-
Postów
2 822 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
~~~~~?~~~~</////~~~~~ Przed okazałą wiekową kamienicą stoi spory tłum. Budynek nie jest zbyt piękny. Rzec by można: nawet brzydki. Co prawda nad oknami, widnieją płaskorzeźby przedstawiające płynące statki, ale i tak nie poprawiają swoim kunsztem, z lekka kąśliwego wyglądu frontowych ścian. Zresztą mało kto je dostrzega. Wszystkie twarze, wpatrzone są w czarno-białe ogłoszenie, wiszące na głównych drzwiach wejściowych. Zebrani zdają sobie sprawę, że w podziemiach budynku jest tak zwana: Okrągła Biblioteka. Zapomniana już nieco. Tym bardziej, że budynek stoi od dawna opustoszały. Ale to nie jest aż takie istotne. Wzrok przyciąga dopisek, widniejący pod głównym tytułem. – Mów kochanie. Masz? Taka jestem podniecona. – Spoko. U mnie jak w banku. Załatwiłem dwa bilety. Trudno było zdobyć. Jedynie pięćdziesiąt wejściówek. – Tylko tyle? – Tak zdecydował Szalony Art. – Szalony… co? Kto to jest? – Nie wiem. Coś mi się obiło o uszy. Podziemną Bibliotekę, miesiąc temu, przerobiono na duże przytulne kino. Wszelkimi pracami kierował: dziwny osobnik. Przywieziono wiele różnego sprzętu, no i oczywiście zrolowany ekran, jak zwinięte role. Zamieszanie trwało jakiś czas, a później wszystko ucichło. Aż do dzisiaj. Kiedy ma się rozpocząć inauguracyjny seans. Wejdą nieliczni. Z uwagi na prostą zasadę: kto pierwszy temu z tyłu ludzi nie brakuje. Litery są duże i wyraźne. Aż można w nich utonąć wzrokiem. Tytuł filmu, nie wzbudza wielkiego zainteresowania. Nie można się dziwić. „Statek Widmo” to zbyt… oklepane. Natomiast dopisek pod nim, przyciąga jak magnes. Pomieszczenie jest rzeczywiście okrągłe. Nawet półki są łukowate. Lecz samych książek zostało niewiele. Dziwić może fakt, że jest ich dokładnie: pięćdziesiąt. Ni mniej ni więcej. Stoją na półkach, wyginając swoje grzbiety w kierunku centralnego punktu.. Tylko w jednym miejscu nie ma półek. Za to jest duży biały ekran. A naprzeciwko, po drugiej stronie sali, stoi starodawny projektor. Jeszcze cichy i wyłączony. Jakby czuwał w przytłumionym świetle, wyobrażając sobie, co się za chwilę wydarzy i jaką rolę w tym odegra. Dopisek pod głównym tytułem jest odręczny, napisany pokraczną czcionką. Przyciąga wzrok swoją dziwną treścią: „Tylko pamiętaj drogi człowieku. Obejrzenia seansu możesz nie przeżyć, jeżeli się nie pospieszysz” Wielu się zaczyna zastanawiać, o co chodzi z tym:”nie pospieszysz” Nie ma żadnych wyjaśnień. Nawet żadnego obrazka. Zwykła kartka wydarta z dużego zeszytu, postrzępiona na bokach. Ale z drugiej strony, takie słowa działają jak magnes. Ludzi zjada ciekawość, jak pan drukarz czekoladowe czcionki. Do środka zaczyna wchodzić pięćdziesięciu wybrańców. Robią wielki bałagan przed drzwiami. Mieszają się z tymi bez biletów, których i tak nikt nie sprawdza. A zatem każdy, nawet bez papierka, ma nadzieję, że może jakoś wejdzie. Nic z tego. Jakby ich coś powstrzymywało. Mogą jedynie ponad głowami wchodzących, dojrzeć w przytłumionym żółtawym świetle: zarysy sali, srebrzysty projektor, kawałek ekranu oraz poczuć przyjemne ciepło. Po chwili drzwi zostają zatrzaśnięte. Nikt nie zauważa, przez kogo. Ludzie stoją wewnątrz i zaczynają się niepokoić. Nie ma żadnych krzeseł. To też dziwne. Nagle światło z lekka przygasa i słychać cichy trzask. Po chwili brzęczenie, jakby fruwał metalowy trzmiel. Włączył się projektor. Biała smuga światła, z okruszkami snującego się kurzu, tworzy na ekranie biało-czarny obraz wzburzonego morza. Wszyscy patrzą jak urzeczeni. Jest coś w tym widoku przyciągającego. Sytuacja ulega zmianie bardzo szybko. Na horyzoncie pojawia się statek. Trudno określić jego wygląd. Jest coraz większy. Widać więcej szczegółów. Ale film jest niemy. – Mamo! Z ekranu cieknie woda! – Dziecko! Co ty gadasz za głupoty. Niepokój wzrasta. Nagły, niespodziewany ryk fal i odgłosy ogromnego statku, wprowadzają w osłupienie wszystkich zebranych. Z ekranu, w kierunku widzów, płynie coraz więcej wody. Słychać szum i bulgotanie. Po chwili ludzie brodzą w brudnych odmętach. Rozbijają projektor, ale to nic nie daje. Obraz nie znika. – Cholera jasna! Jest rzeczywiście słona! – Uciekajmy stąd. Coś jest nie tak! – Nie można. Drzwi zamknięte. Przednia część statku, ociekająca wodą, z przeraźliwym zgrzytem wysuwa się poza ekran. Niektórzy odruchowo, są już przylepieni do tylnej ściany. Powstaje wielki chaos. Każdy chce uciekać, ale nie ma gdzie. Jedni krzyczą, drudzy płaczą a jeszcze inni złorzeczą na samych siebie, że byli tacy głupi. Nagle wszystko z lekka przycicha. Słychać wyraźne donośne słowa: – Proszę o spokój. Mówi do was Szalony Artysta. Dla