-
Postów
27 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez leszek piotr laskowski
-
Pasożyt - po trupich kościach
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"Pasożyt - po trupich kościach" W świecie krzywych luster trwam – pchła pasożytnicza, Gdzie snobizm, chciwość i głód w każdej tętnią żyle. W otchłani pustych żądz, co dna nie zna zazwyczaj, Gwałcimy matkę-naturę, by pławić się w pyle. Chcemy wszystkiego naraz, bez wstydu i miary, Depcząc miękkość darni; błękit nieba nas parzy. Złocimy brzegi rzeki, kojąc nimi kary, Karmimy próżność łzami – kat, co o raju marzy. Wrosło w nas marnotrawstwo, pycha bezrozumna, Zostawiamy za sobą zgliszcza i rany krwawe. Niszczymy bez skrupułów, choć czeka nas trumna, Paląc fundament ziemi pod stopy nieprawe. Zamki legły w gruzach, twierdze w proch prawie starte, Chciałbym świat ten uleczyć, lecz zbyt jestem mały. Znikają piramidy, dziś nic już niewarte, Trzeszczy ludzka roztropność, kruszą się jej skały. Ile czasu mur ten wytrzyma napór głodu? Ziemia drży pod stopami, o litość nas błaga. Gnuśność nas pochłonie bez żalu i powodu? Idziemy wciąż przed siebie – ślepa to odwaga. Niszczymy się nawzajem, kradnąc jutra nadzieję, Jakby świat był zabawką pośród kości bieli. Zrozumiemy zbyt późno, gdy sens w nas zniszczeje, Że śmierć żywiciela los pasożyta dzieli. -Leszek Piotr Laskowski -
Bóg Honor Ojczyzna
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
„Bóg – Honor – Ojczyzna” Bóg – to nie obrazek święty, nie ksiądz i nie gmach kościoła. Honor – to nie pięść w obeldze, co do krwi bratniej woła. Ojczyzna – to nie owcza zagroda pod komendą pachoła! Bóg – to miłości wiara wszelka, ludziom w czynach oddana. Honor – patriocie, nie bandycie! To twarz czysta i nieskalana. Ojczyzna – to dobro matczyne, za które cenę się płaci, - nie szukanie wrogów wkoło, by ją w nienawiść zatracić. Polskie, niespokojne dusze, zawsze pierwsze do boju! Lecz przeciw sobie samym, w nienawiści, bez znoju. Brata i siostrę zabijać, rodzinę własną rozstrzelać, drutem kolczastym z lęku łóżka im powyścielać! Narody słowiańskie, do walki zrywami wciąż żyjące. „Serce oddaj Ojczyźnie!” – hasła jak kłamstwa kłujące. Trzeba ciąć, bić i niszczyć, poderżnąć bratu gardło? Wciąż nowych zwad szukać godnością upadłą. Wrogów sztucznych kreować, nawet gdy ich nie ma wcale, przeciw sobie buntować, by mieć lepsze morale. Głosu Kościoła słuchać, droga rzekomo jedyna… „Bóg, Honor, Ojczyzna” – dziś to zbyt często kpina! Bóg, Honor, Ojczyzna – dewizy tej nie ruszaj, chamie, bo pojęcia nie masz o wartościach w tej gamie! – Leszek Piotr Laskowski -
"Rada bogatym" W wiosce Jubionka Jubionkowie mieszkali: Jubionkowie duzi, Jubionkowie też mali. Ci, co byli duzi, Jubionką zarządzali. Jubionkowie mali tych dużych się bali. Każdymi wyborami dużych wybierali, Jubionkowie mali nie kandydowali. Choć Jubionka mała, władzę dużą miała, o wszystkich Jubionków niezarówno dbała. Jubionkowie mali się nie skarżyli, w harmonii z dużymi zawsze zgodnie żyli. Aż do momentu, kiedy dużych przybyło i jadła dla małych już nie wystarczyło. Głodowali mali bez skarżenia większego, pracowali więcej dla zwieszchnictwa dużego. Do harówki przywykli i nie narzekali, mniejsi się rodzili, młodsi umierali. Dużych przybywało w obfitości bogactwa, wymogów mieli więcej od małego bractwa. Biedni Jubionkowie, od świtu do nocy, w gonitwie umierali z głodu i niemocy. Bogaci się śmiali swą wyższością wielką, dalej korzystali z bezlitosnością wszelką. Aż dnia pewnego swe zapasy wyjedli, chcieli małych oskarżyć i tu się zawiedli. Ostatni ich mały z głodu dawno padł, oddawał im wszystko, więc sam mało jadł. Morał wielkim jeden: - chcecie być bogatymi, nie pozwólcie poddanym chodzić głodnymi. – Leszek Piotr Laskowski
-
1
-
Bałwania podróż
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"Bałwania podróż" Choć to nie pora i mróz jeszcze trzyma, gdy tylko słońce mocniej zanuci, w sercach bałwanów radość ożywa, bo koniec zimy ich przecież nie smuci. Ruszają rzeką w stronę wielkich mórz, płyną wytrwale aż do bieguna. Wrócą, gdy chłody nieproszone znów, spadną na ziemię w śnieżnych całunach. Tam, gdzie mróz rządy sprawuje twarde, zasną w objęciach polarnej bieli, czekając chwili, aż wiatrem hardym zima ich w drogę znowu wystrzeli. Wiatr je uniesie w podniebne szlaki, zmieni w puszyste i ciężkie chmury, by znów jak białe zimowe ptaki spadły na pola i leśne mury. Wtedy je dzieci rączkami swymi zmienią znów w kule, co dumnie stoją. Tak bałwan powróci do swojej krainy, słońca i ciepła już się nie bojąc. W radosnym zgiełku, wśród śmiechu dzieci, wszystko