Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    349
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. na następną randkę przyjdę ubrany w KrAZ-y-255, cały w ZiŁ-ach-132P, męskowschodni. zrobię ci blackijaż, co, oczywiście, nie będzie miało nic wspólnego z patusiarskim podbiciem oczu. przeciwnie: zobaczysz więcej. choć przecież błyszczysz i obdarzasz mnie tym każdego dnia, tym razem będziesz rozświetlona na inny sposób: lekko parzącymi promykami esencji nocy. poonomatopeizujemy, skrzywione nutki rozsypią się po niebie, dorobią tam gwiazd! na moment będę Putinem, któremu utniesz łeb, na chwilę Łukaszenką, którego sam zdekapituję. i skończy się we mnie zło, raz na zawsze stanę się twoim kinkażu, który długim językiem potrafi grać pizzicato na najczulszej strunie. nie świntuszę, jakby co. chodzi wyłącznie o przemianę, by rozetrzeć po ciele twoje imię, umazać się. wyjść zdrowszym, czystszym, z zamkniętymi oczami, by nie uronić obrazu osoby, do której ono należy.
  2. Dziękuję serdecznie za czytanie i komentowanie
  3. cichaj. dłoń starca, mądrego dziada z wyliczanki, co to wiedział, nie powiedział, a to było tak, rozkłada noc, jakby była ciałem stałym, czymś o konsystencji placków ziemniaczanych, równie poczciwym, co one. albo huśtawką z kokardką, miśkiem-przytuladłem, grabkami, jakimkolwiek innym symbolem prostoty, małowinności. i śpiewa ów gaworzysta, pomimo kłaków wplątujących się w próchnicę, ciepłe zwrotki o krajobrazach szczęścia, gdzie wszystko jest takie łatwe: żołnierze uciekają z pól bitewnych w głąb świeżych ran, zaszywają się w bliznach, narkomanom wietrzyk wywiewa z nosów co niepotrzebne, pijak budzi się i wie, że już nie potrzebuje nowej flaszki, łobuzy z szurgotem wyszuflowują z siebie zło, robi się przyjemnie, bo następuje przesunięcie, istny decentryzm: czułe słowa znajdują się poza tym wierszem, są mówione prosto do twojego ucha (tego wieczoru mam sto pięćdziesiąt lat i udaję Wernyhorę). w utajeniu rozkwita najważniejsze, na ścianie wspólnego domu, z głębi, rozwija się puszysty peanik: gobelin, na którym widniejemy. cali z jedwabnych nici.
  4. @Gosława @Nata_Kruk Serdecznie dziękuję za czytanie i miłe słowa! @wierszyki Dziękuję i również pozdrawiam.
  5. wiersz na potępienie ogarnia wesołość, bo zdałem sobie sprawę, że cały bagaż doświadczeń, przeżyte chwile, to coś na kształt woru pełnego jajeczek karaczana. i czuję, że on właśnie pęka, z mętnin wydostają się... kwiatki. samobieżne, ze szczękoczułkami (wyobraźnia je wykoślawia, że ho ho!). rozpełzają się we wszystkich kierunkach. wołam, głos zostaje zwielokrotniony. echo nie patyczkuje się, pustka nie ma zamiaru brać jeńców. krzyk niemal dudni w lodowaciejącym pokoju. aż wstyd! niby żaden ze mnie wytworniś, ale żeby do tego stopnia spaskudnieć w środku, by czuć się jak szkielet leżący w grobie sznurowym (znaczy: coraz niżej, niżej)? daleko mi do jakiegoś tam wykwintnisia, mimo to – nie przypuszczałem! takie ustrojstwa mieścić w sobie? przezabawne!
  6. @vioara stelelor Dziękuję za piękne słowa!
