Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    360
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. żart, sobie na 40. urodziny, a'la The Curse of Millhaven dosyć wcześnie przylgnęła do niego ta, jakże adekwatna, ksywka. już we wczesnej podstawówce dostrzeżono, że jest pośród rówieśników niczym pojazd ze Zwickau na tle współczesnych aut. zaiste jest takim pociesznym i wyłupiastookim wyrobem z tworzywa sztucznego, ospałym i budzącym współczucie, uśmiech politowania, niedopieczonym, średnio dogotowanym ludkiem o bladej skórze, czole wiecznie zroszonym potem, o krzywych zębach. bije od niego umysłowa nieporadność i skrajne niewydarzenie, choć, co może dziwić, bo nie jest on typem geeka, uczył się najlepiej w klasie. typowy beciak, safanduła, przegryw, który, gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, pewnie, nie wytrzymując szykan, dałby upust przez lata tłamszonym uczuciom i odwiedził szkołę z bronią, stał się jednym z naśladowców Erica Harrisa i Dylana Klebolda. ale tu jest Polska, tutaj mógłby co najwyżej wparować z wiatrówką, albo, co bardziej prawdopodobne, strzelić – ale samobója w ciemnym kącie pokoju, lesie, czy brudnej piwnicy. frustracja rosła, balon incelstwa pęczniał, podobnie, jak sam Trabanciuch. aż wreszcie trzasnęła żyłka pod kopułą i poszedł nasz bohater na dyskotekę. bez koszulki, świecić skórą koloru przejrzałej margaryny, półtuszami litego sadła i broczyć krwią. bo pociął się na środku densfloru okrutnie, przemyconym w nogawce nożem myśliwskim, pokroił z wprawą godną rzeźnika, z sadystyczną zapamiętałością. pisk dziewczyn, krople, strugi, wulgaryzmy, koniec tańca. obezwładnienie, karetka, szwy. i szpital, gdzie przebywa do dziś nasz bohater, którego bagienny ognik zapełgał raz, na chwilę (wystarczyło!). tabletki ponoć pomagają, olej miesza się z benzyną we właściwych proporcjach, prawie nie widać pęknięć duroplastu. tylko te myśli jak papier ścierny, w których Ferrari zderza się czołowo z Porsche, nie chcą minąć.
  2. @Nata_Kruk Dziękuję!@andrew Dziękuję i również pozdrawiam serdeczniasto.
  3. coś z wycugleń: lot. nad szałasowiskami, chatostwem zamieszkiwanym przez wcześniejszą odmianę (osobnicy troszeńkę abiotrofijni mózgowo, przejawiający małpoludność, choć w garniturach i spryskani kolońskim denaturaciwem). coś z łagodności: rozherbianie. każdemu, kto próbuje być wyniosły, nakazuję wycięcie na plecach, torsie i pośladkach, tarczy z rodzinnym logiem. nikt nie ma ochoty, wszyscy stają się nagle niedosiedleni, mało związani ze stanem. nawet: skupienia. coś z wrośnięć: Ганжук. moje nazwisko w nietutejszym zapisie, obcej mowie, a więc niejako stojące parę kroków dalej, poza granicą, a ja – wniżający się, schodek po schodku, łagodniejący z każdym metrem. choć czasami – jak dom posadowiony na mrowisku, którego ściany podparte są pszczelim rojem, dach – zawieszony na kluczu żurawi. coś z kojącej dzikości: zatracenie się. prosto w ciebie, w tobie, w głąb i poniżej. nigdy ponad. całujesz i prostuje mi się język, nie jest już pełen kłaków, emfazy poprzednich zwrotek. z neologizmów zostaje jedynie cienka nić, na której pociesznie dynda, zwinięte w pączek, jeszcze nierozkwitłe słówko.
  4. Florian Konrad

    Żart!

    Nieśmieszne i nie do rymu. Nie ma w tym ni pomysłowości, ni zjadliwości.
  5. dość ciężka prawda: dla świata jesteśmy jak wyrazy w języku polskim zaczynające się na ń (wpół kroku od zaistnienia, przeczuwalne). realnym jest jedynie to, co dzieje się w niewypowiedzeniu, niedokrzykach. ty – zarazem kartografka i tworzona przez nią mapa. ja, niczym główny bohater książki dla dzieci, który przemierza fantastyczną krainę, doliny pełne magii, wzgórza zaklęć (tam jedni są tak szczęśliwi, że aż plują plombami, inni – z radości zastygają w bezruchu, patrzą niczym figurynki, ślepym wzrokiem), doświadcza niesamowitości, spotyka go tysiące nie dających się racjonalnie wyjaśnić przygód i na końcu orientuje się, że cała ta peregrynacja odbywała się wyłącznie w głębi myśli ukochanej, pojąłem, czym jest istota cudu. właśnie uczę się topografii. wiem już, w jaki sposób zabijać czarne smoki, które niczym cienie przybierają mój kształt, jak rozśmieszać zmartwione na kamień bożęta.
