
asher
Użytkownicy-
Postów
2 273 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
nigdy
Treść opublikowana przez asher
-
Rewelka! Świetny styl. Nic dodać.
-
No więc, z żoną moją Zofią zostaliśmy zaproszeni na ślub i wesele młodych Mimogłąbów. Prosili nas, bo znaliśmy się z Tadzikiem Mimogłąbem lat jakieś 30. Od początku mieszkaliśmy w tym samym bloku. Jako gospodarz i - powiedzmy sobie - złota rączka, zawsze życzliwy dla sąsiadów byłem. Rury, piecyki, instalacje, drobne naprawy za dobre słowo robiłem. A z Tomaszkiem Mimogłąbem to od miglanca żeśmy jego rowery naprawiali. Wszystko chciał wiedzieć, fachu każdego się uczyć. Ech... Dnia tamtego poszliśmy do kościoła na 14.00. Ksiądz młody prowadził, starał się. Nie żadna tam chałtura za co łaska. Pannie młodej dał nawet Hymn o miłości z ołtarza poczytać. Łza się kręciła, jakżeśmy sobie z żoną w oczy wtedy popatrzeli. Po mszy proszeni na wesele przenieśli się do pobliskiej restauracji Kasztelańskiej, reszta złożyła młodym życzenia i rozeszła się do domów. No i, jak to tradycja każe, był szampan, potem Tomaszek i Anulka kieliszki potłukli. Ze sześćdziesiąt luda rozsiadło się po sali. Podano obiad, a młodzi do fotografa pojechali. Nie było ich z godzinę. Przez ten czas wszyscy pojedli i starosta zaczął flaszki wnosić. Po dwie albo trzy na głowę było, może więcej nawet, bo niepijących trochę zawsze się znajdzie, a kobita też nie zmoże nie wiadomo ile. No i zaczęło się... Panie, ta wódka to same nieszczęścia na ludzi sprowadza. Jak chłopy polewać zaczęły, to ja zaraz mówiłem, że co drugi raz sobie życzę. Żona moja i tak zła była, że przesadzam i tylko głową kręciła. Wszystko piło i tańcowało, aż miło, choć mnie się zdawało, że ta orkiestra to nie całkiem dobra jest. Walczyki, owszem, umieli elegancko, ale często gubili rytm i żeśmy z żoną rzadko na środek wychodzili. Tańczyliśmy może ze dwa razy przy Cyganeczce Zosi i Jarzębinie Czerwonej. Te wszystkie Kokodżamba i Lambady to nie dla nas melodie. Ale ludziska bawiły się świetnie. Ja to się zawsze dziwiłem, jak stare chłopy po wódce głupawy dostają, krawaty luzują i harce z młodymi dziewuszkami odstawiają. Na tym weselu to trzech takich gagatków było. Brat Tadzika, Józef, ojciec Anulki, Stefan i niejaki Roch (nazwiska nie znam), chłop ogromny, brzuchaty i do końca pierwszej flaszki całkiem sympatyczny. Co oni wyprawiali, to ani przypominać sobie nie chcę. Powiem tylko, że jak leciało Jedna baba drugiej babie, to oni w kółeczku tańczyli i ryczeli jak ranione byczki. Ech... ja przepraszam. W piersi mnie przytyka. Na płacz się zbiera. Po godzinie 20 to większość gości w trupa zalana była i ten pan od kamery przestał filmować, bo wstyd było dokumentować ten cyrk. Szef grajków też chyba poczuł te kilkanaście kolejek, które orkiestra strzelała sobie za każdym razem po przyśpiewce: A teraz idziemy na jednego. Poczerwieniał mocno i język mu się plątał, ale twardo wodzirejował towarzystwu. Nigdy nie przepadałem za tymi zabawami i w żadnej udziału nie brałem. Inni byli bardziej wylewni. Bawili się w chodzenie na czworaka, konkurs kto szybciej siądzie na krześle i w miednicy, tańce z żonami na rękach, kto dłużej wytrzyma i tak dalej. Pierwszy zły znak, to był taki, że jeden z podchmielonych wywrócił się z żoną i głowę jej potłukł. Zaczęła okładać go torebką, a potem zabrali się do domu, mimo protestów Józefa, Stefana i Rocha, który rejtanował przy drzwiach, włochate brzuszysko wszem i wobec pokazując. No i oczepiny przyszły. Przeklęty zwyczaj. Umęczona tańcowaniem z pijanymi mężczyznami panna młoda cisnęła bukiet tak lekko, że żadna panna nie złapała go w powietrzu. Trzy z nich tarzały się po podłodze. Kiecki sobie potargały, bukiet rozdrapały na wszystkie strony i nikt nie umiał stwierdzić, która wygrała. Panowie więcej, a może mniej kultury wykazali, bo sobie na papieroska poszli na zewnątrz i nie było komu łapać. Reszty to by Dante opisać nie zdołał. Pijana orkiestra rżnęła coraz gorzej, z głębi sali co rusz ktoś intonował: Góralu czy ci nie żal albo W murowanej piwnicy. Chór ciężkich głosów zaczął brać górę nad orkiestrą, potem obrażony wodzirej zasiadł z zespołem do wódki. Wszystko piło na umór, żarło co panie przyniosły i śpiewało na cały głos. Żona moja Zofia ni do tańca, ni do wypitki, więc zacząłem rozmyślać, jak się chyłkiem wymknąć, żeby kwasu żadnego nie było. Zaproponowałem, żebyśmy przez okno od kibla się