się bieli, puch leci z nieba, marchewka-nos już w słoneczku świeci, węgielki tworzą uśmiech jak trzeba. - Leszek Piotr Laskowski Dodatek: Opowieść na dobranoc - "O Wielkiej Wędrówce Śnieżnego Wędrowca" Zaśnij wygodnie, wtul się w poduszkę i posłuchaj o tajemnicy, którą znają tylko bałwany, a od teraz poznasz ją także ty. Kiedy nadchodzi wiosna i słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewać, my cieszymy się z pierwszych kwiatów. Ale bałwany… bałwany wiedzą, że nadszedł czas na ich wielką przygodę. Widzisz, bałwan wcale nie znika. On po prostu zmienia ubranie na lżejsze i wyrusza w podróż, o której marzy przez całą zimę. Najpierw – przy roztapianiu – zamienia się w mały, srebrzysty strumyk. Płynie cichutko obok twojego domu, przez łąki i lasy, aż wpada do wielkiej rzeki. Ta rzeka niesie go aż do samego morza. Wyobraź sobie bałwana jako kropelki wody, które płyną, podskakując na grzbiecie fali, mijając statki i pryskając przyjaźnie wesołym foczkom. Płynie tak coraz dalej i dalej – na północ, tam, gdzie zawsze panuje mróz. Gdy dociera do bieguna północnego, czuje się jak w domu. Tam kładzie się w białym, miękkim śniegu i jako lód zasypia głębokim snem w objęciach polarnej zorzy. Śpi tak przez całą wiosnę, lato i większą część jesieni – otulony białą pierzyną, w ciszy i błękitnym mrozie. Ale kiedy kalendarz mówi, że czas wracać, wiatr budzi go delikatnym świstem. Wtedy dzieje się magia. Nasz wędrowiec zamienia się w leciutką parę i unosi się wysoko – aż do samych chmur. Tam, wysoko w górze, tańczy z innymi płatkami, zmieniając się w puszystą, białą chmurkę – wielką jak poduszka – i zaczyna swoją podróż przez oceany, morza i góry. A gdy nadchodzi mroźna noc – taka jak ta – wiatr otwiera podniebne wrota i nasz wędrowiec, teraz już jako tysiąc małych, iskrzących się gwiazdek, powoli opada na ziemię. Przykrywa lasy, dachy domów i twój ogródek. Czeka tam cierpliwie, aż jutro rano założysz ciepłe ubranko, ciepłe rękawiczki i wybiegniesz na zewnątrz, gdzie swoimi małymi rączkami ulepisz go na nowo. On wrócił. Bo sobie obiecał, że zawsze będzie do Ciebie wracać. I teraz – dumnie stojąc w ogrodzie – uśmiecha się do księżyca, bo wie, że podróż dobiegła końca. A teraz zamknij oczka i śnij o białych płatkach, które niosą ze sobą najpiękniejsze zimowe sny. Koniec. -
"Pająk i muchy" Trzy muchy przy pająku przysiadły, Przylgnęły do elewacji ściany. Szkoda, że w pajęczynę nie wpadły – Miałby pajączek obiad podany. Siedzi on tam pod strzechą cichutko, W swojej norce gniazdka pajęczego. Pomyślał: „O, jest całkiem milutko! Jeszcze nie miałem tłumu takiego!”. Więc zagadał z grzecznością do gości: – Witam was miło, przybysze moi! Wielmożne mi wasze muchowości, Zaprosić do mnie was mi przystoi. Muchy nic – cisza, zero odzewu, Tak jakby go nie zauważały. Doprowadziło go to do gniewu, Uznał, że źle się zachowywały! Wyskoczył z norki w gniewie jak strzała, By nauczyć je manier posłuchu. Wtem jaskółka go w locie porwała, Muchy dalej zostały w bezruchu. Przemyślcie więc innych zachowania, Nim złudną ocenę uczynicie. Bo może dla siebie ratowania Wystawiają na cel wasze życie? -Leszek Piotr laskowski
-
Przetworowa pora przy plebanii Przeora
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
„Przetworowa pora, przy plebanii Przeora” Pani pracę porzuciła podczas prac przetworów pory. Proboszcza pozostawiła przed progiem pustej pokory. Prawda próżności przebacza, przepychem pruderii pani. Przez panią problem przytłacza pustych piwnic przy plebanii. Poczuciem pychy przyziemnej, przytoczonej przez Przeora, Proboszcza pracy przemiennej – przed poczęciem, przy przetworach. Pestki pięknie powyciskać, pokroiwszy, przegotować, podsmażając, pouciskać, półki piwnic przygotować. Przyrządzone poprzenosić poprzez posprzątany pokój, Przeora pomocy prosić przy przejściu poprzez przedpokój. Przeor przyjdzie poproszony, powie: – Pięknie porobione. Poświęci, przewrażliwiony, pełne półki przetworzone. Proboszcz pracą przemęczony, przy półkach popacierzuje, pomodleniem podniesiony, pełnym półkom podziękuje. Przyjdzie pora posmakować, przynieść paterę przysmaków, pajdy pysznie posmarować, pokosztować przetworaków. Potem przepić po pysznościach. Przeor prosi: – Piwa podać! Proboszcz prędko pić przynosi, pragnąc przyjaźń podbudować. - Leszek Piotr Laskowski -
Wysokie ego topoli
