W swojej ciemności mam wtórną twarz
I każdy niepewny krok pozbawia mnie tchu
Tak chciałabym móc wychylić się
Poza krawędź luster poza krawędź drzwi
Lecz między nami powiem nic nie jest po staremu
Mam w sobie okruchy otuchy
A mową odsłaniam się niby lilie tulipany
A mową podlewam swój cień w upale
Dopiero kiedy mrużę powieki
Wszystko wydaje się podobne
Pozbawione prawdy
Najchętniej więc otwieram oczy
Niechaj ciemność mnie tak nie tuli
Nie chcę umrzeć w objęciach życia
Splamionego czarnym tuszem omotania
Owijam się w kokon modlitwy łez
Udając liść, suchy jak zwój
Bez podsłuchiwań pająka