przyjaciół: Szalony Art. To ja przygotowałem to wszystko. Jesteście wybrańcami. Czy widzicie te pięćdziesiąt książek. Chcę usłyszeć odpowiedź. Jedna czwarta statku jest już poza ekranem. Zgromadzeni chodzą po pas w wodzie. – Widzimy książki – ktoś krzyczy niewyraźnie. – Bardzo mnie to cieszy. A teraz posłuchajcie uważnie: są idealnie takie same w sensie długości tekstu. Daje wam na przeczytanie równą: godzinę. Będę wiedział, czy czytacie każdą linijkę. Nie oszukacie mnie. – A jeżeli ktoś nie zdąży przeczytać w godzinę? – To utonie, lub zostanie zmiażdżony przez statek. – Panie, co pan wyprawia! Proszę nas wypuścić. – Albo też rozczłonkowany przez śrubę! Dźwięki powracają, ze wzmożoną siłą. Rozgardiasz wśród zgromadzonych jest coraz większy. Osiąga apogeum. Statek ciągle wysuwa się z ekranu. Część wody spływa na salę, a część ucieka do tyłu, jakby to cholerstwo pruło fale. – Gotowi! Start! Ludzie biegną po książki. A właściwie brodzą w wodzie. Wielu nie może dosięgnąć, bo jest za wysoko. Wyrywają jedni drugim. Dużo wypada z rąk. Ale o dziwo, wyciągnięte są suche. Po jakimś czasie wszyscy czytają, co jakiś czas spoglądając na ekran. Jakoś się udało. Każdy ma swoją. Sprawca całego zamieszania, stoi na podwyższeniu. Nawet nie drgnie. Obserwuje jak widzowie wypełniają swoje zadanie. – Mamo! Ja nie umiem jeszcze czytać. – Wiem kochanie. Czytam za ciebie. Dwa razy tę samą linijkę. Szum wody jest coraz głośniejszy. Statek trochę zmniejsza swoje rozmiary i z wielkim łoskotem wypływa na salę. Ludzie rozbiegają się po wszystkich kątach. Wchodzą na wszelkie możliwe podwyższenia. Nie ma ich za dużo. Spychają jedni drugich. Ale jednocześnie, wciąż muszą czytać. Nie mogą opuścić ani jednej linijki. Coś im mówi, że warto wierzyć jego słowom. Statek pływa między nimi, niczym czarne widmo. Nie jest duży, ale ma z tyłu kręcącą się śrubę. Jest bardzo groźna. Zebrani muszą czytać a zarazem omijać wirującą śmierć. Obserwator stoi na drabince zwisającej ze sufitu. Patrzy na wszystko z góry. Widzi pływający statek i popłoch wśród ludzi. Muszą robić kilka rzeczy naraz: czytać, myśleć i się bać. Zebrani mają nagle wrażenie, że jest ich więcej. Nie wiadomo skąd przybyli następni. Też czytają, ale nie mają takiego szczęścia. Są rozrywani przez wirującą śrubę, lub miażdżeni przez dziób statku. Woda robi się czerwona. Słychać jęki, wrzaski i odgłosy pękających kości. Pływają wszędzie ludzkie szczątki. Gałka oczna podskakuje na falach, jak okrwawiony spławik. Żywi nie chcą tego widzieć. Czytają nieprzerwanie, odpychając przeszkody. Jeszcze nic im nie grozi. Trochę czasu zostało. Są otumanieni strachem, smrodem i obrzydzeniem. Nagle słychać gong. Na szczęście, po zakończeniu czytania. * Pięćdziesięciu wybrańców stoi na środku sali. Pomieszczenie wygląda tak jak wtedy, kiedy tu weszli. Tylko książki leżą po różnych kątach. Zupełnie suche. Na podwyższeniu, przed białym ekranem stoi: On. Oczy skierowane są tylko ku niemu. Ludzie są szczęśliwi… ale zarazem w szoku i wnerwieni. Wszystko nagle zniknęło. Słyszą słowa: – Jak się zapewne domyślacie, większość zdarzeń była zbiorową halucynacją... nie tylko wzrokową. Posiadam pewne umiejętności, pozwalające wpływać na ludzkie umysły. Tak bardzo, że czasami nawet ja widzę i odczuwam to, czego jestem przyczyną. Te moje szaleństwo mnie przytłacza. Dlatego postanowiłem je wykorzystać dla dobra ludzi. Są jakieś pytania? Oczywiście. Są pytania. Nawet opinie na temat. – Dla dobra ludzi? Z czego zleciał pana umysł? Z wirującej śruby? – To my wydali kupę kasy na taki… rozpizdrzaj w naszych głowach. Masz pan równo pod ekranem? – A moja córka czytać nie umie. Wie pan co ja przeszłam. Jak pan mógł? – Jestem dalekowidzem. Ledwo co widziałem. – Czyli ta cała… woda… statek…? – Posłuchajcie. Chciałem was czegoś nauczyć. – Nauczyć? Niby czego? – Jeżeli wam powiem: czego… to próżne moje starania. To by oznaczało, żeście nic nie zrozumieli. – Czy możemy już wyjść? – Jeść mi się chce. – Żona czeka. – Oczywiście. Wystarczy otworzyć drzwi. Jesteście wolnymi ludźmi. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Cholera jasna. To pokład pieprzonego statku. – Cała pięćdziesiątka. Właśnie policzyłem. – Co my tu robimy? – Jak to co. Będziemy ludzi nauczać. Jak pieprzony Szalony Coś Tam. – Przestań się wygłupiać. Co chcesz nauczać. Mewy? Tu nikogo nie ma oprócz nas. – Wracajmy. – Widzisz jakieś drzwi? Tylko morze wokół. – Z tym statkiem coś nie tego. Jakby jedna całość. – Mamo! Spójrz! – Gdzie? – No tam. Taki dziwny zamglony horyzont. Płyniemy w tym kierunku. – Co mówi ta dziewczynka? – Skarbie… jaki dziwny? – W kształcie białego prostokąta.
