Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Marcin Sztelak

Użytkownicy
  • Postów

    237
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Marcin Sztelak

  1. Ziewa znudzony próżnią poprzetykaną zawirowaniami galaktyk, czarne dziury rozdziawiają paszcze, gotowe wchłonąć każdy przejaw nieuzasadnionej kreacji. Tymczasem w Edenie powoli dojrzewają jabłka, Adam kijem rysuje jeszcze niezrozumiałe znaki. Są pewne szanse na wzejście gwiazdy, którą dziś lubimy nazywać słońcem. Ewa marzy o przestronnym mieszkanku, nasyconym światłem i nadmiarem kwiatów. Nie wie, że wszystko się skończy w obskurnym bloku na trzecim piętrze. Wąż syczy, słowa zostawiając głupcom, Bóg przysypia, galaktyki krążą.
  2. Bezgrzeszne jak powietrze oczyszczone potopem – zaśpiewali. Tutaj Kain uśmiechnął się pod wąsem, zaczajony w rogu arki spokojnie ostrzył sztylet w oczekiwaniu Araratu. Za nic miał gołąbka z gałązką z góry wiedząc jak się kończą historie, szczególnie gdy na pokładzie panuje szaleństwo przeplatane z wznoszeniem modłów. Jak na tę chwilę dookoła bezkres i głupia nadzieja na zmiany, lecz w zanadrzu tylko wymiana pokoleń i powolne umieranie gwiazd. Dzieci Kaina są mimo wszystko mądrzejsze – istniejąc. Choćby nawet przez ułamek sekundy.
  3. @Marcin Sztelak Dziękuję za komentarze, a co do wszechświata są różne teorie filozoficzne, min. tak, że wszechświat to my i umiera wraz z nami...
  4. Na wypadek nagłej apokalipsy sznurowadłami zawiązuję czas, może tylko zapętlam, przecież wcale nie chcę naiwnie krzyczeć: Chwilo trwaj. Podobno cały kosmos jest we mnie, tylko ten niezrozumiały strach nie pozwala swobodnie żeglować pośród miliardów gwiazd. Gdybym nawet w to wierzył wciąż słyszę szyderczy śmiech czterech jeźdźców, pędzących uparcie przed siebie, poprzez światło i mrok. I ten smutny głos: Wszechświat już nie istnieje, pozostał pył, który wciąż rozdmuchujesz ciągle śniąc.
  5. O ile świat w międzyczasie nie rozpadnie się w pierwociny, marne zalążki całkiem nowych kalendarzy i zegarów mierzących zupełnie inaczej. Wszystkie słowa zostaną unieważnione, zapisane karty posłużą jako konfetii, tylko nie będzie komu wznosić toastów, kieliszki zamarzną w opróżnionej przestrzeni. Oczywiście to mało prawdopodobne, więc będę musiał usiąść nad kartką, cholernie pustą i ją wypełnić strasznie nierównym pismem. Ech, przekleństwo nawiedzonych.
  6. Zdecydowanie piekło, zresztą tam mam wielu znajomych...
  7. Punkt pierwszy: W piekle kiepsko karmią, szczególnie wiecznie spóźnione kolacje są absolutnie niestrawne. Punkt drugi: Hufnalami zabijam drzwi do szafy, mole chcą mnie pozbawić ostatnich atrybutów mężczyzny. Oraz pluszowego misia. Punkt trzeci: Jesienna zupa zrobiona z patyków i liści ma smak. Ulotek z pizzerii, z niemożnością łączenia promocji. Punkt czwarty: Zostaną po nas puste szuflady, niedojedzone kanapki. I tym podobne niepotrzebne rzeczy. Szczególnie potomnym. Punkt piąty: Tak czy inaczej najważniejszy jest punkt pierwszy.
