Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'muza' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 3 wyniki

  1. Obiecała im dwugodzinny czas wolny za dobre zachowanie. I dotrzymali słowa. Oczywiście na tyle, na ile można utrzymać w ryzach temperament i burzę hormonów licealnej wycieczki szkolnej. Muzeum, zamek i basztę mieli już odhaczone. Teraz pozostał jedynie kościół i bazylika, potem rynek starego miasta i powrót do rodzinnego miasta. Przeszli w cień pobliskiego, wysokiego i nad wyraz starego, zrujnowanego budynku. Poprosiła o spokój, ciszę i ustawienie się w pary. Dął zimny północny wiatr. Przespacerowali około kilometra, klucząc między nieznajomymi i tajemniczo wąskimi uliczkami centrum. Byli już naprawdę zmęczeni. Głównie tym, że spali bardzo niewiele bo wyjazd zaplanowano skoro świt a jak wiadomo noc jest areną młodzieńczego życia towarzyskiego a nie czasem snu. Po prawdzie ukradkiem i w tajemnicy przed nauczycielami i opiekunami, ale wlali w swe organizmy, dość znaczne dawki alkoholu, co z początku podniosło im poziom zadowolenia, lecz teraz upojenie, potęgowało senność i otępienie. Chcieli już tylko coś zjeść, wypalić resztę papierosów i skrętów jaka im została, wypić jeszcze trochę a potem paść na zbyt miękkie fotele w autokarze i oddać się w ramiona zbawczego snu. Gdy już ustawili się w pary, co wcale nie było zbyt prostym zadaniem, bo chodnik w tym miejscu był wąski, wciśnięty między obitą i zamalowaną wulgarnymi graffiti ścianę budynku, pas zadeptanej i powyrywanej miejscami trawy i ulicę przez którą pojazdy pędziły, nie bacząc na jej fatalny, podziurawiony stan. Ludzie szturchali ich próbując przejść przez ich zbity w grupę szpaler. Jedni grzecznie przepraszali inni pomstowali pod nosem na stan ich wychowania. Nauczycielka policzyła ich szybko. Wszyscy byli na miejscu i czekali tylko na zgodę rozejścia się na obiecane dwie godziny. Zgodnie z umową macie teraz czas wolny. Za dwie godziny spotykamy się przy wejściu do bazyliki. Nie zgubcie się, nie róbcie niczego głupiego no i uważajcie na siebie. Zjedzcie i wypijcie coś ciepłego. Odpocznijcie. Widzimy się za dwie godziny. Zaczęli się rozchodzić i łączyć w mniejsze grupki. Tym samym odsłonili front budynku naprzeciw. Był w jeszcze gorszej kondycji od tego przy którym się zebrali. W zasadzie był ruiną. Nadgryzioną od fundamentu po dach czasem. Nadpaloną ogniem dawnego pożaru. Dziurawą i wybrakowaną od burz i ulew. Zamalowaną i zaśmieconą przez młodzież i kloszardów. Lecz jakieś sto lat temu, ten budynek i cała okolica musiały przeżywać czasy swej świetności. Kiedyś był dumną i bogatą rezydencją. Teraz stał się upiorem, straszącym wybitymi oczyma okien i bezzębną, czarną i cuchnącą gębą bramy, która prowadziła do gardzieli zapuszczonego podwórka oraz pustych trzewi mieszkań i klatki schodowej. Obok wylotu bramy na wysokości oczu, przytwierdzono jakąś tabliczkę z lichego, przeżartego rdzą metalu. Napisy po części były zatarte, kilku z nich nie można było odczytać przez plamy i wlepki miejscowego klubu piłkarskiego. Przeczytała jednak nagłówek pierwszego zdania i natychmiast krzyknęła za oddalającą się młodzieżą. Kochani, zaczekajcie jeszcze chwilkę i skupcie wzrok na tym budynku naprzeciw. Całkowicie o tym zapomniałam, jadąc tutaj a to może być spora ciekawostka, szczególnie dla tych, którzy zamierzają zdawać rozszerzony polski na egzaminie maturalnym. To dawny dom rodzinny, jednego z naszych rodzimych poetów