-
1
-
rozetnij mnie ostrym nożem zaś powieś dokończ na haku nadziej by włożyć na rożen dopraw papryczką do smaku przetkany zębatą rureczką by ciało nie mogło się smykać nad ogniem będę wirować w tłuszczu pysia pyk pykać gorące twe pożądanie wnętrzności ogniem rozpala skwierczę w skórce chrupiącej płaszczyk miłości mnie scala oglądam twoje powaby nadziewasz się skórkę szykujesz warzywka tkasz w każdą dziurkę za chwilę ślicznie wirujesz rozkosznie tak razem dymić podroby są nasze gorące ozdobił nas kwiatuszkami wiosenną łąką pachnące syczę tobie komplement w bąbelkach jesteś cukierkiem ty mnie za to z czułością pieścisz spieczonym żeberkiem kapie tłuszczyk oj kapie nakapie więcej niż deczko oj duli duli śmigamy jak w tańcu miła dzieweczko raptownie jestem zdziwiony stałaś się mało widoczna cholera coś mi brakuje wyciekła mi gałka oczna nagle w rozpaczy się pocisz zwęglone serduszko mi trzaska zerkłem i wiem już dlaczego odpadła mi kiełbaska zaiste to problem palący wrócimy znowu w tygodniu taniej nam dwie pieczenie usmażyć na jednym ogniu gospodarz cierpliwie obraca zadbał o wszystko faktycznie najmilej w urlopie odwiedzić gospodarstwo agroturystyczne
-
@Gosława Dzięki:) Krótki to u mnie rzadkość:) Najpierw napadło mnie→yyy...Pozdrawiam:) Stąd biorę:→https://coolsymbol.com/emojis/emoji-for-copy-and-paste.html
-
Nasiona Trumien
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Krakelura No cóż. Może i za dużo. Faktycznie:) Ale ja w ogóle, czasami dziwnie, różnie piszę. więc jest jak jest. Tak czy siak→Pozdrawiam:) -
ciepło? yyy nie potakuj kłamstwa yyy nic dziwnego że yyy twój język nadal przyklejony do stalowych sideł odetnij go zaniemówisz ze szczęścia
-
Nasiona Trumien
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sekret Dzięki→No faktycznie... bez końcówki, byłby bardziej tajemniczy. Aczkolwiek i tak nic nie wiemy na pewno... a zawsze trochę nadziei: ) @Krakelura Dzięki→Je też czasami się gubię. Zwłaszcza kiedy czytam... po jakimś czasie:) Uważam, że autor nie powinien tłumaczyć, co miał na myśli. Chyba, że chce:) -
Jestem blisko cmentarza. Wiem, że coś mi tutaj nie pasuje. Niby wszystko tak samo. Kupują kwiaty, znicze. Potrącają jeden drugiego. Ogólny rozgardiasz. Tak jak co roku – Święto Zmarłych. Parking zawalony samochodami. Policjant kieruje ruchem. Tak powinno być. Ale mnie uparcie prześladuję myśl, że coś się tutaj nie zgadza. Tylko co. No nic – myślę sobie – Moja wyobraźnia płata mi figle. Jestem przyzwyczajony do takiego stanu, więc spokojnie idę dalej. Szok miałem dopiero przeżyć. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Póki co kupuję dwa znicze i zjadam bułkę z serem. Prawdę mówiąc, trochę zgłodniałem, w czasie mojej samotnej wędrówki. Jestem blisko głównej bramy. Dużo ludzi wchodzi i wychodzi. Nic dziwnego. Tak się dzieje z takiej okazji. Mnie jednak prześladuje wrażenie, że co coś się za chwilę wydarzy. Coś, co będzie dotyczyć tylko mnie. Jak bardzo się wtedy nie pomyliłem. Przepuszczam matkę z dzieckiem na ręku, i małe dziecko z chorągiewką, biegnące z tyłu. Jakaś wewnętrzna siła nie pozwala mi przekroczyć bramy. Czuję się dziwnie. Jakbym się czegoś bał. Jakby ta brama miała mnie połknąć. Ludzie przechodzą obok mnie. Niektórzy są wnerwieni, że zagradzam im drogę. A ja stoję jak ten głupi i nie mogę się ruszyć. W końcu z ogromnym wysiłkiem, przekraczam cmentarną bramę… i nagle doznaję szoku. Stoję na pustym szarym placu. Nie ma żadnego cmentarza. Idę kawałek do przodu. Rozglądam się na boki. Do tyłu. Kolejny szok. Za wejściem wszystko wygląda normalnie. To samo, co widziałem z zewnątrz. Ludzie, szum , gwar. Cofam się kilka metrów. Cmentarz znowu jest. Razem z ludźmi, którzy po nim chodzą. Pytam się pierwszego napotkanego człowieka: – Przepraszam bardzo. Mam pytanie. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale czy cmentarz naprawdę jest? Patrzy na mnie przez chwilę { mam wrażenie, że pobłażliwie} i grzecznie odpowiada: – Owszem. – Dziękuję. Nie pytam więcej. Bo i po co. Znam odpowiedź. Zwariowałem i tyle. No tak – myślę nadal – Ale nawet wariat może być ciekawy, co się wokół dzieje. Postanowiłem, że jeszcze raz przekroczę granicę. Zapewne się okaże, że zobaczę cmentarz {tak samo jak teraz widzę} i wszystko się wyjaśni. Przechodzę przez bramę. Cholera! To samo! Nawet gorzej! Pusty – jak okiem sięgnąć - szary plac. To znaczy, nie zupełnie pusty. Bo jest coś nowego. Kilkaset metrów ode mnie, widzę Błękitną Kaplicę {tak ją wtedy w myślach nazwałem}. Stoi samotna na tym ciemnawym pustkowiu. Właściwie nie wiem, czy jest błękitna. Ale poświata wokół niej, ma niewątpliwie taki kolor. Rozmyślam intensywnie. Przynajmniej tak mi się wydaję. Może ten cmentarz istnieje. A ja po prostu nie widzę tego wszystkiego. Tych ludzi. Tych światełek. Chociaż bardzo się boję, to mnie kusi, żeby zajrzeć do kaplicy. Jeżeli da się otworzyć, rzecz jasna. Postanowiłem, że pójdę w jej kierunku, jak najbardziej chaotycznie. W prawo, w lewo i różnie. Może w końcu potknę się o jakiś grób, lub na kogoś wpadnę. Tak też czynię, jak postanowiłem. Można by rzec, że prawie biegam - to tu, to