Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'erotyzm' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 9 wyników

  1. "Bluźnierstwo jest tuszem, którym spisuję legendę wyklętych" Na słodki szpik z dziecięcych kostek, przysięgam, że jej tutaj nie było. Choć to zaiste dziwne bo jest środek, parnego lata i ona sama wie o tym doskonale, że w trakcie nocnych, potężnych burz musi nam oddawać swe młode i dorodne wdzięki by zachować kunszt swoich prac. Ale nie widzieliśmy jej już kilka dni. A nie możemy opuszczać tej piwnicznej kryjówki. Nie żebyśmy bali się spotkania z ludzkimi sąsiadami, ale w niektórych mieszkaniach, czatują u progu psy. Ghule są sprytne, pomysłowe, chytre na złoto i wdzięki niewieście, ale słabo u nas z fizycznością. Garby, artretyzm i wystające z głodu żebra, nie dają nam szans w walce. Nawet niewielka psina to dla nas wielki problem. Chciałbym pomóc przyjacielu ale nie jestem w stanie. Ukłonił się grzecznie i zniknął w kratce odpływowej do kanału. Człapanie mokrych łap, poniosło się echem w głąb labiryntu ścieków. Nawet ghule wystrychują mnie na dudka. Wiedzą co się stało. Ale bez złota niczego nie wskóram. A nie mam już zbyt wiele czasu na pytania. Bo nie mam na nie odpowiedzi. Wyszedłem z ciemni, zatęchłej piwnicy i skierowałem swe kroki na ostatnie piętro, do jej niewielkiego mieszkania. Wychodząc ledwie przymknąłem słabo zamykający się zamek, teraz pchnąłem drzwi i wreszcie mogłem odetchnąć pełna piersią, wolną od smrodu, wilgoci i brudu królestwa ghuli. Mieszkanie było jasne, zadbane i wysprzątane. Pachniało jej gorącym ciałem i lawendowym ogonem perfum. W sypialni łóżko było starannie zaścielone. Żółta pościel w czerwone tulipany, wprowadzała kontrast dla reszty wystroju. Prace wisiały jak zawsze prawie wszędzie. Nie zaspokajało ich miejsce na ścianach czy suficie. Zostawiła otwarte okna. Wiatr strącił ołówki i kartki. Przewertował bezwstydnie strony jej pamiętników. Widział ją w pozach i czynnościach nie przystających do młodej damy a gorszącej, lubieżnej wiedźmy. Jej akty i sceny nocnych orgii, gorszyły wyobrażenie o stateczności kobiet. Te kartki żyły dzięki erotycznej magii, przyciągania męskich oczu. Obrzydzenie było na tyle wulgarne, że rodziło niezdrowe podniecenie tej szczególnej dewiacji zmysłów. Bronił się teraz z całych sił by odwrócić wzrok od nabrzmiałych piersi, ciała wygiętego w łuk spełnienia. Wręcz słyszał jej przeciągły jęk a potem krótki krzyk. Łapy demonów oplotły ją szczelnie. Języki spijały wilgoć a szczęki szukały najdelikatniejszych obszarów szyi oraz wewnętrznej strony, kształtnych ud. Kochał ten widok a zarazem nienawidził. Oddawała się im a potem rzucała się w jego ramiona. Wiedział od początku, że maluje te obrazy nie ze snu a z jawy. Przyznała mu się od razu. O dziwo zrozumiał a nawet budziło to w nim coś więcej. Widział nieraz jej kochanków. Te wszystkie demony. Wpuszczał do sypialni, rozradowane i spragnione ghule. A potem siadał przy kominku w salonie i spokojnie słuchał. Jak jej śmiech, przeradza się w serię jęków a one w krzyki spełnienia. Ostatnio pozwalała mu patrzeć. Być częścią jej tajemnego świata. I patrzył na każdy szczegół. I wiedział tylko tyle, że ją kocha. Bo tylko ona pozwoliła mu być sobą. Też był martwy jak jej kochankowie. Tyle że w środku. Nie miał serca, które cierpiało by na taki widok. Nie miał duszy, która uznałaby to za grzech. Był