Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'przemoc' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 9 wyników

  1. Prolog Marihuana, kokaina, LSD, MDMA, opioidy. Narkotyki to twór diabła. Odbiorą ci zdrowie, pieniądze i rodzinę, zanim się obejrzysz. Będziesz wynosić drogocenne rzeczy z domu, by zastawić je w lombardzie, okradać własną matkę z ostatnich dwudziestu złotych, żebrać na ulicy lub sprzedawać swoje ciało. Wszystko, byleby mieć na kolejną działkę. Whitney Houston, Jimi Hendrix, Monroe, Elvis, Rysiek Riedel. A ileż to więcej było zgonów, co stanowić mogą najlepszy dowód na niszczycielską siłę dragów. Ale gdyby nie one, świat mógłby nie poznać wielu znakomitych dzieł. Ileż to genialnych akordów skomponował Keith Richards dla The Rolling Stones, będąc w innym stanie świadomości? Czy Nirvana wspięłaby się na szczyt, gdyby nie heroinowy nałóg Cobaina? Witkacy, Tamara Łempicka, Picasso, John Lennon; można by przedłużać tę listę i przedłużać, a końca nie byłoby widać. Wszyscy oni tworzyli po paleniu, wciąganiu, wstrzykiwaniu. Poszerzali swoje spojrzenia. Widzieli i słyszeli rzeczy niedostępne dla trzeźwego, przytomnego człowieka. Znali wszystkie zalety narkotyków. Wykorzystali je, by tworzyć dzieła znane do dziś całemu światu. Wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko znać umiar, mówiła do siebie Agnes za każdym razem, kiedy kolejna kreska znajdowała swój koniec w jej nosie. Przekonywała się, że wtedy może najwięcej, nic nie musi, nie potrzebuje nikogo. Akt pierwszy Siew I Prąd - Wysiadaj. No już! - Nigdzie nie idę, pada. - No idź! Dorota wciska towarzyszce w rękę banknot pięćdziesięciozłotowy. Ciężkie krople deszczu bębnią o szyby. Taksówkarz spogląda na nie w tafli wewnętrznego lusterka. Niecierpliwi się. - Dlaczego ja? To ty chciałaś tu przyjechać! – zauważa Agnes, chociaż jej prawa dłoń wędruje już w kierunku klamki. - Proszę, możesz pójść ty? – powtarza Dorota. Proszę - to słowo, któremu Agnes najtrudniej jest się sprzeciwić. Dziewczyna wzdycha. - No dobra. Wygrałaś – nie czeka na odpowiedź nowej koleżanki. Wysiada z taksówki i biegnie. Zielono-czerwony neonowy szyld supermarketu nie oświetla ulicy z taką dokładnością, jaką chciałoby się od niego wymagać. Cały parking skrył się w ciemnościach. Agnes wytęża wzrok. Bez okularów niedowidzi jak staruszka. Powinna zacząć je w końcu nosić. Chociażby w domu, żeby nie pogłębiać wady. Oko wychwytuje ruch. Pod murem. Ktoś idzie w jej stronę. Wysoki. Prawie dwa metry. W kapturze. Szczupły i wyprostowany. Z rękami w kieszeniach. Na jego twarz pada cień. Jej serce zaczyna bić szybciej; oddech jakby ktoś położył cegłę na klatkę piersiową. Dłonie robią się mokre, nie od deszczu. Przekłada banknot za plecami z ręki do ręki, by nie zamókł. Mężczyzna zatrzymuje się kilka kroków od niej. Krótkie „cześć” na przywitanie. Wygląda jak ktoś, kto mógłby zrobić jej krzywdę, jak ci wszyscy obleśni faceci, którzy gwiżdżą za nią na ulicy lub krzyczą niesmaczne, wątpliwej wartości komplementy z odsuniętych szyb samochodów. Wymieniają się tym, co trzymają. Przez krótszą niż mrugnięcie oka chwilę ich palce stykają się ze sobą. Prąd przechodzi przez nią aż do łokcia. - Dzięki. Na razie. – rzuca na odchodne i prawie truchtem wraca do taksówki. Facet chyba coś jeszcze do niej mówi, a może to wiatr szepcze coś do deszczu, który z nagła zaczyna padać mocniej. Agnes nie odwraca się. Trzaska drzwiami. Taksówkarz stuka w nerwach palcami o kierownicę. Liczby na liczniku rosną. - Pod Carrefour – prosi Dorota. Silnik się odpala. Ruszają. Taksówka, opel astra z klockami hamulcowymi do wymiany i prawie łysymi oponami parkuje pod supermarketem. Płacą blisko pięć dych za dziesięć kilometrów. Biegną do łazienki. Przepychają się w drzwiach. Ściskają się w kabinie, zamykają drzwi na klucz. Jest im ciasno. Obie są przysadziste, szerokie w ramionach. Agnes wyjmuje z kieszeni woreczek z białymi kamykami. Przez całą drogę memlała go w palcach, aby przypadkiem nie wypadł. W portfelu znajduje kartę bankomatową i banknot. Trochę wzdryga się na myśl, w ilu to nozdrzach musiał być rulon z tej właśnie dwudziestki. Przynajmniej nie dycha. Nie będzie biedy. Dorota kruszy kryształy na proch, Agnes zwija dwadzieścia złotych. Pierwsza kreska znika w no sie Doroty, drugą wciąga Agnes. Piecze w zatokach. Uciska w głowie, jakby założyła za ciasną czapkę. Gorzki posmak w gardle, zgaga. Tachykardia. Nie ma żadnej błogości, tylko strach przed zawałem. Czeka dwie minuty. Próbuje patrzeć w jeden punkt, lecz oczy same zmieniają swoje położenie. Szczęki się zaciskają. Ale nie umiera. Jest dobrze, ciśnienie w normie. I nagle cały świat pozostaje gdzieś w tyle, codzienność przestaje istnieć. Liczy się tylko ten stan. Wychodzą przed sklep. Lodowate krople siekają ich twarze, ostrza maleńkich noży. Co dalej?, pytają się siebie równocześnie. Nie mają żadnego planu. Dorota wyciąga telefon, przegląda kontakty. Wybiera jakiś numer. - Halo, Daniel? Gdzie jesteś? Masz czas? A możesz przyjechać do Ciernic? - Idź w moją stronę - słychać z drugiej strony słuchawki. - Co ty na to? – zwraca się do niej Dorota. Agnes sprawdza godzinę. Dwudziesta pierwsza. Noc jeszcze młoda. - Jasne. Możemy iść. – wzrusza ramionami. Ma mnóstwo energii. Ale jest jej zimno. Cienka bluzeczka i sztuczne futro. Na dworze minus dwa i nieprzerwana ulewa. Karol mieszka w pobliżu. Poprosi go o bluzę. Na pewno nie odmówi. Pisze sms. Zaraz dostaje odpowiedź. - Zimno mi. Muszę wziąć bluzę od Karola – oznajmia Dorocie. - Mieszka przy basenie, nie? – Agnes kiwa głową. – To chodź, i tak mamy po drodze. Poznały się dwie godziny temu dzięki wspólnej znajomej. Z