tam. I nic. Stoję przed kaplicą. Chyba wyglądam jak upiór, z tą błękitną poświatą na twarzy. Przypominam sobie, że mam w kieszeni lusterko. Nie pamiętam, dlaczego je zabrałem. Spoglądam w srebrzyste kółko. Nie widzę swojej twarzy. Jedynie niebieskawą mgłę. Nie jestem zaskoczony. Przestało mnie cokolwiek dziwić. Drzwi otwieram bez problemu. Wnętrze kaplicy jest puste – ale tak samo jak pustkowie na zewnątrz – nie zupełnie. Na środku, na małym katafalku, spoczywa niewielka trumienka. Nie ma żadnych ozdób, kwiatów, czegokolwiek. Na przeciwległej ścianie, wisi zegar bez wskazówek. Jest w miarę jasno, chociaż nie dostrzegam, żadnej lampy. Tak się boję, że prawie nie odczuwam strachu. Brzmi to nielogicznie, ale wtedy tak się właśnie czułem. Podchodzę do trumienki. Gdy już jestem całkiem blisko, wieko spada na posadzkę. Bez żadnego hałasu. W zupełnej ciszy, rozlatuje się na kawałki. Po chwili zmieniają się w błękitny pył. W trumience leży dziecko. Mały chłopczyk. Ani śladu rozkładu. Jakby sobie spało. Patrzę na jego twarz. Jest mi dziwnie znajoma. Kojarzę ze zdjęciami, które ostatnio oglądałem. Rozpoznaję to dziecko. Myślałem, że już mnie nic nie przestraszy. A jednak. Wybiegam z kaplicy. Widzę granice cmentarza. Za nią jest normalne życie. Jestem blisko bramy. * – Mamusiu. Ktoś mi potrącił chorągiewkę. – Kochanie. Zdawało się tobie. – No mówię przecież. Ty mnie nie słuchasz. Wiesz o tym? – Wiem kochanie. Przepraszam cię, słonko. * Budzę się na łóżku. W białym pokoju. Z zewnątrz dobiega straszliwy hałas. Co za ruchliwa ulica. Obok stoi facet, też ubrany na biało. Lekarz – myślę sobie – Mam rację. – Obudził się pan. Bardzo się cieszę. – Gdzie jestem? Mam nadzieję, że usłyszę ciekawą odpowiedź, ale słyszę banalną: – W szpitalu. – Co się stało? – Znaleziono pana nieprzytomnego przy bramie cmentarnej. – Na zewnątrz czy wewnątrz? Dziwię się, że tak dokładnie wszystko pamiętam. A może – nie wszystko. – Wewnątrz. – Jest tam cmentarz? – Nie rozumiem... No jest. Dlaczego miałoby nie być? – Nie ważne. Ktoś mnie widział? To znaczy – wewnątrz? – O tak. Dużo ludzi pana widziało. Szczególnie, że zachowywał się pan… można by rzec… trochę dziwnie – Dziwnie? – Prawie pan biegał po cmentarzu. Ale w taki sposób, że nie potrącił pan kogokolwiek. Ani się nie potknął o żaden grób. Jakby pan unikał bezpośredniego kontaktu. Z małym wyjątkiem. Potrącił pan chorągiewkę. – Chorągiewkę? – Tak Coś mi zaczęło świtać. Rzeczywiście biegałem po pustym polu. Ale w jaki sposób omijałem przeszkody, skoro ich nie widziałem. – A kaplica? Błękitna? Stoi? – Stoi. Ale stara i z drewna. – A biała trumienka? – Trumienka? Dać panu leki? – Nie. Dziękuję. – Panu w zasadzie nic nie jest. Fizycznie. A poza tym nie wygląda pan na groźnego faceta. Chce pan stąd wyjść? – Też pytanie. Oczywiście. – To bardzo proszę. Droga wolna. * Idę – właściwie biegnę długim korytarzem – Na końcu widzę jasny punkt. To drzwi. Zwyczajny świat. Bez żadnych chorągiewek i kaplic. Wychodzę na zewnątrz. Na całkowite pustkowie. Ciche, szare i przytłaczające. Nagle słyszę przeraźliwy pisk hamulców i potworny trzask. Ale nic nie widzę. Tak mi się jednak wydaję. Kilkadziesiąt metrów ode mnie, dostrzegam migające błękitne światełko. Wokół pustka. Nie ruszam się z miejsca. Bieganie między samochodami - a szczególnie policyjnymi - jest trochę niebezpieczne. Słyszę jedynie bicie własnego serca. Spoglądam na światełko. Przestało mrugać. Jest białe.
-
Różղҽ Ɱíղí Տzօɾեყ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@Konrad Koper →Dzięki:) Tak różnie piszę.→ Pozdrawiam:) -
w ciemnej ziemi nasiona trumien nasycone trzykrotnym kiełkowaniem lecz jeszcze nie teraz jeszcze świt nie rozwiał obrazu poza ramy prostopadłe czterokrotnie rzeźbione co nie każe zrozumieć * nieodgadnione nie zgłębiać muszę gdy kwiat w łodydze uwięził lśnieniem horyzont ocalił ślad jego zakrył poświatą jutrzenki o brzasku zbudził marność przemienił w przezroczystą ziemię * powiedz mi co tu robi ta kosa zardzewiała mniemam że od wieków nieużywana a ten płaszcz czarny ta szpiczasta czapka żółte ślepka zmatowiałe i czaszka wyblakła z miłą chęcią odpowiem jak widzisz nikt z nas nie chodzi w żałobie lecz chyba sam się domyślasz –To Śmierci ciała zgliszcza? tak człowieku! na wieki wieków amen – I niech tak zostanie.
-
? ? Układanka. Dwa w jednym. Im zdania sensowniejsze, tym trudniej. Przynajmniej dla mnie:) ----------------------------------------------------- Parówka ciepła pogięta sakiewką. Kacie łap tasak. ---------------------------------------------------- Chamidło niemałe chcą wygnać. Dłonie łechcą nać. ------------------------------------------------------------------------------- Staruszka rada / Stary czyści cholewki wazeliną. Szkarada ryczy cicho kiwa liną. ------------------------------------------------------------------------------------------ Małpa trzyma mutanta. Dziubie gniecie ćwiartuje łopatą. Patrzy mamut Tadziu / Biegnie cieć Jełop. --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Siedzi śmierdziel kasztanowy. Jeszcze musi kabanos emalią pomalować panna Dziś Elka wyje / Czemu sika nosem waćpanna?
