Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

marekg

Użytkownicy
  • Postów

    831
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez marekg

  1. na klawiaturze ulic czarna hiszpanka rozrzuciła nuty biały piesek rozkołysał wieczór zebrałem fortepian moich uczuć w kawiarni Chopin dopijał kawę wbrew wszelkim zasadom istnienia
  2. @miauczenie owies anonim , przedstawiciel osób r. męskiego
  3. taplam się bez kapelusza po wieczornym niebie gwiazdy huśtają bezkresem dziś smakuje nam świat w oknie chwila z księżycem zapach snu i księga marzeń w gęstej nocy nie ma słów są usta co zgasiły dzień przebraliśmy się w nagie ciała jak sobie pościelisz tak się pokochasz wpisz login i krótki pin zacznij od czarnej kredki w żarłocznej godzinie młodzi wtuleni w grzech zjadają siebie słychać odgłosy trawienia Artur rozrzuca wspomnienia niech wabią samotne kobiety kielich tulipana zamyka w dłoni dobranoc
  4. za szklanką morza ujrzałem brzeg kołyszący oddech duszy w tangu mocnej rakiji wiatr przegania chmury drwiąc z wędrowców na odległość w kierunku nocnego Istambułu W Pomorie jest katiusza i codzienny cerkiewny dzwon rzeźby samotności odganiam rankiem kawą i zakuskami każde morze mieni się inaczej Czarne pragnieniem przebycia samego siebie
  5. nigdy jak dotąd. @miauczenie owies nigdy o tym nie myślałem
  6. w nowym wcieleniu balkony rozdają kwiaty rudy kot dokańcza akt z zamysłem szczekania na przyjaciół aktorzy w ciepłym mleku sfermentowali noc kefir kefir kefir nadzieja na początek dnia za oknem zabrakło nieba dziś tylko ptaki i kawałek porzuconej chmury tramwaj rozjeżdża Żoliborz oczy szukają jesieni widząc konające kleszcze pod pachami mostu
  7. z płaszcza starego pianina zdejmuję śpiący kurz przyzwyczajam milczącą duszę do rzeczywistości i wystukuję nowy rytm pustka odbita zagubioną nutą na tarczy zegara odlicza czas bawi się naszym życiem wlokąc za sobą głos sumienia dlatego czasem wśród białych ścian szukam portretów wczorajszych dni
  8. wybieramy się w podróż na drugą stronę ulicy dziś nie przyjechał tramwaj 23 zbyt mokra i pusta jest ta niedziela rozdano tylko parasole w kolorach mocnego drinka bez promieni cytrusowego słońca każdy polał sobie z sumieniem ust koty owinięte w swoje mruczanki zagubiły własne ścieżki cztery łapki śpią w zaciszu dnia nie rzucajcie w niebo kamieniami niebo jest odporne na agresję
  9. kiedy powróciłem do swojego miasta najpierw zatrzymał się zegar potem pociąg na stacji zamknięto kasy prosimy zakrywać usta i nos krzyczał głuchy peron potem było cicho jak nigdy odkazić zdezynfekować przemyć maski maseczki twarz i gdzieś w oddali człowiek a jeszcze dalej bezludny świat pij koteczku pij jest już późno na ostatni kawałek myszy bez bajeczki i maseczki pomruczmy teraz na pustej ulicy kocie łby odpowiedzą echem
  10. to taki eteryczny wieczór w kolorze kwiatu pomarańczy narodzone słowa mrugnięcie rzęs i jeszcze słodycz obrana do naga lewą nogą odkrywasz dzień ciało jeszcze śpi w niedzieli pościel w błękitne kotki miauczy chromatyczny sen ucieka w pustkę w zgiełku wspomnień słyszałem o Tobie tu ślepcy szukają drabiny wolności dotyk miłość w rzece utopi i rzeczywistość skarcona facebookiem a ten blok to mój dom tylko oczy cudze w gęstwinie czasu zarasta ludźmi pętla grzechu na zaciśniętym niebie Bóg przestaje widzieć i nie widzi Ciebie
  11. opłyń mnie strumyku dookoła w mojej wyobraźni są ostatnie krople o smaku jesiennej ryby w herbacianym lustrze brzeg zieleni i stara owdowiała brzoza dwie sarny stare panny plotkują pod chatką szeptuchą w taki dzień nie robię zdjęć wolę uciec z moją kapuścianą głową i rozpłynąć w kolorach doczesności nie mam mnie mogę być Twoim autem ukochanym modelem zgrabnego rocznika martwym kelnerem podającym kawior a kiedy wracam las jest pełen grzybów które z zapałem wyrywają ludzie Muchomory
  12. w mglisty poranek samotna ogarnięta lękiem skryła się w moich dłoniach biała jaskółka z papieru
  13. kiedy drzewa mówią dobranoc zasypiam w lesie bez krasnoludków i sierotki Marysi w życiu każdy ma swoją noc ze słodkim niebem w kolorze czekolady i księżycem z innej bajki pierwsze koty za płoty tylko czasem słyszę pomruk zagubionego życia niespełnienie wyrywa świat ze snu to był strzał co szuka celu między ciałem a duszą konsumenta w aplikacji do św. Sebastiana jest tylko czerwień płaszcza i przybity wyrok śmierci ten człowiek był w kamizelce kuloodpornej a zabiły go ludzkie słowa
