-
Postów
4 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez semafor
-
Opis dnia Przykładnego, Wzorowego Obywatela
semafor opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Za horyzontem znów wschodzi słońce. Szósta rano. Znasz to uczucie aż za dobrze. Otwierasz okno, stajesz przy nim, a lodowaty poranny wiatr wieje ci prosto w zaspane oczy. Myślisz w jakim to wspaniałym kraju, płynącym mlekiem i miodem żyjesz. Ale nie stoisz długo — czas goni. Mówisz tylko: „Trudno” i idziesz się ubrać. Koszula garniturowa leży idealnie, choć gryzie w kark. Spodnie są tak obcisłe, że miażdżą ci chuja. Wspaniały zestaw na wspaniały dzień. Idziesz zjeść śniadanie, lecz… czas goni. Nie zjesz dziś śniadania. No cóż... Pośpiesznie zakładasz pantofle — jeszcze ciaśniejsze niż spodnie — i pędzisz na złamanie karku, i tak już podgryzanego przez kołnierz koszuli, do pracy. Wsiadasz do śmierdzącego i dymiącego bardziej niż smok autobusu linii 500. Siadasz na trzech fotelach z tyłu, zadowolony, że masz aż trzy miejsca dla siebie. Przez trzy przystanki jedziesz szczęśliwy, mimo kilku bezdomnych głośno rozmawiających naprzeciwko. Na czwartym przystanku wsiada osiem starszych pań. Oczywiście — bez mrugnięcia okiem, mimo że są bardzo niemiłe — dopuszczasz je do swoich upragnionych trzech miejsc. Resztę trasy pokonujesz stojąc, kurczowo trzymając się sufitowej poręczy. Próbujesz zasnąć, ale autobus co chwilę podskakuje na dziurach i nijak nie da się wrócić choć na chwilę do krainy snu. Mimo tych trudności dalej się uśmiechasz i bez zniechęcenia wchodzisz do ulubionego biura. Jesteś spóźniony trzy minuty. Z ogromną prędkością przykładasz kartę do drzwi szefa, pukasz, słyszysz znajome „proszę!” i wchodzisz. Po otrzymaniu reprymendy i liścia w twarz — którego oczywiście przyjmujesz z honorem, bez sprzeciwu — wracasz do swojego biura. Rozpoczynasz pracę. Męczysz się nad akcjami i obligacjami jakiegoś Markiewicza, skurwysyna milionera. Twarz jeszcze piecze po karze, ale nie zważasz na to. Z uśmiechem, że możesz pracować w tak wspaniałym miejscu, w tak wspaniałym kraju, pracujesz dalej. Markiewicza kończysz o czternastej trzydzieści. Teraz czas na obrzydliwy obiad w kantynie, rozmawiając o życiu i śmierci ze swoimi ulubionymi, śmierdzącymi współpracownikami. Dziś na obiad resztki z wczoraj: zielony kotlet schabowy z ziemniakami bez surówki. Jasna sprawa, że szef w tym czasie konsumuje u siebie homara z krewetkami. Nie myślisz jednak o tym długo — właściwie w ogóle o tym nie myślisz — bo już zjadłeś i musisz wracać do pracy. Kończysz po osiemnastej, zmęczony, i zbierasz się do wyjścia. Oczy bezwładnie się zamykają, przecierasz je ręką i wychodzisz z pokoju. Robiąc to, wpadasz na szefa. Ten zatrzymuje cię i mówi: „Ty już? Nie, nie… Wysłałem ci jeszcze jedną rzecz do zrobienia”. Tak oto twój dzień pracy kończy się o dwudziestej trzeciej. Szef i inni dawno poszli do domów. Ty również idziesz. Wracasz znów autobusem linii 500. O tej porze nie ma już starowinek. Podróż przebiega spokojnie, próbujesz zasnąć na tylnym siedzeniu, ale boisz się, że przegapisz swój przystanek. Nie przegapiasz, bo nie zasypiasz. Wysiadasz. Wykończony, ale szczęśliwy, że dobrze wykonałeś swoją pracę i przysłużyłeś się komuś, jak zawsze wchodzisz do domu i od razu idziesz spać. Dobranoc. Za horyzontem znów wschodzi słońce. Szósta rano. Znasz to uczucie. Otwierasz okno i stajesz przy nim, a lodowaty poranny wiatr… -
Dawno, dawno temu za siedmioma lasami i czternastoma wodogrzmotami żyła Żyrafa Szubienica, nazywana tak przez to, że miała szubienicę zamiast swojej głowy oraz Zebra Gilotyna, nazywana tak, tak jak jej przyjaciółka przez to, że zamiast głowy miała średniowieczną maszynę do zabijania. Zaraz, zaraz napisałem „przyjaciółka”? Pytam się, ponieważ Żyrafa w ogóle nie uważała Zebry za przyjaciółkę i na odwrót [1]. Czy można zatem nazywać to „przyjaźnią”? Nie wiem, więc nie będę pisał tego słowa. Była to po prostu znajomość z widzenia. I mimo tego, że i Żyrafa i Zebra wiedziały o sobie nawzajem to nigdy się do siebie nie odezwały. A przynajmniej do czasu. Pewnego jesiennego dnia (był to dokładniej mówiąc dwudziesty czwarty września) Zebra zebrała się na odwagę i mijając szesnasty raz tego dnia Żyrafę powiedziała: -Dzień dobry Żyrafo! Żyrafa nie wiedziała do końca co powiedzieć, więc po prostu powtórzyła tę samą frazę zmieniając w niej jedynie Żyrafę na Zebrę i zapadła długa, niezręczna cisza. Następne dni nie różniły się od siebie niczym, więc opiszę je szybko i zbiorowo. Mianowicie