-
Wariat Na Łące
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@eM_Ka →Dzięki:) Do ulubionych staroci, próbuje pisać swoje teksty. Kawałek co zacytowałeś, pasuje mi do klimatu. Tak samo jak zwierciadło... a nie np→lustro. Ale jeszcze przesłucham. Może faktycznie łamie? Nie zawsze łatwo zachować zamierzony sens → i dopasować do linii melodycznej. Pozdrawiam:) -
@Gosława →Dzięki→Pierwsza wersja była trochę inna.W tym serduszku, było jedno słowo. Ale nie każdy je widział.iPozdrawiam:)
-
Życie Erotyczne Owoców i Warzyw
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Gosława →Dzięki:) No cóż... hmm... nie wiedziałem, że to taki wzruszający tekst °<(~:) -
na łące leżysz pośród traw wariat jesteś swoje grasz w stokrotkach błądzisz skrawkami głupich snów chcesz pobiec tam lecz ciągle jesteś tu śpiewają ślady twoich stóp nie wracaj do nas lepiej tu lecz ty szaleństwem swym czytasz księgę wspak choć kartki jej już dawno zakrył piach lecz gdy zakwitną w tobie inne nowe dni znikną ostrza zgubisz dziwne łzy pofruniesz skrzydeł swych nie będziesz musiał skryć odsłoni księżyc słońce marzeń twych na łące leżysz pośród traw obłoki tulisz jak co dnia zwierciadło tu leży na dnie chcesz twarz zobaczyć nie ma jej czy jesteś tu może jesteś tam a skąd to wiedzieć skoro nie wiesz sam lecz gdy zakwitną w tobie inne nowe dni w lustrze ty ujrzysz swoje łzy pofruniesz skrzydeł swych nie będziesz musiał skryć odsłoni księżyc słońce marzeń twych
-
Intensywny zapach Pomarańczy smaga rezolutną Cytrynkę. Jej chropowatą skórkę rozjaśnia kwaśny uśmiech. Co prawda nie lubi gdy ktoś ją - ni z gruszki ni z pietruszki - doznaniami tłucze, jednak w tej sytuacji aż się turla z podniecenia. Krzywy Banan spogląda z boku prostując się z zazdrości. To stary zbereźnik. Ma już kilka inwazji seksualnych na sumieniu. Jeszcze z czasów młodości, kiedy to całymi kiściami polowali w rajkach na Truskawki. One to urwane z krzaczków, najpierw szypułkami rzucały w napastników, ale po jakimś czasie zaczęły się jeszcze bardziej czerwienić. Mimo że słońce prażyło niemiłochłodem, czuły się wewnątrz bardzo wilgotne. Banany turlały je między sobą, wzdłuż swoich powabnych żółtocieni. Niestety, kiedyś przywędrowały małpy i tylko on jeden zachował życie, bo wyglądał jak złowieszczy uśmiech czarnoziemu o pożółkłych zębach. Zielony Groszek nie reagował na te kolorowe przepychanki, zwierzęco roślinne. Tulił w podłużnych objęciach swoje rozkoszne Kuleczki, leżące jedna na drugiej pod prześwitującą zielowoalką. Młoda Jurna Pyra z wystającym łętem oraz z młodym ziemniakiem i pobudzonym kartoflem, widzą turlającą, powabną Cytrynkę. Aż mundurki dostają wzwodu od tego widoku a biedne stonki spadają na ziemię i marudzą jak potłuczone. Mają w pasiastych dupkach tego typu ekscesy, lecz cierpieć muszą. Bulwonapaleńcy kulają się w stronę ponętnej Żółtokształtówki, lecz Pomarańczak staje im na drodze, z groźnie zwisającą skórką na odwłoku. Chcą go uwięzić w swoich łętach, lecz stary Dyń na Bani pojawia z odsieczą i plany gwałtownie rozsiewa wiatr na polu figofagowym. Młody Szparag co dopiero z ziemi wyjrzał, a już mu w główce puszysta Brzozkwinka. Marzy o tej rozkosznej chwili, kiedy to macać go będzie, a później on wniknie w czeluście miąższodoznań. Niestety, ktoś go bierze do ręki i wyrywa z marzeń. W sadzie Młode Jabłko rozmyśla tęsknotami. Urwało się z gałęzi i pragnie zaznać miłości. No cóż. Póki co słodką dziurkę zamieszkuję jeno Robaczek. Pociesza ją Śliwka. Taka robaczywa, że jej już nic podłamie. A jabłuszko nadal słyszy bzykające pszczoły. Marchewkowy Obleśny Stary Dziad, przymila się do smukłej Pietruszki. Szczególnie gęsta zielona nać wytwarza w nim popędliwe hormony. Ona zaś nie zwraca na niego żadnej uwagi, rozmyślając o Gruszkoskoczku, co da jej przemiłego klapsa ogonkiem. Cytrynka wreszcie dochodzi do Pomaramanta. On też wypomarańczył się jej na naprzeciw. Po grze wstępnej: ocieraniu i muskaniu, zdjęto im skórki i włożono do miksera. Naduszono różowy guzik. Stali się jedną wirującą miłością. Niestety. Owocowy płomień namiętności, także rozdziewiczył ścianki miksera. Wytrysnęło na wszystkie strony. Trzeba sprzątać w całej kuchni. W rolach głównych udawali: Cytrynka, Pomarańczko, Ziemniaczki, Jabłuszko, Sad, Klaps, Śliwka, Robaczek, Szparag, Uśmiech Czarnoziemu, Dłoń, Banan, Zielony Groszek, Dyń, Pietruszka, Nać, Marchew, Mikser, Mus Cytrynowo - Pomarańczowy... oraz inni Chętni Statyści. Z racji premiery filmu, cała ekipa - nie tylko wyżej wymienieni - tańcują na wspólnym balu. Orgiestra przygrywa. * W tym samym czasie Biała Kapusta pieści Czerwoną, skrzydłami Bielika w kształcie Orła. One jedyne uprawiają seks patriotyczny.
