest podstawą. Człowiek nie musi wierzyć – bo Wie. Jest wielka różnica, między wiarą w istnienie Boga, a wiarą w Jego naukę. Człowiek myślący logicznie, wie, że powstanie – czegoś – z zupełnie niczego – jest problematyczne. Ale na pewno byłoby przydatne w rozwijającym się państwie. A zatem jakaś Siła, potrafiąca ciutkę więcej – raczej musiała zadziałać. No chyba, że wszechświat istnieje – od zawsze – czyli nie miał początku. A zatem nie ma problemu – jak powstał. Istnienie czegoś – od zawsze – jest poza naszym pojmowaniem. A przynajmniej – poza moim. Ale czy to jest dowód na to, że tak nie może być? Zresztą jak ktoś się uprze, to nie można udowodnić czegokolwiek. Zawsze będzie mógł powiedzieć, że wszystko mu się tylko wydaje. Że coś widzi, słyszy. A nawet jak dostanie po gębie, to powie, że to tylko jego wyobraźnia – że coś poczuł. Czy prostą nieskończoną można podzielić? Nie. Bo wtedy w jedną stronę będą nieskończone, a w drugą – będą miały koniec – punkt przecięcia. Próżno tłumaczyć człowiekowi niewidomemu od urodzenia – co to jest kolor. Dla niego to abstrakcja. Tak samo z naszą wiedzą, na pewne tematy. Trzeba się pogodzić z tym, że głupi umrzemy – w wielu kwestiach. Można metaforycznie rzec, że do pewnej granicy – są mądrzejsi, głupsi i cała reszta pośrodku. Ale poza tą granicą, wszyscy jesteśmy równi – równo głupi. Pytanie – Skoro Bóg istnieje, to dlaczego nie zniszczy szatana, który w znacznym stopniu, odpowiada za zło na świecie? Odpowiedź jest bardzo prosta – Przez szacunek dla wszelkiego stworzenia. Nawet takiego niewyobrażalnie złego. Do – stworzenia – nie jego czynów. A dlaczego Pan Bóg pozwala na wszelkie kataklizmy, wojny, zbrodnie, głód itp. W pewnym sensie – z tej samej przyczyny. Gdyby zaczął ingerować w ludzkie życie, to dopiero by było. Każdy by chciał, żeby zaingerował po jego myśli. Wtedy byłoby jeszcze gorzej. Istna zadyma na świecie. – Panie Boże, moja sąsiadka, wrzeszczy za oknem. Proszę, ucisz ją. Pan Bóg zionie ogniem. Ze sąsiadki zostaje kupka popiołu. – Dzięki ci Boże, ale dlaczego pobrudziłeś mój trawnik popiołem? Po chwili, nie ma popiołu. – Boże! Jak mogłeś. Jestem chrześcijanką. Co z pogrzebem? A co się włoży do urny? Itd… Jest wiadomą sprawą, że biała mokra szmatka, jest ciemniejsza – chociaż woda jest przezroczysta. Podobnie jest z ludźmi. Niektórym się wydaje, że swój rozum przeskoczyli. Rozum można przeskoczyć, ale tylko cudzy, jak się komuś głowę utnie i położy przed swoimi nogami. Ale swojego się nie przeskoczy. Nie mądry ten, któremu się wydaje, że wszystko wie – tylko ten – który wie, że wszystkiego – nie wie. Przyznać się do popełnionej głupoty, jest wielką mądrością. A zaletą – przyznać się do wad. Biada człekowi, który błędów nie popełnia. Nie ma się na czym uczyć. Po naszej śmierci – albo jest drugie życie – albo nie ma. Znikniemy absolutnie – albo nie. Jeżeli – znikniemy – to wszystko jedno – czy ktoś wierzył – czy nie. Jeżeli nie znikniemy – to już wtedy będzie miało znaczenie – cośmy w tym życiu „nabroili” Staniemy przed naszym Stwórcą – jak komputer stoi przed nami – i będziemy potulnie czekać – co z nami zrobi. Czy dobro – po „stokroć” wynagrodzi, czy też zło – po „stokroć” - ukarze. Oczywiście może być „mieszanka” - czyli – „poczekalnia” A ci wszyscy, co cierpieli nie ze swojej winy, będą mieć to odpowiednio po „stokroć’ wynagrodzone – na zawsze – bez końca. Jeżeli Stwórca istnieje, to my nie znamy, całego Jego Zamysłu. Jedynie – kroplę – z morza wiedzy. A poza tym, będziemy sądzeni, nie tyle ze swoich uczynków, ale przede wszystkim z prawdziwych motywacji, które nami kierowały, a do których - my ludzie - zazwyczaj nie mamy dostępu – i osądzamy innych – połowicznie. Wyobraźmy sobie, że ocenia człowieka – komputer – dla którego, jego właściciel jest bogiem. Mógłby nas ocenić, jedynie na podstawie własnej wiedzy. Np: jak szybko liczymy, wgrywamy i przetwarzamy informacje itp. Ale nasze odczucia, tęsknoty, miłość, zawiść, zło, dobro itp... – nawet by nie wiedział, że takie twory istnieją. Podobnie dzieje się wtedy, gdy oceniamy Boga. Też wszystkiego nie wiemy. A zatem nasza ocena, będzie zawsze – chybiona. To co było dla nas dobre a co złe – to się dopiero okaże, po naszej śmierci. Albo się – nie okaże. Bo nic nie będzie. Nie wiem, czy piszę słusznie – czy ino - głupoty. Mój rozum tak daleko nie sięga. To tylko takie moje – tego tam. Pan Bóg – raczej bardziej szanuje tych, którzy z przekonania – w Niego nie wierzą i pragną dobra ludzkości, niż tych – którzy wierzą – ale żyją jak żyją. Jeżeli ktoś naprawdę – nie wierzy – to nie powinien chodzić do kościoła, nie powinien świętować w dni świąteczne – tylko pracować – bo dla niego to żadne święto, nie powinien też zasiadać do Wieczerzy wigilijnej – bo ona jest na pamiątkę narodzenia Boga, oraz powinien w Środę popielcową i Wielki piątek – wcinać mięso. To znaczy być - „zimnym’’ lub „gorącym”. Konsekwentnym. Skoro sądzi, że nie ma, żadnej Siły Wyższej, to