wymknęli, ale popukała się w czoło i stwierdziła, że skoro drzwiami weszła, to drzwiami wyjdzie. Co było robić, poszedłem do starosty na pertraktacje, ale słyszeć o naszym wyjściu nie chciał. Brat jego, Józef uśmiechnął się do mnie szatańsko i dwie kolejki musiałem z nim wypić, zanim mnie w spokoju zostawił. Od żony omal w pysk nie dostałem, ale po wódce chojrak ze mnie wyszedł i jeszcze trochę a sam bym jej przywalił. Kazałem na dupie siedzieć i krokiety z barszczem zajadać, dopóki się sprawy nie wyjaśnią. Obraziła się. Tańczyć nie chciała. Jeść też ani pić. I tak siedzieliśmy ponuro, jakbyśmy sąsiada chowali. Wtedy to się zaczęło. Uhhhh... Ciężko o tym mówić. Ja człowiek prosty jestem i świat po prostu rozumieć chcę. A tu taki kwas, taki kwas... Gromada spitych gości uparła się, że pannę młodą przećwiczą jak tradycja nakazuje. Młody Tomaszek też ochoczo przytakiwał, żeby kultury dochować. Najpierw wzięli biedną Mimogłąbową na krześle posadzili i zaczęli podrzucać tak, że omal głową o sufit – choć wysoki był – nie waliła. W końcu zsunęła im się, a jakże! Tylko prosto w ramiona Tadzika wpadła i śmiech wielki był, że ciągnie swój do swego. Później Tadzik doniósł parę flaszek ku powszechnej radości i zacieraniu rąk. Co bardziej pobudzeni zaczęli tych upitych do porządku przyprowadzać i te chuchra musiały dalej z nimi chlać. Orkiestra spróbowała jeszcze raz, ale straszna nędza z tego wyszła i starszyzna wyć i gwizdać zaczęła, żeby chłopaki się za wódkę wzięły, nie za instrumenty. I znów poleciały rozmaite przyśpiewki w stylu Oczy ciorne czy Mydelko Fa. Wtedy pannę młodą wzięli, na krześle posadzili i hop pod sufit, a gawiedź ochoczo klaskała i razy liczyła. Nie wiem, piętnaście może było...hrrrr..hsssss...nie mogę, panie, nie mogę, jak Boga kocham i życie szanuję... To ponad siły. Nagle ona – jakby grawitacji nie było – fru nogami do sufitu, głową w dół. Spadła na gołą posadzkę i zaległa w pozycji dziwnej, jakby w balecie albo gimnastyce akrobatycznej robiła. Śmiech wybuchł wielki, że w rodzinę sportowiec się wrodził i w łóżku pożytek będzie. Pijane towarzystwo nuż ją szturchać zaczęło, żeby na krzesło wróciła, a ona –bidula – bez ducha już była. Naraz miny gościom rzednąć zaczęły i jęli patrzeć po sobie krzywo, jeszcze nie rozumiejąc co zaszło. Tylko żona moja Zofia usta dłonią zakryła i płaczem się zaniosła tak wielkim, że towarzystwo nagle jasno fakty ujrzało. Anulka, powykręcana jak nie wiem co, leżała owinięta w suknie, a Tomaszek przy niej klęczał i krzyczał, żeby już przestała. Hyssssssss......co się potem działo, nie wspomnę. Pijaczyny wierzyć nie chciały i biedną Anulkę przewracały na wszystkie strony, żeby ducha w niej ocucić, ale martwa była na amen. Wesele to czy pogrzeb pytaliśmy się nawzajem i nikt nie umiał odpowiedzieć. I się zaczęło jak u starożytnych... Pan młody, Tomaszek wziął flaszkę i w kiblu się zamknął. Znaleźli go potem powieszonego na ślubnym krawacie, z językiem wywalonym i siną twarzą. Wypił tę flaszkę, co ją wziął ze sobą i na życie się targnął. Sam bym tak zrobił, gdyby moją Zosię... uhhh... Tadzik znalazł go w tej ubikacji i na progu na zawał padł w jednej chwili. Byłem z nim, ale nic nie umiałem zrobić. Chwycił się za serce i na kolana. I tyle go było na świecie. Nawet reanimować nie próbowałem, bo i po co? Co się działo na sali, nie widziałem, bo na klęczkach płakałem nad Tadzikiem i od zmysłów odchodziłem. Pobili się Józef z Rochem nie na żarty. Ale na sińcach się skończyło. I tyle mam do powiedzenia. Zabrałem żonę Zofię i uciekliśmy rozpaczać do domu. Mimogłąbów mi żal, ale chyba nie dopilnowali wszystkiego. W każdym razie, nigdy już nie pójdę na wesele. Syn mój żenić się chce, mówi, że to się drugi raz nie zdarzy. Ja nie wierzę. Żonę mam w szpitalu psychiatrycznym, sam ledwie rzeczy pojmuję. Syn będzie sobie musiał bez nas radzić. Ja dziękuję za takie wesela. - Rozumiem. Proszę tu podpisać. - Niech mi pan powie, kto tu zawinił. Bo ja do końca życia będę nad tym myślał. - Trudno wskazać winowajcę. Nie chciałbym być w skórze sądu. Pewnie na ławie zasiądą ci, którzy podrzucali, ale ostatecznie rozstrzygnie to chyba sam Najwyższy. - No tak. - To zresztą nie koniec ofiar. Prezeska Społem też się u psychiatry leczy. Restauracja Kasztelańska spalona. Nikt tam już wesela nie zrobi. - Mój syn chce w Piastowskiej... - Sam pan widzi. Dziękuję i do widzenia. - Niech Bóg się zmiłuje...