Dorotą od razu złapały kontakt. Dzieliły się wiśniówką, piły z gwinta we trzy, z Amelią. Po trzech łykach zniknęła połowa flaszki. Pojechały do wsi obok, do faceta, którego Amelia nazywała „kumplem”. Pili wódkę, brali amfetaminę. Marcel – ten „kumpel” – szczerząc po prostacku brakujące uzębienie, twierdził że to kokaina. Dziewczyny popatrzyły wtedy po sobie, starały się nie zaśmiać. Śmierdziało jak zwykła fuga. Agnes bawiła się ze szczeniakiem nazwanym Krówką ze względu na jego sierść w biało-czarne łaty. Siedziała blisko Doroty, żeby nie musiała przekrzykiwać wulgarnego rapu puszczonego przez Marcela na laptopie. Kiedy wódka się skończyła, Agnes z Dorotą zgłosiły się na ochotniczki, by pójść do sklepu. Wyszły z domu Marcela, wsiadły w taksę i już nie wróciły. Nic o sobie nie wiedziały, nie poznały nawet swoich nazwisk. Ale to właśnie spontaniczność, adrenalina nadają życiu smak. Karol czeka już pod klatką. Zabawnie wygląda, stojąc na deszczu w szortach i klapkach, trzęsąc się z zimna i paląc pośpiesznie papierosa. Witają się z Agnes. Podaje jej bluzę. Paskudną. Szarą, z praską mająca zapewne prezentować graffiti. Agnes podaje Dorocie torbę i zarzuca bluzę na siebie. To nic, że brzydka. Jest ciemno, nikt nie zwróci na nią uwagi. Skupia się na tym, żeby stać spokojnie, choć jej ciało chce być ciągle w ruchu, nie wie czy patrzeć na Karola, czy na Dorotę; pilnuje się, żeby nie zaciskać zębów. - Co będziecie robić? – pyta Karol. - Zapalimy szluga na skwerku – Agnes podpala fajkę, podaje paczkę Dorocie – Potem idziemy do domu. - Dorota, nie dawaj jej tylko nic do ćpania – gdy chłopak wyrzuca peta, jego dłoń na moment układa się tak, jakby chciał pogrozić im palcem. Agnes mimowolnie przewraca oczami, słysząc jego pretensjonalny ton. Słucha go od ponad roku; nie czuje do Karola już nic. Nic, prócz niechęci i braku szacunku. Zastanawia się, czy istniało między nimi kiedykolwiek prawdziwe uczucie. Stwierdza, że nie. - Ja i ćpanie? Człowieku, co ty gadasz? - Dorota stuka się palcem w czoło. Koleżanki spoglądają na siebie dyskretnie. Tak łatwo go oszukać. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że już teraz są pod wpływem. Albo to kłamstwa, które wypływają z łatwością z ich ust są tak autentyczne. Agnes nie czuje wobec swojego – niebawem byłego, przechodzi jej przez myśl – chłopaka żadnych wyrzutów sumienia. - Dlaczego mówisz o mnie w trzeciej osobie? – pyta - Może powiedz to mnie, a nie jej? - Sorry – kłopocze się Karol. Nietrudno to zauważyć. Przeczesuje wtedy raz po raz włosy. Kolejny przewrót gałek ocznych. Dla Agnes „sorry” nie ma żadnego znaczenia. Dlaczego nie może powiedzieć po polsku „przepraszam”? Czy przyznanie się do drobnego błędu jest tak trudne? - Dobra. Nic się nie stało. Do jutra – muska ustami policzek Karola. - Cześć. Już nie jest jej zimno. Deszcz nie przeszkadza. Pędzą z Dorotą po poboczach. Na obrzeżach miasta nie ma chodników. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak szybko idą. Daniel się nie zbliża, ani nie dzwoni. Na każde „halo?” mówione przez Dorotę do telefonu odpowiada poczta. Mimo to upiera się, aby szły dalej na jego wieś. Rozmawiają, by zabić czas. Mówi głównie Dorota, Agnes tylko pyta. Po pół godzinie wie o nowej znajomej prawie wszystko. Dorota wyznaje, że chłopak, z którym mają się spotkać był jej partnerem, a ich związek burzliwy jak holenderskie morze. Opowiada o tłukących się talerzach, wrzaskach i skargach sąsiadów. O niezdrowej zazdrości, ciągłym rozstawaniu i wracaniu do siebie. Agnes w duszy przysięga sobie, że nigdy nie pozwoli sobie zamknąć się w takiej relacji, nienawidząc i kochając równocześnie. Przed Dorotą i Agnes pojawia się wioska. Przejście trzech kilometrów zabrało im czterdzieści minut. Agnes sprawdza telefon. Dwudziesta druga. Daniela ani śladu. - Wystawił nas – stwierdza Agnes, nie kryjąc złości. Przeczuwała to już wtedy, gdy zmuszone były iść przemoczone nieoświetlonym poboczem drogi, na której kierowcy nierzadko testowali wytrzymałość swoich samochodów. - Na pewno nie. Ma tendencje do spóźniania się – mówi Dorota – Pewnie pali jakiegoś blanta albo coś. Siadają na altanie przy placu zabaw. We wsi jest cicho i ciemno. Na ławce przy jednym ze stolików leży nieprzytomny facet. Puste puszki po piwach, na wpół wypełniona flaszka gorzały. Dorota sprawdza, czy oddycha. Po prostu się spił. Nie zważają więcej na jego obecność. Palą się tylko lampy oświetlające asfalt. Gmina oszczędza energię elektryczną. Faza zaczyna schodzić, a nie będąc w ruchu dziewczyny marzną. Może to czas na kolejnego pasa. - Walimy coś? – sugeruje Agnes. Podciąga kolana pod brodę wierząc, że będzie jej cieplej. - Trzeba się podzielić z Danielem – Dorota patrzy w telefon. Przegląda jakąś stronę internetową. Agnes wzdycha i macha ręką. W pojemnej torbie znajduje bletki - zawsze schowane w bocznej kieszeni, by nie musieć tracić czasu na przekopywanie się przez masę niepotrzebnych i zapomnianych rzeczy – i srebrny pakiet. W powietrzu roznosi się intensywny słodko-ziemisty zapach, nielubiany przez niektórych, a jej ulubiony. - Przyświeć mi – mówi do Doroty. Ta włącza latarkę. Agnes kruszy w palcach zielone topy, delektuje się ich wonią. Trichomy lepią się do palców. Przydałby się młynek. Wysypuje tytoń z papierosa, miesza go z marihuaną. Wrzuca wszystko do bletki. Wysypuje się. Dwa razy. Nie może opanować drżenia rąk. Podmuchy wiatru też nie niosą pomocy. - Kurwa. – mówi i wtedy wreszcie udaje się jej zrolować jointa. - Do trzech razy sztuka – śmieje się Dorota. Agnes odpala skręta. Zaciąga się trzy razy i podaje go przyjaciółce. Teraz jest jej jeszcze zimniej, lecz mięśnie nie spinają się