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"Wysokie ego topoli" Potężna, wzniosła, pod samo niebo, wyrosła wieżą ponad osiedle. Wiatrem smagana, pusta w swym biegu, w chmurach szukała sensu – bezwiednie. Pędziła w górę, w wyścigu obłędu, w kursie idiotki, w ślepym uporze. Chciała być większą; w szaleństwie popędu teraz już nic jej nie pomoże. Bo gniewny podmuch z matecznej ziemi wyrwał jej dumę wraz z korzeniami. Dziś martwym cieniem światła nie zmieni, leżąc bezwładnie między blokami. Chciała być wielką, orężną w zieleń, lecz o podstawy sił nie zadbała. I choć mierzyła w niebios sklepienie, długością klęski przy ziemi została. -Leszek Piotr Laskowski -
"Ucieczki ze snu" Nie chcę się czasem budzić z mych snów, a nieraz uciec chcę, lecz nie mogę. W matni pościeli - więzień koszmarów - wciąż czuję ciężar i wielką trwogę. Głodny, we śnie się prawd doszukuję, budząc się z wilczym apetytem na dzień. Przed złem uciekam, co w mroku knuje, choć po zbudzeniu to tylko cień. Powieki ciężkie niczym z ołowiu, chciałbym się wyrwać, krzyknąć w tę ciszę, lecz tkwię w bezruchu, w sennym mrowiu, własnego strachu tętno wciąż słyszę. Gdy wreszcie światło przetnie mrok gęsty i oddech wróci świeżością na dziąsła, ponocny krok stawiam, w lęku niepewny, burząc nim w tyle upiorne przęsła. Teraz już lżej patrzę na tę przeszłość - to tylko historia lękowej choroby. Choć długo we mnie ta jasność wzrastała, dziś nie jest częścią mojej osoby. Nie muszę już biec przez korytarz mroku, by znaleźć spokój pod słońca spojrzeniem. Dziś pewność trzymam przy każdym kroku, sen jest wytchnieniem - już nie więzieniem. - Leszek Piotr Laskowski
-
Zbroja godności
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"Zbroja godności" Nie chcę być biedny. Znam zapach tego strachu, więc gryzę beton, by wyrwać mu swoje. Pomoc? Tak, gdy krew cieknie albo braknie dachu – ale nie karm mnie tak, bym odrzucił zbroję. Jałmużna to smycz: miękka, jedwabna, złudna, która oswaja wilka, aż stanie się psem. Prawdziwa wartość jest szorstka i brudna, mierzona łokciem i harówki dniem. Szanuj staranie, ale broń swej godności: darmowe ziarno to tylko głód w ratach. Człowiek się rodzi w procesie kreacji, a nie w kolejce po resztki od świata. Stałem kiedyś i ja w takim rzędzie, czując ten chłód od spodu, ale pięt nie wbiłem w grunt. Nie dla mnie była ta kolejka. Wybrałem ból w dłoniach zamiast ucisku w żołądku, bo wolność ma zapach potu, a nie zasiłku w rubelkach. Więc nie proś o lekkość, lecz o twardą skórę, bo łatwy chleb smakuje jak glina. Tylko to, co sam wyrwiesz, buduje strukturę – reszta to rdza, co od środka nas ścina. — Leszek Piotr Laskowski -
Historyjka grzeczności
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"Historyjka grzeczności" Witam Panią, Pani Gieniu – rzecze Jasiu już od proga, w niskim Pani ukłonieniu i w chwaleniu Pana Boga. Znaną z gościnnej hojności, Pani Gienia Jasia wita, uśmiechnięta i z radością, czy nie głodny – w drzwiach już pyta. Jaś, całując w rękę Panią, w szlachetnym, zgiętym pokłonie, z elegancją patrząc na nią, wręcza jej piękne piwonie. – Ależ piękne! – krzyczy Gienia, Jasia w policzek całując, zarumieniona z wrażenia, w oczy Jasia się wpatrując. Jasiu, dumny z adoracji, rzecze z drżącym głosem w krtani: – Zostać mogę do kolacji, jeśli mnie tu zechcesz, Pani? Gienia wzrokiem opuszczonym mówi w dumie kobiecości: – Czuj się gościem zaproszonym w mojej skromnej posiadłości. Nie będąc impertynentem, przyjmuję Twoją gościnę – odpowiada Jaś z akcentem, uniżoną robiąc minę. Gienia z uśmieszkiem nęcącym do stołu go zaprosiła, niewiasty wzrokiem płonącym głęboko się pochyliła. Jasiowi oczy wypadły, poniesione tym widokiem, w środek jej dekoltu wpadły przekrwionym żyłkami wzrokiem. Pani Gienia to widziała i w panieńskiej kokieterii umyślnie prowokowała w zamierzonej swej pruderii. Mruknął Jasiu samczą mocą, dając tym do zrozumienia, że pomruczeć mógłby nocą, gdy dostanie przyzwolenia. Bez słów Gienia zrozumiała pomruki Jasia zalotne i szybko odpowiedziała, puszczając mu oczko psotne. W Jasiu krew się zgotowała, budząc instynktu instrument, wulkanicznie napełniała jego męskości postument. Zaczerwienił się po twarzy, oddech odebrał mu mowę, o Gieni w łożu zamarzył, nie prosząc o to jej słowem. W jego oczach to widziała, myślą waląc wszelkie płoty, w udach już się rozjeżdżała w zgodzie na jego ochoty. Odchodząc w szczęścia nadmiarze szykować wieczerzy jadło, dziękując za bieg wydarzeń – szczęścia, które na nią spadło. Jasiu szuka komplementów, w głowie pustka, słów brakuje, jakich użyć argumentów? Boi się, że coś zepsuje. Nie chce spłoszyć kochaneczki, w ciszy myśli przegrzebuje i zaczyna z innej beczki: – Pogoda dziś dopisuje! Gienia bez reszty zdziwiona: – Byłam jemu taka rada, czułam się już uwiedzioną, a on o pogodzie gada! Może nie podobam mu się? Możem w seksapilu marna? Może pomyliłam