-
Poprawię niechybnie :)
-
Serdeczności. Każde spostrzeżenie porządnie przemyślę - z uwagi na sprzeczności :)
-
Niezwykła jesteś :) Dzięki.
-
Poprawki wniesione. Dzięki za poświęcony czas :)
-
Kamień z serca :) bo obaw co niemiara. Teraz już akcja poleci wartko... Poprawki już wprowadzam. Dzięki za sokole oko.
-
Trudno pisać prozę hermetyczną i dziwaczną, kiedy się walczy o rząd dusz - tak myślę. Może kiedyś popróbuję znowu ściemniać a'la Barth, Calvino, K.Dick itp... Tobie idzie lepiej :)
-
Dzięki. Nastęnym razem będzie impreza u Svena. Z całej tej historii to chyba tylko ci kumple są prawdziwi, choć też nie do końca. Ale chyba przesadziłeś z tym - najlepszy. Dziwnolubny jestem w odbiorze. Sam raczej wolę pisać po Bożemu... :) stołówka, poeci i pare innych rzeczy to debilizmy wymyślane przez niego w celu bliżej nieznanym nawet narratorowi...
-
Dzień zapowiadał się pracowicie. Zamiast siedzieć bezczynnie i gapić się w ekran komputera, musiałem pomóc zaprzyjaźnionemu z firmą gabinetowi stomatologicznemu zredagować artykuł sponsorowany do piątkowych wydań gazet lokalnych. W sobotę miały się odbyć targi poświęcone tej właśnie dziedzinie medycyny i AllDent zamierzał zaskoczyć konkurencję. Pani Danuta przyniosła przefaksowany z Gdańska niby wywiad z jakimś specjalistą od szwedzkich koron całoceramicznych, który z mojego punktu widzenia nie nadawał się do niczego. Zaczynało się to dziwo od retorycznego pytania, czym korony Procera różnią się od pozostałych, potem następował idiotyczny tekst : z tym pytaniem zwracamy się do doktora... Nie wiadomo było kto się zwraca, bo wywiad nie był podpisany. Później owi tajemniczy ludzie znów zwracali się z pytaniem, tylko do innych lekarzy, zaś całość raziła nieporadnością stylu do tego stopnia, że musiałem całość przepisać na nowo. Zajęło mi to około dwóch godzin, ale rezultat bardzo ucieszył panią Danutę. Dołożyliśmy do tekstu dwa zdjęcia aparatury odwzorowującej od 20 do 40 tysięcy punktów powierzchni zęba i dodaliśmy podpis fikcyjnego autora. W takim kształcie artykuł mógł trafić do składu. Kiedy żegnałem się z panią Danutą zadzwonił mój telefon komórkowy. To był Sven, dawno nie widziany i nie słyszany kumpel ze studiów. Nie mogłem podjąć rozmowy, więc obiecałem oddzwonić. Trzymaliśmy się razem we trójkę z Luisem, ale żaden z nich nie dotrzymał końca studiów. Luis zmienił kulturoznawstwo na politologię, a Sven na trzecim roku podjął się robienia interesów i zabrakło mu czasu na edukację. Najpierw handlował meblami sprowadzanymi z Niemiec, potem założył z grupką znajomych spółkę, wydającą gazetę poświęconą relacji Polska – Unia Europejska. Pewnego dnia, będąc jeszcze na pierwszym roku, wyszliśmy z sali projekcyjnej z głowami nafaszerowanymi teoriami Eisensteina i usiedliśmy na ławce przed Colegium Novum. Gadaliśmy, biegaliśmy na Wiślną po piwo i znów gadaliśmy, aż nadszedł wieczór. Sven bronił Bergmana, którego nie znosiliśmy, Luis lubował się w Bunuelu, którego kochaliśmy, a ja forowałem Antonioniego, którego szanowaliśmy. I ksywy dla chłopaków znalazły się same. I połączyła nas przyjaźń na całe życie. Svena ochrzciliśmy na cześć Svena Nykvista, operatora Bergmana, Luisa zaś na część Bunuela. Tylko ja zostałem Dawidem, bo Antonioni miał na imię Micheleangelo... Obiecałem oddzwonić, lecz nie zrobiłem tego. W ferworze pracy zwyczajnie zapomniałem. Zaraz po wizycie pani Danuty rozdzwoniły się telefony, jak gdyby klienci uparli się, by załatwić u mnie interes w tej właśnie chwili. Obsłużyłem może ze sześciu i uciekłem na obiad. Szef tego nie tolerował, ale mój żołądek był nieubłagany. Przychodziła pewna godzina i zaczynało mi burczeć w brzuchu. W jadłodajni przypomniał o sobie Sven. - Wybacz. Mam cholernie ciężki dzień. Zapomniałem oddzwonić. - Nie szkodzi – w jego głosie dominowała pewność siebie człowieka, który dużo osiągnął i zdążył poznać swoją wartość. – Co u ciebie? - Nic. Ani kroku w przód. - A ja kupiłem dom – oświadczył i zawiesił głos, czekając na moją reakcję. - Gratuluję – odparłem po prostu. - Chcemy z Sylwią urządzić w sobotę „parapet”. Przyjdziesz? To dlatego dzwonił. Poczułem nutę żalu, że po tak długim okresie milczenia, nie odnowił kontaktu bezinteresownie. Machnąłem ręką. Uznałem, że się czepiam, bo mu zazdroszczę nosa do interesów, pozycji w życiu, nowego domu. - Wpadnę – mruknąłem – Oczywiście. Kto jeszcze będzie? - Mój wspólnik z żoną, siostry Sylwii, kilku znajomych. Zaproś Luisa i Bartka, jeżeli masz z nimi kontakt. -Z