  6. zaciskanie powiek, tuż po obudzeniu się, by nie uronić płynnej ciemności. niech nie kończy się, przeżera wszelkie bielidła. ziemia przytargana ze snu jest pełna wilgoci, niesamowicie żyzna. nie muszę upuszczać ziarenka, by, sam z siebie, zaczął kiełkować chwastecznik. piękny, z gatunku czeremszewica solna (nie pytajcie o łacińską nazwę, nie pamiętam). jest noc, a więc dawno temu rozebrano obiekt z brudnej cegły, fabrykę sprzed tysiąca lat. zrobiono to na tyle dyskretnie, że uszło uwagi lokalnym menelom. siedzą, ciasno zbici w kołtun-kokon, grzeją się przy ognisku nie zauważywszy, iż nie są otoczeni ścianami. wyciągam do nich liście, głaszczę szczeciniaste policzki. nim przyjdzie świt – nie będzie już życiowych rozbitków, ich ognia. wyrosną jabłonie, podkrzewy, rumianek i pomidory. to, co udało mi się przemycić ze snu, również ulegnie przemianie. ale szkoda gadać, bo kto to widział: roślina w kształcie galerii handlowej, ratusza, czy mająca ulice zamiast gałęzi!
  7. @marzipan Neologizm pochodzący od "wyświechtany"
  8. @vioara stelelor Dzięks za komentarz, ale ten tekst to żart :)
  9. żarcik, sobie z okazji 40. urodzin oto niedługi poemat mojego bólu, wykrzyczany de profundis! usłyszycie go jako gulgociny w rurach kanalizacyjnych, ściekowych kratkach. dźwięk dotrze do waszych uszu zniekształcony w podobnym stopniu, w jakim "zdeformowany" zostałem ja, gdy na kilkuletnie ciałko spadły krople niewidziadliny. ech, oczadziały z ekscytacji tata, gdy tylko spostrzegł, że po latach prób, dziesiątkach godzin mozolenia się nad kolbami, pipetami, przelewania jednej cuchnącej substancji w drugą, skraplania, odsączania, udało mu się wreszcie stworzyć eliksir niewidzialności... postradał wszelką rozwagę, krzycząc: "Eureka, eureka", poniechawszy elementarnych środków bezpieczeństwa, wyleciał, wolny i dziki, na miasto. byliśmy z Klaudią świadkami nieoczekiwanego tryumfu. przefrunął przez dom jak na skrzydłach, minął nas w korytarzyku, niespełniony wynalazca, nasz kochany chemik-amator. roztwór-dziwo stał w pękatym słoju na samym środku laboratoryjnego stołu. w klatkach – zdziwione nowym kształtem, nie dowierzając, biegały jak opętane półmyszki: Nancy i Sid. samczyk był widzialny w połowie "głowowej", Nancy – "ogoniastej". Klaudia, zawsze śmielsza, bardziej przebojowa ode mnie, powąchała, zanurzyła w cieczy palec, który w okamgnieniu się zdematerializował. po pierwszym szoku, jaki wywołała w nas świadomość, że bierzemy udział w bajce na żywo, sami nie wiedząc kiedy, zaczęliśmy się smarować i chlapać eliksirem. nie parzył, nie wyżerał niczego. siostrze przestały być widoczne obie dłonie, lewa noga i pół miednicy. ja oberwałem znacznie gorzej; do dziś świecę przed oglądającymi mnie ludźmi, nagim mózgowiem, straszę jawnością żeber, paskudnie uwidocznionymi fragmentami czaszki. trzy i pół roku później pochowaliśmy drogiego papę, który, ciężko zżerany przez wyrzuty sumienia, próbował odwrócić działanie okrutnego płynu, całe dnie, noce spędzał, zapłakany, w laboratorium. i zmarł ze zgryzoty, do ostatnich chwil żałując, że podjął się stworzenia niewidzialniny, która okaleczyła wizualnie jego dzieci. bo niestety: ani on sam, ani cały przemysł chemiczny, farmaceutyczny świata, nie był i nie jest w stanie nam pomóc. nie znaleziono antidotum! rezonansy, tomografie, inne niekończące się badania, rurki wsuwane niedelikatnie w każdy cielesny otwór, prześwietlenia, próby nakładania protez na istniejące przecież kończyny, smród szpitali, przychodni, niekończące się