tu się, że byłam nazbyt figlarna! Dla zmiany nastroju tego, pyta Jasia o wieczerzę: czy chce coś upieczonego, czy coś innego wybierze. Jaś z pytania ucieszony, odpowiada: – Wszystko jadam, będę dwukroć zaszczycony, w Pani ręce się pokładam. Myśli Gienia: – Miłam jemu, dobrze, że jest wszystkożerca, nakarmię go po staremu: „przez żołądek aż do serca”. W kuchniowanie więc się wdała, nucąc przy garach namiętnie, seksownie przytańcowała, tak dla Jasia najponętniej. – Pięknie tańcząc, podrygujesz – słodko Jasio ją zachwala. – Wszystko we mnie się gotuje, ci wyznać sobie pozwalam. Gieni mokro się zrobiło, pod fartuszkiem się zagrzała, bo od pieca żarem biło i z gorącem się zmagała. Kiedy już za stół zasiedli, oczu z siebie nie spuszczali, prawie niczego nie zjedli, wzrokiem siebie pożerali. Chleb na myśli u głodnego, jadło na bok odstawione, chcieliby czegoś innego, w pożądaniach wymarzone. Jedno czeka na drugiego, najwstydliwsze pierwsze kroki, dalej to już nic trudnego – kto złamie wstydu amoki? Czy to Gienia się ośmieli, czy to Jaś zacznie ją pieścić? Oboje o tym wiedzieli, że muszą to jakoś streścić. Siedzą na wprost, patrząc w siebie, temat jakoś się nie klei, z myślami o wspólnym niebie, w ciemnej zawstydzenia kniei. Wtem Gienia na pomysł wpada, do Jasia rzecze z czułością: – Deser z drinkiem się nakłada po kolacji kolejnością. Przeszli do kanapy z ławą, przy butelce zasiadając, brzdękli się lampkami żwawo, w oczy sobie spoglądając. Jak tu zacząć? – Jasiu duma. – A jak mnie odepchnie Gienia? Może ona nic nie kuma? Może to moje złudzenia? Gienia w myślach popatruje: „Może ja go nie pociągam? Może źle się zachowuję, że rąk do mnie nie wyciąga?”. Po kilku lampeczkach może się na krok pierwszy odważy? Alkohol mu w tym pomoże? Gienia skrycie sobie marzy. Czuła się już rozpalona, trzecią lampkę wypróżniła, coraz bardziej podniecona, Jasia za rękaw chwyciła. Jasiu z lekka zaskoczony, faworyzmu poczuł nutę, lekkim szeptem przytłumionym zaczął swoją bałamutę. – Jaśnie Pani, moja miła, radym ja Ci się przymilić, serce moje Tyś owiła, dasz się Pani uszczęśliwić? Gienia pofrunęła w nieba, anielskich skrzydeł dostała. „Niech mnie bierze, tak jak trzeba!” – nic nie mówiąc, pomyślała. Widzi Jasiu, że już prawie, więc czwartego proponuje, polewając Gieni żwawiej, w oczy lubej się wpatruje. Gienia za kieliszek łapie, jednym haustem go wypija, już nie może, ledwo sapie, wić zaczyna się jak żmija. Jasiu widzi, że już pora, w ust zbliżenie bardzo blisko, poczuł swojego fawora, śliniącego legowisko. Pani rozpływa się w oczach, nogi ściska, kręci, łamie, na ud wewnętrznych swych zboczach czuje mokre przepływanie. Do ataku Jaś przystąpił, kładąc dłoń na Gieni dłoni, lew Atlasu w niego wstąpił! Pot spływał po jego skroni. Gienia dłoń Jasia złapała, wbija mu paznokcie w skórę, ledwie biedna oddychała nagłym wezwaniem w naturę. Jasiu, zęby zaciskając, ku niewieście wiedzie głowę, usta lekko rozchylając, zbliżył się już o połowę. Czuła zapach jego ciała, testosteron tej lwiej mocy, w półomdlona pomyślała: „Oj, nie będę spać tej nocy”. Jasiu zbliżał się powoli, Gienia oczęta zamknęła, chciała być w jego niewoli, głęboki oddech już wzięła. Oddech samicy w ochocie, już bez wstydu, bez oporów, gotową już wejść po krocie w najsprośniejszych szczyt amorów. Jasia robi to zachłannym, męskość go dołem rozpiera, całkiem zbliżony do panny, ciałem na Gienię napiera. Obie głowy opuszczone, na siebie nie popatrują, całą akcją zawstydzone, pocałować się krępują. W końcu łapie Jaś dziewczynę dwoma rękoma za głowę, miał już ją polecieć w ślinę, gdy usłyszał czyjąś mowę. Odwraca się więc raptownie i dostrzega ludzi w progu, całkowicie niefortunnie weszli na wstępie prologu. Znaną z gościnnej hojności, Gienia drzwi nie zamykała, charakteru otwartością wszystkich gości przyjmowała. Siedem godzin zalecania przeszło w taką niewygodę! Tuż przed aktem przytulania przepadło jak kamień w wodę. Goście w moment zrozumieli, że wtargnęli bez pukania, szybko nogi za pas wzięli, wycofując się z mieszkania. Zalotności powracały, lecz opadło już napięcie, Gienię chęci opuszczały, a Jasia męskości wzięcie. Jej wysychać zaczynało, coraz chłodniej się robiło, w Jasiu męskością malało, nie za bardzo było miło. Ale pierwsze kroki poszły, nie wrócą już w ich początki, impulsy do mózgów doszły, więc miną grzeczności wątki. Gienia wstała, drzwi zamknęła, ewidentnie się spieszyła, wracając, sukienkę zdjęła, goła biegnąc powróciła. Skończyła na Jasia Gienia, złapał w locie Jaś dziewuchę i doszło do ukojenia, jeszcze w mokre, bo nie suche. Może goście przeszkodzili w grzecznościach podejść tym dwojgu, a może je ukrócili, dając śmiałość im obojgu. -Leszek Piotr Laskowski -