Bartkiem nie ma problemu, ale Luis jest na platformie wiertniczej gdzieś w Zatoce Meksykańskiej. - Fiu. – jęknął z zazdrością – Pewnie w miesiąc zarobi tyle, co ja przez pół roku. Rozmowa nie kleiła się. Po chwili było po wszystkim. Wypytałem tylko o godzinę przybycia i adres. Okazało się, że nowy dom Romana i Sylwii stanął w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Krakowa – Woli Justowskiej. Przez całe popołudnie próbowałem wyobrazić sobie jego rozmiary, kształt i wyposażenie. Wieczorem zostałem zaproszony do współpracy przy redagowaniu nowego studenckiego magazynu kulturalnego. W bardzo uroczysty sposób oświadczył mi to w pubie Michał Zub, który - odkąd pamiętam - był niespokojnym duchem twórczym i wiecznym organizatorem. - Dlaczego ja? – zdumiałem się – Nie studiuję od dobrych kilku lat. - Masz doświadczenie – usłyszałem. Nie da się ukryć. Doświadczenie miałem. Zakładałem wszelkie na pół podziemne pisma, artziny i funziny, lokalne gazety i studenckie magazyny. Istniałem wszędzie tam, gdzie słowo miało wagę, sens i znaczenie. Udzielałem się wierszem, prozą, esejem, felietonem. Parę razy nawet byłem redaktorem, do którego musiało się mizdrzyć iluśtam głodnych chwały rycerzy pióra. Drukowałem też w wielu przygodnych antologiach dla młodych, amatorów i innych jeszcze nieznanych. Raz nawet zaryzykowaliśmy z Luisem wspólne wydanie tomu prozy, ale przepadło bez echa; kilka pudeł leżało gdzieś na strychu domu moich rodziców. Nie mogłem zatrzeć w mojej obolałej duszy wrażenia, że ta klęska to głównie moja zasługa. Nigdy tak naprawdę nie ukończyłem żadnego utworu. Większość z nich urywała się w momencie, kiedy traciłem pomysł na ciąg dalszy i musiałem tuszować blizny po amputacji. Zlepek tak okaleczonych, rozpękniętych i niespójnych tekstów trafił do składu wraz z równymi, dokładnie zredagowanymi opowiadaniami Luisa. To nie mogło się powieść, ale zignorowałem ten fakt, wiedziony skrajnie absurdalnym optymizmem, z jakim w fazie początkowej podchodzę do każdej niemal rzeczy. Luis posiadał tę szczególną cechę, że pisał wprost co mu leży na wątrobie, oprócz osadu po tysiącach piw i kaw wychylonych wcześniej. Jeśli szukał formy, to do jasno określonej treści. Ja, niestety odwrotnie. Ciekawe jak mu tam na platformie? - Dzięki, Michał, ale nie – odezwałem się po chwili – Ja już tego nie czuję. Wyglądał na niepocieszonego. Długo mi się przypatrywał, aż wreszcie dojrzał w moich oczach determinację. Skrzywił się lekko i pokiwał głową. - Szkoda. Masz coś, co pozwala ci ufać, że gazeta będzie wyglądała jak trzeba. Znajdę kogoś, ale wolałbym ciebie. - Przykro mi. Napijmy się. Skoczyłem do baru zanim zdążył odmówić. Obserwowałem jego przygarbioną sylwetkę, gdy coś notował w podręcznym zeszycie. Biła z niej niezwykła siła, choć do postawnie zbudowanych raczej nie należał. Siła ta musiała pochodzić z ducha, który utrzymywał go w formie przez te wszystkie lata wzlotów i upadków. Wciąż nosił długie włosy, pokręcone w drobne loki i upięte gumką z tyłu. Kiedy je rozpuścił i upiął od nowa, wyglądał jak kobieta poprawiająca swój wizerunek po trudach całego dnia. - A słyszałeś, że po Nocy Poetów ma się odbyć Festiwal Prozy? – zagadnął, zaczerpnąwszy łyk zimnego piwa. Wzruszyłem ramionami, choć zapiekło mnie gdzieś w środku. Wśród poetów nie byłem, bo nie umiałem się dopasować do kolegów i ich kolegów; zresztą i tak nie wierzyłem w swój talent do klecenia wierszy. Teraz zapaleńcy wzięli się za promocję prozy i wcale nie zamierzali mnie zapraszać do swego grona. Michał także próbował dopasować się do wymagań określonych gremiów, aż w końcu wybrał banicję. Mimo to widziałem, że zachowuje pogodę ducha i odpowiedni dystans. Obaj nominalnie wciąż należeliśmy do stowarzyszenia Przyszłość Kultury, lecz nie zapraszano nas nawet na walne zgromadzenia co dwa lata. Mój scenariusz Festiwalu Grozy leżał na dnie szuflady, zaś projekt Michała dotyczący integracji młodzieży europejskiej utknął gdzieś pomiędzy fundacjami. Pomijając czas poświęcony pracy nad tworzeniem biznes-planów i różnych śmołów-wołów marketingowych, wyszliśmy na zero. Michał odszedł pierwszy. Już podczas zgromadzenia statutowego klika dała mu po łapach, gdy starał się zostać skarbnikiem stowarzyszenia, a potem przegłosowano go przy obsadzaniu stanowiska sekretarza. Ja wytrzymałem kilka godzin dłużej. Poszliśmy całą grupą uczcić sukces i trochę się opiliśmy. Prezes Mikołaj Szpak, pogryzając odmrożoną w mikrofalówce zapiekankę, zaczął roztaczać