usiadłem z Tabalugą na kamieniu,
z ganku dobiegają jazgoty waltorni,
myślę czemu dzieci są tak zwierzęce,
na falach łusek płyną jego ręce,
z łomotem i skrzekiem wtargnęły na chodnik,
a ich pokusy rosną jak mech w cieniu.
na ulicy zmarłego w bardzo bohaterskiej śmierci bohatera,
wszczęły się najróżniejsze protesty,
przeciw teoriom Freuda,
chodzą z kąta do kąta,
w aptekach skończył się mensil,
publiczność bardzo to uwiera.
publiczność wyłączyła telewizory,
poszła odnaleźć swe imię,
weszła więc na góry niczego:
Tarnica, Łysica, Sokolica, E.G.O.
słyszałem że to możliwe,
leczyć tak wszelkie spory.
bałwan o imieniu Arktos,
znów wydaje rozkazy z podtekstem,
ja nie mam ochoty na zimno,
najpewniej znajdę sobie inną,
ciemniejszą, na szczęście,
pieczarę, może ciężarną.
,,Jakubie!" do mnie przemawia,
choć z Izaakiem jestem tylko na dzień dobry,
nie- nie wykonam. napiszę wypowiedzenie,
szkoda tylko, że nie oczami patrzę przed siebie.
na plecach jak grzyby po deszczu wyrastają krosty,
krateroza boczniaków, niedobre dzieje.
na niebie panuje królewna o imieniu dupa,
jest śnieżnie, w ręku trzymam czasopismo ,,Big Brother",
w półśnie wracają te wszystkie,
narazie sol-mi są tak bliskie,
ściągnięte z półjawy objawy,
próbuje znowu, na łóżku grając trupa.