żadne konsekwencje mu z tego tytułu – nie grożą. A jeżeli Bóg istnieje, to chociaż będzie nas szanował za taką postawę. Co jest gorsze – zazdrość czy zawiść. Zazdrość może być budująca, jeżeli zazdrościmy komuś, gdy np: czyni dobro i chcemy go naśladować. Zawiść będzie zawsze podłą szmatą, gdyż pragniemy, żeby ten drugi, miał tak samo źle – jak ja. Krytyka jest potrzebna, pod warunkiem, że nie jest to sposób na - „dowartościowanie” swojego – ego. Ten drugi jest gorszym – to ja jestem tym lepszym. Dlatego też - często bywa - że dla ludzi naprawdę pewnych siebie, chwalenie kogoś, nie stanowi żadnego problemu. Nawet mają lepsze samopoczucie z tego powodu. Jeżeli wierzymy w Sąd Ostateczny, to tam będzie jedno wielkie zdziwienie. A na pewno niektórzy będą się dziwić. To ja, taki dobry człowiek, co codziennie w kościele byłem, często się modliłem itp..mam teraz czekać w „poczekalni’’ a mój sąsiad łachudra, który bluzgał gębą na prawo i lewo itp... – wchodzi jako pierwszy do Królestwa Bożego. To nie przystoi Panie Boże. My tak naprawdę nie wiemy, jakim kryteriom oceny zostaniemy poddani – zakładając, że tak będzie. Bo tak naprawdę nie wiemy nic na pewno. Może o wszystkim będą decydować jakieś szczegóły z naszego życia, o których żeśmy dawno już zapomnieli. Dobre lub złe. Z tą Bożą ingerencją, może byś jednak różnie. A jeżeli – wychodząc z domu – skręciliśmy w prawo a nie w lewo – i przez to nam autko, dupki nie spłaszczyło. Może po prostu, czasem On nam życie ratuje, tylko o tym nie wiemy. A może nie. Tego się raczej nigdy nie dowiemy. Nie można wyobrazić sobie czegoś, czego się nigdy nie widziało. (Zawsze ów obiekt będzie się składał ze składowych, które już my kiedyś widzieli) Chyba, że własną głupotę - {też się jej nie widzi, ale czasami przeszkadza – jeżeli nie właścicielowi – to innym} - jeżeli człowiek jest samokrytyczny. Jedno jest pewne – albo się dowiemy, jak tam jest – albo się nie dowiemy – tylko „znikniemy” – będąc częścią wszechświata – i niczym więcej. Rozpłyniemy się w gwiazdach. W końcu powstanie nowa mgławica – Gwiazdoludy A czy wszechświat kiedyś zniknie – tak zupełnie? A może będziemy mieć takie ciała, które umożliwią nam szybowanie w kosmosie – z dowolną prędkością – i wreszcie sobie dokładnie obejrzymy, co musiało być: zawsze lub powstać, żebyśmy - My – mogli zaistnieć. Co jest oczywiście – trochę nielogiczne. Raczej – sf. W tym zakresie rozważań – wszystko zależy od naszej – niestety ograniczonej – wyobraźni. A może istnieją inne wszechświaty – z innymi prawami fizyki np. Znowu – sf. Przestaję zanudzać:)
-
Prozowiersz
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Może faktycznie, człek nie ma aż tak pojemnej wyobraźni, by mógł zawsze przewidzieć, jaki mu widok życie zgotuje. I tak dobrze, że nie mamy żelaznych szczęk. Gdyby spadła na stopę ( naszą - bo jak na cudzą, to pół biedy), to byśmy na długo, to zdziwienie zapamiętali:)) -
Zegar w tarczy zegara klucz nakręca w proch obraca a gong uśpiony śni pierwszą godzinę by szare figurki szarym świtem budzić przez chwilę Dla Zwrotki piszę ciebie zwrotko w tych najprostszych słowach chciałbym coś miłego tobie wierszem dodać lecz poeta ze mnie jak z diabła aniołek nie będę cię męczyć już zamilknąć wolę ~ biedny mój dziwaku jam nie smutna wcale inni mnie olali ty choć napisałeś
-
Prozowiersz
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota . Dzięki:) Osobiście, wolę powidła z węgierek... ale cóż... gusta są różne:)) Mnie już nic nie dziwi:)→Pozdrawiam:) -
? ? ? ? biegną świnki do koryta zamieszania robią w bród każdy ryjek jest zawzięty finał marzeń blisko już jedna z byka chrząka groźnie inna sru i puszcza pawia waśnie ogon usztywniają wielokrotność też się zdarza wiele szynek pogniecionych bo się pchają wciąż na hama są też ładne i ładniejsze chociaż lecą tak od rana tam z golonki kość wystaje skórę przebił cudzy kotlet kwiczą tupią raciczkami głośniej z tyłu bo markotne wyścig trwałby długo jeszcze do tej bramy każda chętna lecz przed wejściem przegapiły wielki napis rzeźnia miejska no i metka czas się skończył to już żaden wątek nowy wyłapano wszystkie do cna przerobiono na wyroby ? ? ? ?? ? setki biegną nowych świnek do krainy szczęśliwości zakład świetnie prosperuje nie ogłosi upadłości
-
Zima tego roku jest długa i mroźna. Śnieg pada często i obficie. Białe kołderki uplecione ze śnieżynek tulą świat, niczym kochająca matka, latorośle do snu. Jednak po chwili są twardą narzutą. Trudno uwierzyć, że coś zdoła je przebić. Komendant obozu, z żoną i siedmioletnim synkiem, mieszka blisko obowiązków. Myśli pragmatycznie. Nie musi wcześnie wstawać, żeby zdążyć do pracy. Wigilia. Szczególny dzień dla rodziny. Pociecha pragnie pozjeżdżać na sankach. – Tatusiu... ale biała, ogromiasta góra. Mogę? – Jawohl, Swastuś! * Dziecko leży nadziane na zamarzniętą rękę trupa. Szkarłatna plama, chrupiąca w dotyku, jest jego poduszką. Myśli komendanta są ciemniejsze niż dym z komina.