już. Powieki opadają. Praca serca zwalnia. Nareszcie może wziąć pełny oddech. - Co z tobą i Karolem? – pyta nagle Dorota. - To znaczy? – Agnes przycisza się, ogarnia ją spokój. - Dziwnie się zachowujecie… - Dorota przerywa, by kaszlnąć kilka razy. Oddaje jointa koleżance – Nie jak… para. - Bo przestaję go kochać. Nie mamy ze sobą wiele wspólnych tematów… To dobry chłopak, potrzebuje pomocy. Ktoś musi go poprowadzić przez życie i to nie będę ja. Potrzebuję, żeby czasem ktoś mógł poprowadzić mnie. Telefon w kieszeni Agnes zaczyna dzwonić. Mama. Odbiera. - Kiedy wracasz? – pada pytanie. Bez żadnego przywitania. Ani me, ani be, ani “pocałuj mnie w dupę”. - Jestem na mieście. Będę za pół godziny. - Agnes, w którym miejscu jesteś? Wiesz, która jest godzina? Żadna panna w twoim wieku się tak nie zachowuje! Dziewczyna, zagryzając zęby słucha rwącego potoku słów. Stara się nic nie powiedzieć. Jeśli się odezwie, zacznie kląć. Maksymalnie przycisza połączenie, żeby nie robić sobie więcej wstydu przed Dorotą. - Dobra. Niedługo wrócę. Na razie – wykorzystuje okazję, kiedy mama zamyka się na moment, by złapać oddech na dalsze mówienie. Rozłącza się. Łapie jeszcze dwa buchy. - Kurwa mać. Nie dawaj sobie tak wchodzić na głowę. Daj mi zajarać – Dorota zabiera skręta zapatrzonej w telefon koleżance – Jesteś pełnoletnia. Masz prawo wyjść na wieczór. Musisz się czasem się zbuntować, bo matka będzie cię trzymać w domu do sześćdziesiątki. Agnes nie odpowiada. Dorota ma rację, a ona może tylko westchnąć i machnąć ręką, maskując swój wstyd, a w duszy ciesząc się, że w ciemności nie widać poczerwieniałych lic. Joint wypala się powoli. Zerkają co jakiś czas na pochrapującego pijaczynę. Przekręca się na bok, mruczy coś pod nosem. Takich ludzi można tylko żałować i patrząc na nich przysięgać, że się tak nie skończy. Dzwoni telefon. Tym razem Doroty. - Gdzie jesteś? – pyta głos po drugiej stronie połączenia. - Na altanie – mówi Dorota. - Przyjadę za pięć minut. Koniec połączenia. - Odwieziecie mnie do domu? – Agnes dopala końcówkę jointa i wyrzuca ustnik w błoto. - Jasne, że tak. Wychodzą na ulicę. Po chwili podjeżdża dwudziestoletnie bmw. Chłopak za kierownicą wygląda na nie więcej niż piętnaście lat. Dorota mówiła, że ma dwadzieścia dwa. Agnes siada z tyłu. - Daniel, Agnes. Agnes, Daniel – przedstawia ich sobie Dorota. - Siema. – przybijają sobie żółwika. Daniel odpala silnik. Wykręca. Mieli wracać do miasta. Jadą w przeciwną stronę. Matka znowu dzwoni. - Nie odbieraj. – mówi Dorota Agnes nie słucha. - Niedługo będę – mówi do słuchawki. Mama chce zacząć krzyczeć, ale dziewczyna kończy połączenie. Wypuszcza głośno powietrze. Beemka zatrzymuje się na nieoświetlonej polnej drodze, za kościołem. Zaczyna się denerwować. Wyobraża sobie czekającego w progu ojca i zmierzającą w jej kierunku otwartą dłoń. Patrzy w telefon na smsy od mamy. Pisze w kółko to samo, używając tylko innych słów. - Podaj mi temat – mówi Dorota. Sięga ręką na tylne siedzenie. Agnes podaje jej woreczek z kryształem i włącza światło. Daniel kręci jointa. Dorota sypie ścieżkę na ekranie telefonu. Wymieniają się. Zamiast zwinąć banknot, używa metalowej rurki. Wciąga. Pochyla głowę do tyłu. Wydziera się. - Ja pierdolę, to się nazywa mocny towar! - Nie denerwuj się – mówi Dorota do Agnes. Podaje jej skręta. - Ale ja się nie denerwuję. - To widać, stara. Agnes zaciąga się cztery razy, nie trzy; wbrew niezapisanej zasadzie, przez tak wiele osób przestrzeganej. Chce przekazać kolejkę Danielowi. - Nie chcę – mówi chłopak i rozkłada się na siedzeniu. Blant wędruje do Doroty – Zaraz cię odwieziemy. Przekręca kluczyk w stacyjce. Potrzeba paru prób, aby silnik odpalił. Agnes ochładza czoło na szybie. Jadą szybko. Zdecydowanie zbyt szybko. Nigdy nie ufała ludziom za kierownicą. Zwłaszcza naćpanym. Wbija stopy w podłogę, jak gdyby miało to wspomóc kontrolowanie trasy. Mimo jej obaw, docierają pod kamienicę w jednym kawałku. - Dzięki za podwózkę. – Agnes kładzie torbę na kolanach. Otwiera drzwi. Dorota rzuca jej woreczek z resztkami ćpania. - Gdybyś źle się czuła – puszcza oczko. - Dzięki. – Agnes wysiada z samochodu. Wchodzi do mieszkania. Pies zaczyna szczekać, jak tylko słyszy przekręcający się zamek. Ojciec się budzi. Mama czeka w korytarzu ze skrzyżowanymi ramionami. - Co ty sobie myślisz? Jest jedenasta godzina! Jak możesz się tak zachowywać?! – wymachuje rękami. Ma szeroko otwarte oczy, a w nich amok. Wertuje każdy milimetr twarzy córki. - Wcale nie jest późno. Odpuść. Agnes unika kontaktu wzrokowego. Wymija matkę. Przechodzi przez salon, do swojego pokoju. Spogląda na łóżko, na ojca, który przekręca się na drugi bok. Zamyka się u siebie. Wiadomość od Doroty. Wysłała zrzut ekranu rozmowy z jakimś facetem. Agnes otwiera zdjęcie i czyta: Ej, jak się nazywała ta dziewucha, którą do mnie wysłałaś? Krzywi się. „Dziewucha”. Obelżywe. Dorota pisze: Wpadłaś w oko Arturowi. Mogę mu napisać jak się nazywasz? Nie wzrusza jej to przypuszczenie. Nie jest pierwszym i nie będzie ostatnim, któremu wpadnie w oko. Chłopcy adorowali ją, od kiedy skończyła czternaście lat. Każdego dnia słyszy komplementy. Jej skrzynka odbiorcza pęka w szwach. Zainteresowanie jej wyglądem nie podnosi jej poczucia wartości. Odpisuje: Jasne, niech pisze. Zero powściągliwości. Nie rozumie, czemu się zgodziła. Dlaczego, miałaby rozmawiać z człowiekiem, który przeraził ją od pierwszego spojrzenia? To chyba ciekawość; zawsze przeważa nad jej racjonalnym myśleniem. Dostaje zaproszenie z fałszywego konta kogoś, kto nazywał się “Sebkiem”. Akceptuje zaproszenie. Czeka kilka minut. Nikt nic nie pisze. W końcu wzrusza ramionami i odkłada telefon.