-
@Gosława →Miło, Żeś Fanką... ale różne pisanie me, przeto będąc roztropna nieco w postanowieniu swoim, szansę dźwigania zawiedzenia, znacząco zmniejszysz:)) Pozdrawiam:)
-
Wszystko zaczęło się od tego, że nasza ukochana babcia, mająca obecnie słuszny wiek, zapragnęła pojeździć na hulajnodze napędzanej przez dziadka. Nie koniecznie naszego. Miewała już różne pomysły, więc nie byliśmy zdziwieni. *###*****###* Pamiętam, że kiedyś poszła do dzwonnicy i schowała się w dzwon. Jak tam wlazła, nikt nie widział. Dopiero jak zaczęto dzwonić na mszę, to się obudziła i spadła. Oczywiście nic się jej nie stało. Była trochę przygłucha. Żaden hałas nie był jej wstanie zaszkodzić. Otrzepała się tylko, wyrzuciła mysz, która wzięła jej warkocz za kłosy zboża i poszła do kościoła. Mysz poszła do dziury, lecząc obolałe rany kawałkami sera. Babcia była rezolutna. Uprzedziła dziadka, że pójdzie na noc do bimbadła, więc nie był zdziwiony. *###*****###* Zresztą dziadek przestał się czemukolwiek dziwić w dniu wesela, kiedy to jego przyszła małżonka napluła mu do ucha, twierdząc uparcie, że jest za suche. Tłumaczyła, że przez to jej polecenia, nie ślizgają się odpowiednio szybko po małżowinie, a przez to dziadek dokładnie nie słyszy, co ona mu każe. *###*****###* Noc poślubną dziadek miał pracowitą. A to z tej przyczyny, że musiał odwijać… odwijać… odwijać… swoją żonę… żonę… żonę… bo zapragnęła być… być… być...jego najukochańszym… najukochańszym... kłębkiem wełny. Kiedy ją wreszcie odwinął do gołej nitki, to był taki zmęczony i skołowany, że tylko machnął ręką. Babcia miała nadzieję, że machnie czymś innym {na przykład kwiatami jako podziękowanie za to, że się dała się odwinąć} ale on tylko usnął. *###*****###* Pamiętam, że kiedyś babcia, chciała dziadkowi zrobić dobrze. Specjalnie dla niego, upiekła placek ze śliwkami. Oczywiście zrobiła to po swojemu. Zaczęła obrzucać śliwę ciastem, a następnie rozpaliła pod nią ognisko. Gdy zjawił się dziadek, to tylko ręce załamał i trochę gałęzi, żeby chociaż troszeczkę zjeść. Albo chociaż próbować. Sąsiedzi się nawet nie śmiali. Dla nich to była normalka. Nic takiego. Jeden tylko, taki zawistny, żeby nie być gorszym, zasypał cukrem kupę słomy i podpalił. Później wszystkich zapraszał na pieczoną trzcinę cukrową. Strażacy przyjechali bez zaproszenia, bo się trochę chałupy zajęło. Sytuacja została opanowana, także za pomocą babci, która zamaszyście pluła na płomienie. Miała wprawę. *###*****###* Podobno ktoś w sąsiedniej wiosce, rzucał kapustą na gołębie. Nie wiadomo, czy tak naprawdę było. Brakowało świadków. A z gruchania gołębi, trudno było coś wywnioskować. Gruchały niewyraźnie. Może miały zatkane dzioby… kapustą? Kiedyś dziadek, pozazdrościł swojej żonie jej głupich pomysłów. Postanowił, że też zrobi coś głupiego. Już od dawna posiadali konia na biegunach, dla swoich przyszłych dzieci. Miały mieć uroczy charakter, odziedziczony po matce. No więc dziadek pojechał do miasta i kupił cztery żółwie. Kiedy jego żona była zajęta w kuchni, przyrządzaniem normalnego obiadu, to on cichutko w krzakach przed domem, poprzyczepiał zwierzaki – po dwa na biegun. Następnie postawił owe dziwo na trawie i poszedł do kuchni. Podprowadził żonę do okna, mówiąc smutno: – Popatrz kochanie. Nasz konik na biegunach odchodzi. Widocznie nas nie lubi. Myślał, że wywoła u żony zdziwienie. Ale gdzie tam. Pogłaskała go tylko pyzą, mówiąc całkiem poważnie: – Gdyby nas rzeczywiście nie lubił, to by uciekał szybciej. Tak się sprawa zakończyła. Dziadek poszedł smutny do ogródka, pogadać z pasikonikiem, a babcia dalej miętosiła biedne pyzy. *###*****###* Pamiętam, że dwa lata po ich ślubie, babcia pomalowała się do połowy na czerwono i weszła na maszt. Wrzeszczała, że jest flagą państwową i należy się do niej odnosić, z należytym szacunkiem. Przyjechał sołtys, straż pożarna a orkiestra odegrała do połowy hymn, zanim się zorientowano, w czym rzecz. *###*****###* A wracając do hulajnogi, to dziadek przyczepił metalowy pręt do tylnej części babci i tym przedłużeniem babcię pchał. Pchały też inne dziadki, bo babcia chociaż dzika, była ogólnie lubianą i szanowaną osobą. *###*****###* Lecz w końcu naszemu dziadkowi się sprzykrzyło i chociaż raz {w ciągu całego pożycia małżeńskiego] – było mu dane przeżyć pełną satysfakcję. Podłączył babcię na hulajnodze do drutów i babcia była trolejbusem. Co prawda… trochę zaiskrzyło w ich małżeństwie… ale później to już żyli długo i szczęśliwie. *###*****###* W międzyczasie, babcia została – matką chrzestną nowego dzwonu.