takim samym potworem. Dlatego korzystał z jej ciała na takich samych warunkach. A to dawało mu siłę by być coraz doskonalszym poetą mroku. Cel uświęca wszelkie środki. Ostatnio wspominała, że skoro ja zaakceptowałem i poznałem jej świat mroku to ona musi zrobić to samo dla mnie. Może i ghule nie wiedzą gdzie jest ale ja już chyba wiem i tylko oni mogą mi pomóc. Kolejne wejście do najniższych piwnic. Cegły były tu lodowate i mokre, pokryte mchem i grzybem. Posadzka była ubitym klepiskiem, autostradą dla szczurów i myszy uciekających przed szponami ghuli. Z absolutu mroku, dochodziły ciche zwodnicze szepty. Krople wody z uszkodzonych rur, uderzały o tafle błotnistych kałuż jak wystrzały. Poszczególne pomieszczenia zdawały się lochami na zamku. Pełno w nich było zapomnianych po wieki skrzyń, beczek czy worów. Gdzieniegdzie chrupnęła pod butem kość lub mała czaszka. Rozwleczone jelita, gniły spokojnie, znacząc drogę do mojego celu. Kilka razy zza zaułków posłyszałem warkot z zaciśniętej gardzieli. Ghule patrzyły z mrocznym zapadlisk i szczelin. Znali mnie, tylko dlatego nadal żyłem. Przeczuwali, że idę ku studni. Przepuszczali kogoś, kogo uważali za swojego. W pomieszczeniu ze studnią nie było nikogo a właz był dokładnie założony. Odkręciłem pokrywę i zajrzałem w głąb tunelu. Powietrze było ciężkie od gazów, fosforyzowało od nich delikatnie a jego woń nie miała dość ohydnego odpowiednika w świecie ludzkiej powierzchni. Już miałem zejść po niewielkiej linowej drabince osadzonej w osypującej się lekko ściance, gdy przestraszył mnie warkotliwy głos zza pleców. Pan widać chcę udać się do naszego świata, czyżby na jedną w nekropolii? Ghul miał lekko podejrzaną minę i ręce założone na piersi, jak nauczyciel, który przyłapuję uczniów na paleniu w szkolnej toalecie. Ubrany był jak to przedstawiciel tego gatunku. Fantazyjnie i groteskowo. Czarna marynarka pełna była dziur i zabrudzeń z krwi i ziemi. Była też o trzy numery za duża na jego skarlałą postać i chude barki. Do niej wybrał krótkie białe szorty pływackie, obnażające jego krzywe nogi Ghule nie nosiły butów. Miały nieproporcjonalnie wielkie stopy do reszty ciała i ludzkie buty były na nie zbyt małe i wąskie. Uwieńczeniem zatem był tweedowy melonik o fioletowym rondzie Równie wygnieciony i brudny co marynarka. Który z korytarzy zaprowadzi mnie przyjacielu na stary anglikański cmentarz na obrzeżach miasta? Mogę wskazać drogę. Idź za mną. Wskoczył szybko do tunelu i zaczekał na dole aż niepewnie postawię te kilka kroków po drabinie. Gdy byłem na dole, uśmiechnął się i ruszył w najdalej na lewo położoną odnogę korytarza. Powędrowałem za nim. Po niespełna godzinie spędzonej w tunelu. I wielu jego zakrętach oraz odnogach. Mogłem uczuć na twarzy uderzenie chłodnego acz świeżego powietrza z powierzchni. Ghul idący na przedzie na chwilę przystanął, podskoczył po czym zniknął mi z oczu. Skulony pełzłem do miejsca w którym zniknął i tym samym odnalazłem małą wyrwę w sklepieniu tunelu. Spłynęła z niej szponiasta dłoń i uchwyciłem się niej. Pociągnął mocno i zdecydowanie i już po chwili leżałem w bujnej, niekoszonej od wieków trawie, opodal grobu jakiegoś starszego jegomościa nazwiskiem Bryant. Nekropolia była zupełnie odludna, zapuszczona i zapomniana. Nie dziwne. Byłem chyba jedyną żywą istotą, która jeszcze pamiętała o tym miejscu. Był na tym cmentarzu grobowiec szczególny, który był