-
––//–– powiedzieć to za mało gdy serce jest stęsknione a gesty bezpowrotnie zniknęły w tamtym dniu ty stoisz w białej sukni onieśmielasz swą bielą pragnę usłyszeć gdy mówisz mi widzę stąd ciebie naprawdę wierzę w to że jesteś ze mną tu nie znikniesz nagle znów a jeśli to powrócisz razem ze mną do krainy snu * to wcale nie tak dobrze być z kimś przez wiele lat dzielić wspólne chwile przeżywać jak się da chociaż cię dostrzegam przede mną właśnie tu pragnę słyszeć gdy mówisz mi widzę ciebie stąd naprawdę wierzę w to że w innym świecie jesteś tam spotkamy się kiedyś znów w krainie lepszej bez rozstania w bielszym cieniu białych dróg
-
Prozowiersz
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@iwonaroma Dzięki:) Jestem cały taki... przekombinowany:)) Oczywiście, że→miej→Dzięki też:) Pozdrawiam:) -
Lej po bombie → Miniaturki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@Krakelura Dzięki:)→A ja ogólnie słodkie:))→Pozdrawiam:) -
Takie sobie głupotki. Coś mnie kiedyś napadło. – Co słychać sędzio? – No cóż. Karnawał. * – Kochanie, zobacz! Lej po bombie! – Za późno. Poszedłem w krzaki. * – Chcesz piwo? – Jasne! * – Starowinka chce. – Co? – Przecież rzekłam: kto i co. * – Proszę się rozebrać. – Z odzienia czy na części? * – Patrzę na drzewo i pytam: osika czy jakieś inne? – Podniósł łapę. To osika. * – Mój ojciec służył w marynarce. – A mój w podkoszulce. * – Po cholerę położyłeś materac na chodnik? – Moja babcia robi na drutach. * – Chętnie bym się napił jednego. – Już pędzę. * – Wy dwaj! Co tam robicie? – Chcemy sprawdzić, czy para poruszy parowóz. * – Co słychać pilocie. Jak tam wasz przelot? – Nie narzekam. Defekuję bez problemu. * – Najciemniejszy Lucyferze, Panie nasz. Mamy go wpuścić? – Oczywiście! I bierzcie przykład z niego, a nie ze mnie. * – No wiesz… my elektrycy musimy się wspierać. – Będziemy w kontakcie. * – Spłuczko kochana, pożyczysz mi trochę kasy? – Przykro mi. Jestem całkiem spłukana. * – Co mamy z tym zrobić? – Psu na budę to wszystko. – Nie zmieści się. * – Nie wygodnie mi w tej zbroi. – Niedługo ci zdejmą. Musisz się uzbroić w cierpliwość. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ miał kamieni kupę wszystkich nimi rzucał teraz w bramie raju z Piotrem się wykłóca * spał on w złotym łożu pragnął jeszcze lepsze teraz leży w trumnie śmierć kosą go łechce * pożerał karmelki przez szybę grubą twarz ma pociętą krew leci strugą * chciał uszczęśliwiać ludzi na siłę ale mu mordę obili za chwilę * usiadł chłop na jeżu chociaż mógł na desce kolec jajka przebił czy może on jeszcze * śpiewał tak jak chcieli pragnął zająć stołek pomylił piosenkę zatłukli pierdołę * nie płacz nad rozlanym mlekiem kiedy krowa zdycha * przepuść mózg przez wyżymaczkę przestaniesz się martwić pozbędziesz się fałd * przypalaj ego aż się zrumieni a gdy ostygnie to się odmienisz * widziałem stado takie samotne
-
@Konrad Koper Dzięki:) →Jeżeli to ocena, to zaiste stanowczo zawyżona:) →Pozdrawiam:)
-
Niepokoi mnie ciche chrobotanie i jakieś dziwne szeleszczące dźwięki. Jest środek nocy. Migoczący neon za oknem, rozświetla co chwila bałagan w pokoju, swoim kolorowym, przytłumionym blaskiem. Wczoraj byłem wnerwiony. Nie ważne na co i z jakiej przyczyny. Tak zupełnie na całego. Teraz odczuwam niepokojący spokój. Dlaczego – myślę sobie. Skąd ta nagła zmiana. Jeszcze niedawno, meble bym najchętniej potrzaskał i każdego, kto by do mnie przyszedł. Skąd dochodzą te odgłosy. Jakby jakieś pomrukiwanie, drapanie, wściekłe popiskiwania. To na pewno szczur siedzi gdzieś w kącie. Tylko w którym? U mnie jak zwykle: artystyczny nieład. Zwierciadło mojej psychiki. Dziwne jest dla mnie to, że wcale nie mam ochoty przeistoczyć się w mordercę szczura. Może jedynie wygonić lub ogon odciąć. Co ze mną? Dlaczego myślę tak łagodnie. Jestem zaspany, a zatem wolno dochodzę do wniosku, że to całe chrobotanie dobiega z wnętrza szafy. Ze środkowej zamkniętej półki. Wiem na pewno, że tam nic nie ma. Wczoraj wnerwiony wszystko wywaliłem. Pamiętam