  7. dla Mojej Ukochanej P. jasnospełnienie: oto zanurzamy się w Spazmie (nietutejszym objaśniam: tak nazywa się jeziorko na obrzeżach wsi. możecie nie wierzyć). mimowiedne dotknięcia prądem, skóra po skórze. malutkie ładunki przepływają od ciebie ku moim, ciągle spragnionym dłoniom. akwenulek jest nieco tylko większy od typowej sadzawki, jednak na jego dnie spoczywają zatopione galeony (nie pytaj, jak to możliwe, sam nie mam pojęcia). ślużące się ryby bez oczu trą lepkimi ciałami o wieka nieotwieralnych skrzyń. bestie bronią skarbów. wyjście na brzeg. miękkość ręcznika, słodka sól krystalizująca się na twoich sutkach. i znów - poczciwość wieczoru, dom niczym leśna książka o rozłożystych liściach, łagodny głos. Kryspin, rudy kiciulec słucha skwapliwie i skrzętnie notuje w pamięci obrazy sennościn, zbiera okruchy przyniesione przez nas na butach czy pomiędzy włóknami rękawów, z magicznych krain. łączy w wyobraźni, spaja pejzażyk z pejzażykiem, w jego małych, kocich myślach tworzy się nowy kosmos.
  8. @bazyl_prost Dziękuję, wolę iść do wc. ;)
  9. trzeba stworzyć postać literacką, kogoś będącego jak herbertowski pan Cogito. swojego nazwę Mojito. i oto przed nami wiecznie wstawiony miś ofiarny, którego możesz obarczyć odpowiedzialnością za wszystko, czego zapragniesz. to skurwomiś wgapia się ciągle w (oczywiście niewyrzucone!) zdjęcia swojej byłej, kłamie jak najęty, jak opętany ćpa. prawdziwe bydlę, zwierz nie do resocjalizacji! i ja mu dołożę cech spod ciemnej gwiazdy, dosypię mroku do "szczurów" na talerzyku, doprawię jadem to, co w szampance (straszny używkowiec z pluszaka!). obdziarany misiulek tylko dlatego nie podcina sobie żył, że, po pierwsze: aua, po drugie – szkoda kroić tatuaże i wyglądać potem jeszcze szpetniej, jak mięcho pomasarskie albo Niklas Kvarforth. a do Bugu nie hopsa, bo ma ładnych parę kilometrów (lenistwo ratujące skórę!). słowa łobuza – funta pluszu niewarte. przytulisz go – żyletki wychyną z watoliny, wysuną się igły i ostrza kos. tfu! na misia urok!
  10. @Wiechu J. K. Ja również pozdrawiam.
  11. Mojej Ukochanej P. pierwsi, którzy wyruszyli z zamiarem ocyganienia przodków – skończyli marnie, banda średniowiecznych dewotów przeraziła się zapachu spalin z agregatu prądotwórczego. diabeł! czary! szatańska machina! – wrzeszczały bezzębia rozdzierając czasonautów. więc poszedłem sam. po rozum do głowy, następnie – z gigantycznym powerbankiem w plecaku. i w jeszcze głębszą przeszłość. wyświetliłem twoje zdjątko w wielkim mieście, na ścianie kościoła. ryknąłem, że przynoszę cud. padłe na kolana tłumy trwożnie przyznały rację. filmiki z tobą, przebraną za anielicę, mówiąc potocznie "robią robotę": przemawiasz do klęczących, z których żaden nie zorientował się, że nie odbywa się to w czasie rzeczywistym, (żywy obraz? wyrywek czasu? nie od pojęcia!). zapowiadasz swoje rychłe zniebazstąpienie w cielesnej i bezskrzydłej formie. niedługo wnikniesz, kochana, w mroczne czasy, by rozpalić i rozkrzewić. oboje wiemy, że twój kult zetrze z powierzchni ziemi inne religie. naprawi się teraźniejszość, wreszcie będzie porządek.