mi natchnieniem w godzinach całkowitego wykluczenia i dotkliwej samotni serca. Spoczywało w jego marmurowej bryle o strzelistych ściankach i żeliwnych odrzwiach. Ciało przedwcześnie zmarłej córki pastora. Zmarła spadając z konia. Skręciła kark a zwierzę spłoszone przez ukrytą w krzakach zwierzynę jeszcze dodatkowo poturbowało jej ciało kopytami. Zgasła mając lat osiemnaście. W roku tysiąc osiemset siódmym. Czytałem jej swoje wiersze, czasami tworzyłem dla niej i zostawiałem rękopis wsunięty pod drzwi. Była mi bliska. Była mi natchnieniem. Jak rzekłem cmentarz był pusty, jeśli nie liczyć ghuli, dziwnie zebranych w zwartym skupisku, właśnie pod grobowcem dziewczyny. Patrzyli na coś w milczeniu, lecz nawet z tej odległości dało się wyczuć, że byli czymś mocno poruszeni. Drzwi grobowca były uchylone dość szeroko a ghuli było dwunastu. Mój kompan ruszył do swych braci, zerknął do środka grobowca i zamarł jak reszta. Omotany zwykłą ludzką ciekawością ruszyłem w ich stronę. Przepchnąłem ich lekko by zrobić sobie miejsce i spojrzałem w stronę kamiennego katafalku z trumną. Odnalazłem ją, gubiąc gdzieś po drodze swój rozum. Trumna była otwarta. Wieko zrzucono u podnóża schodków. Na czerwonym materiale leżał kościotrup dziewczyny. W objęciach nagiej zupełnie i rozpalonej pożądaniem akademiczki. Tuliła się do zmarłej. Ocierała o nią subtelnie. Jej dłoń baraszkowała między udami, pieszcząc się mocno. Jęczała głośno. Spazmy rozkoszy przechodziły przez jej zaczerwienione erotyczną gorączką ciało. Piersi pokryte potem o idealnie nabrzmiałych sutkach błagały o silny dotyk. Łono było mokre i śliskie. Oczy szły w górę czaszki ilekroć dotknęła najdelikatniejszej części swego łona. Drżała coraz mocniej i mocniej aż wreszcie przeszedł przez nią prąd spełnienia i padła z głośnym jękiem na wypełnienie trumny. Wtedy uniosła się delikatnie na łokciach i zaprosiła lubieżnie palcem całe grono podziwiające ją z progu. Ghule ruszyły z dzikim wyciem ku kochance. A ja odetchnąłem, zamknąłem drzwi i ruszyłem do niej. Tym razem decydując się na to by nie być tylko obserwatorem.
  2. "Wiersz jest najpiękniejszą formą, późniejszego gnicia" Użyj wobec mnie serca a Cię wyśmieję i obrócę w niewolnika. Użyj wobec mnie siły a Cię zabiję i będę drwił z Twej głupoty. Użyj wobec mnie języka romantyków a Ci go utnę i wsadzę do gardła. Lecz gdy pokażesz mi w trakcie wiosennego spaceru z dala od zgiełku cywilizacji, padlinę sczerniałą zgnilizną, much i czerwi otoczoną, krwawym wirem. Bielejącą czystością rozprutych, od gazów rozkładu kości. Cuchnącą słodkim afrodyzjakiem śmierci, porzuconą pod mostkiem drewnianym, w trzcinie strugi leniwej. Wtedy Cię schwycę w ramiona i podrzucę w niebiosa błękitne nad ziemi skalanej połacią. I ucałuję gorąco Twe pełne nektaru życia usta, którymi dusza pewnego dnia, ku bramom zaświatów wyruszy. I wypowiem z radością te słowa, żeś mi szczęściem największym i lubym. Połowicą bliźniaczą, pośród plemienia ślepego, ludzkiego wybrana. Twarda jak trumna. Zimna jak onyksowy nagrobek. Z duszą straconą dla świata, lecz dla mnie świętą, dziękczynną. Pójdę z Tobą ku śmierci, co wszędzie wokół króluje. I pisać chociaż spróbuję o sztuce, która też na kartkach tych zgnije. Szczeźnie jak my zapomniana, w czerni anonimowego grobu. Rozłożeni przez larwy i muchy, złączeni w uczuciu wiecznym do wzdętej od gazów rozkładu, słodkiej, jedynej marności.