  2. ALKOHOL JEST DLA MĄDRYCH LUDZI, A NIE DLA… Namiot dowódcy IV taboru kozaków Wideńskich stał na samym krańcu obozu, od południa. Był dwa razy większy od przeciętnego wozu braci. Jego wyblakłe i grube płótno czaszy, mimo tylu lat w drodze nadal dawało pełną ochronę przed wiatrami, deszczem czy śniegiem. Na czubku, na głównym maszcie osadzony był sporej wielkości mosiężny sokół z rozpiętymi skrzydłami. Jego wzrok spoglądał zawsze w kierunku zachodnim, tam gdzie leżała główna sicz kozacka. Sam tabor rozstawiony był na wielkiej polanie, ukrytej między drzewami starego lasu. Składał się z kilkunastu wozów mieszkalnych, kilkunastu małych namiotów najemników i jednego wozu więziennego. Pod komendą porucznika kozackiego znajdowało się pięćdziesięciu braci, mężczyzn którzy przynależeli do taboru poprzez złożenie przysięgi, a dzięki temu posiadali realny głos w czasie zebrań „koła”. Do tego dochodziła stała grupa dwudziestu najemników, których głównym celem było dołączenie do grona „braci”. Ostatnim wyróżniającym się wozem, nie wspomnianym w wcześniejszej wyliczance był pomalowanym we wszystkie znane kolory tęczy, wóz szeptuchy. Ustawiony zawsze w pobliżu centrum taboru. ** Długi jeździecki but, podkuty stalą na piętach kołysał się z prawej do lewej, leżąc na sporej wielkości drewnianym stole. Jego właściciel, porucznik kozacki Zamir, czytał właśnie list od jednego z klientów. Stała w nim sprawa prośby o porwanie pewnej niewiasty. Jednak to nie wywołało takiego zdziwienia na ustach ukrytych pod długimi jak dwie żmije wąsami, co fakt, że zleceniodawcą był ojciec przyszłej niedoszłej porwanej. - Niesamowite! Mruknął wyraźnym i niskim głosem czarnowłosy mężczyzna, o wilczych oczach i sokolich rysach twarzy. Ubrany był w koszulę o szerokich mankietach w kolorze świeżej krwi, obszytą złotymi guzikami. Spodnie były z luźnego brązowego materiału. Po prawej stronie spała, oparta o poręcz krzesła, szabla kawaleryjska. Surowa i bez zdobień, idealna do walki i wierna swemu panu. Wtem do namiotu wkroczył wyraźnie obruszony obozowy kucharz. Był to wielki, ponad dwu metrowy mężczyzna o sporej masie ciała lecz z łagodnym wyrazem twarzy. Brat Yalin, bo tak się zwał, bez ceregieli począł mówić, uprzednio jednak lekko skinąwszy głową na powitanie dowódcy. Dla jasności! Do namiotu, bez pytania o pozwolenie dwóch strażników-najemników, mogli wejść tylko on oraz prawa ręka brata-dowódcy, brat Lorcan. Jednak wracając do historii… - Bracie dowódco! Tak nie można! Tak się nie da żyć! Coś trzeba z nim zrobić! - Oczy porucznika kozackiego podniosły się znad listu bardzo powoli, lecz ten gest był jaśniejszy niż zdanie „Tak? Mówże prędko! Nie widzisz, że czytam? Co się stało?”. Dlatego Yalin kontynuował. - Bandyta! Znowu ta cholera wypiła cały antałek przedniego wina! Nie mam pojęcia jak on to robi! Przecież po ostatni razie zamknąłem nawet drzwi od magazynku na klucz! Cholera! Same antałki położyłem tak wysoko na drewnianych skrzyniach, że niemożliwością byłoby aby kradł tylko on sam! - Dobrze. To może zacznijmy od początku. Skąd wiesz, że to on? Kucharz, aż parsknął głośno, odpowiadając z nieukrywaną złością. - Skąd wiem? Ano leży urżnięty prawie w trupa w stajni. Biadoli coś o niedoli i ciężkim życiu. Że codziennie musi na swoich garbach nosić cały ten pieprzony świat i inne tego typu bzdury. - Ktoś jeszcze o tym wie? - W stajni byli już chyba wszyscy z obozu! Nawet nasze „koleżanki”! Tutaj trzeba wyjaśnić owy termin „koleżanek”. Otóż są to kobiety braci, nie będące ich żonami. Najemnicy nie mają prawa posiadać takich znajomych w obozie. Dla dokładniejszego nakreślenia sytuacji, bracia kozacy nie posiadają żon, aż do momentu zwolnienia ze służby dla siczy, a tym samym dla taboru. Oczywiście „koleżanki” są w taborze na zasadzie dobrowolności i w każdej chwili mogą odejść. Wracając jednak do rozmowy, porucznik kozacki odpowiedział już bardziej przejętym głosem. - To nie dobrze. Skoro tak sprawa wygląda, to prowadź do tego moczymordy! - Z całym szacunkiem bracie dowódco! To już nie są te małe wybryki co kiedyś! To jest kradzież mienia taboru o dużej wartości! - Dobrze, już dobrze. Rozumiem. Idziemy. ** Obozowa stajnia liczyła miejsc dla koni w ilości kilkunastu wnęk, zbudowanych z okolicznych drzew. Wszystko na prostej zasadzie. W razie gdy trzeba będzie się szybko zwijać, nie będzie szkoda ich porzucić. Każda wnęka mogła zmieścić w sobie do trzech, czterech koni. Jednak była jedna taka, znacznie większa niż reszta. Po skrajnej prawej stronie. Tam też, dłuższą chwilę po rozmowie, znaleźli się dowódca kozaków oraz obozowy kucharz. Oprócz nich oczywiście na miejscu byli już inni bracia i najemnicy, gdyż wszystkie „koleżanki” poszły nad rzekę, aby tam spędzić resztę ciepłego dnia. Porucznik kozacki przedarł się nieśpiesznie przez tłum ludzi, których epitety wypowiadane były co najmniej nieprzychylnie dla prawdopodobnego złodzieja antałka. W końcu stanął nad przestępcą i usłyszał jak ten charczy i parska, mówiąc coś podobnego do słów „niezastąpiony” lub „zarobiony”. Chwilę później, gdy usłyszał już