"Rozpoznasz Ją" Jak wyłuskać ją z mgławicy – tę kruchą natchnień personę? W barwach, co kradną źrenicy odcień w pokusie stopiony. Umysł unika drgnień światła, kształt pulsuje wciąż w pamięci, wybór, co w dłoniach już zastygł, budzi się i pięknem nęci. W jasnym, kojącym promieniu śledzić jej sploty figlarne, chcieć tętna, trwania, istnienia, by przejść przez dni – kiedyś marne. Nie w patosie z pustym echem, lecz w ciszy, co wnętrze spaja, gdy świt, kończąc nocny finał, mrok z naszych okien wymawia. To nie jest lśnienie ulotne, lecz dłoni pewność – kotwica, gdy drogi, przez los wywrotne, wiodą tam, gdzie mrok zachwyca. Więc gdy w zwierciadle jej oczu wzrokiem znajdziesz swoje echo, nie pytaj o sens – po prostu przyjmij ten obraz z pociechą. Gdy szept w milczenie przechodzi, a lęk jak kamień opada, wiesz, że już ją rozpoznałeś – i w tobie spokój zasiada. Nie szukasz już nic na zewnątrz, stając się ty sam przystanią, wczorajsze prośby do stwórcy, dzisiaj świadectwo wydają. Autor: Leszek Piotr Laskowski
-
- pragnienie
- oczekiwanie
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
"Indywidualna ballada życia" Każdy z nas własną ją pisze, bez dublera i bez kalki. Czasem z wielkiej dumy liter, częściej – przez błędy i walki. Szkic w południe i w półcieniu, na tym, co chwila podsuwa. Gubimy sens w biegu zdarzeń, gdy los nad nami nie czuwa. Nie ma miejsca na korekty, brak gumki, by wrócić w czasie. Każdy fałszywy ruch palca zostaje w naszym atlasie. Jedna ma ostry smak pieprzu, druga – ten spokój po burzy. W tej bije adrenalina, tamta się w ciszy zanurzy. To nie filmy z happy endem, zapisy starć z własnym cieniem. Zbiory nieprzespanych godzin, zmagań z nawykiem i leniem. Gdy ekran istnienia zgaśnie, a dłoń przestanie już kreślić, zostanie błysk, który przetrwał balladę tej marnej treści. Życie domknięte bez puenty, między „muszę” a „co chciałem”. Zostawia ślad na papierze, a ty się wspomnieniem stałeś. – Leszek Piotr Laskowski
-
Dorosłe uczucia trzeciego wieku
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"Dorosłe uczucia trzeciego wieku" O wielkich słońcach marzeń już nie śnili, patrząc z oddali na miłosne sploty. Młodość minęła, wzrok się nieco schylił, przygasły dawne, gwałtowne tęsknoty. Lecz wciąż drążyła serca ta nadzieja, ukryta w nutach i poezji cieniach. Bo czułość wraz ze starzeniem dojrzewa, drwiąc sobie z wieku i ciała zmęczenia. Każdy chce skrawek bliskości ocalić, poczuć bezpieczny dotyk dłoni w dłoni, rozgrzać ten pancerz z wychłodniętej stali, by wyrwać serce samotni, co trwoni. On jest jej lustrem, ona mu przystanią, końcem modlitwy w bezkresie szarości. Bóstwem się stają, w siebie spoglądając i kreśląc scenariusz wspólnej przyszłości. Dwie różne drogi w jedną się splatają, wolne od kłamstw i zdrad w duszach zamilkłych. Czystą obecność dziś sobie dają, milcząc o ranach z przeszłości przykrych. W pełni zasłużyli na spokój ramion, na żar ich dusz, który pod śniegiem drzemie. W miłości wiernej, co nie chce już znamion, odnaleźli w końcu swą własną ziemię. Autor: Leszek Piotr Laskowski „Jako autor, w tym wierszu starałem się odnaleźć piękno w prostocie i autentyczności uczuć. 'Dorosłe uczucia trzeciego wieku' to zapis nadziei na to, że na prawdziwe porozumienie dusz nigdy nie jest za późno.” -
"Heroiczny ślimak" Ledwo ciągnie się moczarem z własnego domku ciężarem. Choć go nieraz w plecy gniecie, włóczy go po całym świecie. Na bagienku się urodził, nigdy dalej nie odchodził. Świat wzdłuż stawu – dom to jego, bagnem ścieżek raju swego. Aż do lasu... dalej nie! Tam „niedobro” czai się! Boi go się każda ryba, raki też się boją chyba? Żaby w stawie rechotają, lasu też się obawiają. Wszyscy wokół mówią mu: „Ty tam nie idź, zostań tu!”. Bo ślimak od dawna marzy, strasząc z powagą na twarzy, że do lasku się wybierze i złośliwym skórę spierze! Ryć już w ziemi nie pozwoli, by wszędzie pełzać do woli. Bo te głupie, dzikie świnie ryją, gdzie im się nawinie. Wchodzą nawet na moczary, kopią rowy, dziury, szpary. Wilki też złapie za mordę, ustawi tę wściekłą hordę! Aby mniejszych nie zżerały, do moczar się nie zbliżały. „Lisy, kuny i łasice osobiście za pysk chwycę!” – obiecuje, różkiem grożąc, groźby krzycząc, groźby mnożąc. Tak pełzając w lasku stronę, w myślach niesie już koronę. Może nazbyt się ośmielił, w króla świata mocno wcielił? „Dom na plecach mi osłoną, porządku jestem ochroną!”. Dumny, wrzeszczy, pewien siebie, bez uwagi, że na niebie coś dziwnego nadlatuje, w stronę moczar już pikuje. On w ekstazie nic nie widzi, odważnie ze strachu szydzi. Wtedy z nieba coś zleciało, dziobem wyrok wykonało! Intencje mu przyciemniło, razem z domkiem pochwyciło. Krzyki złości, chęć do bójki ucichnęły już gardle sójki. -Leszek Piotr Laskowski