  3. "Skoro sztuka mnie wyklęła, nie uznaję jej kanonu. Skoro sacrum mnie nie przyjęło, uczyniłam bluźnierstwo rytuałem." Schowała świeżo wykonany rysunek za pazuchę płaszcza. Palcami ubrudzonymi węglem, pogłaskała śliczne, malutkie łebki białych, bezdomnych kociąt, którzy dzielnie służyli jej za modeli. Szybko wzięli się za wylizywanie sobie nawzajem, szarych pasemek, które im nieopatrznie stworzyła. Powoli zaczynało świtać a niebo grafitowo-niebieskie iskrzyło głęboko ponad chmurami, jasnymi śladami, cichych jeszcze wyładowań. Burze trapiły ich w tym roku niczym rozległa i nader uciążliwa plaga. Jeśli dziś nadejdzie kolejna z nich, to rzeka płynąca przez miasteczko i dzielącą je praktycznie na pół, wystąpi z koryta i wywoła nieprzewidziany w skutkach potop. Bała się burzy i żywiołu wody. Nie umiała radzić sobie z nagłym lękiem, który ogarniał jej wątłę, blade i piegowate ciało, gdy tylko do jej wyczulonych na zmiany w środowisku uszu, spłynął szum fal rzęsistego deszczu, przecinany hukiem śmiercionośnych, boskich błyskawic. Najgorszą torturą był dźwięk deszczu odbijającego się od klekoczących okiennic, ledwie wręcz umocowanych w jej skromnej sypialni. Strach zyskiwał wtedy moc cielesną. A rozum nie potrafił przeciwstawić się mu w sposób spokojny i racjonalny. Skulona i zlana, zimnym potem, przeklinała to co najbardziej kochała. Opowieści o duchach i potworach, senne, poranne spacery po zapuszczonych, wyłączonych z użytku już nekropoliach, seanse z tarotem i czarnomagicznymi księgami, by przywołać demony i dżiny i powierzyć im spełnienie najdzikszych pragnień. W jej rysunki i szkice, rozwieszone wszędzie wokół łóżka, sam diabeł lub jego piekielni akolici, wpychali iskrę życia. Jej prace gdy je wykonywała, nie wzbudzały w niej odstręczenia, wzgardy, lęku czy przerażenia. Przeciwnie. Kochała ich każdy detal i doskonałość formy. Lecz gdy potwory, bestię i ghoule, wychodziły o północy z ram kartek i otaczały ją zewsząd, wyciągając szponiaste włochate łapy, śliniące się, krwistoczerwone jęzory. Naruszały brutalnie i wrogo jej niewinność. Każdy skrawek jej ciała. Nawet najdelikatniejszy, był pod władztwem ich niepohamowanego amoku i dzikiego pożądania gadzich ślepi. Koszmar kończył się gdy burza odchodziła na wschód, gnana zwierzęcą potrzebą zniszczenia kolejnych niewieścich lub dziecięcych snów. Budziła się z krzykiem. Powoli odzyskiwała rozum i oddech. Czuła się brudna. Zszargana i sprofanowana. Jej odkryte lubieżnie wdzięki, lśniły niczym najdroższe klejnoty w bieli, krochmalonej pierzyny. Strach i gorycz mijały z każdą minutą. Zakrywała zasiniaczone lekko piersi o różowych drobnych sutkach, Broniła wglądu w zaczerwienione, mokre łono o idealnie złożonych, różanych płatkach. A potem jak gdyby nigdy nic wstawała. Plotła byle jak, złociste pukle włosów i natychmiast brała do ręki węgiel lub ołówek. Musiała uwiecznić kolejny koszmar na płótnie czy kartce. Już nie budziło to w niej grozy a irracjonalne podniecenie. Wena była drogą ku spełnieniu. Rysowała każdy szczegół. Dokładnie i długo. Każdą