pobyty w gabinetach, osłuchiwania, opukiwania, kremy, maści, pudry, maskujące make-upy, flesze paparazzi, okładki gazet, wywiady, Polsat, TVN... a w środku tej całej kotłowaniny – my, dwoje dzieciaczków. po trwającej dwa, trzy lata burzy medialnej, gdy mieliśmy status swego rodzaju celebrytów (łamane na: robiliśmy za małpki w zoo), wrzaskliwy świat niemal z dnia na dzień zdał się o nas zapomnieć. następne lata mijały, cierpko, źle. Klaudia wróciła do szkoły, ja, rzecz jasna, zostałem skazany na prywatne nauczanie. ją prześladowali rówieśnicy, mi – coraz bardziej wykoślawiał się charakter. brak kontaktów z innymi dziećmi – z jednej strony był lepszy, bo pozwalał uniknąć szykan, z drugiej – wiódł prosto w alienacyjną przepaść. siostra z czasem znalazła chłopaka, który stał się jej narzeczonym, potem – mężem. ja, któremu uwierały maski i ciążyły peruki zacząłem identyfikować się z potworem dra Frankensteina, czy upiorem Luwru. zaniepokojeni stanem ducha psychiatrzy próbowali zapoznać (czytajcie: wyswatać) mnie z posiadaczką innej anomalii, niemal rówieśną Sylwią spod Suwałk, której uszy dają się widzieć jedynie przez jeden miesiąc roku, konkretnie w lipcu. nie wypaliło. byłem za mało czytelny, zbyt wielka połać mnie istniała poza możliwościami widzenia. czytałem nałogowo i dziwaczałem w ekspresowym tempie. wreszcie, ledwie osiągnąwszy czterdziesty rok życia, zstąpiłem do podziemi, jak jakiś pierdzielony żółw Ninja. i egzystuję tak, w kanałach. pominę milczeniem, czym się żywiąc. bywa znośnie. nie dalej, jak wczoraj, w pobliskiej rurze spotkałem, przeciskającą się z trudem, Marię Callas. nie chciała powiedzieć, kto i czym ją spryskał, że tu trafiła i musi ukrywać się przed światem.
  10. czasami czuję się podłajniony, lub jak ręcznik, którym wycierał się trędowaty, łyżwy kruchsze od lodu, czy wrota do innej czasoprzestrzeni, przez które nikt nie ma zamiaru przechodzić, bo nie uwzględniają one w swoim przenoszeniu wnętrzności przekroczyciela, a kto chciałby trafić do nowego wymiaru jako wydmuszka, podczas gdy nam, Ziemianom, przyszłoby pochować jego parujące trzewia. krótko, na szczęście, trwa użalniactwo, zaraz mam w oczach słońce, wiem, że żadna tam moronność, prędzej: zbyt krótki wzrok, by widzieć rozmiary histerii. gładzę się po prześwitach, powtarzając: ładnyś, ładnyś, ładnisiu. po co ci ten omłot i nahajka zamiast języka? następnie... pozwalam sobie na wiele. choć: permisywizm, nie perwersyjność. nawpuszczane krasnludzięta zaczynają podszczerbki. ale spokojnie, nie przerodzi się to w pełnoobjawową demolkę.
  11. Poprawka odnośnie tytułu - trafna :) Dzięki za czytanie i komentowanie.
  12. na następną randkę przyjdę ubrany w KrAZ-y-255, cały w ZiŁ-ach-132P, męskowschodni. zrobię ci blackijaż, co, oczywiście, nie będzie miało nic wspólnego z patusiarskim podbiciem oczu. przeciwnie: zobaczysz więcej. choć przecież błyszczysz i obdarzasz mnie tym każdego dnia, tym razem będziesz rozświetlona na inny sposób: lekko parzącymi promykami esencji nocy. poonomatopeizujemy, skrzywione nutki rozsypią się po niebie, dorobią tam gwiazd! na moment będę Putinem, któremu utniesz łeb, na chwilę Łukaszenką, którego sam zdekapituję. i skończy się we mnie zło, raz na zawsze stanę się twoim kinkażu, który długim językiem potrafi grać pizzicato na najczulszej strunie. nie świntuszę, jakby co. chodzi wyłącznie o przemianę, by rozetrzeć po ciele twoje imię, umazać się. wyjść zdrowszym, czystszym, z zamkniętymi oczami, by nie uronić obrazu osoby, do której ono należy.