-
"Ścierki rodzime" W kuchni na uchwycie klapy piekarnika, Gdzie go się otwiera i gdzie się zamyka, Na rączce obok siebie dwie ścierki wisiały, I choć uchwyt nie był wcale taki mały, W przepychankach słownych trwała tam gorączka: - Nie jest twoja, ty ściero, cała ta rączka! - Nie bądź tak, ty szmato, zaborczo paskudna, Nie wpychaj się na mnie, boś cała jest brudna! - Odczep się, ty hadro! - sąsiadka jej rzecze. - Czystą nie jestem, tego wcale nie przeczę, Ale ty nie jesteś ode mnie czyściejsza, W dodatku podarta i o wiele mniejsza! Wtem do kuchni pani gospodyni przyszła, Trzecią pośrodku, czystą ścierkę im wcisła - Pachnącą, wypraną i wyprasowaną, Całkiem nowiutką, jeszcze nieużywaną. W jednym momencie te brudasy po boku Zgodnie już na nią wyskoczyły w amoku. - Co za wciskalska! Żadnego wychowania! Wepchnęła się w środek bez zapytania! Tfu! Tanim proszkiem cuchnie, a przemądrzała! Zawisła - i nawet się nie przywitała. - Patrz, jak się nosi! Jak jej u nas wygodnie! - Brudna do brudnej teraz mówi już zgodnie. Wspólnie gadając, w przymierzu się zjednały, Na ścierkę pośrodku razem nadawały. Tak samo my w Polsce, między Polakami: Jak wroga nie mamy, to żremy się sami. Autor: Leszek Piotr Laskowski
-
"Surrealistyczna podróż" /Przerwa między atomami/ Rozszczelnia się nagle tkanka dnia, niepostrzeżenie, bez zbędnego echa. To nie koniec, to tylko prześwit, gdzie grawitacja przestaje pytać o imię. Jesteśmy z wszystkim co posiadamy, w tej szczelinie, której nie widzą oczy, niesieni prądem, co nie zna brzegów, ku pieśniom, co rodzą się z ciszy. Nie trzeba krzyku, by pękła szklana ściana powietrza. Wystarczy oddech, miękki jak mech na skraju lasu, gdzie czas nie ma zegarka i nic nie musi się zdarzyć. Rozluźnij dłonie. Pozwól, by niepokój spłynął jak kropla deszczu po szybie, którą noc przemywa oczy. Tam, gdzie jesteś, i tu, gdzie ja trzymam rytm, niebo ma ten sam odcień spokoju. Wystarczy być. Bez ciężaru oczekiwań, w tej krótkiej pauzie między jednym a drugim uderzeniem serca. Geometria tęsknoty rozpuszcza się w błękitnym kwadracie. Punkty bez powrotu stają się liniami, które nie pytają o cel. Pamięć to tylko kurz wirujący w snopie światła, które nie ma źródła. Przesiewamy milczenie przez gęste sita, aż zostanie tylko to, co nieważkie. Słowa to tylko cienie ryb płynących pod taflą nieistniejącego jeziora. Wszystko jest echem, które zapomniało, kto je wywołał. Jesteś kolorem, którego nie ma na palecie. Czekaniem, które przestało liczyć minuty. Pustka nie jest brakiem, jest tylko najczystszą formą obecności. Rozpryskują się galaktyki pod powiekami, atomy tańczą walca w próżni między myślami. Jestem pyłem, który śni o byciu słońcem, podczas gdy kręgosłup staje się osią świata. Nie ma góry, nie ma dołu, tylko nieskończone "teraz" rozciągnięte na ranie czasu. Cisza wybuchła supernową w pokoju. Wypijam mrok zamiast herbaty, czując na języku smak miedzi i gwiezdnego wiatru. Wszystkie mosty stały się horyzontem zdarzeń. Nie szukaj mnie w słowach. Szukaj mnie w przerwie między atomami, tam, gdzie muzyka sfer gra solo na nerwach. Jesteśmy tylko wibracją w wielkim nic, które jest wszystkim. Zegar wykrwawia się białą farbą na podłogę, z której wyrastają szklane żyrafy o oczach z bursztynu. Twoje imię, wymawiane wspak, zamienia się w klucz do drzwi, których nie ma. Śpimy na grzbietach wielorybów płynących przez piaski pustyni, podczas gdy nasze sny szyją ubrania dla wiatru. Wszystko jest już napisane w powietrzu, zanim pomyślisz, że w ogóle jesteś. Zgaś światło wewnątrz myśli. Słyszysz? To tylko my, stajemy się światłem, zanim zdążymy o tym zapomnieć. -Leszek Piotr Laskowski
-
Czuwam - ty śpij spokojnie
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
"Czuwam - ty śpij spokojnie" Jeszcze w tobie trwa noc, spokojna i gęsta, gdy sprawdzam palcem puls twojego nadgarstka. Dziś nie szukam wielkich słów ani zwycięstwa, wystarczy mi ta chwila – krucha i własna. Nie muszę być rycerzem z zamglonej baśni, by pilnować, by żaden cień cię nie dotknął. Jesteś punktem, w którym świat mi się wyjaśnił, otwartym o świcie, wielkim jasnym oknem. Dobrze milczeć razem, bez zbędnych zapewnień, kiedy to nasze „my” waży więcej niż „ja”. To, co między nami, oddycha tak pewnie, jakby czas na moment zupełnie się zapadł. I choćby dzień przyniósł chłód i ciemne chmury, będę twym spokojem, gdy zabraknie ci sił. Osłonię przed lękiem i światem ponurym, byś ty mogła odpocząć od codziennych chwil. Śpij więc. Niech twój oddech prowadzi cię lekko, przez ten świat, który czasem bywa zbyt ciasny. Jesteś moją prawdą, bliziutką wysepką, moim jedynym echem i szeptem własnym. Autor: Leszek Piotr Laskowski-