  12. @Wiechu J. K. dziękuję i również pozdrawiam. @Wiechu J. K. Mój Kryspin nie liże Drogi Mlecznej. Ma za krótkiego. Ozorka. :)
  13. budzenie portretów. wstawajcie, już noc! ...i podnoszą się z mojego milczenia kości okryte kożuchałatami, wyciągają palce rzezimieszkowatych kobiet, herodbabskich kolesi. nie mówię o setkach tysięcy postaci, które stwarzam językiem burzowym. po co? niech żyją we wszechciszy, owe licha będące niczym nóż do krojenia innych noży, moje tak jawne demony. o Największym Ze Szczęść również wolno mi krzyczeć tylko w głębi głowy, szarpać myślami narząd artykulacyjny. poruszam się więc statycznie, całkiem po omacku, wewnątrz szklanej kuli. w bajce o chłopcu wyprowadzającym ogrody na spacer. zabawny pokemon Pijakchu powoli zdycha rysowany coraz bardziej wypisanymi flamastrami. z drugiej mańki: ostrosłysz, takie zwierzątko, ssak, ale o skrzydłach jak u edredona, oswaja się, tuli.
  14. pokój doczepny, niby z twórczości Bruno Schulza. tylko nasz nie wyrasta nagle i dziko pomiędzy już istniejącymi, nie wżera się w strukturę domu, nie wdrukowuje pomiędzy ornamenty tapet. ten jest dźwigany w bukłakach przewieszonych przez zwierzęce grzbiety, ten niesiemy przez meandrujące koryta wyschłych szos, taszczymy na plecach w górę wysokich jak wieżowce, szklanych wodospadów. zamieszkiwane przez pajęczaki miejsce fuzji, gdzie można dostrzec czerwone osady na krysztale pozostałe po dawnych wizytach karafkoidów (dziś – czas wymuszonej abstynencji), przestrzeń, której pilnują ceramiczne i pyzate kuzynki, fajansowi pradziadkowie, zwierzęta-pleciugi wyplecione z wikliny. metry sześcienne, w których mogę zadać ci blask, wsączyć go i patrzeć, jak robi się jeszcze przytulniej. ...a potem ktoś zasypie cały pokój solą (próbę schwycenia puenty. wilgoć pomiędzy palcami).
  15. @Natuskaa Dziękuję i również pozdrawiam.
  16. noc i cisza w niej, zaburzona swojskim klekotem przejeżdżającego traktora. oho, myślę, ktoś nakradł drewna i przemyka się pod osłoną. a może nie mam racji, to wielki kaszaniciel naładował całą bitkę przedwiecznych arrasów, gobelinów tkanych najzłotszą z nici i wiezie do lasu, by tam zgniły, mech je obrósł i grzyb pokrył, aby stały się butwozą przykrego kształtu. zamykam oczy, ćwiczę zdolności jasnowidcze. choroba, rosną mi pod powiekami sęki, z łez wytrąca się żywica. a więc miałem rację, ktoś transportuje bogato zdobione tkaniny, postaci wyszyte na jedwabiach.
  17. @hollow man Cóż, dzięki za komentarz.