tyle, że więcej nie potrzebował, podniósł ręce do góry dla skupienia uwagi obecnych i przemówił do zebranych, głosem stanowczym i nie akceptującym sprzeciwu. - Dobrze! Rozumiem wasz słuszny gniew i zażenowanie! Wiem doskonale tak jak wy, że Bandyta zasłużył na karę i na bogów! Zrobię wszystko, aby dotkliwie poczuł to jak bardzo zrobił źle! - A antałek? Co z antałkiem? Krzyknął ktoś z tłumu, a jeszcze inny głos mu zawtórował. - Kto za niego zapłaci? Kiedy dostaniemy nowy? Zamir uśmiechnął się szeroko, rozciągając jeszcze bardziej i tak długie wąsy. - Jeszcze dzisiaj w magazynie pojawią się dwa takie antałki, bracia! - A kto je kupi? Znów padł głos po którym tłum zareagował jeszcze bardziej emocjonalnie dla zadanego pytania, podbijając go między sobą. - Ja! Ja je kupię! - A za czyje złoto? Padło kolejne pytanie, jednak Zamir nie zdołał dojrzeć odważnego. Nie miał wyjścia, musiał znów złożyć obietnicę. - Bracia! Ja je kupię! Za własne monety! Jaka ulga przeszła pośród zebranych! Jakby kto im obiecał darmowe jedzenie przez najbliższy tydzień. Dlatego porucznik kozacki szybko wykorzystał dobry nastrój tłumu i zakrzyknął wesoło. - Także rozejdźcie się już do swych wozów i zajęć! Ja się wszystkim zajmę! - No tak! Bo to przecież Twój ogier, dowódco! Znów padł głos z tłumu. Jednak przeklęte słońce na tyle oślepiało porucznika kozackiego, że ten nie był w stanie dojrzeć tego żartownisia! Bo gdyby zobaczył, kto taki odważny! Oj! Od jutra miałby naprawdę przesrane, a raczej zasrane życie na najbliższy tydzień. Przecież latryny same się nie wyczyszczą. Jednak prawda była taka, że faktycznie Bandyta był jego ogierem bojowym. Czarnym rumakiem o lekko ponad dwu i półmetrowej wysokości oraz masie ciała tak dużej, że sam potrafił wbić się podczas szarży w każdy tłum. Nie ważne jak duży. Wbić się i przebiec niczym czarna zjawa czy demon. No i pozostawała jeszcze jedna kwestia. Bandyta potrafił mówić i myśleć. Zamir musiał szybko zareagować na te zdanie, więc odpowiedział, z teatralnym uśmiechem od ucha do ucha. - Dlatego powiedziałem, że się tym zajmę! A teraz idźcie już! No! Ruchy! Tłum rozszedł się powoli, szepcząc o obietnicy dodatkowego antałka, a po kilkudziesięciu uderzeniach serca we wnęce stał już tylko dowódca oraz kucharz. - Co teraz? Odezwał się w końcu ten drugi. - Jak to, co? Wyślij kogo do Mazali, niech ta zrobi napar trzeźwiący. - A jak dużo? Kozak spojrzał na Yalina i z wrednym uśmiechem rzekł. - Końską dawkę bracie! Końską dawkę! ** - Szefie! Ja już nie będę! Przysięgam! Bandyta jechał grzecznie leśną ścieżką i smętnie truł dupę swojemu panu od momentu gdy wyjechali we dwójkę z obozu. Ten jednak nic nie mówił. Powiedzieć, że był wkurzony to tak jakby nic nie powiedzieć. Zresztą to nie był pierwszy raz, gdy Bandyta ukradł czyjś alkohol i napruł się sromotnie. Jednak do tej pory przechodziło to bez większego echa. Szczęście i złote usta Zamira. Niestety tym razem przesadził. Cały antałek wina?! Kozacza brać była bardzo mocno uczulona na kradzież takich ilości ze wspólnego magazynu. Dlatego tym razem trzeba było ukarać niesfornego rumaka. Dowódca kozaków miał plan, bo doskonale wiedział, co może utemperować i zdyscyplinować tego alkoholika. Byli już w połowie drogi do pobliskiego miasteczka gdy jęki rozpaczy, boleści oraz żale Bandyty przerwało trzech mężczyzn, wyskakując zza drzew, z obnażonymi mieczami. Jeden z nich od razu zakrzyknął: - Złoto, broń i konia! Zamir podniósł głowę, a spod czarnej jak noc grzywy spojrzały jego wilcze, niebieskie oczy. Sekundę później, bardzo powoli, pod jego wąsami ukazał się przerażający uśmiech. Bandyta umilkł. Nie lubił gadać poza obozem. No chyba, że był napruty. Ten sam rabuś, nie słysząc żadnego odzewu, ani realnego i fizycznego działania napadniętego, znów krzyknął, a jego dwaj kompani po obu stronach drogi, poczęli robić groźne miny i machać mieczami. - Głuchy jesteś czy głupi? Nie słyszałeś? Dawaj złoto, twoją broń i konia! Ale cholera na szybkości! - Słyszałem, słyszałem. - To dawaj! Odezwał się jeden z dwóch, co do tej pory nie mówili. Byli ubrani jak leśni koczownicy, w skórzane pancerze oraz brudne elementy długich i grubych ciuchów. - Dam wszystko, tylko nie konia. Na to parsknął wesoło Bandyta, jednak porucznik kozacki ostrogami utemperował jego radość. - To konia tym bardziej! Inaczej życie stracisz szybko, a życie chyba więcej warte niż koń? - Nie dam wam, bo nie chcę aby coś się wam stało. - Co? Co on gada? Odezwał się ten na środku drogi, rzucając szybkie spojrzenia po swoich kompanach. Na to jeden z nich odpowiedział trochę jąkając. - Pppowiedział, że… - Wiem durniu co powiedział! Dobra! Nieważne! Koniec gadki! Dawaj wszystko co masz i konia, albo zaraz pójdziesz na piechotę w zaświaty! Zamir nawet nie drgnął w siodle tylko spokojnie i powoli odpowiedział. - Nie dam wam konia, mówię! Środkowy rabuś jakby na chwilę zgłupiał, bo zapytał się zbity z tropu. - Dobra! To powiedz dlaczego nie konia? - Bo gdy tylko przyprowadzicie go do swego obozu i pośniecie to wyżre wasze całe jedzenie, wypije cały alkohol, a na