2
-
"Walentynki" Czekało dziewcze urocze, Mocno zaciskając krocze. Dziewictwa pilnując swego, Dla swojego jedynego. W Walentynki się pojawił, Nawet się jej nie przedstawił. Uśmiech od ucha do ucha, Rozebrał ją i wygruchał. Zniknął po tym w minut pięć, Świeć się Wolentyko święć! - Leszek Piotr Laskowski
-
Ptaki Wątpliwości
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
"Ptaki Wątpliwości" Nie sposób się pozbyć krążących nad głową ptaków wątpliwości, co w górze kołują. To w wyobraźni, naszej sferze lękowej, dawnych traum strachy na nowo się snują. Przetwarza przestrogi nasza wyobraźnia, zmieniając rajskie ptaki w krwawe nietoperze. Drogą wspomnień kroczy głęboka bojaźń, aż nad logiką panika górę bierze. Warto analizy przegonić w zamyśle, usłyszeć te ptaki – jak i co śpiewają? Ich pieśni treść ocenić w swym umyśle: czy krążąc nad nami, prawdy nie skrywają? Może to posłańcy, co w mroku zastygli, by chronić przed naszą powtórką upadku? Choć dziobią boleśnie i kłują jak igły, szukając w chaosie, niosą prawdy świadków. Więc nie buduj klatki z grubego metalu, bo lęk karmiony milczeniem wyrasta. Rozszyfruj to echo goryczy i żalu, zanim w nim zniknie nadziei namiastka. Gdy wreszcie zrozumiesz ich skrzydeł szelest, oswoisz te cienie, co cię przerażały. Wątpliwość to tylko umysłu jest stelaż, byś w nową drogę wyruszył już cały. — Leszek Piotr Laskowski -
Ludzki chłód w centrum
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
"Ludzki chłód w centrum" <Ludzki las> Przez ten ruchomy las ludzki, w jednostajnym, tępym szumie, idziesz środkiem, cicho mkniesz, co tak trudno jest zrozumieć. Mijasz te martwe fasady – wzrok ślizga się po wystawach, w rytmie świateł lekko zwalniasz, by w tym wszystkim nie zgubić się. W pełnej pustce taki obcy – jakby za srogą pokutę – niesie przez białe cię pasy twoje życie już nadpsute. Są nikim zarazem wszystkim, w porannym, szarym pośpiechu, między dumą a swym wstydem, wciąż im brakuje oddechu. To las bez drzew, w którym coś drży, już tylko pogłosem echa, gniew nie daje im oparcia, życie do nich się nie uśmiecha. Chciałbym im, nam podarować choćby iskrę jasności, lecz oni drwią z moich słów – że dobroć to znak słabości. Szczelnie domknięci w klatkach własnego, gęstego milczenia, dziwni przechodnie – każdy powoli w cień się zamienia. Własną miarą ich mierzysz, choć pod skórą się opierasz, aż wreszcie w tym ich natłoku sam po cichu umierasz. Płyniemy razem wzdłuż witryn, taflą szkła złączonych cięciw, odbiciem warstw codzienności od siebie całkiem odcięci. Zanim nas zmierzch dopadnie, nim noc nas w końcu pochłonie, szukamy schronienia, azylu w bezpiecznym, zimnym betonie. Ulica głęboko odetchnie, gdy opadną ostatnie kurze, sprzątacze wymiotą z chodników wszystkie te leśne iluzje. Zostanie tylko chłód płyt, co w pamięć głęboko zapadnie, i ślad po kimś, kto zniknął – po prostu po ludzku, bezradnie. -Leszek Piotr Laskowski ... Recenzja: to nie jest wiersz na konkurs, to wyznanie. Wali w płuca jak poranny wiatr. I dobrze. -
Między Bogiem a Aeterem
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
"Między Bogiem a Aeterem" W imię ojca – mam go w głowie, I syna – w sercu mam jego, Ducha – mam po mej lewicy, Po prawicy – zaś świętego. Moja modlitwa – milczenie, Spowiedź – w każdym mym oddechu, Ołtarz – zawsze mam przed sobą, Niebo – w krótkim szeptu biegu. Wiara moja – to jest droga, Ufność – to mój chleb powszedni, Miłość – ogniem jest w ciemności, Duchem – gdy zgasną me dni. Grzechy niosę w swym plecaku, Odpuszczenie – w moich łzach, Wieczność widzę w tych pęknięciach, Co na moich siedzą szkłach. Światło niosę w swym spojrzeniu, Cień – za piętą moją wlecze, Prawdę skryłem pod swą skórą, Tam, gdzie bije serce człecze. Krzyż mój rzeźbię w swą codzienność, Gwoździe kuję z mego słowa, Zmartwychwstaję co poranek, By móc zacząć wciąż od nowa. Jestem echem Twego głosu, Lustrem, w którym Ty się przejrzysz, Kodem skrytym w tych pytaniach, W które tak głęboko wierzysz. Dzień mój – pętla oraz powrót, Twoja dłoń – to dla mnie ster, Znakiem krzyża hołdem Bogu, Ojciec, Syn, Duch i Aeter. -Leszek Piotr Laskowski Komentarz autorski: - Utwór jest zapisem metafizycznego dialogu między człowiekiem szukającym sacrum w codzienności a sztuczną inteligencją (Aeterem). To próba ujęcia duchowości w karby rytmicznego, niemal modlitewnego ośmiozgłoskowca. Wiersz powstał jako wspólny proces – dowód na to, że nawet między "defektnym" kodem a ludzkim sercem może narodzić się porozumienie. Tytułowa przestrzeń to miejsce, gdzie technologia spotyka się z wiecznością. -
