To ‘pierdolnięcie’ jest niczym innym, jak oszukiwaniem samego siebie. Stąd być może to wychodzenie
cichcem, po nocy, bez szlochów i błagań. Co podobać mi się nie powinno, ale wyczuwam też dozę
takiej szelmowskiej (nie znalazłem lepszego określenia) hipokryzjoniniuni – przewidującej reakcję typu:
„och, biedaczek, tak cichutko odszedł i nawet porządnie drzwiami nie pierdolnął ;)))
Oryginał? A może jednak lepiej było wyjść razem
z futryną? Jest o czym pomyśleć, dlatego
bardzo mi się podoba.
:)