koniec odgryzie wam jaja. Głos Zamira był jednolity, stabilny i bez emocji. Jakby faktycznie opowiadał coś co mogłoby mieć miejsce. Bandyta stał i słuchał, jednak na wzmiankę o odgryzaniu jaj, poruszył niespokojnie brwiami. Przywódca rabusiów jęknął jakby już całkowicie zidiociał, na co kozak dodał. - Ten koń jest opętany. Prawda Bandyto? Czarny ogier milczał, bo nie wiedział co dokładnie ma zrobić, jednak kiedy znów odezwał się jego pan. - PRAWDA? Bandyta parsknął i odpowiedział. - Prawda! Zeżrę wasze jaja! Rabusie z przerażeniem w oczach spojrzeli po sobie, a ostrza ich lekko stępionych mieczy opadły na wysokość kolan. Kozak wyczuł, że blef trafił idealnie i trzeba było kontynuować, aby ci durnie mogli pożyć sobie jeszcze kilka kolejnych dni, aż do następnego rabunku. Dlatego dodał wyraźnie i z lekko podniesionym głosem, szczerząc swoje zęby. - A skoro koń jest opętany to jego jeździec jest… To zdanie musiało zrobić gigantyczne wrażenie na niedoszłych denatach, bo automatycznie jeden z nich, ten co się nie jąkał ale ogólnie mało mówił, stwierdził do środkowego. - Rebus, wiesz co?! Zapomniałem dokończyć pisać list do matki, może odpuścimy sobie dzisiaj grabieże i mordowanie, co? - Przecież ty nie umiesz pi… Zamknij się! Rzeczony Rebus, przywódca rabusiów też miał pełne porty. Jednak próbował wyjść z tego całego zdarzenia z twarzą. Dlatego gdy jąkała milczał, ten zakrzyknął, udając pewność siebie. Swoją drogą bardzo nieporadnie. - Skoroś demon czy co, to nas nie interesujesz. Możesz przejechać, ale obyś nigdy więcej na nas nie natrafił, bo wtedy nawet do… do piekła ciebie odeślemy! - Nnno! Ddoo piekła! Na sam dół! Zawtórował mu jąkała, na co Bandyta, czując kupę śmiechu parsknął, mówiąc przy tym jeszcze bardziej tubalnym i donośnym głosem. - Zeżrę jaja i poobgryzam kulasy! Chwilę później rabusie zniknęli w gęstwinie. Nie krzyczeli, ale biegli tak szybko jakby ich sam opętany ogier gonił. Zamir siedział jeszcze chwilę w ciszy, aż w końcu rzekł do czarnego rumaka, znów bez emocji. - Dalej, do miasta. - To może już szefie trochę mi odpuścisz? Tak troszeczkę?! Przecież wiesz, jak bardzo żałuję! Szefie! Proszę! - Właśnie wiem, jak bardzo żałujesz dlatego na razie nie będziemy gadać. Dalej! Do miasta! Bandyta spuścił głowę w dół i przez całą resztę drogi nie odezwał się ani słowem, co z radością przyjął Zamir. ** Było chwilę po południu gdy jeździec ze swoim wiernym rumakiem wjechali do miasteczka Bartnice, będącego spokojnym przystankiem dla przejezdnych handlarzy, zmierzających w kierunku stolicy. Same miasteczko utrzymywało się z pobliskiej kopalni soli oraz uprawy bardzo żyznych pól owsa i żyta. Pod kopytami Bandyty droga zamieniła się w gładkie kamienie, wypolerowane wozami podróżnych i dość częstymi przemarszami wojsk z pobliskiego garnizonu, pilnującego wschodnich granic tego małego państewka. Przed pierwszym domostwem porucznik kozacki szepnął do ucha swego ogiera. - Od teraz, gęba na kłódkę. Jesteś normalnym rumakiem. Rozumiesz? - Tak sze… Ogier nie dokończył, gdyż poczuł lekkie uderzenie w bok. Wiedział, że dzisiejszego dnia będzie poddany karze za swoje alkoholowe problemy, które kładły się na jego reputacji świetnego towarzysza bitew, cholernie długim i szerokim cieniem. Jednak co miał uczynić? Skoro od zawsze, odkąd pamiętał ciągnęło go do alkoholu? Najgorsze jednak dla Bandyty było to, że nie miał bladego pojęcia, co jego szef wymyślił za karę. Oczywiście miał jakieś tam przypuszczenia, ale Zamir posiadał bardzo bogatą wyobraźnię, co czyniło z jego domysłów jedynie smętne i nic nie znaczące słowa w głowie. Parę uderzeń kopyt później, na ciele czarnego rumaka pojawił się pot. Bo oto przed jego dużymi i czarnymi oczami, kilkanaście metrów dalej ukazał się szyld rzeźnika. W jego końskim łbie pojawiła się wizja kiełbas jakie czasem żrą bracia w taborze, kiełbas zrobionych z koniny. Parsknął niespokojnie, lecz jego jeździec nie zareagował. Chwilę później byli już za rzemieślnikiem. Końskie serce powoli wróciło do normalnych uderzeń. Jeden zakręt w lewo i znów dłuższa jazda. Kilkanaście minut później wyjechali z miasteczka w stronę jednej z pobliskich farm. Wiatr delikatnie płynął po zielonej trawie przed domem właściciela majątku. Zamir poprawił szablę i zapukał w drewniane drzwi. Bandyta niespokojnie podreptał w miejscu, skubiąc to i tamto z ziemi. Chwilę później słychać było kilka kroków ze środka, odgłos skrzypiącej podłogi i drzwi otworzyły się powoli i łagodnie. Przed porucznikiem stał wysoki i barczysty jednak cholernie brzydki brodaty mężczyzna. - Zamir! Właśnie się zastanawiałem, kiedy przyjedziesz po jakieś warzywa czy mięso! I tutaj proszę! Jesteś jak na zawołanie! - Witaj Borunie! No właśnie, wyobraź sobie, że ja nie w tej sprawie! - Nie? Zdziwił się poważnie rolnik, marszcząc grube i czarne brwi na parchatej twarzy. - No właśnie nie. Potrzebuję abyś mi zdyscyplinował konia. - Słucham? Brązowe oczy Boruna zrobiły się wielkie. Mało brakowało, a rozdziawił by też szeroko usta z wrażenia. Zapytał więc szybko. - Ale jak? Nie będę pytał się czemu. Jednak