  18. I. Ascotaraza oficjalnie nie ma takiego słowa, więc ci je krzyczę. prosto do ucha, ale z łagodnością. ciepło chrzęszczą głoski. a wszystko to razem spaja się w zaklęcie, po wypowiedzeniu którego, w czarnym bezwymiarze, odpala się Flormachina. suche, gorące ziarenka lecą w rozparzoną ziemię i w tajemnej krainie, choć nigdy tam nie byłaś, stajesz się Depozytariuszką. nie ma to, oczywiście, żadnego związku z fizycznością. idee wnikają aż pod spód. piszą się nowe prawa. cudowne działanie maszynerii: zmieniam cię, za sprawą para-włoskiego (para-angielskiego?) słowa, co nic nie znaczy. w kogo? sza, to musi pozostać ukryte. w przeciwnym razie będzie groziło uschnięciem (nie mylić z: uwiądem). II. O kulcie jednostki i jego następstwach pamiętasz, kochanie, jak dostałem chichotek wyobrażając sobie, że naprawdę popełniam, co chciałem popełnić, mało piękniusiej nocy rzucam się w odmęty Bugu – i zostaję, już po przemianie w trupa, wyłowiony dopiero na Białorusi, jak śmieszył mnie obraz sinawego ludka, nad którym stoją drapiący się w głowy milicjanci, potem – zimny chirurg. jak zastanawiają się, co to za obtatuowany ancymon przypłynął z zagranicy. wiem, trzeba mi oderwać oczy od świetlistej szczelinki, w głębi której, niczym w peep-show, wyświetlany jest materialik filmowy. na którym jestem. muszę nie odmieniać się przez przypadki, ani tym bardziej osoby. zejść z postumentu, potrzaskać go i zająć miejsce na nowym, pozlepianym niedbale z gruzów, gdzie będzie dało się stać jedynie na rękach i to w godziny nieparzyste, nieparzyste dni, pod warunkiem, że akurat wypadnie mało kościelne święto.
  19. tak łatwo jest niedowierzać. a jednak: znaleźliśmy się w punkcie skraplania. wilgoć, aż wybrzmiewa. i jestem jak nieszczęsny uzależnieniec z plakatów ostrzegawczo-propagandowych, lub rysunków wykonanych na lekcjach plastyki: mały i w kieliszku odwróconym do góry dnem, czy w butli (na szczęście) bez wyjścia. wiedz, pękam bez najłagodniejszego z płynów, na skórze pojawiają się prawdziwe kaniony, aż do tego stopnia wysycha mój, niezbędny do życia, powietrzny kwiat. wlewaj myśl za myślą, dotyk za dotykiem. solennie przyrzekam popaść w nałóg (no dobrze: od dawna w nim jestem i nie poddam się żadnym kuracjawysyństwom!), odłaskawiać wszystko, co niewarte choćby wspomnienia, wyrywać z korzeniami chwastoidy, cisnąć koktajlem Mołotowa w budynek autoryzowanego serwisu Gwiazd Śmierci i zwijać się w kłębuszek, niby mały kot, mówiąc na dobranoc i aż do znużenia, to, co istotne i nie z półprawd. przysięgam kłamać całemu światu, że nie mam pojęcia, czym jest twoje światło bezpieczeństwa, ta kojąca przestrzeń, gdzie opalizuje woda.
  20. wydzielanie się płynnego budulca, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało. przepływ prosto w głąb świata niedostępnego dla mnie, bo z innych czasów. mówię i tętnię, a to wszystko, by zajrzeć, przeżreć się przez ściankę komórkową, przedostać za granicę, jaką stanowi przezroczysta błona, wskoczyć do krainy filmów z de Funesem, Pierrem Richardem, do zapomnianego multiwersum gazet z lat osiemdziesiątych (sterta sięgająca mi do pasa jeszcze do około dwa tysiące drugiego roku drzemała na strychu; niemal wszystkie były mojej mamy, Kobieta i życie, Przekrój, Panorama, nieliczne egzemplarze Przyjaciółki i kilka Motorów, oczywiście taty). albo na przykład... wkraść się w fabuły dzieł Barei. za dobrze mi i zbyt nudno, czy ki czort, czemu jedyna wycieczka zagraniczna, na jaką naprawdę chciałbym pojechać, to taka na drugą stronę zegara, do miejsc niedostępnych, epoki, gdy jeszcze nie istniałem? a nie, chwila, jeszcze chciałbym poznać treść dosłownie wszystkich książek, spotkać się z tekstami, które niegdyś były, ale przepadły, są teraz (jeszcze!) i tymi, co wykwitną setki lat po mnie. przywitać się z każdym, jakby był to najprawdziwszy człowiek. a potem wzlecieć wraz z ukochaną. gdzie? do biblioteki, rzecz jasna. poczytać dzieła tworzone na innych planetach. nawet, jeśli nie ma takich tekstów, bo tylko przedstawiciele rodzaju ludzkiego (choć, biorąc pod uwagę ogrom Kosmosu, to mało prawdopodobne) są pisarzami. poetami. poeźlakami. chcę kupować w księgarniach antygrawitacyjnych! tak: pobyć trochę bardziej. czytaj: czytać. całym sobą i o sobie, w niepowstałych jeszcze albo/i niestworzonych językach! ...lub choć przeskoczyć do peerelu. oby z nią, popisać bajkę dla dwojga o zupełnie obcych czasach. chcę trudnego narzecza, w jakim kląłbym po rozbiciu Syreny 101 lub międzyplanetarnej Wołgi, pragnę być bibliotafem więżącym w sobie hektary tomów, morza tuszu. i aby wszystko było w zasadzie po nic, dla samej idei chłonięcia, posiadania, statycznego przeżycia przygód. aby było spalanie się na półkach. śmiech zamiast przemijania. śmiech z przemijania.