tylko, że później odczułem dziwny, błogi spokój, jakby mi nieboszczykiem przywalono. No nic, myślę sobie: wstawaj wariacie i sprawdź, co tam w środku siedzi i jak wlazło przez zamknięte drzwi. Wstaje. Włączam po omacku: „Brain damage’’ Pink Floyd. Moją ulubioną staroć. Mam tylko jedną wgraną na rozbudzenie. Pomyłka wykluczona. Zapalam lampkę na stoliku, ciągnąc za dyndający ogonek. Po drodze tę na suficie. Goła żarówka, lekko drga od moich kroków, w okowach koronkowej pajęczyny. Ogłupiały pająk, fajczy odwłok na gorącym szkle. Mam jeden papeć na nodze. Drugi pilnuje łóżka. Jest zbyt cenne, żeby je zostawiać bez ochrony. Światło neonu, co chwila rozświetla zamkniętą szafę, notorycznym mruganiem. Też zaczynam mrugać, żeby było mi raźniej w tej rannej sytuacji. Podchodzę bliżej. Hałas wewnątrz taki, jakby diabli nowych klientów w kotłach gotowali. Bieganina z kąta w kąt. Nawet drzwi, co jakiś czas się ruszają, uderzane od wewnątrz. Co jest do cholery. Teraz trochę spokojniej. Nagranie się nagle urywa, jakby strzała trafiła w serce muzyki. Cholerny sprzęt. Powolutku otwieram. Nagle cisza. Zupełna. Zamykam. Znowu słyszę jakieś szuranie. Powtórnie otwieram. Cisza w pustej półce. Co mam robić? Włożyć tam rękę? Jasne, że tak! Czego się bać. Mam drugą w zapasie, gdyby co. To po prostu halucynacje słuchowe. To wszystko. Chyba jednak nie. Przykładam dłoń do drzwi. Czuję, że się wybrzuszają co jakiś czas. Ale nic nie słyszę. Wkładam rękę. Nic. No to wkładam drugą. Nagle coś po niej przebiega. Wyraźnie czuje wspomnienie szpiczastych nóżek. Nie wiem ile, bo za szybko przemknęły. Po drugiej też. Bez żadnego odgłosu. Nie wiem co, bo nic nie dostrzegam. Żadnego stworzenia lub czegoś tam. Myślę sobie: rąk nie cofnę. Zobaczę co będzie. Dłuższy czas nic się nie dzieje. Słyszę jedynie tykanie zegara i śpiew ptaszka za oknem. Zaczyna świtać mi w głowie, że coś jest nie tak. Nagle z prawej strony półki, dobiega przeraźliwy wściekły dźwięk. Moje dłonie momentalnie zostają pogryzione. Widzę gołe kości. Wyje jak porąbany pień. Nie mogę ich cofnąć. Te stworzenia są bardzo silne. Mam wrażenie, że wydłużyły część swoich zębów, by związać moje dłonie, a ich końcówki przyszpilić do półki. Nie mogę namacać jak wyglądają, bo mam ręce zajęte. Dalej, wyżej na szczęście nie włażą. A może jednak… w inny sposób. Nadal ich nie widzę. Tylko odczuwam straszliwy ból. Neon monotonnie mruga, leniwie oświetlając całą sytuacje, zaspanym światłem. Ma głęboko gdzieś moje cierpienie. Robi swoje. Został do tego zbudowany, by migać i wnerwiać porządnych ludzi nad ranem. Nagle wszystko ustaje. Jakby się nic nie wydarzyło. Moje dłonie wyglądają urokliwie dla mięsożerców. Kapie z nich krew, jak woda z kranu. Odłamek kości stuknął właśnie o półkę. Zwisają z nich strzępki skóry, jakby żółtawe motylki ktoś poprzyklejał. Jeden zaczyna krążyć wokół mojej głowy, niczym pieprzony, upierdliwy satelita. Czuje wilgotny podmuch. Łapię go resztą dłoni. Pragnę rzucić na wolne miejsce podłogi. Przylega do mokrej kości. Macham i macham. Wreszcie spada. Przydeptuję paskuda papciem. Czuje: sprężystą, śliską miękkość pod podeszwą. Wierci się. Nawet wykukuje spod papcia. Myśli cwaniak, że odleci. Jeszcze czego. Dociskam bardziej. Przestaje. Co mi tu będzie... coś ucieka w głąb szafy po moich rękach. A jednak wlazły wyżej, tylko na szczęście były najedzone. Nagle znowu jestem spokojny. Zamykam drzwi. Na rękach nic nie czuję, oprócz zimna. Zdjęto z nich część wilgotnej kołderki. Wtem słyszę w głowię coś w rodzaju słów: – Kiedy byłeś wściekły i wywalałeś wszystko z półki, twoje paskudne wredne myśli opuściły ciebie. Zostały w szafie. Przemieniły się w coś, na pograniczu: myśli i materii. Stały się niewidocznymi stworzeniami. Odwiedziły twoje rączki. Sam widziałeś z jakim skutkiem. – Nic nie widziałem. – Sorry. – To co mam robić, do diabła? – Akurat w twojej sytuacji diabeł jest niewinny. Ty sam. Tylko ty. Sposób jest banalny. Nie otwieraj szafy, wynieś ją na zewnątrz i