przed nami niesamowite wizje. Mnie obiecał, że na festiwalu w Cannes, zasiądę między Zygmuntem Kałużyńskim i Tadeuszem Sobolewskim. Pieniądze miały się znaleźć z dotacji rektora dziekana, Samorządu Studenckiego i NZS-u. Już nie potrafiłem traktować go poważnie, choć żądna kariery klika ochoczo mu nadskakiwała. - Widziałeś tomiki wydane po Nocy Poetów? – spytał Michał bez oznak złośliwości – Same znajome nazwiska. - Niech zgadnę – roześmiałem się – Jeden drugiemu napisał recenzję? - Pewnie. To jedyne takie zjawisko na świecie. - Ech życie – westchnąłem. Wychyliłem z Michałem kilka piw i wpadłem na idiotyczny pomysł. Ktoś obliczył, że po Krakowie porusza się ze 60 000 poetów. Zastanowiło mnie gdzie też się podziewają. Popytałem ludzi w pubie, lecz nikt się nie przyznał, że pichci wierszydła wieczorową porą. Wybrałem się więc na jedno z krakowskich osiedli. Plan był prosty. Z puszką piwa w ręce chodziłem od bloku do bloku i dzwoniąc domofonem, pytałem, czy mieszka tam ktoś, kto pisze wiersze. Wyglądało to mniej więcej tak: - Dobry wieczór szanownej pani, Rafał Respondek z Krajowego Biura Statystyk. Czy w państwa domu ktoś pisze wiersze? Co trzeci raz słyszałem: spadaj, czubku!, raz ktoś pytał, czym handluję (przeklęci akwizytorzy), raz kobieta stwierdziła, że nie wie, ale poprosi męża, często nikt się nie odzywał (witaj praco). Jedna miła staruszka zaprosiła mnie na górę. Zaskoczony wyjechałem windą na ósme piętro. W drzwiach czekała wiekowa pani z siatką na płowych włosach. Choćbym chciał, nie umiałbym opisać jej twarzy. Ludzie w pewnym wieku zatracają rysy i stają się podobni do innych ludzi w pewnym wieku. Najbardziej zapadły mi w pamięć jej, rozwodnione jakby, błękitne oczy, patrzące na świat z naiwnością dziecka. Wszedłem do maleńkiego mieszkania i przycupnąłem na niewielkim taborecie przy kuchennym stole. - Napije się pan herbaty? – zapytała gospodyni. - Chętnie – odparłem, choć wcale nie miałem na herbatę ochoty. Wtedy starsza pani odwróciła się do mnie z szerokim uśmiechem. - Ach, nie. Młodzi ludzie nie pijają herbaty. Mam pyszną porzeczkową nalewkę na spirytusie. - To może nalewkę poproszę... Maleńki kieliszek, maleńka butelka, niewielkich rozmiarów gospodyni – wszystko kojarzyło mi się ze światem małych dziewczynek, które bawią się lalkami. Mieszkanko starszej pani wyglądało właśnie jak dom dla lalek. - Urodziłam się w roku, kiedy zatonął Titanic – oświadczyła gospodyni, zasiadając naprzeciw mnie – Wie pan który to rok? - 1912 – rzekłem bez zastanowienia. - Tak. Tylko ja przyszłam na świat we wrześniu. Pytał pan czy piszę wiersze. Param się poezją od prawie siedemdziesięciu lat. Pierwszy wiersz napisałam w liceum. Niestety, zaginął podczas wojny razem ze setkami innych, które wówczas powstały. Ale jego mi szkoda najbardziej. Był o wiośnie. O tym, jak rodzi się życie, niczym niepohamowane, bujne, radosne. Ja byłam tą wiosną. Mój pierwszy tomik wydany przy pomocy Związku Pielęgniarek nosił tytuł „Życie jak majowy poranek”. Słuchałem jak zaczarowany. Ktoś, kogo otoczyła jesień życia, rozprawiał wciąż o wiośnie. Burzliwe lata wojen, przemian politycznych i własnych doświadczeń nic nie zmieniły w sposobie postrzegania świata tej kobiety. Spędziłem u niej ponad dwie godziny. Przez ten czas tylko słuchałem i wcale nie miałem ochoty jej przerywać. Wyciągnęła skądś stosik wyblakłych, poplamionych kartek, wystrzępionych kajetów oraz wydanych niewielkim sumptem tomików. Co parę chwil wybierała jeden z wierszy i deklamowała z przejęciem – o swoim sercu, które jest jak dziki zwierz, o rozwijających się z biegiem lat dywanach mądrości, o wiośnie na grzbiecie skowronka. Była lepsza niż większość tych, których zdarzało mi się słuchać w krakowskich ośrodkach kultury. Zupełnie wytrzeźwiałem. Wracając przez osiedle, cały czas szlochałem. Nie był to szloch pijacki, histeryczny – nazwałbym go raczej emocjonalnym pęknięciem na skutek głębokiego przeżycia. Nazajutrz jednak szybko o tym zapomniałem, bo w ciągu nocy wydarzyły się inne rewelacje. - We śnie spotkałem anioła - oświadczyłem rano Marcie . Leżałem na pościeli i ćmiłem kolejnego papierosa. Zupełnie nie chciało mi się ruszyć. Impreza u Svena miała zacząć się wczesnym wieczorem, więc nie miałem po co się spieszyć. Marta omiotła wzrokiem bałagan, jaki po sobie zostawiłem i położyła się obok. Zeszłej nocy nie pojawiła się u mnie, co przyjąłem z prawdziwą ulgą. Nic do niej szczególnego nie miałem. Po prostu zrobiło się jej za dużo w moim