  13. Dziękuję serdecznie za czytanie i komentowanie
  14. cichaj. dłoń starca, mądrego dziada z wyliczanki, co to wiedział, nie powiedział, a to było tak, rozkłada noc, jakby była ciałem stałym, czymś o konsystencji placków ziemniaczanych, równie poczciwym, co one. albo huśtawką z kokardką, miśkiem-przytuladłem, grabkami, jakimkolwiek innym symbolem prostoty, małowinności. i śpiewa ów gaworzysta, pomimo kłaków wplątujących się w próchnicę, ciepłe zwrotki o krajobrazach szczęścia, gdzie wszystko jest takie łatwe: żołnierze uciekają z pól bitewnych w głąb świeżych ran, zaszywają się w bliznach, narkomanom wietrzyk wywiewa z nosów co niepotrzebne, pijak budzi się i wie, że już nie potrzebuje nowej flaszki, łobuzy z szurgotem wyszuflowują z siebie zło, robi się przyjemnie, bo następuje przesunięcie, istny decentryzm: czułe słowa znajdują się poza tym wierszem, są mówione prosto do twojego ucha (tego wieczoru mam sto pięćdziesiąt lat i udaję Wernyhorę). w utajeniu rozkwita najważniejsze, na ścianie wspólnego domu, z głębi, rozwija się puszysty peanik: gobelin, na którym widniejemy. cali z jedwabnych nici.
  15. @Gosława @Nata_Kruk Serdecznie dziękuję za czytanie i miłe słowa! @wierszyki Dziękuję i również pozdrawiam.
  16. wiersz na potępienie ogarnia wesołość, bo zdałem sobie sprawę, że cały bagaż doświadczeń, przeżyte chwile, to coś na kształt woru pełnego jajeczek karaczana. i czuję, że on właśnie pęka, z mętnin wydostają się... kwiatki. samobieżne, ze szczękoczułkami (wyobraźnia je wykoślawia, że ho ho!). rozpełzają się we wszystkich kierunkach. wołam, głos zostaje zwielokrotniony. echo nie patyczkuje się, pustka nie ma zamiaru brać jeńców. krzyk niemal dudni w lodowaciejącym pokoju. aż wstyd! niby żaden ze mnie wytworniś, ale żeby do tego stopnia spaskudnieć w środku, by czuć się jak szkielet leżący w grobie sznurowym (znaczy: coraz niżej, niżej)? daleko mi do jakiegoś tam wykwintnisia, mimo to – nie przypuszczałem! takie ustrojstwa mieścić w sobie? przezabawne!
  17. @vioara stelelor Dziękuję za piękne słowa!
  18. dla Mojej Ukochanej P. jasnospełnienie: oto zanurzamy się w Spazmie (nietutejszym objaśniam: tak nazywa się jeziorko na obrzeżach wsi. możecie nie wierzyć). mimowiedne dotknięcia prądem, skóra po skórze. malutkie ładunki przepływają od ciebie ku moim, ciągle spragnionym dłoniom. akwenulek jest nieco tylko większy od typowej sadzawki, jednak na jego dnie spoczywają zatopione galeony (nie pytaj, jak to możliwe, sam nie mam pojęcia). ślużące się ryby bez oczu trą lepkimi ciałami o wieka nieotwieralnych skrzyń. bestie bronią skarbów. wyjście na brzeg. miękkość ręcznika, słodka sól krystalizująca się na twoich sutkach. i znów - poczciwość wieczoru, dom niczym leśna książka o rozłożystych liściach, łagodny głos. Kryspin, rudy kiciulec słucha skwapliwie i skrzętnie notuje w pamięci obrazy sennościn, zbiera okruchy przyniesione przez nas na butach czy pomiędzy włóknami rękawów, z magicznych krain. łączy w wyobraźni, spaja pejzażyk z pejzażykiem, w jego małych, kocich myślach tworzy się nowy kosmos.