spal. Oczywiście najpierw owiń dłonie, żebyś nie pobrudził dywanu. – Dywanu? – To taki żart. – Ale ona ciężka jest. – Zrób to. Będziesz miał siłę, ale musisz uwierzyć, że ją masz. – To wszystko? – Nie. – To znaczy? – Bardziej panuj nad swoimi emocjami, bo szaf nie starczy. Rozumiesz? – Ni w ząb. – To taka metafora. – Meta… co? – Pomyśl o zębach zwierzątek. – Nadal nie kumam. – To się wreszcie obudź. Bo głupiś i nie jarzysz. – Ale neon, co mnie oświetla, tak. – Co z tobą? Pogięło cię? – Nie. Ale pogryzło. – No właśnie. – Co właśnie? – No nie! Spadam z tej durnoty. – Może podejdę do łóżeczka. Będzie mniej bolało, gdy spadniesz. – Zamknij się wreszcie. Tylko nie w szafie. I zrób coś z tymi dłońmi! – Spoko. Wyschną. A skórka odrośnie. Moja krew!!! – Ciebie czegoś nauczyć, to jak zastrzelić wiatr.
-
≈•≈•≈•≈•≈•≈ kto tu król a kto błazen kto tu rządzi może razem? °• tam na dworze igrzysk korzec °• a lud patrzy i się wzrusza komu lwa komu całusa ≈•≈•≈•≈•≈•≈
-
Nachalne powtórzenia. to tak specjalnie:) ––//–– co tam takiego błyszczy w zakątku w świetle księżyca przy pniu wilgotnym od nocnej rosy – A gdzie? a tam w oddali na mchu zielonym czyżby duszek leśny zbłąkany – Duszek? a może to wróżka zbiera na wianek złociste kłosy – Wianek? no sam już nie wiem co myśleć o tym czyżby podejść nie lękać się bardzo – Lękać? sprawy przedziwnej tajemniczej co ciekawość naszą wzmaga – Ciekawość? a tak twoją i moją w kniejach tajemnych – Moją i twoją? w rzeczy samej przestań wątpić udam się w drogę nawet zakrzyknąć mogę lecz nie wierszem jak przed chwilą – Jam proza. Miej to na uwadze. przyszło mi wiedzieć co wzrokiem sięgam żałość w mej duszy oblicze swe chowa na gorycz rozłąki nam się szykować – Czyż mam słowa pociechy dodać? wierszem kończysz cieszy mnie bardzo lecz łzy mam w oczach – Choć duszę masz hardą dzięki za rym stapiamy się w jedno wszak za późno nawet wspomnienie zniknie nie jedno – Powtórzyłeś: jedno jest mi wszystko jedno – Mówże wreszcie co to? ależ mi smutno mówić trudno gardło pętlą żałości ściśnięte ty jeszcze nie wiesz na co patrzeć w udręce muszę – Proszę powiedz. Pozostań wierszem. co twoją duszę raczy roztrzęsieniem? – Tak... nie kryj się w ciszę... choć z tego co mówisz... – Nie chciałbym powiedzieć, a ty nie chcesz usłyszeć. – Ojejciu... dzięki za prozę... lecz powiedz... cóż z tego, że nie chcę. Niepewność wszak gorsza. Zechciej powiedzieć. tu spoczywa tekstu naszego zakończenie
-
Pᴏɪɴᴡᴀᴢʏᴊɴᴀ Rᴏᴢᴍᴏᴡᴀ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@Konrad Koper Dzięki:) No fakt, że z ciekawej. Może nawet zielono → kosmicznej:) @Lach Pustelnik Dzięki:)→W sumie przy śniadaniu i kolacji z przerwą na obiad, też można:) -
Uwięziony w Trumnie / Wrona Kostnicowa
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@jan_komułzykant Dzięki za przeczytanie fragmentui A już żywiłem głodne obawy, że wcale. Mogę spać spokojnie:)) -
Sઽ८ઽęśՆɿωע ƁóՆ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Kot →Dzięki z info:) -
Laleczka Grabarza
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Kot Dzięki:)→Lubie pisać różne teksty.Czasami bardzo przeciwstawne, w sensie treści i formy:)) Nie jestem stabilny:) Pozdrawiam:) -
Sઽ८ઽęśՆɿωע ƁóՆ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Kot Dzięki:) To dość dawny tekst, jeno zmodyfikowany. O jakie opowiadanie Lema chodzi? Bo bym zerknął chętnie. Pozdrawiam:) -
Uwięziony w Trumnie / Wrona Kostnicowa
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