życiu. Dusiłem się. Nikt nie powinien od drugiego człowieka oczekiwać całkowitego oddania ani nieustannego zainteresowania jego osobą i problemami. Marta była męcząca jedynie wtedy, kiedy jej obsesje powracały. Gdyby teraz zaczęła tę starą, natrętną melodię, zatarg pomiędzy nami rozogniłby się na nowo. - I co? - zapytała po chwili. - Sam nie wiem... Była zdziwiona. Przekręciła się na bok i podparła ręką brodę. - Jak wyglądał? - Nietypowo - mruknąłem, zastanawiając się, czy potrafię go opisać - Właściwie był karłem. Brzydkim jak cholera i złośliwym. Dogadywał mi, a klął przy tym jak szewc. Drażnił mnie. Ale później zaczął mówić tak mądre rzeczy, że sam nigdy bym takich nie wymyślił. Wywrócił mój światopogląd do góry nogami i sobie poszedł. Marta długo milczała. Potem zaśmiała się radośnie. - Muszę przyznać, że kłóci się to z moimi dziecięcymi wyobrażeniami - skwitowała, uznając widocznie, że to kolejne z moich bredzeń. - Z moimi też. Więcej do tego nie wróciliśmy. Po raz pierwszy spojrzałem na nią po upływie kwadransa. Wyglądała, jak gdyby po drodze przyczepił się do niej jakiś cień i nie chciał odejść. - Co jest? – spytałem, czując, że natrętna melodia jednak powraca. - Dostałam list. Chryste! Przypomniałem sobie wszystkie swoje pijackie bełkoty, jakimi zamęczałem ludzi po tym, jak odeszła Ola. Gadałem w kółko o tym samym tylko innymi słowami. Było to fantastycznie twórcze, ćwiczyło frazę i wzbogacało retorykę, ale ostatecznie wsiąkło w ściany knajp i mózgi słuchaczy. Nie nosiłem wówczas dyktafonu. Tak się przejąłem wspomnieniami, że nawet nie przyszło mi do głowy, by się na Martę wściec. Ten gość przechodził to samo, ale nie widział innych form terapii, jak tylko walka o powrót do status quo. - I co? - Była w nim łuska... Przekręciłem się na bok, chcąc spojrzeć jej w oczy. Obraz mi zafalował, jak gdyby kula ziemska gwałtownie przyspieszyła. Potrząsnąłem głową. Poprawiło się. Zupełnie niepotrzebnie porównywałem swoje wzniosłe cierpienie i wszelkie z nim związane działania do działań człowieka, który najwyraźniej był psychopatą. - Facet po prostu nie potrafi sobie poradzić z faktami – mruknąłem bez przekonania - Jutro przebierze się za hydraulika i przyjdzie sprawdzić rury. - Koniec żartów - jęknęła Marta - Zastanawiam się, czy nie pójść na policję. Nie bardzo wiedziałem, co jej powiedzieć. Nie interesowało mnie to, moje emocje miały temperaturę przydrożnego kamienia. Przymus konwenansu okazał się jednak silniejszy. - To nic nie da – stwierdziłem sucho – Nie ma przestępstwa, a jedynie jego dalekie prawdopodobieństwo. Żadna władza w tym kraju nie zapewni ci na tę okoliczność ochrony. Zamilkliśmy. Po chwili ze zdumieniem przyjąłem do wiadomości, że oboje nie mamy w tej sprawie nic więcej do powiedzenia. - Masz ochotę na imprezę? – zapytałem, mając nadzieję, że sprawię jej w ten sposób przyjemność. Rzeczywiście. Podskoczyła z radości i natychmiast zasypała mnie pytaniami, co to za impreza, gdzie się ma odbyć i tak dalej. Kiedy usłyszała, że mój znajomy ma zamiar uczcić zakup nowego domu, od razu posmutniała. Od razu zrozumiałem dlaczego. Przypomniałem sobie jej gadaninę o chęci nieistnienia i uśmiechnąłem się z życzliwym politowaniem. Globalne doświadczenie jasno wykazywało, iż są dwie drogi – ucieczka lub stabilizacja. Oczyma wyobraźni ujrzałem Martę z mężem i gromadką dzieciaków w małym domku z ogródkiem. Wszyscy zmierzają różnymi drogami do tego samego celu, a przynajmniej o tym marzą. Ja już nie zmierzałem, bo mi się wszystko pomieszało. - Oni są ze sobą sześć lat – powiedziałem, jakbym chciał usprawiedliwić to, że jest jej przykro – Ciężko pracują. Zasłużyli na własny dom. Marta uśmiechnęła się blado. To był jedyny komentarz do moich słów. Po chwili ukradkiem zdjęła ubranie i w samej bieliźnie wsunęła się pod kołdrę. Zamiast jej kuszących krągłości, zainteresowała mnie jednak sprawa jej bielizny. Czarna bielizna. A dlaczego nie biała czernizna? Nasz język bywa strasznie zabawny. Zamyśliłem się na temat jego semantycznego kolorytu, przemierzając meandry znaczeniowe zieleniny, szarości i żółci, po czym popukałem się w czoło i zapomniałem o sprawie. Takie napady bezsensownych zabaw myślowych prześladowały mnie przez całe życie, ale nigdy nie wynikło z nich nic sensownego. - Chodź do mnie – szepnęła mi do ucha Marta. - Wciąż jestem pijany – skłamałem spokojnie – Już Szekspir pisał, że alkohol podwyższa chęci, ale obniża poziom wykonania. To Barańczak. A ty czyje przekłady