zmarszczkę, grymas czy fałdę. Znów była oddana pieszczotom. Tej, którą kochała nad życie. Sztuki. Jej zwinne, długie palce, kresliły linię idealnych konturów i przestrzeni. Czasami muskała wręcz kącikiem brody o powierzchnię rysunku, wystawiała końcówkę języka w skupieniu i dokładała każdy cień, każdą warstwę. Czasami wiedziona zapomnieniem, zważała dopiero niewczas jak mocno na łechtanie zmysłów odpowiada jej ciało. Nogi wolno skupiały się ku sobie a dorodne uda tarły, najdelikatniejszymi, wewnętrznymi powłokami skóry, prowokując jej policzki do silnego zaczerwienienia a usta do lubieżnych westchnień a nawet cichych jęków. Mrowienie rozchodziło się z jej trzewi na cały organizm. Jak tembr dzwonu. Jak fale wzburzone wrzuconym w czystą, krystaliczną toń kamieniem. Tonęła jak ten kamień. W imaginacjach, wspomnieniach, upadłych fantazjach. Czuła jak tężały z wolna jej napięte mięśnie. Nie tylko one. Piersi twardniały boleśnie i znów jak w nocy domagały się demonicznych, srogich pieszczot. Jej druga dłoń bezwiednie, zaczynała grać rolę tego demona. Głaskała, mlecznobiałą szyję, Dusiła ją delikatnie lecz na tyle by ślady palców zostawały choć na moment i budziły wspomnienie nocnego zniewolenia. Czasami odkrywała piersi, nabrzmiałe chwytały delikatną i chłodną rześkość poranka. Wsuwała palce do pełnych, gorących ust. Najpierw ledwie zwilżone, błądziły wokół warg by nagle znaleźć się głęboko na tylnej ścianie języka. Pragnęła jeszcze więcej, wspominając ich zwierzęcy, nocny erotyzm. Brała pierś w dłoń. Ugniatała szybko i brutalnie czując w sobie jeszcze ślad rytmicznych pchnięć. A gdy tego jeszcze było jej nie dość. Zsuwała się niżej i rozrzucała nogi na boki. Wilgoć jej najdelikatniejszego obszaru tylko potęgowała w niej żądze. Palce skupiała na jednym punkcie. Twardym i gorącym, który delikatnie ukrywał się nadal jakby speszony i wstydliwy przed tym co zaszło już znacznie za daleko. Tak płonęło jej ciało. W ogniu pożądania. Aż do spełnionego końca który wieńczył dzieło. Po wszystkim, roztrzęsiona a zarazem lekka jak piórko. Brała skończony rysunek i na nadal objętych mrowieniem nogach podchodziła do łóżka. Przyklejała nad nim dzieło na którym stadko ghouli pieściło ją ze wszystkich stron ku szaleństwu. Uśmiechnęła się z niepokojąco zepsutym błyskiem w oku. Wszyscy uważają ją za wiedźmę i upadłą, rozwiązłą dziewczynę Diabła. Dlatego wyrzucono ją najpierw z klasztoru, potem z akademii sztuk pięknych a teraz nawet przepędzano z parku czy barów. Nikt nie chciał nawet oglądać jej dzieł. Tym bardziej kupić ich. Z jednej strony bała się nocnych burz. Z drugiej błagała czasem w myślach by nadchodziły jedna za drugą. Lubiła być niewolnicą swojej upadłej sztuki. Kochała być niewolnicą demonów. Ostatnio odwiedził ją jeden z poetów wyklętych. Urzekła go. Naturą, charakterem, talentem i pięknem. Korzystał bez zahamowań z uroków jej młodego ciała, sycąc jeszcze zmysły rozwieszonymi wszędzie rysunkami. Czuła się przy nim, brudna, upadła i wyklęta. I było jej z tym błogo. Taka była. I taka miała pozostać.