-
siku siku siku siku dziś się dzieje zimne krwinki do szklaneczek krewny leje na sześćdziesiąt sześć sposobów wyżłopiemy blisko grobów żeby później znów w trumienkach grzecznie spać gulgotamy nasz apetyt ciągle rośnie żeby było nam wesoło i radośnie kły o szkiełka wciąż stukają marsz żałobny wygrywają już chrupanie się zaczyna skrzepłej krwi te cukierki to wiekowa jest radocha każdy chrupki te czerwone wielbi kocha dziadek co mu kły wpadały dziwnie jakiś podupadły bo wnerwiony gryźć nie może biedak nasz nagle weszły ale wcale nie na spanie wilkołaki się przywlekły na pochlanie wrzeszczą krzyczą serenady do księżyca bez żenady niby krewni po kisielu skrzepłym już w progu stoi krewna tego co nie ciućka oj się przyda biedakowi taka wnuczka chrupie żwawo cukiereczki wypluwając do miseczki dziadek mymla uśmiechnięty krwisty miał
-
Zepsute Ego
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@calluna →To w takim razie, jeszcze raz Podziękuję:) -
Drabble →Sensowny Pech / Decyzja Matki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Sylwester_Lasota →Dzięki:)→Sorry! Ale się zgapiłem. Pierwszy miał być taki... drętwy, jako kontrast do treści. Co do drugiego, to najpierw mnie napadło... zakończenie:)→Pozdrawiam:) -
Lísե ժօ Ɓօցíղí Aցղí
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Gosława :~)) -
Lísե ժօ Ɓօցíղí Aցղí
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Gosława →Dzięki:)) Miło mi (:~)> -
O Bogini, Kapłanko Niespokojnych Myśli, Opiekunko Wszelkiego Bytu, Ogrodniczko Ludzkich Istnień, wybacz, że ja skromny, grzeszny i zwyczajny człowieczyna, ośmielam się nęcić i rozgrzewać Twojego: skołowanego, spoconego lecz wielce zacnego ducha. O Bogini, dawno temu upadłem w otchłań. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo. Rzec by można: portki zdarłem i tyłek podarłem. Aż nagle, kilka dni temu, kiedy moje myśli przygnębiły mnie całkowicie, że aż mi mózg spłaszczyły, gdy zgasła we mnie ostatnia nadzieja - jak ta licha świeczka w kaganku - to nagle, jakby mnie pierwsza jutrzenka o brzasku oświetliła. Pomyślałem sobie, że istniejesz Ty o Pani i na pewno mi pomożesz, bo jesteś wszakże zwyczajną kobietą, chociaż Boginią, piękną i wspaniałą, jak mój piesek dajmy na to...przepraszam...i w samej rzeczy Ducha Czystego Całością. Agni ukochana, Pani Najjaśniejsza, gdyby sytuacja w państwie, inaczej się przedstawiała, to byś nie musiała się radować, jeno okruszkami osobowości mojej, gdyż ofiarował bym Tobie, o Pani – całą moją osobowość, dozgonną miłość a nawet moje skromne ubranie, z plackiem całym jako dodatek – to tak a propos tych okruszków, chyba jarzysz o co chodzi. Tobie, o Pani Niepojęta, potrzebny jest ktoś ekstra wyjątkowy i niecodzienny w swojej prostocie, który ciebie uczuciowo zrozumie, przytuli i naprawdę pokocha. Chociażby taki jak ja. Gdyby był przy tym bogaty, to się za bardzo tym nie przejmuj – jakoś to przeżyjesz, bo będziesz miała – za co. Wracając do tego kumania się z innymi bogami, to nawet cię trochę rozumiem. Masz takie zapracowane i zniszczone ręce od czynienia dobroci, że należy się tobie o Pani – chociaż w niewielkich ilościach – małe rozerwanie. Pocieszanie, nauka, podnoszenie upadłych, robienie dobrej twarzy do złej gry – lub odwrotnie, bo wiem, że i tak potrafisz – zmywanie, wszelkie opłaty za dzierżawę boskiego gruntu – zgłupieć doprawdy można. O Pani, ci co widzieli z bliska Twoje oblicze – chociaż niektórzy pierwszy i ostatni raz - gdyż w poświacie Twego blasku, wielki zaszczyt i przywilej przebywania mieli, szemrają teraz między sobą, że Ty o Pani czymś się wielce martwisz. Twoją piękną twarz zasłania mgiełka ze smutku zrodzona. Powiedz, kto cię zmartwił, żebym i ja mógł jemu po gębie dać – bo wiem, że niektórzy twoi poddani, innych poddanych mocno poobijali, ale nie wiem, czy z tego powodu i czy ogólnie o tych chodziło. Mówili także, że jesteś często nieobecna, myślami nie wiadomo gdzie – a nawet jakby ktoś wiedział, to i tak by nie raczył powiedzieć, mając na wadze Twoją boską naturę. Szybujesz na dywanie wyobraźni, w krainie, gdzie byłaś bardzo szczęśliwa, gdzie Twoja radość, gorzkim smakiem zamącona nie była. O Bogini, nie zawrócisz rzeki czasu, nawet ty nie masz takiej mocy, ale mam nadzieję, że natrafisz na jeszcze bardziej rwącą i czystą, która popłynie dla ciebie i w Tobie. O Pani, wielki dar do pocieszania nie jest mi dany, ale chociaż próbuję, tak jak umiem, jak mi na to pozwala, moja zwyczajna ludzka natura. Nie jest to litość, w mym sercu – dla Ciebie - zrodzona, jeno wielkie zatroskanie przyszłością Twoją – i moją rzecz jasna – oraz pragnienie istnienia słonecznych dni, w źrenicach i kącikach słodkich ust Twoich. To znaczy, nie wiem czy słodkich, bo nie było mi dane spróbować, ale cóż – jakoś przełknę tą gorzką pigułkę. Od czegóż smutne Twe lico, od czegóż te łzy kapiące. Przecież o Pani, tyś piękną, w każdym zakamarku ciała Twego – to znaczy domniemam oczywiście – a poza tym zgrabną i emocjonalną kobietą. Dorodną boską dziewoją – o wybacz moje rozpędzenie emocjonalne – i na pewno znajdziesz wybranka swego. Oczywiście powinien być Ciebie godnym, godnie się zachowując, na miarę Twoich potrzeb, wszak masz skomplikowaną, supełkowatą naturę, którą czasami trudno przetrzymać jako żyw. Jeżeli jednak o Pani, ktoś to przetrwa, w roztropności swojej pragnąc Ciebie taka jaką jesteś i Ty go obdarzysz przychylnością swoją, to już – na zawsze będzie się tarzać w miłości Twojej – jak zwał tak zwał. No chyba, że Ty o Pani – zaznaczysz inaczej. Oczywiście, o Bogini, Ty też nie możesz leżeć jak przydrożna kłoda. Och Pani Niezwykłości Moja, wybacz mi och wybacz, ten leśny produkt, ale