wolisz? Słomczyńskiego, Paszkowskiego? - Nie chcę Szekspira. Chcę się kochać. - Eeee, lepiej pogadajmy. - To mnie chociaż przytul. Wziąłem ją w ramiona i tak leżeliśmy bez ruchu. Fizyczna obecność jej ciała dziwnie mi przeszkadzała, jej włosy łaskotały mnie po twarzy, a dotykająca mnie, zazwyczaj miła dłoń – łechtała do granic wytrzymałości. Gdybym znalazł ćwierć dżula ochoty, zwiałbym do najbliższego pubu, ale postanowiłem, że jakoś to zniosę. Wiercąc się niemiłosiernie, opowiedziałem jej o mojej włóczędze po osiedlu i starszej pani, której serce było jak dziki zwierz, o postępach, jakie robiło pod moją nieobecność stowarzyszenie. O tym, że poeci i prozaicy z mojego pokolenia szli przebojem w świat, a ja zmierzałem w przeciwną stronę. Nie omieszkałem przekazać jej tego w maksymalnie ponurym tonie - Wiesz co, zauważyłam, że w tym swoim skłóceniu z życiem, jesteś bardzo szczęśliwy – zamruczała Marta. Poruszyłem się niespokojnie, jakby podrażniła mnie w jakimś wrażliwym miejscu. - Przeraża mnie to, co mówisz. - Ty siebie nie widzisz. Nie możesz zobaczyć tego łobuzerskiego błysku w oku, kiedy wymyślasz kolejną złośliwość. Potrafisz myśleć tylko o tym, jak światu dokuczyć i nieźle ci to wychodzi. Znalazłeś receptę na szczęście. To mnie w tobie najbardziej fascynuje Nie odpowiedziałem od razu. Nad tak poważnymi argumentami należało się porządnie zastanowić. Marta połechtała moją próżność. Nigdy dotąd nic we mnie nie fascynowało żadnej kobiety, a przynajmniej takich sygnałów nie odbierałem. To zawsze ja poczuwałem się do fascynacji drugą osobą. - Nie jestem w stanie zawrócić biegu rzeczy, ale mogę się buntować – powiedziałem wreszcie, choć nie byłem do końca przekonany do sensu swoich słów. - Po co? - Bunt jest ciekawszy. - Bunt jest cechą młodości. Z czasem spokorniejesz. - Mam nadzieję tego nie dożyć. Przypatrywała mi się z ironią. Wiedziała, że mnie to drażni, ale najwyraźniej cieszyło ją to. - Czasami cię nie rozumiem – powiedziała na koniec Po tej wymianie zdań milczeliśmy przez pół godziny. Zegar upiornie odmierzał sekundy, wypełniając cały pokój nieznośnym tykaniem. Marta zapadła w płytką drzemkę, a ja zastanawiałem się nad tym, co mi powiedziała. Może faktycznie problem tkwił we mnie, w mojej psychice, w mojej postawie, w mojej przytłaczającej samotności. Przez całe życie wydawało mi się, że mam porządek przestrzeni ustalony, ale może dlatego, że wcale się na tym nie zastanawiałem. W rzeczywistości żaden porządek chyba nie istniał, a jeśli już to tylko taki, jaki chciałem widzieć, a nie jaki mógłby czy też powinien być. Kiedy fakty zaczęły mu gwałtownie zaprzeczać, zostałem zmuszony zaprzestać zamydlania sobie oczu i otwarła się przede mną przerażająca pustka. Najtrudniej w życiu przyznać, że się jest przeciętnym człowiekiem. Lepiej być po jakiejś stronie barykady, czymś się charakteryzować, mieć wizerunek. Na czysto osobistych manowcach żadnej barykady zbudować nie sposób, bo po pierwsze nie ma z czego, a po drugie nie ma z kim wojować. Jeśli w czymś wzbijałem się ponad przeciętność, to jedynie w destrukcji. Potrafiłem znijaczyć największe talenty, zaprzepaścić największe szanse, zepsuć coś, co zepsuć było bardzo trudno. - Nie, ja na pewno jestem nieszczęśliwy – mruknąłem niby do siebie –To nie moje miejsce, nie mój czas. - Nie tu, nie teraz, więc gdzie i kiedy? – zapytała słusznie Marta. - Nie wiem – wzruszyłem ramionami – Od jakiegoś czasu nie otwieram już uśmiechów niby puszek z piwem. Powaga przyszła do mnie nagle, jak telegram o czyjejś śmierci. - Brednie. Bawisz się słowami. To wszystko – syknęła, a ja w duchu przyznałem jej rację. Nie zmieniało to jednak mojego stanowiska w tej sprawie. - Zawsze jest tak, że na początku wydaje nam się, że wiemy kim jesteśmy. Potem ulegamy złudzeniu, że wiemy kim są inni. Na koniec ktoś stawia kropkę zamiast nas. Błędne koło. - Nie dość, że gadasz do mnie białym wierszem, to jeszcze mam wrażenie, że niepotrzebnie wszystko komplikujesz – powiedziała Marta i poszła do łazienki. W tej chwili zrozumiałem, że wybrałem partnera do takiej dyskusji bardzo niefortunnie. Wykrzyczałem w pustkę swojej duszy sto tysięcy najbardziej ordynarnych przekleństw, skląłem Martę za to że nie wiedząc, jak się rozprawić z moimi argumentami, kwitowała je krótko i dosadnie, obnażając własną bezradność. Za pierwszym razem mi to zaimponowało, za drugim odkryło nędzną prawdę, za trzecim poważnie zaczęło działać na nerwy. Opadłem na poduszkę i nieruchomo gapiłem się w sufit.