To stało się nagle i niespodziewanie. Rach ciach i już. Żywe ciało ukochanej żony zostało na kanapie a jej mózg zepsuł telewizor, wyłączając wszystkie programy: lokalne, satelitarne i jakie tam jeszcze? Pojęcia nie mam. Na domiar złego zaczęła wygłaszać reklamy (jakby to ona była nadajnikiem) i je wyświetlać... jakoś inaczej... bardziej sugestywnie. Jedna z nich tak bardzo utknęła w moim mózgu - który na szczęście miałem przy sobie - że aż postanowiłem sprawić żonie radość, realizując... to co reklamą przekazała. Póki co nie miałem z nią za bardzo kontaktu. Przebywała w innym świecie. A reklama brzmiała: ''Przeżyj szczęśliwe chwile, w naszym drewnianym domku. Nie pożałujesz” Nie namyślając się za dużo, wtłaczam mój plan działania w ciemny tunel realizacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem większym szaleńcem od mojej żony, co to ma wdzięki na kanapie a mózg w telewizorze. Ale cóż poradzić. Miłość nie wybiera, tylko nakazuje. A przynajmniej mnie nakazała. Kilku zaufanych ludzi do tego angażuję w tym jednego grabarza. Mają trzymać gęby na kłódkę. Kiwają, że tak, że nie zawiodą. Kopiemy dziurę w ziemi, kładą mnie do trumny (sam nie wchodzę, żeby się wczuć w rolę) i po chwili jestem zakopany i jeszcze bardziej zakochany. Mam nadzieję, że plan się powiedzie. Komórkę też. Ze świecącą diodą, żebym wiedział, co wyprawiam, gdyż mi zupełnie odbiło. Odpowiednio się moszczę, żeby ciało miało wygodnie i postanawiam zadzwonić do żony (albo raczej do jej mózgu). Żywię antobawy, że odbierze rękami z kanapy i że chociaż trochę wróciła do realu. – Kochanie, to ty? Halo, tu ziemia. Widzę, że jakoś złapałaś telefon. Twój mózg działa jako tako? Możemy rozmawiać? – Skąd dzwonisz? Przyznaj się nicponiu! Czekam z kolacją. – Z kolacją? No dobra, mniejsza z tym. Dzwonię z trumny. – Z czego? Reklama mi odbiór zakłóca. Mów wyraźniej, a nie jak spod ziemi. – No z trumny. Zakopany jestem w rozkosznym domku. Pamiętasz reklamę, co mi przekazałaś. Chciałem ci sprawić uciechę... no wiesz... że posłuchałem... – Kpisz? – Ależ nie mój aniele! Robaki mi świadkami. Jestem metr pod ziemią. Tylko mam problem. Długo nie odbierałaś. Jakiś czas minął. Zaczynam się dusić. – Pobiegaj trochę. Nabierz powietrza. Co ona sobie wyobraża. Mam biegać w trumnie. To pomieszczenie jest do leżenia, a nie do biegania, od dziada do pradziada. Nie mogę tego zmieniać. Co by okoliczne nieboszczyki o mnie pomyślały? – Nic z tego kochanie. Ta bieżnia jest za krótka, a dach nad stadionem bardzo nisko. Zwołaj rodzinę. Niech mnie odkopią. – Kochanie! Ja mam mózg. Czyżbyś o tym zapomniał. Nie możemy cię odkopać. W świetle prawa, jesteś nieżywy. Leżysz w trumnie. To by była profanacja zwłok. – Co ty wygadujesz? Odłącz się wreszcie od telewizora. Tylko w głowie tobie miesza. Masz akt zgonu? Nie masz. A zatem jestem żywy. Przecież mówię do ciebie. – Kochanie! Uspokój się. Rodzina jest ze mną. Kuzyn prawnik prawi, że wystarczy uzyskać pozwolenie na ekshumacje zwłok… – Jakich zwłok? Duszno mi. Ubranie klei się do wieka. – To się połóż na brzuchu i pomyśl o drugiej stronie działającego odkurzacza. Od razu poczujesz się lepiej. No tak. Rodzina się zebrała i zamiast odłączyć ją od telewizora, to mnie mają za wariata. A ja tylko chciałem sprawić żonie trochę radości. I bądź tu człowieku dobry. Doprawdy… zaczynam tracić wiarę w ludzi. – Nie gadaj głupot. Słyszę pukanie z dwóch stron. – A widzisz. Spokój zakłócasz. Nie mogą się nawet spokojnie rozkładać. A może to robaki stukają, bo chcą cię odwiedzić. Obiad zjeść. Oglądałeś film: „Wstrząsy’’? – To ja za chwilę będę się rozkładać i wstrząsać ze strachu. – Kochanie. Za chwilę zwariuję. Z jednej strony słyszę reklamy, a z drugiej ciebie jak zza grobu. – To już nie gadasz reklam? – Nie. Powrócił na kanapę. Wszedł we mnie cały. – Kto? To ja ciebie kocham do grobowej deski, a ty mnie zdradzasz przed zepsutym telewizorem? – Już nie jest zepsuty. Znowu gada głupoty. Mózg wszedł do czaszki. Jestem powtórnie cała na kanapie. – A rodzina? Nie przestraszyła się, gdy uchylał kopułkę? – Jestem już sama. – Aaa... rozumiem. Po jakimś czasie. – Nie mogłem się do ciebie dodzwonić. – Życie sobie ułożyłam na nowo. Ty i tak przesiąkłeś trupami. – Jak możesz tak mówić. Ledwo zipie. A poza tym bateryjkę mam na wyczerpaniu. – A widzisz! Nie wiedziałam, że miałeś rozrusznik. Oszukałeś mnie. I po co to tobie wszystko. Nic dziwnego, że tam się znalazłeś. Za karę. – Za jaką karę? Chciałem dla twojego dobra! Od komórki zasilanie przecież...niedługo mnie