  19. @bazyl_prost Dziękuję, wolę iść do wc. ;)
  20. trzeba stworzyć postać literacką, kogoś będącego jak herbertowski pan Cogito. swojego nazwę Mojito. i oto przed nami wiecznie wstawiony miś ofiarny, którego możesz obarczyć odpowiedzialnością za wszystko, czego zapragniesz. to skurwomiś wgapia się ciągle w (oczywiście niewyrzucone!) zdjęcia swojej byłej, kłamie jak najęty, jak opętany ćpa. prawdziwe bydlę, zwierz nie do resocjalizacji! i ja mu dołożę cech spod ciemnej gwiazdy, dosypię mroku do "szczurów" na talerzyku, doprawię jadem to, co w szampance (straszny używkowiec z pluszaka!). obdziarany misiulek tylko dlatego nie podcina sobie żył, że, po pierwsze: aua, po drugie – szkoda kroić tatuaże i wyglądać potem jeszcze szpetniej, jak mięcho pomasarskie albo Niklas Kvarforth. a do Bugu nie hopsa, bo ma ładnych parę kilometrów (lenistwo ratujące skórę!). słowa łobuza – funta pluszu niewarte. przytulisz go – żyletki wychyną z watoliny, wysuną się igły i ostrza kos. tfu! na misia urok!
  21. @Wiechu J. K. Ja również pozdrawiam.
  22. Mojej Ukochanej P. pierwsi, którzy wyruszyli z zamiarem ocyganienia przodków – skończyli marnie, banda średniowiecznych dewotów przeraziła się zapachu spalin z agregatu prądotwórczego. diabeł! czary! szatańska machina! – wrzeszczały bezzębia rozdzierając czasonautów. więc poszedłem sam. po rozum do głowy, następnie – z gigantycznym powerbankiem w plecaku. i w jeszcze głębszą przeszłość. wyświetliłem twoje zdjątko w wielkim mieście, na ścianie kościoła. ryknąłem, że przynoszę cud. padłe na kolana tłumy trwożnie przyznały rację. filmiki z tobą, przebraną za anielicę, mówiąc potocznie "robią robotę": przemawiasz do klęczących, z których żaden nie zorientował się, że nie odbywa się to w czasie rzeczywistym, (żywy obraz? wyrywek czasu? nie od pojęcia!). zapowiadasz swoje rychłe zniebazstąpienie w cielesnej i bezskrzydłej formie. niedługo wnikniesz, kochana, w mroczne czasy, by rozpalić i rozkrzewić. oboje wiemy, że twój kult zetrze z powierzchni ziemi inne religie. naprawi się teraźniejszość, wreszcie będzie porządek.
  23. @Wiechu J. K. dziękuję i również pozdrawiam. @Wiechu J. K. Mój Kryspin nie liże Drogi Mlecznej. Ma za krótkiego. Ozorka. :)
  24. budzenie portretów. wstawajcie, już noc! ...i podnoszą się z mojego milczenia kości okryte kożuchałatami, wyciągają palce rzezimieszkowatych kobiet, herodbabskich kolesi. nie mówię o setkach tysięcy postaci, które stwarzam językiem burzowym. po co? niech żyją we wszechciszy, owe licha będące niczym nóż do krojenia innych noży, moje tak jawne demony. o Największym Ze Szczęść również wolno mi krzyczeć tylko w głębi głowy, szarpać myślami narząd artykulacyjny. poruszam się więc statycznie, całkiem po omacku, wewnątrz szklanej kuli. w bajce o chłopcu wyprowadzającym ogrody na spacer. zabawny pokemon Pijakchu powoli zdycha rysowany coraz bardziej wypisanymi flamastrami. z drugiej mańki: ostrosłysz, takie zwierzątko, ssak, ale o skrzydłach jak u edredona, oswaja się, tuli.
  25. pokój doczepny, niby z twórczości Bruno Schulza. tylko nasz nie wyrasta nagle i dziko pomiędzy już istniejącymi, nie wżera się w strukturę domu, nie wdrukowuje pomiędzy ornamenty tapet. ten jest dźwigany w bukłakach przewieszonych przez zwierzęce grzbiety, ten niesiemy przez meandrujące koryta wyschłych szos, taszczymy na plecach w górę wysokich jak wieżowce, szklanych wodospadów. zamieszkiwane przez pajęczaki miejsce fuzji, gdzie można dostrzec czerwone osady na krysztale pozostałe po dawnych wizytach karafkoidów (dziś – czas wymuszonej abstynencji), przestrzeń, której pilnują ceramiczne i pyzate kuzynki, fajansowi pradziadkowie, zwierzęta-pleciugi wyplecione z wikliny. metry sześcienne, w których mogę zadać ci blask, wsączyć go i patrzeć, jak robi się jeszcze przytulniej. ...a potem ktoś zasypie cały pokój solą (próbę schwycenia puenty. wilgoć pomiędzy palcami).
×
×
  • Dodaj nową pozycję...