  14. idąc nie spotkałem człowieka był tylko pies marnotrawny i kilka bogiń wszystkie głodne i nagie grzech zerwał się z łańcucha gryząc niewiniątka w szczurzym pośpiechu chodnikiem przebiegły kolejne wieczory bez całusków nad dobranoc ostatnią windą zjechało przebaczenie rozdając espumisan wzdętym i roztargnionym na pohybel grabieżcom czas odbił się piwem
  15. kot nim zas­ko­wyczą bra­my miast ob­rasta w fiolet cze­goś ta­kiego nie ma są pus­te ramy wszędo­byl­ska nagość me­lan­cho­lia i trujący do­tyk ust człowiek ob­rasta w niemoc o dłoniach zimnych i oczach z twar­de­go kamienia
  16. zamyśliłem się czytając , prawdziwe
  17. pod sku­lonym słońcem bur­szty­nowe ko­nie stąpają za horyzont tyl­ko im ufa wiatr bojąc się szcze­rości kobiet marzy­cielom wys­tar­czy ka­wałek nieba i ka­mien­ne scho­dy donikąd rzad­ko ot­warte okno z niedopałkiem codzienności w spadających obłokach nasze usta z koniczynką beztroski podmuch dnia i ta cisza niemego szybowca słowa ocierają się o stukot zgubionej podkowy
  18. trzeszczący łańcuch i dwa gumowe pedały Bonjour Paris jazz na na początek z przepoconym shirtem po obłokach oniemienia w tęczowym koszyku chat noir i wiadomość dobre wino kup kotku co nie drapiesz w francuskie noce przeciwnie do tego rudego spryciarza i koniecznie teraz musi padać deszcz velib zostaw przy stacji Blanche twoja płochliwa- Ryża cnotka wieczorem z ulic grzechu uciekniemy do konfesjonału nocnych wyznań gardząc niesmakiem pa -Ryża
  19. uśmiechnęłaś się kołysząc księżyc na białej chusteczce jedna łza i kilka słów z dalekiej podróży szepczesz ciszo trwaj w anielskiej pieśni wiatr szumi dzwonem cerkiewne wrota otwiera noc w oddali płynie magiczna Narew nad horyzontem przebiegł kot wędrowny pielgrzym zapalił świece Sława Tiebie Boże nasz sława Tiebie i szepnął cicho widząc Pokrowę Matko Miłosierdzia -Dziękuje Ci gdzieś w blasku nieba na końcu wioski stoi przydrożny drewniany krzyż to taki niemy drogowskaz życia on wskaże drogę i otrze łzy
  20. usiedliśmy przy niebieskiej cerkwi pamiętasz kiedyś byliśmy młodzi dziś pozostał ten sam uśmiech i niewinne dziewczęce spojrzenie na grobach dziadków iskrzą znicze odwróciłaś kwiaty w nasza stronę wspominając w malowanych słowach Wiecznaja pamiat - Człowiek cierpi i kocha w następnej zwrotce już płynie rzeka między pamięcią a snem błyszczy Narew szukasz dawnego echa w tajemnicy życia słońce zakrywa powoli usta utkany z kawałków wieczornego nieba z zapachu łąk kolorów dyni wspomnień powietrza ludzi i cieni podlaski krajobraz letniej chwili
  21. trącam niebo łokciem po tamtej stronie obłoki rozrzucają sól nie widać jak łzawią bezbronne oczy może ktoś ocaleje w lesie spowitym słoną ciszą z kolorów jesieni lubię ten późno kasztanowy obnażony między drzewami bez skandali i polityków na okularach cień kobiety i odrobina psiej filozofii nasz niedzielny spacer tak od jutra będziemy młodsi dziś w oddali gra harmonia to taki klimatyzator dla uczciwie chorych
  22. Tylko w kilku dzbanach namalowałem kwiaty dla kobiecej urody przemeblowano nie jedno miasto skrojono ciało tworząc oczy w kształcie tęczy teraz wystarczy unieść obraz wyciętych z kartonu zapakować w brudne pociągi i wars napełniony winem chłód metalu przetoczy się przez remontowane dworce z pijanych okien świat sprawi wrażenie lekkości rozejrzyj się wokół w nieokreślonej przestrzeni nieruchome życie przygryzione zimnym burgerem tylko mistrzowie martwych natur depczą pędzlem kwiaty w oddali blaszane konie i starannie ubrani mężczyźni konając podtrzymujemy dłonią chmury płacząc malujemy deszcz na kolacje jak na ostatnią wieczerzę przychodzimy z chlebem winem i odrobiną ludzkiej wiary na psim łańcuchu
  23. na skrawku małej łączki kilka słów twój list z nieba tęczą spływa uśmiech niczym modlitwa o poranku przed kawą a po pierwszym westchnieniu teraz mogę wędrować zanurzyć w świeżej zieleni maja oddychać głosem ptaków zdmuchiwać chmurne bałwanki i skradać całusy z kobiecych ust na szklanym fortepianie rozbijasz kolejne chwile ranisz muzykę i bezbronne dłonie ktoś rozsypał klawiaturę po wiejskich drogach nie szukaj jestem za rzeką i czytam list
  24. w rzeźbie wieczoru lampa i kufer bal roznegliżowanych lal podąża za korkiem szampana jak w zwierciadle wspomnień nie ma ulicy ze złotą podkową konia oddano Trojanom batem przegnano media czas uczty w paszczy lwa z półlitrówki została ćwiartka na dokarmienie nocy porcja mięsa gdy miasto śpi kobiety na Piotrkowskiej wynurzają się z Łodzi na odległość chwili
  25. na owdowiałej ulicy wyżeracz snu na zdrowie i po jednym wszyscy człowiek upada po raz trzeci pod krzyżem między rowem a kołem gospodyń wiejskich na samotnej stacji poranny peron i wciąż ten sam pociąg do alkoholu
×
×
  • Dodaj nową pozycję...