ciemność ogarnie. Słyszę stukanie ze wszystkich stron. – To rodzina. – Aż tylu już nie ma wśród nas? Nie wiedziałem. Z twojej strony, czy z mojej? – Żywa rodzina. Żartowałam, z tym... ułożeniem życia. Chciałam sprawdzić, czy jesteś zazdrosny. – Oczywiście... widzę światło w tunelu... i gębę grabarza. Też z rodziny? – Nie. Tylko dorabia do emerytury. – Cholera... nasi!!! Znowu po jakimś czasie. – Kochanie! Przepraszam. To nie był dobry pomysł. – Z tym moim mózgiem, też nie za bardzo. Aczkolwiek to nie zależało ode mnie. – Będzie mi brakować tych reklam, w twoim wydaniu. – Pamiętam jeszcze jedną. Też fajna. – Powiedz... proszę... tyle radości chciałbym tobie sprawić. Tak cię kocham. – Dosyć się ubawiłam. Mam łzy w oczach. Dzięki. – Powiedz... błagam! ???Tylko w naszej trumnie przeżyjesz wspaniałe chwile??? WRONA KOSTNICOWA Wrona otwiera oczy. Jest w kostnicy. Widocznie ktoś ją tutaj zamknął przez pomyłkę. W bladym świetle księżyca, wpadającym przez niewielki witraż, przedstawiający obraz ślicznego aniołka z poderżniętym gardłem, mało co wokół dostrzega. Siedzi na plamie pośmiertnej, dość tęgiego – jeszcze – trupa. Leży w otwartej trumnie. Wieko oparte o ścianę, sprawia wrażenie płaszcza, ze stężeniem pośmiertnym. Najedzona i pełna sił, doznaje powolnego przeistoczenia. Nie tylko coraz większa, ale też mądrzejsza. Za chwilę uświadomi sobie, że ona to ona. Tak niewiele już brakuje. W nocy wyszarpywała śmierci, smakowite martwe kawałki. Wyjadała gałki oczne oraz zachowany miód w uszach. Trochę zakleił dziób, ale obmyła w zielonkawej mazi. Pazury ślizgały się po odsłoniętych żebrach. Traciła raz po raz równowagę, zagłębiając ciało w zwłokach. Po przebudzeniu, nadal jest głodna. Za chwilę rozerwie jamę brzuszną, rozcinając pazurami skórę i zacznie szukać w ponętnych wnętrznościach, najlepszych kąsków. Najbardziej miękkich i soczystych. Jakby skruszały specjalnie dla niej. Nie musi za bardzo nadwerężać dzioba. O twarde włosy na sinej głowie, ociera ciężkie, od zlepionych piór, skrzydła. Ma poczucie, jakby wyostrzenia przyszłych lotów, w gronie innych wron, które będą wykonywać rozkazy władczyni. Rozszerza trupią szczękę. Uderza dziobem o żółtawe zęby. Dźwięczny odgłos stukania, oblepia ściany martwym echem, dodając wiary, że wszystko pofrunie po jej myśli. Ostatnie kilka kęsów smakowitego mięsa, a może nawet głowę, zdąży obdziobać ze skóry. Do gołej czaszki. By sobie wyobrazić, co będzie robić z ludźmi i jak będą później wyglądać, jako pożywne zwłoki. To przecież najokrutniejsze drapieżniki. Wydłubuje nieduże połacie miękkiego tłuszczu. Zwisa po bokach dzioba. Nie musi się martwić. Dużo tego. Właśnie teraz, w tym momencie, w bladym świetle księżyca, uświadamia sobie w całej pełni, własną tożsamość. A ponadto zwiększa swój rozmiar. Rozpiętość czarnych skrzydeł, oklejonych rozmazanymi częściami rozkładu, ma około jednego metra. A cały czas rosną. Podfruwa do okna. Trochę trudno, bo skrzydła ciężkie, oklejone także kurzem. Spada z nich coś na zimną posadzkę. Kawałek szarej kości. Rozwala dziobem sukienkę niewinnego aniołka, niszcząc witraż. Dziwnym zrządzeniem losu, zyskuje nieśmiertelność. Siedzi na parapecie, na tle srebenej tarczy. Połowa ciała jest wewnątrz, a druga już na zewnątrz. Spowita trupim rozkładem, przylepionym do skrzydeł. W ciszy cmentarza, krakanie brzmi niesamowicie. Głośniejsze i bardziej mordercze. Wzbija się do lotu. Leci w upragnionym kierunku. Zewsząd słyszy znajome dźwięki i szum tysięcy skrzydeł. Przylatują następne, posłuszne nakazowi. Nie takie duże, ale odtąd na zawsze wierne, by nie była osamotniona, w swojej słusznej misji. Szybuje nisko nad grobami, między poddańczym szpalerem, chłonąc w czarne pióra motywujący widok. Tym bardziej, że niedługo mogił przybędzie. Już ona tego dopilnuje. Ciemna chmura zasłania świt nad miasteczkiem. Niektóre koszmarne sny, staną się rzeczywistością... -