  21. daty podłażące pod drzwi, te, które wciskają się do nabojów pióra, tak bardzo chcą się stać drugą z moich granicznych. daty-wentyle bezpieczeństwa, zapisywane, gdy markotność i pragnę ucieczki we fluktuacje. daty metamorfoz, do których ostatecznie nie dochodzi, planowanego przepoczwarzenia się w postać statyczną, choć przemieszaną z wiatrem. czemu o nich wspominam? tak jakoś. ciągle wbiega się do zwierzętarni, by przybić piątkę tym, co w klatkach, za ekranami. niekiedy: dołączanie, hodowla siebie, patrzenie na wsteczną jajorodność (otoczenie się skorupką, przyjęcie pozycji embrionalnej). a oto mistrzostwa, sport dla nasyntholowanych pakerów ducha: przeskakiwanie śmierci, jakby była poprzeczką! i bieg, choć krajobraz ochłódł. kto pierwszy przegryzie tasiemkę na mecie – osiągnie najwyższe stadium rozwoju! próbujcie, obrzeżnicy, przeciskiwacze się pomiędzy cieniami! wychodźcie na nęcisko. coś wymościło sobie w was gniazdko i judzi, podbechtańcy, każe podejmować wysiłek. a ja patrzę na obrazki z ubiegłego snu: ponadstuletnie samochody, samobieżne bryczki z początków dwudziestego wieku, jeżdżą po wewnętrznej stronie skorupki. terkot, trzęsące się budy. aż cała sepia drży, kiwa się płynny beż, rozsypuje pozornie statyczna spiżowość.
  22. @Stary_Kredens Dziękuję. A Niebosz to neologizm :) @widelec Dziękuję.@widelec Dziękuję@Trollformel Dzięki
  23. niech świat wysławia się niewyraźnie (zabawnie by było: źle usłyszał własne słowa, przekłada je na język przedmiotów – i rano ludzie, zamiast pantofli wzuwają kartofle)! po co nam wiedza, efekty odkryć, zdobycze nauki? chcę wyruszyć z tobą w świetlistą krętaninę (deklaracja tyleż czysta, co trącąca anarchizmem!), gdzie nie będzie się liczyć z przeszłością, dobrze? zatem patrz: uśmiechnięci opuszczają czarne muzea. jesteśmy w tym tłumie. na następnej ulicy czeka nas baśń: nieco nadpróchniały drakkar o falujących na wietrze strzępach żagli, pękata bestia spoczywająca na grzbiecie przeogromnego ptaka. wsiadaj, proszę. i lecimy na Księżyc, bo przecież można to zrobić, byle na wstrzymanym oddechu. z zawodu jestem celowniczym, więc umiem nawigować nawet z zamkniętymi oczami. bez problemu wylądujemy na Morzu Spokoju. ileż tam magii! naturalny satelita okazuje się być olbrzymim repozytorium pamiętników i zarazem teatrem, gdzie wystawiane są sztuki na podstawie niechcianych wspomnień. patrzymy, czytamy. oskórowywanie widm, skalpowanie cieni. pamiętaj to tylko baśń. więc przepracowujemy... przyszłość.
  24. kupiłem ten budynek z myślą założenia w nim Instytutu Radłowego (nie myślić z: Radowego). usiłowałem wmawiać, że to nie żadna komora gazowa na obrzeżach Krwawistanu, ślady paznokci na brudnych ścianach, wydrapane smugi – to swoiste dzieło sztuki współczesnej, a w ogóle – jesteśmy w Jęczmiennogrodzie, największej wiosce Przenicznolandii. miło tu, choć znojnie, poczciwość w każdej z grud. zjawiło się paru smutnistów twierdzących, że wcześniej w tych murach mieściła się kostnica i prosektorium, a tam, gdzie ustawiłem obsypane ziemią biurka – krojono. nie pogorszył mi się nastrój. choć już nie chciałem orać, wysiewać. budynek miał stać się moim domem. powiesiłem bukieciki w ramkach, zegar z wyszczerzonym cyferblatem. krzesła się ustawiło, odświeżacz został użyty, coby tak nie wionęło cmentarzem. przyszli następni, z jeszcze bardziej marsowymi minami. i z krzykiem, że jestem głupi z tym swoim osiedlaniem się, próbą obłaskawienia, a pod warstwą poskrobanej farby drzemią freski, bo przed setkami lat to miejsce było świątynią wyjątkowo parszywej sekty, a tam, gdzie stoi łóżko, składano ofiary całopalne. nie ze zwierząt. mam to gdzieś. włączyłem media. Nickelodeon w telewizorze, Nickelback w radiu. siedzę uśmiechniuteńki, ciało coraz bardziej przygotowuje się na ostrą blachę, jeszcze nierozpalony ogień. będzie dobrze.
  25. mróz, aż oko wykol. w wieczornych ciemnościach aż eksploduje blask bijący od gospody Pod Wściekłym Azorem. w środku – dziesiątki gorących żyłek (w tych stronach, aby nawiązać kontakt z drugą osobą, trzeba wysnuć z nozdrzy świetlistą pajęczynkę, wetknąć ją w ucho "rozmówcy"). bezdźwięczny rozgwar. pospolity środek odrętwiający wlewa się do ust gości. zziębnięty proboszcz-staruszek zwiesza nos na kwintę, żali się szynkarzowi, że znowu odór i zgroza, kolejny utopiec i dwóch nieumarłych przywlokło się prosić o rozgrzeszenie. jak tak dalej pójdzie – sama Śmierć zjawi się przy konfesjonale! sołtysowi jest wstyd, że potrafi majsterkować (talenty i umiejętności to tutaj straszny obciach!). zapomniał maski, więc podnosi przydrożny kamień, po czym z zapamiętałością uderza się nim w twarz. może sąsiad, do którego idzie pożyczyć wyrzynarkę, nie połapie się, z kim ma do czynienia, w przypływie hojności-gościnności da urządzenie nieznanemu opuchleńcowi. tymczasem opadam z Księżyca, kochanie, wprost pod twoje okno. mam napomadowane wąsiska półłokciowej grubości, na sobie – plażowy strój z lat 20. XX wieku. paskudny i w paski. robi ci się lepko na sercu na mój widok. wsiadasz do gondoli balonu. przesyłam pajęczynką miłosne wyznania, komplementy, po czym zwiększam płomień. wzlatujemy. nawet jeśli coś pójdzie nie tak i przyjdzie się rozbić – bądź spokojna, nie skończy się tragedią. Śmierć, zamyślona, robi listę grzechów. jest zajęta rachunkiem sumienia.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...