-
Mam wrażenie, że w poezji spełniasz się lepiej, ale na nie mniej się znam...
-
Skromnie tym razem, ale fajnie się czytało. Dialogi znakomicie odgęszczają prozę. Chyba naprawdę muszę poczytać całość, bo ni w ząb nie łapię...
-
" Wyborcza sielanka "
asher odpowiedział(a) na Zygmunt August utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Pies przebiegł bezpański ni to Tetmajer, ni Wyspiański... -
Ja myślę, że tak wiele spraw tu poruszono, że nikt nie może być nieporuszony. Ale z drugiej strony, jest tego tak dużo, że poruszenie po trzęsieniu ziemi, jakoś ustaje..
-
DZIĘKI! Patrzyłem w te parę linijek sto razy i "się" nie widziałem...
-
Krótko ale na temat - Mmmmmmmmmmmmmmmm
asher odpowiedział(a) na amatorka_poezji utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
Też się zastanawiałem, ale pytać nie śmiałem... -
Sam Pośwista pamiętam, jak chłopaki obalały. Potem żem butelki zbierał i na kino starczało. O piekle niewiele umiem rzec.
-
To Ci dzięki składam złote, bo już szósty rok cholerę męczę i już bym się pozbył...
-
Koniec lata nadziei
asher odpowiedział(a) na Witold Marek utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Stary, rewelacja! Dziś wyszła Gazeta Praca.. Jak ja nie lubię czepiania się, kiedy wiersz naprawdę dotyka. Nie czepiam się - czuję się dotknięty. -
po kobiecemu napełniam się. czekaniem
asher odpowiedział(a) na Ona_Kot utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Po męsku powiem, że kobieca to poezya, jak się patrzy. Rozepnij palcami chłód koniecznie. I pokaż serce. Wszyscy zrozumieją. -
Zabawka z atestem
asher odpowiedział(a) na Marcholt Czyścizadek utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Przecież Ci pisałem, że nie poznaję Waścinych potów. Ja tam wolę, jak jakieś kombinowane ściemy puszczasz. Coś jak odpowiedź na popily i koty :))) -
Kinematografia - Czy schodzimy na psy?
asher odpowiedział(a) na dytko utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Dla mnie to próba felietonu. Nawet udana :) -
S. czekał pół godziny. Nie przyszła. Wyrzucił bilety do pierwszego napotkanego kosza i pojechał do domu. W autobusie wszyscy rozprawiali na temat filmu, tylko on milczał. Spacerował dwadzieścia pięć minut. Mieli jeszcze wstąpić na mały deser do ogródkowej kawiarenki, więc zostało mu sporo czasu. Ponieważ nie przyszła, zadzwonił po kumpla i poszli do kina razem. Film był o miłości. Po seansie, zażenowani, rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Zwątpił po kwadransie bezowocnego oczekiwania. Wstąpił do najbliższej knajpy i wypił podwójnego drinka. W toalecie długo przypatrywał się swojej twarzy w lustrze. Nie dostrzegł niczego szczególnego. Poszedł do kina sam. Na sąsiednim fotelu zrobił sobie miejsce na płaszcz. Film był doskonały. Mogła jedynie żałować, że zignorowała jego zaproszenie. Tylko dziesięć minut wytrzymał pod kinem wśród innych oczekujących. Powoli dołączały do nich partnerki, by po scenie wymiany czułości, zniknąć w budynku kina. Dla zabicia czasu zdjął zegarek i liczył upływające sekundy. Nawet się nie rozglądał. Kiedy wybiła godzina spotkania, a ona nie pojawiła się, zniknął w ciemnej sali projekcyjnej. Film nie był najlepszy. Zdegustowany wyszedł w połowie seansu i ruszył pustą ulicą. Zerwał się wiatr, a po nim przyszła gwałtowna burza. Nie miał parasola, więc przemókł do suchej nitki. Przez długi czas chorował, toteż z nikim się nie umawiał. Chwile samotności poświęcił na oglądanie filmów video. Dało mu to wiele szczęścia, lecz gdy tylko poczuł się lepiej, zaraz zatęsknił za randką i kinem. Nic się nie zmieniało. Po kolejnym afroncie uzyskał pewność, że naprawdę coś z nim jest nie tak. Z biegiem dni, tygodni i lat przyzwyczaił się do samotnych wypraw do kina. Miał dzięki temu komfort oglądania w skupieniu oraz oszczędzania na dodatkowych biletach. I nie zapraszał już nikogo. Po latach S. zabłysnął jako doskonały krytyk filmowy. I cieszy się sławą do dziś.
-
Bo to, Freney, długie i pewnie następuje zmęczenie materiału. Dzięki za Soulfly - to literówa:) upaparupa... Jesteś moim najwierniejszym czytelnikiem i bardzo mi pomagasz. Mam nadzieję, że rozwiązanie sprawy Cię nie rozczaruje. To całość. 10 rozdziałów, więc jesteśmy w połowie. Jeśli się nikomu nie będzie chciało czytać, to przestanę wrzucać i poproszę Ciebie o wsparcie poza forum. To w końcu jeszcze jakieś 60 stron :) Muszę zdążyć ze składem do końca listopada, bo potem różne zawieruchy życiowe mnie czekają. Dzięki wielkie za poświęcony czas i trudy podróży!
-
Góralskie wesele
asher odpowiedział(a) na Lucyferia Piekielna utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Smieszne. Ciekawe co na to Zing Zeng, jesli nie ma podwójnego nicka :)))