wyklętych, dekadenta, nihilisty i gotyckiego prozaika, Simona Tracy. Klasa humanistyczna przerabiała kilka jego utworów. Znacie na pewno “Kondukt”, “Grobowiec Białej Róży”, “Letnią spowiedź trupa”, czy piękny poemat miłosny “Do Snu”. Właśnie on i jeszcze jego oniryczny poemat “Odbicie” mogą pojawić się na egzaminie w maju. Był wielkim poetą ale niestety gorszym człowiekiem. Lecz trzeba mu oddać, że wiernym członkiem bohemy i mitu o wyklętych. Był… Wybitnym szaleńcem, schizofrenikiem i pijakiem… Kłamcą pierwszej wody i oderwanym od rzeczywistości cmentarnym narkomanem… Głos dobiegł zza otwartego okna na parterze, zakrytego gęsto zdobioną firaną. Był bezsprzecznie kobiecy i młody o przyjemnie ciepłej nucie. Nauczycielka zamilkła z rozdziawionymi ustami. Nie spodziewała się takiej ostrej kontry zza pleców. Firana odsunęła się i w oknie oparła się młoda dziewczyna mogąca być równolatką członków klasy. Wyglądała jak wcielenie bohemy o której pisał Tracy w swych utworach. Czarne, gęste włosy, kolczyki w brwiach, języku, ustach i nosie. W uszach miała tunele, Całe jej ciało, łącznie z szyją, pokrywały wzory tatuaży. Ubiór jej także był anty. Społecznie akceptowalny, katolicki, moralny. Była upadła. Jak najlepsza sztuka. I co najważniejsze. Była tego świadoma, dumna i bezczelnie afiszująca się swą innością. Alienacją zupełną. Tracy nazwał by ją piękną. Prawdziwą. I cudownie, lubieżnie zepsutą. Nauczycielka odwróciła się przez lewy bok i obrzuciła dziewczynę najbardziej pogardliwym wzrokiem na jaki było ją stać. A skąd panienka może znać historię takiej osoby jak Tracy? Członka salonu i elit. Fakt zagubionego w życiu. Lecz jednak artysty. Nie wyglądasz mi na krytyka literatury? Dziewczyna zaśmiała się bezwstydnie. Jak prawdziwa lolita. A ja myślę, że gdyby on żył, to byłabym jego muzą. Jestem muzą sztuki wyklętej. Jeśli chcecie to udajcie się na miejski cmentarz, na którym spoczął jeszcze za swego życia. Kwatera trzynasta, rząd dziewiąty, miejsce dwudzieste. Traficie bez problemu, grobu strzegą białe, marmurowe anioły z latarniami w dłoniach. Proszę połóżcie ją na grobie. Wręczyła nauczycielce jedną, białą różę. A ta o dziwo wzięła ją bez słowa. Powiedzcie mu, że Absyntia go pozdrawia. Tak to moje imię. Imię jego muzy sztuki upadłej. Szaleńczej miłości do śmierci. Kochał mnie nad życie, którym gardził. A ja kochać go będę zawsze. I pamiętać jego upadek na zawsze. Zaśmiała się niczym wiedźma a jej postać rozpłynęła się nagle niczym pijacki zwid, narkotyczny majak.
  2. Ciągle jego muzą, Nigdy jego miłością, Rany, umysłu nie obudzą, Mimo w gardle ością. Ciągłe słowa duszą, On nigdy nie przestanie pisac, Patrzy na nią tylko tekstem, Dała mu się poniżać. Muzą tylko na chwilę, Kochała go bez obycia, Będzie słodkim wspomnieniem, Nigdy częścią jego życia.
  3. Euterpe moja –zdejmij ze mnie już tę zbroję niepewności -bo nie chcę powrotu do tego co już nieraz przeżyłem- bo ku innym brzegom płynę na okręcie nadziei- tam gdzie twoje Serce - a tak je utracić bardzo się boję wyrywam karty- ze sztambucha pożółkłego by nowe zapisać - nie pytaj już dlaczego z tobą chcę napić się wody życia- gdzie zdroje Tryskają strumieniami -jako te kaskady muzę moją objąć całą- dziś pragnę czule w tę cichą noc gdy patrzy na nas -księżyc blady Zrzucić chcę na zawsze -Dejaniry koszulę wymazać z przeszłości -pogmatwane szarady a co nasze zostanie -jak ciebie przytulę...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...