miałem na myśli, zapewne to samo, co i ty masz, czytając mój skromny list. No chyba, że nie masz. Bo z Tobą to różnie. Jesteś w końcu Boginią i nawet dłubać w nosie możesz , albo jak zechcesz, gdzie tam sobie chcesz – nawet przy gościach. Bez obaw, nie zwrócą ci uwagi. Spoko. Zeusa Tobie nie radzę, bo chodzi ciągle zachmurzony, jak gradowa chmura. Piorun z niego zaiste. Pozostali też diabłu na kapelusz albo nawet nie... ale cóż. O Bogini Córko Słońca, nie zrozum mnie – o zgrozo – opacznie. Nie jest to wytykanie błędów i słabości, ino pragnienie szczęścia i radości dla osoby Twojej. To co czynisz dla dobra ludzkości, jako Bogini nasza uwielbiana, jest o Pani tak piękne i szlachetne w wymowie swojej i tak fascynujące, że niektórym poddanym dech zapiera. Nie przejmuj się Królowo Splątanych Emocji. Umrzeć trochę dla Ciebie, jest wielkim zaszczytem – chociaż mnie akurat to nie bierze – a Twoim, o wybacz – zaniedbaniem. Och jak bardzo zazdroszczę tym, co to przeżyli a nie pomarli, gdyż była to ino - śmierć kliniczna. Ty zawsze wysyłasz karetkę na czas - no chyba, że się zamyślisz. Twój lud, ja, oraz ci wszyscy półżywi, wołają wtedy ze zgrozą i nadzieją: „O Pani, Agni nasza, wróć do nas. Nie błąkaj się na rozdrożach. Zejdź metaforycznie na ziemię". O Bogini Córko Wiatru, przecież wiesz, że tak z Tobą jest. Ty wiesz dużo o innych, ale mniej o sobie. To tak jak ja. Cieszysz się? No pewnie, że tak. Na tyle cię znam. Agni Ukochana, Królowo Zabłąkanych Śladów, tak bardzo chciałbym cię ujrzeć, w moich skromnych, człowieczych progach. Wiem o Pani, że nie poniżysz się tak daleko, bo byś straciła u innych bogów – szacunek wszelki. Spoglądali by na Ciebie z byka, dziwując się i szepcząc między sobą: „Agni znowu odbiło. Powinna ino przybywać na uczty przez nas wyprawiane, co czyni i strachu w niej nie wykryto”. O Pani z Diamentu Utkana, przebacz mi och przebacz to – odbicie – ale tak bardzo nie chcę narażać Twojej zacnej osoby, na szyderstwa i zniewagi wszelkiej maści, że musiałem - ja grzeszny wyżej wymieniony - to napisać. Ośmielam się jednak prosić Ciebie o Pani Urokliwej Łezki, że gdybyś znalazła trochę czasu między czynieniem jednego dobra, a sprawowaniem drugiego i jeżeli stwierdzisz, że pozostali bogowie pomarli – co akurat mnie guzik obchodzi – to żebyś raczyła stanąć w moich skromnych ludzkich progach. Tym bardziej, że ja już teraz obiecać Tobie mogę, że kupię nową wycieraczkę albo chociaż czystą szmatkę. Obrzucał bym Ciebie słowami, że tuptanie Twoich ślicznych bucików, po mojej skromnej wykładzinie, jest jak śpiew słowika na skraju drzewa, a później bym przysiadł na stołku, a ty byś świeciła – jak napromieniowana – swoim boskim blaskiem. No chyba, że się zamyślisz, a ja spłonę w ogniu miłości Twojej. Wtedy Ty, jako osoba rezolutna, zgarniesz mnie jako kupkę popiołu, zmajstrujesz swoimi zgrabnymi paluszkami małą klepsydrę, a następnie przypniesz ją równolegle do swojego pięknego przedłokcia. Następnie będziesz stawać – raz na nogach a raz na głowie – a moim zaszczytem będzie, przesypywanie się i odmierzanie czasu Twego , którego i tak masz w nadmiarze. Oj przepraszam cię bardzo - Pani Wszelkich Czasów - ale za bardzo mnie wcięło w gąszcz myśli moich. Gdybyś była przy mnie, to byś mnie pieskami poszczuła. Wtedy bym zapewne, szybciej z tej plątaniny wyskoczył, byle nie w inne krzaki mojej imaginacji. To by było na tyle. Przynajmniej póki co. Karta mi się kończy. Zaczynam pisać na blacie od stołu. A stół trudno wysłać. Zresztą sama się tego domyślisz, gdy umyślny doręczy Tobie - zwój pergaminu i kawał uciętej dechy. Semper – oddany Nie semper – poddany ᵈᵈ
-
tak długo pod kimś wybierał glebę że w końcu sam zakopał się w biedę * chciał złapać krokodyla przerobić skórkę na buciki właśnie marzył i zapomniał że zwierzak ma paszczę * tak bardzo wzbił się ponad że w samotności skonał * małe gówienko pyta tatusia co tak tu śmierdzi że do wymiotów zaiste nas zmusza? powiedz proszę co to za zapach synu ty nie wiesz? to mój kolega wokół nas lata * strzałka czasu wciąż w dupce nam wierci im dłuższe wiertło tym bliżej do śmierci * miłosierny diabeł z łezką w kopytku pyta chciałeś tu przyjść czy umysł twój chory ty też byś chciał miałem już dość tych białych skrzydeł wokół gadały same anioły * buda wolność zyskała uwolniła się od pieska teraz jej smutno bo nikt w niej nie mieszka * po co mi ucho pomyślał dzban jeno kłopot z paskudem mam na domiar złego mnie oszpeca złapano bez ucha wyślizgał się biedak i rozleciał * piłeczka stuka dopóki ścianę może odszukać * dlaczego tyś wredny teraz właśnie? przepraszam kochanie skradziono mi maskę * gorący piecyk kochałem wytrwale lecz zapomniałem że jestem bałwanem * wnerwiony lis zdjął kruka z drzewa ptak był nieznośny a zatem chytry wyrwał co trzeba monstrum widziało w tym lesie nie jedno z lisa zostało ogona ledwo * kiedyś miałem pazerną dupę tak zaślepiony razem z dobrymi zjadłem zepsute * szybuje wiecznie w kosmosie człowiek aż nagle słyszy słowa w głowie tak wysoko wzleciałeś człowiecze że zapomniałeś na ziemię zlecieć * na cholerę złota łopata skoro dół niepotrzebny * został rozjechany chociaż nie był stary przestano dostrzegać szarego na szarym * powiedział idiota do durnego głupka wygońmy odmieńca parszywego czubka * siedzi małpolud po walki trudzie ciesząc się tym że jego kolega ma lepszą maczugę siedzi znowu po walki trudzie z zawiścią spogląda stał się ludziem * kochana świnko powiedz proszę dlaczego tak chyżo uciekasz jak mam biedna nie uciekać ktoś mi podłożył człowieka
-
Zepsute Ego
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@calluna →Dzięki:) Dobrze, że chociaż fragment:)) Pozdrawiam:)