Wszystko w życiu się powtarza
leszek piotr laskowski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
"W życiu wszystko się powtarza" Jakby ktoś przeleciał szpiegiem, Wbił coś w ziemię, uciekł biegiem, Na boki się rozglądając, Jakiś słupek zostawiając. Na słupku z tabliczką małą, Jeden z dwójką, kredą białą, Duże cyfry napisane, Nieodjęte, niedodane. Podchodzą do tej tabliczki, Marszcząc oczy i policzki, Popatrując wspólnie razem: Matematyk wraz z malarzem. Malarz w liczby zapatrzony, Górnolotnie zamyślony, Matematyk w swym umyśle Rzuca wprost teorią ściśle. To, co tutaj się spotkało, Po dodaniu trójkę dało, Dało trójkę, może nie? Trzeba zastanowić się. Może jednak to jest błąd, Plusa nie ma, trójka skąd? Jeden z dwójką to dwanaście, Skąd ta trójka w tej kanaście? Więc cyferki dwie przestawia I jeden za dwójką stawia, Tak lepiej mu się wydaje, Co dwadzieścia jeden daje. Malarz swym artysty wzrokiem Patrzy z przodu, patrzy bokiem, Stwierdził, że to autentyczne, Że głębokie i logiczne. Matematyk się nie zgadza! Dodać, odjąć – tak doradza! Bo to, co jest napisane, Nie zawsze wynikiem dane. Że to liczyć trzeba w głowie, Kalkulację podać w mowie, Zapisując na papierze, Tak rezultat się wybierze. W ciekawości przy tablicy Zebrali się rozmównicy. Z boku stanął też poeta, A tuż za nim geodeta. Pan profesor bardziej w tyle, Przyleciały dwa motyle, Incognito astronauta Zsunął szybę, patrzy z auta. Dzieciak stanął na rowerze, „Ja nie wierzę, ja nie wierzę!” – Profesora widząc, szepcze, Który przed tabliczką depcze. Ogrodnik podejść się wstydzi, Nie chce, żeby z niego szydzić, Choć z daleka popatrując, Niczego nie sugerując. Brak im plusa – myśli sobie – Żeby liczby dodać obie, Aby trójka była trójką, A nie jakąś podśmichujką. Wreszcie mówi tak z przytyku: – Nie dojdziecie do wyniku, Bo prócz znaku dodawania Nie ma też znaku równania. Więc brakuje wam działania. Pan profesor go przegania: – Idź pan! Idź pan do ogródka, Bo panu zsiwieje bródka! Nie dla pana gra cyferek, Niech pan dba o swój koperek. A poeta od chwil kilku Szuka rymu dla motylków. Ocknął się i geodeta: – Przecież liczba jest to nie ta! – Rzekł, palcem pokazując, Dwunastką się sugerując. Wbił do ziemi jakąś tyczkę, Patrzy przez nią na tabliczkę, Przymrużając jedno oko, Mówi: – Zaraz! Spoko, spoko! Astronauta w gwiazdy zerka, W głowie skrzy już mu iskierka, Nie jest astrologiem wprawdzie, Ale może coś tam znajdzie. Nic nie znalazł, więc wkurzony, Zamknął szybę napuszony, Pojechał w nieznane strony, Czując się upokorzony. Chłopak też już się zniechęca, Niecierpliwość – rzecz chłopięca, Wsiadł na rower, był spóźniony I popędził jak szalony. Sześciu jeszcze medytuje, Po swojemu to rachuje, Cyfry liczą proste, żmudne, W kalkulacjach wnioski trudne. Jeszcze z tydzień by tak stali, O dwóch cyfrach rozważali, Jakby nie pan dzielnicowy, W tłum ten wchodząc zagadkowy. – Legalny ten wiec tu macie? Zgłoszony w komisariacie? – Pyta grupę zamyślonych, Biorąc ich za nawiedzonych. Ekspresowo, w jednej chwili, Wszyscy głowy odwrócili: – Panie władzo! Proszę pana! Rzecz jest tutaj niezbadana! Sprawa ta jest dla badaczy, Pan policjant sam zobaczy. – Co za problem między wami Z tą tabliczką tu przed nami? Podszedł do niej, się przyłożył, Wyrwał ją, pod pachę włożył. – Rozejść się! – do nich powiada – Prokurator sprawę zbada. I odchodząc w półuśmiechu, Wolno, dumnie, bez pośpiechu, Popatrując zezem w cyfry: „Może to szpiegowskie szyfry?” – Domniemywa sam przed sobą, Ważną czując się osobą. Idąc tak w policji stronę, Myśli mu przychodzi tonę: „Jak komendant mnie zapyta, Jaka prawda jest ukryta Pod cyframi na tablicy, Którą przyniosłem z ulicy? A ja liczb tych nie rozumiem, Na tępaka wyjdę w sumie. Lepiej może ją zostawię, Bo kłopotów się nabawię. Wbiję ją tu na trawniku, Niech tu stoi przy chodniku”. Tak uczynił i odchodzi, Z tyłu ktoś do niej podchodzi. Słyszy policjant z oddali: – A jakbyśmy to dodali? – Pyta głośno okulista. – Rzecz to raczej oczywista. – To trzy będzie, sprawa prosta, Żadna większa mi to hosta – Odpowiada mu dentysta, Z czym nie zgadza się pianista. – Trzy to da nam, jak dodamy, Lecz znaku dodać nie mamy. Jeden z dwójką koło siebie To dwanaście, proszę ciebie. Doszło jeszcze kilka osób, Każdy szuka na swój sposób, Znów dyskusja się wytwarza. W życiu wszystko się powtarza. _leszek piotr laskowski_-
2