muszę się zapytać, jaki masz plan. Bo ja nie mam i nigdy czegoś takiego nie robiłem. Znaczy wiesz! Konia jednego mam i kuca, ale nigdy, na bogów, ich nie dyscyplinowałem! - Mam pewien pomysł. Czy masz może jakiś kawałek pola do zaorania? Bandyta skamieniał na dźwięk słowa „zaoranie”. Jego myśli wręcz krzyczały! „Ja! Wielki i czarny jak noc, ogier bojowy porucznika kozackiego! Poskramiacz klaczy! Pierwszy rozpłodnik! Ten który nie boi się wjeżdżać samotnie w sam środek bitwy! Nieustraszony! Niedościgniony! Chędożony król pośród koni! Będę orał pole?” - No mam, ale tam w cholerę jest starych pniaków z korzeniami, kamieni i innego tałatajstwa! - To dobrze! Bardzo dobrze! A masz może jakiego parobka, co byś sam nie musiał pług pchać? - Ktoś się znajdzie! Ale Zamir! Jesteś tego pewien! Ten kawałek ziemi od lat, a być może nawet nigdy nie był orany! Borun spojrzał znad barku kozaka na czarnego konia i dodał jeszcze. - Ja wiem, że to wielkie bydle, ale czy da radę!? - Da! Wierzę w niego. Zresztą dawno nie brał udziału w żadnej większej bitwie i przyda mu się trening. - Wiesz co Zamir? Czasem mam wrażenie, że mówisz o tym koniu jak o człowieku. Grymas nieukrytego zdziwienia ukazał się na twarzy chłopa, na co czarnowłosy kozak odpowiedział spokojnie, klepiąc właściciela farmy w lewy bark. - Bo wiesz jak to jest. Jak bogowie zechcą, będzie on ostatnią przyjazną gębą jaką zobaczę w czasie bitwy. Dlatego traktuje go tak jakby umiał gadać i myśleć! Dlatego czasem traktuje go jak człowieka. Na ostatnie zdanie Bandyta parsknął głośno, wypuszczając z paszczy strugę śliny. Zamir puścił to mimo uszu. Kilkadziesiąt uderzeń ludzkiego serca później parobek Boruna pchał pług przywiązany do Bandyty. Ten parskał i prychał. Kozak wiedział, że gdyby jego ogier mógł teraz mówić to by przeklinał tak, jak żaden mężczyzna! Nawet marynarz! Jednak jedno trzeba było oddać Bandycie. Co by nie mówić, był posłuszny poleceniom swojego pana. - Powiedz mi Borun, da się wyżyć z rolnictwa? W końcu zagadnął Zamir, gdy usiedli na ganku, jakieś kilkadziesiąt metrów od orającego pole konia i popijali swojskie wino. Pogoda była słoneczna, może nie upalna ale na pewno dla ludzi i koni pracujących w polu, bardzo nieprzyjemna. - To nie tak czy się da czy się nie da. Bo wyżyć z tego co zasieję, co zbiorę i co ubiję to da się zawsze. Ja bym Zamir powiedział Ci tak, że nie będę bogaty. Nie mam tyle złota ile bym chciał mieć. Ręce mam obolałe. Kolana w rozsypce. Węch nie ten. - Ale ten węch to chyba od twojego sławnego bimbru? - Nie przerywaj, przyjacielu. Odpowiedział ze śmiechem chłop, znów upijając solidny łyk z drewnianego kubka i kontynuował. - Rolnictwo bogactwa nie przynosi. Prędzej garb i bolące plecy. - Więc po co to robisz? Sprzedaj wszystko i jedź w świat! Z tego co wiem, sam tutaj mieszkasz i nawet rodziny nie masz. - Ojcowizna. Tego sprzedać nie mogę i nawet nie chcę. - A kto potem? Syna przecież nawet nie masz. - Jaką dziewkę szybko można zbrzuchacić, to nie problem. Problem powstaje wtedy gdy będzie ich więcej niż jeden. - Jak to? Zapytał zaciekawiony porucznik kozacki, jednak Borun nie zdążył odpowiedzieć, gdyż z drugiej strony pola, od strony lasu, szło trzech mężczyzn. Kozak przymrużył oczy i szepnął pod nosem - Nie może być. Chłop za pewne tego nie słyszał bo tylko wstał, sięgnął po łopatę która stała obok i stwierdził. - Widzisz przyjacielu, i do tego wszystkiego trzeba dodać rabusiów. Ale tych chyba znam. Taaak. Tych na pewno znam. Kozak milczał, nawet z krzesła nie wstał, gdy od pola zbliżali się w ich kierunku wcześniej przez niego poznany Rebus oraz jego dwaj niedorozwinięci koledzy, a może i rozwinięci? Trudno orzec. W każdy razie Bandyty nie poznali, bo bez siodła, bez kozaka na jego grzbiecie i do tego jeszcze harującego w polu. W końcu trzej mężczyźni stanęli naprzeciwko dumnie wyprostowanego rolnika z łopatą, który od razu powiedział. - Nie mam niczego co moglibyście zagrabić. No chyba, że chcecie cielę lub dwanaście worków żyta. - Nie kłam Borun! Tydzień temu też niby nic nie miałeś i do tego o tym cielaku nie wspomniałeś. - Bo się urodził trzy dni temu. - Czyli znów nie masz złota? - Nie. - A kto tam z tyłu za tobą sie… Szef rabusiów spojrzał za plecy rolnika, na ganek, gdzie w cieniu siedział owy demon z piekła. Na widok czerwonej koszuli i wilczego spojrzenia kozaka jego zdanie ucięte zostało niczym głowa człowieka przez gilotynę. Zamilkł, a jego kompani, jakby właśnie przed chwilą także odzyskali wzrok zobaczyli coś ciekawego na własnych butach. Borun trochę zbity z tropu, zapytał lekko opuszczając łopatę. - Wy się znacie? Kozak poruszył swoimi czarnymi wąsami, nieznacznie, oszczędnie. Jego głos zmienił swoją tonację na zimną i bardzo ponurą. Jednak bardziej spostrzegawczy obserwator zauważyłby błysk rozbawienia w jego niebieskich oczach. - Tak, mieliśmy nieprzyjemność spotkać się dzisiaj na trakcie. Moje pytanie tylko brzmi, w jaki sposób tak szybko się tutaj znaleźliście. Co Rebus? Śpieszno Ci w zaświaty? Przywódca bandy nadal nie był w stanie wydukać ani jednego słowa. Wszystko zlewało się w jedną przerażającą całość. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Dosłownie chwilę później, zza pleców jego przydupasów padło zdanie. - Zeżrę jaja i poobgryzam kulasy. Właściciel pola praktycznie opuścił na ziemię łopatę. Nie do końca dochodziło do niego to, że właśnie czarny jak noc ogier, który skończył orać odezwał się chrapliwym głosem. Rebusowi pot wystąpił na czole. Jeden z trojga, jąkała zaczął uciekać w stronę z której przyszli. Zresztą nie minęło kilkanaście sekund gdy ten drugi postanowił uczynić to samo. Nastał chwilowy impass w całym zdarzeniu. Wszyscy milczeli, tylko Bandyta powtórzył tubalny i grobowym głosem słowa. - … kulasy, poobgryzam. Oczy Rebusa wypełniły się łzami z przerażenia i dezorientacji, a po chwili, całkowicie bezmyślnie, zaatakował chłopa szerokim cięciem w klatkę piersiową. Tylko diabelny refleks kozaka, który doskoczywszy do rolnika, pociągnął go do tyłu, uratował mu życie. Ostrze starego miecza przecięło powietrze nie trafiając w cel. Bandyta zarżał przerażająco i donośnie, a w tym samym momencie wstający z ziemi porucznik kozacki wyciągnął szable i stając w pozie pojedynkowej, rzekł krótko. - Czyli do piekła… Rebus czuł się upokorzony. Czuł się słaby, a przez to był zdesperowany. Krzyknął i ciął tym razem w stronę twarzy przeciwnika. Kozak uchylił się delikatnie, omijając jego ostrze nad swoją głową. W tym samym momencie jego szabla świsnęła płasko w brzuch rabusia. Ten padł, brocząc krwią z rozciętego bebecha. Kilka chwil później Borun podniósł się z ziemi, otrzepał ubranie i chwyciwszy drżącymi dłońmi kubek z winem, stwierdził. - Tym razem było blisko! A powiedz mi teraz, co mam z nim zro… . Na szczęście rannego cięcie było płytkie, więc mógł długo leżeć i się wykrwawiać, a takiego obrotu sprawy Zamir nie akceptował. Dlatego podniósł zdziwionego i rannego Rebusa do góry, wrzucił na grzbiet czarnego ogiera i powiedział do rolnika: - Dzięki za wszystko! Wiszę Tobie złoto albo przysługę, a nim się nie przejmuj. Niedaleko pracuje znajoma alchemiczka. Kilkanaście uderzeń serca później porucznik kozacki szedł z powrotem do miasteczka piechotą, a przy nim dreptał jego wierny ogier z rannym Rebusem na grzbiecie; A to dopiero początek przygód jego i IV taboru kozaków Wideńskich.
  3. Subfasada moje ciało jest moją fortecą obrastam tłuszczem gdy lato mija izoluję łono i biodra by mnie tylko nikt nie dotykał jestem potężna oporna i ciężka wszystko potrafię i wszystko przetrwam o jedną rzecz proszę tylko o miłość Pozorantka pogłaszcz mnie muśnij ręką możesz wejść bezpośrednio w moją drugą warstwę nie jestem mocna nie jestem szorstka jestem tylko bezradna
  4. Czerwiec będzie miesiącem przerażenia? Widzę jak śmierć swe żniwo wciąż zbiera. Inwazja niesprawiedliwości stale narasta, a spiętrzenie problemów wielu przerasta. Mają już dosyć! tego ogromnego cierpienia, część z nich z rozpaczy życie sobie odbiera. To wszystko musi nadejść, gra zaplanowana, inwigilacja wprowadzona tu siłą, przez tyrana. Kilka bitew przegranych, lecz wojna wygrana, wreszcie z wygnania, spokój do nas powróci. Zmieniając w duszach głębokie przekonania, nasze serca, znów na ścieżkę Miłości nawróci.
  5. Dlaczego wciąż mnie poniżasz?! Skoro i tak twoim zdaniem: mam niedaleko do ziemi? Nie zważasz na to, że po każdy sukces znacznie trudniej mi sięgnąć... W czym ci przeszkadzam, skoro wszędzie jakoś się mieszczę? Czy może to wszystko przez to, że wartościomierz masz nastawiony ujemnie (?)
  6. in the middle of the night i saw this hot, red light coming out of your chest you didn't mind, you pressed you beat, you crush, you crease don't ever stop, please you barely touch, you barely kiss you light me up - the devilish bliss we burn down flames turns into ashes the feeling, like lightning flashes you create, you destroy am i just the used-up toy? don't bother making an excuse you know, i will never refuse and if you finally decide to leave i will always miss that devilish bliss
  7. delikatnie rozchylasz je palcami śmiejąc się szyderczo wchodzisz to boli czerwona oblepiona śluzem studnia bez dna chcę tylko abyś skończył skończyłeś już dawno ale nadal boli…
  8. Żeby wyłącznie aplikacja salicylu z mentolem na obrzmiały staw i woń dezynfekcji z borowinowym szlamem gdzie terpentyna uszlachetniając terapię obłoczkiem lawendy ze szronu świeżością przez jełki odór choroby byłoby modelowo Lecz inne zapachy chwytają za gardło Sługę Pana pochylonego nad posłaniem rzężącej - uderzył w twarz tylko hak szpeci odbitą ścianę w okamgnieniu rozdeptują mnie chłopcy leżę na ławce okryta zeszytem w kratkę strzęp ciała podmyty krwią 18.12.2014 *ostatnie cztery strofy stanowią cytat wiersza X Jerzego Hajdugi: być jeszcze jedną prośbą
  9. Los Szła - kamienie leciały jak grad. prosiła – kije obiły boki. milczała – palcami ją wytykano. skuliła się – o wariatka, kopmy głupią! *** Koniec mszy, obiad czeka, początek rodzinnej niedzieli. A ta leży jak szmata taka szara - Łzy na twarzy mordzie usłyszała. Justyna A.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...