zwierzęta dalej się do siebie nie odzywały. Aż w końcu nastąpiło coś co zmieniło wszystko o trzysta sześćdziesiąt stopni, a było to tak: dnia trzeciego listopada, Żyrafa i Zebra, rzecz jasna nie odzywając się do siebie, wybrały się na spacer do pobliskiego lasu na grzyby. Żyrafa szła pierwsza, Zebra podążała za nią. Nasze grzybiarki o jedenastej dziesięć przeszły przez mostek i znalazły się w gęstym lesie. Szły jednak dalej, ponieważ wiedziały, że grzyby wyemigrowały na południe. Skąd wiedziały? Nie mam pojęcia, nie pytajcie mnie. Najważniejsze, że szły dalej. Po około trzech minutach oczom naszych spacerowiczek, ukazał się leśny potok. Po podejściu bliżej okazało się, że niestety nie ma przejścia z uwagi na brak żadnego mostu tudzież kładki. Zebra i Żyrafa chwilę stały w miejscu i myślały co zrobić, ale długo nic nie przychodziło im do głów. Nagle Żyrafa doznała olśnienia! Co wymyśliła? Nic mądrego… Żyrafa postanowiła wskoczyć do wody i przepłynąć na drugi brzeg wpław. Nie zastanawiając się więcej, wskoczyła do wody i… zaczęła się topić! Zebra widząc co się dzieje również skoczyła do wody, na ratunek przyjaciółce lecz wtedy stało się jeszcze coś strasznego. Zebra podczas tego skoku zahaczyła głową o głowę Żyrafy. Ostrze gilotyny natychmiast spadło i zabiło Żyrafę której, już wtedy bezwładne, zwłoki zaczęły szybko odpływać od Zebry z nurtem. Zebra próbowała ze wszystkich sił uniknąć utonięcia, a przynajmniej dopóki nie zabrakło jej powietrza… [1] Ułatwienie dla myślących inaczej: Zebra Żyrafy.
-
1
-
- proza
- opowiadnie
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Tamtego dnia wszystko wyglądało inaczej. Wszystko było takie… inne. Takie odległe i bliskie, dwa w jednym. Wiedziałem dużo, a przynajmniej tyle, że nie wiem zbyt dużo. Dużo? Nieee. Nie wiedziałem nic o niczym, o czym wiedzieć chciałem. Tamtego dnia – nie wiem jaki to był dzień (chyba jakoś w czerwcu) – wszystko było normalne i nienormalnie zarazem. Niebo było niebieskie jak migdały w głowie jakiegoś zamyślonego poetyckiego wariata, trawa i liście były zielone jak pleśń, a słońce za nielicznymi chmurami, powoli chowało się za horyzontem. Stary biało-czarny blok naprzeciwko po drugiej stronie ronda wydał się jakoś mniejszy niż wczoraj i większy niż jutro. Sekundy wydawały się być dłuższe od minut, od których to krótsze były godziny. Taki zapierdol, ledwo idzie się w tym połapać. Tamten dzień był jaśniejszy, ale – no umówmy się - nie tak jak słońce, które jak gdyby nigdy nic chowało się powoli za nielicznymi chmurami i przemieszczało się za nimi w dół pod horyzont.
-
W roku dwa tysiące czternastym dwie światowej klasy firmy pokłóciły się. Jedna z tych firm produkowała pastę o zębów, druga pastę do butów. Spór powstał po tym jak ta od pasty do zębów zarzuciła tej drugiej, że jest przydatniejsza od niej. Były to dwie światowej klasy firmy, więc w mniej niż godzinę ich kłótnia stała się tematem numer jeden we wszystkich mediach. Obie spółki długo nie mogły dojść do zgody, więc wezwano negocjatora, który miał opanować ich napięte stosunki. Negocjator miał na imię Matthias Riedel i – zdaniem mediów – był najlepszy w swoich fachu. Riedel wpadł na pomysł zorganizowania Zawodów Przydatności Produktów (ZPP), których zwycięzca miał oficjalnie zostać najlepszym sprzedawcą past na całym świecie. Zawody rozpoczęły się pierwszego dnia lutego dwa tysiące czternastego roku. Pierwszą konkurencją było rzucanie opakowaniami past, z pastami w środku, do celu. Konkurencję tą wygrał producent pasty do butów, ponieważ jego opakowanie i maź były o wiele cięższe. Drugą rywalizacją było mycie zębów butami. Tu walka była najbardziej zacięta, lecz po długim starciu wygrał producent pasty do zębów (w sumie nie ma co się dziwić, w myciu zębów nie miał sobie równych, a poza tym zarządca firmy od pasty do butów był bliski wykrwawienia się). Trzecia i ostatnia kategoria to było zastosowanie produktu. Ta konkurencja polegała na tym, że trzeba było powtórzyć to, co ze swoim produktem zrobił przeciwnik. Takie trochę kalambury. Zaczął przedstawiciel firmy pasty do zębów – nałożył na szczotkę, którą zawsze przy sobie nosił, swoją pastę i zaczął myć zęby. Nie muszę chyba opisywać co działo się dalej. Powiem tylko tyle, że firma od pasty do zębów wygrała, ponieważ dyrektor firmy od pasty do butów bał się zakażenia pastą do butów ran w jamie ustnej, powstałych w wyniku mycia zębów butami.
- 5 odpowiedzi
-
4
-
- wolnaproza
- opowiadanie
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami: