Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    340
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. @Wiechu J. K. Ja również pozdrawiam.
  2. Mojej Ukochanej P. pierwsi, którzy wyruszyli z zamiarem ocyganienia przodków – skończyli marnie, banda średniowiecznych dewotów przeraziła się zapachu spalin z agregatu prądotwórczego. diabeł! czary! szatańska machina! – wrzeszczały bezzębia rozdzierając czasonautów. więc poszedłem sam. po rozum do głowy, następnie – z gigantycznym powerbankiem w plecaku. i w jeszcze głębszą przeszłość. wyświetliłem twoje zdjątko w wielkim mieście, na ścianie kościoła. ryknąłem, że przynoszę cud. padłe na kolana tłumy trwożnie przyznały rację. filmiki z tobą, przebraną za anielicę, mówiąc potocznie "robią robotę": przemawiasz do klęczących, z których żaden nie zorientował się, że nie odbywa się to w czasie rzeczywistym, (żywy obraz? wyrywek czasu? nie od pojęcia!). zapowiadasz swoje rychłe zniebazstąpienie w cielesnej i bezskrzydłej formie. niedługo wnikniesz, kochana, w mroczne czasy, by rozpalić i rozkrzewić. oboje wiemy, że twój kult zetrze z powierzchni ziemi inne religie. naprawi się teraźniejszość, wreszcie będzie porządek.
  3. @Wiechu J. K. dziękuję i również pozdrawiam. @Wiechu J. K. Mój Kryspin nie liże Drogi Mlecznej. Ma za krótkiego. Ozorka. :)
  4. budzenie portretów. wstawajcie, już noc! ...i podnoszą się z mojego milczenia kości okryte kożuchałatami, wyciągają palce rzezimieszkowatych kobiet, herodbabskich kolesi. nie mówię o setkach tysięcy postaci, które stwarzam językiem burzowym. po co? niech żyją we wszechciszy, owe licha będące niczym nóż do krojenia innych noży, moje tak jawne demony. o Największym Ze Szczęść również wolno mi krzyczeć tylko w głębi głowy, szarpać myślami narząd artykulacyjny. poruszam się więc statycznie, całkiem po omacku, wewnątrz szklanej kuli. w bajce o chłopcu wyprowadzającym ogrody na spacer. zabawny pokemon Pijakchu powoli zdycha rysowany coraz bardziej wypisanymi flamastrami. z drugiej mańki: ostrosłysz, takie zwierzątko, ssak, ale o skrzydłach jak u edredona, oswaja się, tuli.
  5. pokój doczepny, niby z twórczości Bruno Schulza. tylko nasz nie wyrasta nagle i dziko pomiędzy już istniejącymi, nie wżera się w strukturę domu, nie wdrukowuje pomiędzy ornamenty tapet. ten jest dźwigany w bukłakach przewieszonych przez zwierzęce grzbiety, ten niesiemy przez meandrujące koryta wyschłych szos, taszczymy na plecach w górę wysokich jak wieżowce, szklanych wodospadów. zamieszkiwane przez pajęczaki miejsce fuzji, gdzie można dostrzec czerwone osady na krysztale pozostałe po dawnych wizytach karafkoidów (dziś – czas wymuszonej abstynencji), przestrzeń, której pilnują ceramiczne i pyzate kuzynki, fajansowi pradziadkowie, zwierzęta-pleciugi wyplecione z wikliny. metry sześcienne, w których mogę zadać ci blask, wsączyć go i patrzeć, jak robi się jeszcze przytulniej. ...a potem ktoś zasypie cały pokój solą (próbę schwycenia puenty. wilgoć pomiędzy palcami).
  6. @Natuskaa Dziękuję i również pozdrawiam.
  7. noc i cisza w niej, zaburzona swojskim klekotem przejeżdżającego traktora. oho, myślę, ktoś nakradł drewna i przemyka się pod osłoną. a może nie mam racji, to wielki kaszaniciel naładował całą bitkę przedwiecznych arrasów, gobelinów tkanych najzłotszą z nici i wiezie do lasu, by tam zgniły, mech je obrósł i grzyb pokrył, aby stały się butwozą przykrego kształtu. zamykam oczy, ćwiczę zdolności jasnowidcze. choroba, rosną mi pod powiekami sęki, z łez wytrąca się żywica. a więc miałem rację, ktoś transportuje bogato zdobione tkaniny, postaci wyszyte na jedwabiach.
  8. @hollow man Cóż, dzięki za komentarz.
  9. I. Ascotaraza oficjalnie nie ma takiego słowa, więc ci je krzyczę. prosto do ucha, ale z łagodnością. ciepło chrzęszczą głoski. a wszystko to razem spaja się w zaklęcie, po wypowiedzeniu którego, w czarnym bezwymiarze, odpala się Flormachina. suche, gorące ziarenka lecą w rozparzoną ziemię i w tajemnej krainie, choć nigdy tam nie byłaś, stajesz się Depozytariuszką. nie ma to, oczywiście, żadnego związku z fizycznością. idee wnikają aż pod spód. piszą się nowe prawa. cudowne działanie maszynerii: zmieniam cię, za sprawą para-włoskiego (para-angielskiego?) słowa, co nic nie znaczy. w kogo? sza, to musi pozostać ukryte. w przeciwnym razie będzie groziło uschnięciem (nie mylić z: uwiądem). II. O kulcie jednostki i jego następstwach pamiętasz, kochanie, jak dostałem chichotek wyobrażając sobie, że naprawdę popełniam, co chciałem popełnić, mało piękniusiej nocy rzucam się w odmęty Bugu – i zostaję, już po przemianie w trupa, wyłowiony dopiero na Białorusi, jak śmieszył mnie obraz sinawego ludka, nad którym stoją drapiący się w głowy milicjanci, potem – zimny chirurg. jak zastanawiają się, co to za obtatuowany ancymon przypłynął z zagranicy. wiem, trzeba mi oderwać oczy od świetlistej szczelinki, w głębi której, niczym w peep-show, wyświetlany jest materialik filmowy. na którym jestem. muszę nie odmieniać się przez przypadki, ani tym bardziej osoby. zejść z postumentu, potrzaskać go i zająć miejsce na nowym, pozlepianym niedbale z gruzów, gdzie będzie dało się stać jedynie na rękach i to w godziny nieparzyste, nieparzyste dni, pod warunkiem, że akurat wypadnie mało kościelne święto.
  10. tak łatwo jest niedowierzać. a jednak: znaleźliśmy się w punkcie skraplania. wilgoć, aż wybrzmiewa. i jestem jak nieszczęsny uzależnieniec z plakatów ostrzegawczo-propagandowych, lub rysunków wykonanych na lekcjach plastyki: mały i w kieliszku odwróconym do góry dnem, czy w butli (na szczęście) bez wyjścia. wiedz, pękam bez najłagodniejszego z płynów, na skórze pojawiają się prawdziwe kaniony, aż do tego stopnia wysycha mój, niezbędny do życia, powietrzny kwiat. wlewaj myśl za myślą, dotyk za dotykiem. solennie przyrzekam popaść w nałóg (no dobrze: od dawna w nim jestem i nie poddam się żadnym kuracjawysyństwom!), odłaskawiać wszystko, co niewarte choćby wspomnienia, wyrywać z korzeniami chwastoidy, cisnąć koktajlem Mołotowa w budynek autoryzowanego serwisu Gwiazd Śmierci i zwijać się w kłębuszek, niby mały kot, mówiąc na dobranoc i aż do znużenia, to, co istotne i nie z półprawd. przysięgam kłamać całemu światu, że nie mam pojęcia, czym jest twoje światło bezpieczeństwa, ta kojąca przestrzeń, gdzie opalizuje woda.
  11. wydzielanie się płynnego budulca, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało. przepływ prosto w głąb świata niedostępnego dla mnie, bo z innych czasów. mówię i tętnię, a to wszystko, by zajrzeć, przeżreć się przez ściankę komórkową, przedostać za granicę, jaką stanowi przezroczysta błona, wskoczyć do krainy filmów z de Funesem, Pierrem Richardem, do zapomnianego multiwersum gazet z lat osiemdziesiątych (sterta sięgająca mi do pasa jeszcze do około dwa tysiące drugiego roku drzemała na strychu; niemal wszystkie były mojej mamy, Kobieta i życie, Przekrój, Panorama, nieliczne egzemplarze Przyjaciółki i kilka Motorów, oczywiście taty). albo na przykład... wkraść się w fabuły dzieł Barei. za dobrze mi i zbyt nudno, czy ki czort, czemu jedyna wycieczka zagraniczna, na jaką naprawdę chciałbym pojechać, to taka na drugą stronę zegara, do miejsc niedostępnych, epoki, gdy jeszcze nie istniałem? a nie, chwila, jeszcze chciałbym poznać treść dosłownie wszystkich książek, spotkać się z tekstami, które niegdyś były, ale przepadły, są teraz (jeszcze!) i tymi, co wykwitną setki lat po mnie. przywitać się z każdym, jakby był to najprawdziwszy człowiek. a potem wzlecieć wraz z ukochaną. gdzie? do biblioteki, rzecz jasna. poczytać dzieła tworzone na innych planetach. nawet, jeśli nie ma takich tekstów, bo tylko przedstawiciele rodzaju ludzkiego (choć, biorąc pod uwagę ogrom Kosmosu, to mało prawdopodobne) są pisarzami. poetami. poeźlakami. chcę kupować w księgarniach antygrawitacyjnych! tak: pobyć trochę bardziej. czytaj: czytać. całym sobą i o sobie, w niepowstałych jeszcze albo/i niestworzonych językach! ...lub choć przeskoczyć do peerelu. oby z nią, popisać bajkę dla dwojga o zupełnie obcych czasach. chcę trudnego narzecza, w jakim kląłbym po rozbiciu Syreny 101 lub międzyplanetarnej Wołgi, pragnę być bibliotafem więżącym w sobie hektary tomów, morza tuszu. i aby wszystko było w zasadzie po nic, dla samej idei chłonięcia, posiadania, statycznego przeżycia przygód. aby było spalanie się na półkach. śmiech zamiast przemijania. śmiech z przemijania.
  12. daty podłażące pod drzwi, te, które wciskają się do nabojów pióra, tak bardzo chcą się stać drugą z moich granicznych. daty-wentyle bezpieczeństwa, zapisywane, gdy markotność i pragnę ucieczki we fluktuacje. daty metamorfoz, do których ostatecznie nie dochodzi, planowanego przepoczwarzenia się w postać statyczną, choć przemieszaną z wiatrem. czemu o nich wspominam? tak jakoś. ciągle wbiega się do zwierzętarni, by przybić piątkę tym, co w klatkach, za ekranami. niekiedy: dołączanie, hodowla siebie, patrzenie na wsteczną jajorodność (otoczenie się skorupką, przyjęcie pozycji embrionalnej). a oto mistrzostwa, sport dla nasyntholowanych pakerów ducha: przeskakiwanie śmierci, jakby była poprzeczką! i bieg, choć krajobraz ochłódł. kto pierwszy przegryzie tasiemkę na mecie – osiągnie najwyższe stadium rozwoju! próbujcie, obrzeżnicy, przeciskiwacze się pomiędzy cieniami! wychodźcie na nęcisko. coś wymościło sobie w was gniazdko i judzi, podbechtańcy, każe podejmować wysiłek. a ja patrzę na obrazki z ubiegłego snu: ponadstuletnie samochody, samobieżne bryczki z początków dwudziestego wieku, jeżdżą po wewnętrznej stronie skorupki. terkot, trzęsące się budy. aż cała sepia drży, kiwa się płynny beż, rozsypuje pozornie statyczna spiżowość.
  13. @Stary_Kredens Dziękuję. A Niebosz to neologizm :) @widelec Dziękuję.@widelec Dziękuję@Trollformel Dzięki
  14. niech świat wysławia się niewyraźnie (zabawnie by było: źle usłyszał własne słowa, przekłada je na język przedmiotów – i rano ludzie, zamiast pantofli wzuwają kartofle)! po co nam wiedza, efekty odkryć, zdobycze nauki? chcę wyruszyć z tobą w świetlistą krętaninę (deklaracja tyleż czysta, co trącąca anarchizmem!), gdzie nie będzie się liczyć z przeszłością, dobrze? zatem patrz: uśmiechnięci opuszczają czarne muzea. jesteśmy w tym tłumie. na następnej ulicy czeka nas baśń: nieco nadpróchniały drakkar o falujących na wietrze strzępach żagli, pękata bestia spoczywająca na grzbiecie przeogromnego ptaka. wsiadaj, proszę. i lecimy na Księżyc, bo przecież można to zrobić, byle na wstrzymanym oddechu. z zawodu jestem celowniczym, więc umiem nawigować nawet z zamkniętymi oczami. bez problemu wylądujemy na Morzu Spokoju. ileż tam magii! naturalny satelita okazuje się być olbrzymim repozytorium pamiętników i zarazem teatrem, gdzie wystawiane są sztuki na podstawie niechcianych wspomnień. patrzymy, czytamy. oskórowywanie widm, skalpowanie cieni. pamiętaj to tylko baśń. więc przepracowujemy... przyszłość.
  15. kupiłem ten budynek z myślą założenia w nim Instytutu Radłowego (nie myślić z: Radowego). usiłowałem wmawiać, że to nie żadna komora gazowa na obrzeżach Krwawistanu, ślady paznokci na brudnych ścianach, wydrapane smugi – to swoiste dzieło sztuki współczesnej, a w ogóle – jesteśmy w Jęczmiennogrodzie, największej wiosce Przenicznolandii. miło tu, choć znojnie, poczciwość w każdej z grud. zjawiło się paru smutnistów twierdzących, że wcześniej w tych murach mieściła się kostnica i prosektorium, a tam, gdzie ustawiłem obsypane ziemią biurka – krojono. nie pogorszył mi się nastrój. choć już nie chciałem orać, wysiewać. budynek miał stać się moim domem. powiesiłem bukieciki w ramkach, zegar z wyszczerzonym cyferblatem. krzesła się ustawiło, odświeżacz został użyty, coby tak nie wionęło cmentarzem. przyszli następni, z jeszcze bardziej marsowymi minami. i z krzykiem, że jestem głupi z tym swoim osiedlaniem się, próbą obłaskawienia, a pod warstwą poskrobanej farby drzemią freski, bo przed setkami lat to miejsce było świątynią wyjątkowo parszywej sekty, a tam, gdzie stoi łóżko, składano ofiary całopalne. nie ze zwierząt. mam to gdzieś. włączyłem media. Nickelodeon w telewizorze, Nickelback w radiu. siedzę uśmiechniuteńki, ciało coraz bardziej przygotowuje się na ostrą blachę, jeszcze nierozpalony ogień. będzie dobrze.
  16. mróz, aż oko wykol. w wieczornych ciemnościach aż eksploduje blask bijący od gospody Pod Wściekłym Azorem. w środku – dziesiątki gorących żyłek (w tych stronach, aby nawiązać kontakt z drugą osobą, trzeba wysnuć z nozdrzy świetlistą pajęczynkę, wetknąć ją w ucho "rozmówcy"). bezdźwięczny rozgwar. pospolity środek odrętwiający wlewa się do ust gości. zziębnięty proboszcz-staruszek zwiesza nos na kwintę, żali się szynkarzowi, że znowu odór i zgroza, kolejny utopiec i dwóch nieumarłych przywlokło się prosić o rozgrzeszenie. jak tak dalej pójdzie – sama Śmierć zjawi się przy konfesjonale! sołtysowi jest wstyd, że potrafi majsterkować (talenty i umiejętności to tutaj straszny obciach!). zapomniał maski, więc podnosi przydrożny kamień, po czym z zapamiętałością uderza się nim w twarz. może sąsiad, do którego idzie pożyczyć wyrzynarkę, nie połapie się, z kim ma do czynienia, w przypływie hojności-gościnności da urządzenie nieznanemu opuchleńcowi. tymczasem opadam z Księżyca, kochanie, wprost pod twoje okno. mam napomadowane wąsiska półłokciowej grubości, na sobie – plażowy strój z lat 20. XX wieku. paskudny i w paski. robi ci się lepko na sercu na mój widok. wsiadasz do gondoli balonu. przesyłam pajęczynką miłosne wyznania, komplementy, po czym zwiększam płomień. wzlatujemy. nawet jeśli coś pójdzie nie tak i przyjdzie się rozbić – bądź spokojna, nie skończy się tragedią. Śmierć, zamyślona, robi listę grzechów. jest zajęta rachunkiem sumienia.
  17. znaleźć w lesie wyjątkowo duży, najlepiej omszały kamień. i ustawiać pod nim znicze. w imię pustki, na znak pamięci o Niedomyślonym Do Końca. niech absolutnie nie zrodzi się z tego kult, nie będzie jak w filmie Motór, fabuła małego szaleństwa – w żadnej mierze komediowa, pseudopomnik czy pseudogrób, wotywny, totemowy kamulec nie stanie się celem pielgrzymek wyznawców niedoreligii, która rozleje się po kraju, świecie. chodzi o głazisko przeładowane nieistniejącym znaczeniem, aż kipiące od udawanej mistyki, pełne tętnienia juchy w żyłach niezaproszonych gości, niewywołanych duchów. o wabienie spadających gwiazd, o zgrabione palcami z powietrza Nic i Nic, nadanie im spoistego kształtu. nie pomyśl, że chodzi mi o potrzebę religijności, ja, ateusz od piętnastego roku życia nagle poczułem tęsknotę do wysławiania mrzończadełek, czczenia ludzików z fal mózgowych. bardziej o wydrwienie tego. zanurzenie dłoni w bezsensach, odleglinach. uśmiechnij się widząc świeczuszki z dyskontu zapalane o północy w środku lasu. pomyśl, że zaraz coś wybiegnie z mroku i... nie, nie zaatakuje nas. przeciwnie – da się pożreć.
  18. bawimy się w ofiary Inkwizycji. ja – nadłamany kołem i rozwłóczony po dachach, pod ciężkimi od wody niebami, mało poprawny wykolejeniec, którego skazano na prawdziwą punishmęt (wiem, żart słowny nie najwyższych lotów), ty – cała w płomykach, błyszcząca (blask sączy się na pokruszone stronice starodruków, inkunabułów i te zaraz młodnieją, ich farba staje się koloru wiosny, jasnokwitnąca). aby gra w pogorzelisko (nie: w pogorzelisku) lepiej nam szła, przyniosłem coś ze sprzączką: śmiertkę na smyczy, szkielecinę na zbyt krótkim pasku i tekst sztuczydła o tym samochodzie, co zawsze w horrorach nie chce zapalić, gdy trzeba uciekać przed złamaniem karku, na złamanie, scenariusz tragikomedii o domu nawiedzanym przez ducha lalki wypchanej trocinami (w ostatniej scenie okazuje się, że to tak naprawdę opiłki ze startego na wióry pomnika). przekieruj myśli. z codzienności – w głąb. czuj, jak nasza dziecięca zabawa przynosi szokująco uroczy skutek: kamienieję w tobie, by być zrośniętym. niewydobywalnym.
  19. Crozpościera się noc, cierpko malowany krajobraz, a my, skryci pod czarnym parasolem, metaforą przeciwieństwa jawności, wtulamy się, dźwiękiem w dźwięk. sypnięcie gorącym piaskiem po wodzie, aż tafla zaczyna się jeżyć. słuchowisko powstaje w powietrzu, nieemitowane przez żadną stację: Igrzyska życia – Kotogłos (oboje kochamy ten rodzaj sztuki, jakim jest dobroć i opiekuńczość, istna poetyka powszednich chwil). zbliż się jeszcze bardziej. w dosłowność. niech problemy będą tak durne i niezaistniałe, jak międzynarodowy symbol wnętrostwa, czy emotikon oznaczający bycie bakteriofagiem. chwilo – trwaj! – nakazuję rozfragmentowanie pęknięć wszelakiej maści, przedarcie tego, co i tak się rozszarpało. niech minus i minus daje plus, rozkrojenie niezabliźnionej ranki skutkuje powstaniem materii odpornej na każde z ostrzy. ...a kiculek znów potaptaptaptapał mi po prześcieradle.
  20. chcę w tobie dilować. niech otworzy się, mało oficjalnie, kramik z cudzymi pradziejami, gdzie sprzedawać będę bilety na spektakle w zburzonych operach, listy nieotwarte od lat, muszkatołowe wina wyprodukowane w Jugosławii, błotniki z DDR, reflektory od Wartburga i trabancie kierownice, widokówki z dawno anektowanych krajów. łatwo będzie doszukać się w tym mnie rzeczywistego. poznasz po wieczornym kołataniu serca (niby po nadużyciu śmiesznych substancji), cierpkim dreszczu przebiegającym przez struny. jestem tu, widzisz? ja to ukrywające się w piasku, zagrzebane płytko, ale tak, by całkiem nie było widać, płastugokształtne i z zębami; to, co szepcze zaciskając się: "czemu ludzie cały czas sobie to robią?". ja to ten zgrzyt pomiędzy mijanymi na chodniku przechodniami, zabawa w "wytęż wzrok i znajdź ukryte na obrazku", neologizmy dostrzegane ze zdziwieniem na zdjęciu z polaroida (niby – zagon słoneczników, a ty widzisz i sianecznik, deszcznik, i wrzeszcznik).
  21. zagniatanie płócien, które jeszcze niedawno były transparentami. niczym ciasto. i na ulice z tym, karmić wygłodniałych lekturiantów? a może poczekać, aż krew się ustoi, w ustach ułoży łamaniec typu "w mieście Padwa padła pardwa" (dobrze wiemy, że nie takie rzeczy potrafię wyczyniać językiem)? moment. na razie kleją się opisy obrazków z książeczki do niebożeństwa: CFNM (clothed female, naked male): pan czytający ukochanej, niczym baśń, plan miasta. o zgrozo jest to Ogierzystok. CMNF (clothed male, naked female): pan się wlepił i nie chce odejść, smyra po delikatnych brzegach, grzbiecie i zakładkach, aż serce kosmacieje.
  22. uśmiechnij się, skarbie. tak bardzo pragnę wyżąć dla ciebie nieprzychylny real! wiesz, o podobnym rozrachunku z przeciwnościami traktuje jedyna znana opera Zbigniewa Religi (której partyturę odnaleziono niedawno w archiwum zmarłego kardiochirurga) o tytule "Co ja chrzanię, on nie był kompozytorem ani librecistą!". rozpylam ośmieszacz powietrza, Disneyland w aerozolu – i każdy rodzaj twojego bólu zwija się niczym jeż, połyka własne kolce i zdycha z przebitym brzusiem. ciągnie się baśń okołologiczna, na wierzchołki omszałych gór, pokrytych bluszczem wieżowców wdrapuje się kolor, wspina się zorzystość. i nastaje zima w wersji bling bling, na siłę robię makijaż Buce, królowa śniegu z czerwonym od przepicia, półklaunowskim nosem, leci z sań, zostaje sprasowana płozami. zamiast niej władcą jest kaczor Mickey, prezydent w masce Jokera. rozwesel się, księżniczko Harley. w mojej terminologii ostinato oznacza wielokrotne powtarzanie rozbudowanej struktury dotknięć, uparte formowanie z nich cegieł, rozpięcie świetlistych płacht ponad dachami, krzesanie ognia, który pożera mróz.
  23. pokazać ci coś zabawnego? chodźmy na drugą stronę wzgórza. spójrz, jakie tu hople! Lech Kaczyński w karmazynowym garniturze i czapce uszance, roześmiany dokazuje na piłce do skakania, trzyma się za gumowe "suty" i odbija od ziemi, radośnie przebiera nóżkami, zanosi się chichotem. oj, znając życie zaraz przybiegnie pani w półzbrojce, ciasno zapięta pod szyją i z batogiem w ręku, zacznie odganiać nas od obrazu, obraz od nas, krzycząc, że tak nie można. i nie tylko dlatego, że nawet jedynie patrząc możemy narazić się na ewentualny pozew od córki, czy, w dłuższej perspektywie, od wnuczek byłego prezydenta. i że nie chodzi też o ośmieszanie, po prostu cokolwiek ten człowiek zrobił, z miejsca jest uświęcone przez jego tragiczną śmierć. on cały jest oblany nimbiczną, kanonizacyjną farbą. pamięć o nim dostaje skrzydeł i aureoli, zalewa i więzi, niby żywica muchę sprzed mileniów. Anna Jantar również nie poskacze. o, Chestera Benningtona mogę sobie wyobrazić na piłce (na jego postaci nie skrystalizowała się twarda narośl), bo już Pawła Adamowicza – nie za bardzo. i że mamy zatknąć uszy, nie słyszeć tego rumoru zza najwyższej z gór. tylko nam się zdaje, że całe tłumy sutanników ożyły tam i próbują schodzić z cokołów, ale są na nie z powrotem wpychane. a tak w ogóle – to nasze zmarłe babcie skaczą na piłce. nikt inny.
  24. @Leszczym dzięki!
  25. niech cię nie unosi w przestrzeń bez dna, gdzie sucho i wieje chłodem. pomyśl razem ze mną o obrazach za blokadą, utajnionych, zdjęciach-półkownikach w głębokim archiwum, których nie widzimy z powodu działania najbardziej parszywej cenzury: złego czasu. a potem – o metaforze-pokrace, co wyrodziła się z potrzeby opisania słodko śpiącego na fotelu, zwiniętego w kłębek Kryspina (chciałem tak na szybko stworzyć coś o kotach, miało być poetycko, ale naturalnie bez egzaltacji, dumałem, dumałem, nagle z podczaszkowego prądu wyskoczyło: "koty zwijają talerze"). cierpliwości, kochanie. oto przyszłość: naciskam guziczek, odsuwa się przegroda – i wypadają kolorowe kadry nas dwojga. koty rozwijają talerze (przenośnia do śmiechu. przenośnia do innego świata).
×
×
  • Dodaj nową pozycję...