  4. Mróz się niesie w borze, Knieja w kożuchu z bieli, Ścieli mi koce na łoże, Panna blada z zawiei, Nagie jej stopy w puchu, Szkarłat ma po kostki, Kładzie mi na brzuchu, Lodowatą dłoń z troski, Srebrzą się jak perły, Oczy bielmem skryte, Na głowie wianek przymarły, Usta czerwono krwiste, Daję jej czarną różę, Wkłada ją w bujny bukiet, W ramionach się zanurzę, Ból koi i mój smutek, Widzę własne tchnienie, W mrozie ulotną parę, Niknie o mnie wspomnienie, Mocniej się tulę w Marę, Jestem już równie zimny, Odsuwa mnie od piersi, W łożu mym kamiennym, Nie boję się już Śmierci.
  5. Dwa słowa... może trzy, w których sens życia tkwi. Miłość, erotyzm... ból byle tylko nie Twój! Resztę biorę w ciemno, chciej robić to ze mną. Zdejmij tylko - szaty, nie lubię... na raty. Drań się pręży... widzi, Twoje dziurki w rzyci. Włóż błagam... całego, pośliń, wypręż - dyszel, kobieto... co słyszę! Och! Ach! jak szybko, nie uciekaj z cipką! Lubisz tryskać w usta, jakbym była pusta. Zlizujesz... smakujesz, jak w raju się czujesz. Słodkie, słone - na raz, napompuj go zaraz! wejdź w dupkę - szeroką, tam możesz... głęboko. Do dna... ile wlezie, w cycki też pojedziesz? Wszystko było i nic bierz mnie całą - daj żyć! Na oknie - w łazience, od tyłu w sukience. Dzisiaj ci się chowam kocham Cię - dwa słowa! A może to trzecie... bo seks też ból niesie! "Seks jest jak powietrze; nie myślisz o nim, dopóki nie zacznie ci go brakować." - Jill Shalvis.
  6. Anonimowa istoto, Kocham twoje zęby. Żółte od papierosów I ostre kły, którymi mnie gryziesz. Kocham zimno twoich rąk, Skulonych w moich, Szukających chociaż Odrobiny ciepła. Duchu, poleżmy koło Siebie jeszcze przez chwile. Daj mi nacieszyć się Zapachem twojego potu. Namaluję dla Ciebie Tysiące portretów, Ukazujące Cię z każdej Strony, w każdym stylu. Wlewaj do moich ust Alkohol i swoją ślinę. Przyjmę te dary jak Komunię Świętą w kościele. Anonimie, uwielbiam Nasze rozmowy o miłości. Szczególnie stwierdzenie, Że nie istnieje.
  7. tańczą dusze z uniesieniem splątane gorącym oddechem w namiętnym rytmie drżenia ponad świadomością istnienia
  8. SALOME **** Tańczy zapatrzona w idealną nicość Jędrne piersi, pępek i zarys bioder Podniecają muzykę wydartą szatanowi Twarz w grymasie ekstazy jest nieskalana Obręcze kajdanami piękna Naszyjnik ciąży dusi szalony oddech *** Misa pełna świętości o złotawym blasku Otoczona błękitem Boga – Ojca Rozświetla sumienia innych Nie jej – dzikiej i przerażonej swym dziełem Salome – wije się przed obliczem spokojnej wściekłości. J. A. 2016 r.
  9. "Mistycyzm dotyka z bliska erotyzmu". Cząstkę twej duszy spijam zachłannie z twych ust Każda jej kropla Roznieca żar pragnienia Przenika w głąb drgającego serca
×
×
  • Dodaj nową pozycję...