@jan_komułzykant "Osiedlowe Koło Zamachowe" → zaiste zacny dualizm. Zamachowe postępu... lub inne, tyczące relacji międzyludzkich:) U nas w miasteczku na rynku jest takie krzesełko, ale cóż.. to już nie ta realizacja tradycji co kiedyś:)) @Krakelura To fajnie, że fajny tytułu. Dzięki z tego tytułu ślę:)
-
@jan_komułzykant Rzeczywiście. Tytuł sielsko - anielski. Chciałem dać→Krzesełko →ale byłby za bardzo... nachalny. Prawie jak reklama. Dlatego złagodziłem przekaz:) @Krakelura No to fajnie. Dzięki. Jak już wspomniałem wyżej, z tytułem miałem nie lada problem:)
-
Niestabilny rytm jest zamierzony. To taka metafora czegoś. ?~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠ ? maszynka do mielenia mięsa zdobiona płaskorzeźbami trzewi kładę kwiatka do wazonu a dłoń w aluminiowy świat me życie odmieni muzyka płynie delikatnie niczym krew po żyletce kapie kropelkami szkarłatnych nut zaczynam kręcić chętnie balsam bólu ściera opuszki palców chłonie naskórek linie papilarne pieści ślimaczek wiruje wesoło w takt muzyki metalowe ciało czerwienią znaczę miękkie brzmienie muzyki cudownie współgra z odgłosami miażdżonych kości za oknem słoneczko świeci śpiewają ptaszęta strumyczek tuli rybki płynną woalką krew tworzy freski na sklepieniu kulistego wnętrza jeszcze szybciej upojne wrzaski chłonie puchowa poduszeczka ciepły wiosenny wietrzyk kołysze zaplątaną migoczącą przeszłość wiewa leciutko delikatną koronkową zasłonką na świat wychodzi pierwszy odłamek paznokcia spoziera na słonko zwiększam szybkość wirowania z przednich dziurek wyciska się trochę mnie najpierw po trochu lecz za chwilę gęsta galaretka frywolnymi warkoczykami biel talerzyka cudownie plami malusieńkie odrobinki kości dźwięczą cichutko jak dzwoneczki na zabłąkanej owieczce nadal płynę tych miłych doznań łódką kręcę wytrwale ból łamanych kostek to balsam prawdziwy niczym mroźne kryształki lodu na upalnej plaży jam prawie w niebie mnie to nie dziwi które chłodzą umysł na upalnej plaży już prawie cała wilgotna dłoń mlaska po drugiej stronie rześko prostokątne niebo błękitem maluje horyzont w mej duszy jasno nie ciemno odsuwam talerzyk na świeżo wypranym obrusie między szpalerem wydzierganych listków powstaje patriotyczny obraz dwa kolory biały i mięsno – czerwony to jeszcze bardziej zwiększa ekstremalne wspaniałe wilgotne odczucia paluszków gniecionych lecz pomału popadam w rozpacz moja dłoń dobiega końca smutek ogarnia otchłań żalu za chwilę będzie po wszystkim poczuję paskudną ulgę jak brak słońca ostatnie mlaśnięcie zapchany wianuszek dziurek ten piękny różany blask niczym kwiaty w wazonie dobrze dobrałem kolor niestety to koniec oblepiony ślimaczek ledwo co widzi biedactwo przez gęstą maź jest mi doprawdy przykro ból minął dużo za wcześnie niestety a szkoda to bardzo bolesne gdy wspomnę te rozkoszne doznania z chwil minionych to igiełki łez źrenic przebijają gładź cierpię z tego powodu nie pierwszy już raz ale cóż nie każde szczęśliwe cierpienie może wiecznie trwać przez okno wlatuje mały ptaszek wesoło ćwierka za oknem białe chmurki szczęśliwe chcą mi uśmiech podarować niestety włożyć drugiej dłoni nie mogę nie miałbym czym kręcić a szkoda z kikuta podlewam kwiatka tak ładnie pachnie bólem nic dziwnego wiosna za oknem tylko wierzby płaczą samotne na łące białe motyle siadają na witkach szumią skrzydełkami pocieszające pieśni tylko ja siedzę smutny w kącie muszę jakoś jedną dłonią umyć maszynkę i nakarmić kotka a drugą owinąć chusteczką haftowaną bo zachlapię czystą podłogę wykładzinę całą jeżeli zdążę ale warto było dla takich przeżyć aż trudno w to szczęście uwierzyć ptaszek wylatuje śpiewać światu balladę o moim szczęściu no chyba… że włożę stopę nie tracę nadziei tylko logistycznie może być problem chociaż ktoś może zerknąć jak na idiotę w sumie mógłbym drugą dłoń włożyć to mnie nęci no ale łatwiej ręką niż nogą kręcić ~͜͠~͜͠~͜͠ ? ~͜͠~͜͠~͜͠ ~͜͠~͜͠ ~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠ ~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠ ? ~͜͠~͜͠~͜ ~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠ ~͜͠~͜͠ ? ~͜͠~͜͠~͜͠~͜͠~͜