  8. Ogień zimny jak lód wypala znaki na wewnętrznej stronie skóry. Rozpiętej w ramie okiennej. Przez nią obserwuję zewnętrze, wypełnione po brzegi szczegółami. Być może nieistotnymi, jednak to wszystko co jest. Nieznaczne ruchy powietrza ciągle zmieniają perspektywę. Próbując zatkać uszy wzruszam ramionami, aż chciałoby się rzec – do łez. Kroki natrętnych nieznajomych z premedytacją wbite pod paznokcie uświadamają, że wciąż oddycham. Od czasu do czasu spazmatycznie. Przetrawiam noce, starając się zrozumieć symbole. Zresztą płonąc nie pozwalają zmrużyć oczu. Mógłbym powiedzieć – nad ranem konkludując, niestety przeklęte zmęczenie unieruchamia. Język i słowa, które powinny płynąć, dajmy na to wartkim strumieniem.
  9. Abstrakcyjny nieboskłon niecały metr nad głową, usiany gwiazdami w kolorze cesarskiej purpury. Chociaż cesarz nagi, od mniej więcej dekady. Przyprószeni półmrokiem wznosimy modły we wszystkich nieistotnych sprawach, jak kromka chleba, czy sny o słońcu i wietrze we włosach pięknych kobiet. Tracimy punkt widzenia wpatrzeni w jasne światła na końcu korytarzy, uparcie zapominając, że za nim są następne, pełne ciemności i przejaśnień. Absolutnie identycznych. Abstrakcyjna ziemia pod stopami zbyt twarda na zasiewy, zbyt miękka na spoczynek, więc idziemy, wciąż przed siebie, chociaż to nieznanym kierunek.
  10. Nieuleczalna skolioza słowa powoduje liczne załamania wersów. Rytm zerwany i nie ma komu bić na alarm. Poeci popadają w zadumę obserwując spadające liście. Z uwagą wartą lepszej sprawy przeliczają je na nieokreślone. Jednostki czasu, który przepływa obok, najczęściej szarą smugą w zapadającej ciemności. Na nic wiosna, chociaż akurat koty twierdzą inaczej, skoro splątanie fraz nie zapowiada żadnych wiersze miłosnych. Co najwyżej sztampowy erotyk i beznadziejne przebudzenia u boku bezimiennej, mogłaby być muzą gdyby nie zmierzwiona pościel. Oraz zasuszone liście, pochowane w książkach, tych samych gdzie twoje zdjęcia.
  11. Pariasi snują się pomiędzy rajami, niezbyt ukontentowani długą drogą. I przede wszystkimi kiepską klasą ścieralności obuwia. Klną jak szewcy, tocząc nierówną walkę z nagniotkami. W dolnych rejestrach nie jest lepiej, recesja w piekłach zmniejsza popyt na grzech ciężkie. Pokutujący marzną pozbawieni powłok cielesnych. Czyśce zamknięte na głucho, wielka wyprzedaż świąteczna spaliła na panewce. U nas, cóż – jaki jest koń każdy widzi. Nawet oślepiony nazbyt upartym słońcem. Świeci jakby wszystko było w najlepszym porządku.
  12. Wypalam sobie oczy rozpaloną do białości kromką chleba, w zapętlonym na supeł gardle rodzi się krzyk, pierwotny. Umazany krwią tańczę na zgliszczach. Pośród wciąż na nowo odrastających spalonych drzew. Popiół wiruje wraz ze mną tworząc dziecinne obrazki do kolorowania. Tylko kredki strawił ogień, zrzucony z nieba posłuszną ręką. Pozostał cień przerażonych spojrzeń wyżarzony w asfalcie. Niemy ból półotwartych ust, w których nie zdążył narodzić się szept modlitwy. Do jakiegokolwiek boga, nawet głuchego jak detonacja.
  13. Biały: Sterylność wypalająca dziury w wykrochmalonych fartuchach odbiera resztki. Słów i księżyca. Wieczny nów. Czarny: Ciemność utula umęczone tętnice w spokój snu bez uczucia. Absolutny brak. Najcichsza cisza. Biały: Wschód wbija rytm nadchodzącego w pościel, martwota głosów rozchodzących się w gęstym syropie oddechów. Czarny: Nie nadchodzi, być może to nagła pełnia odebrała barwę zmatowiałym krajobrazom. I źrenicą. Szarość: Za dużo szeptów, chociaż pora najwyższa na najpiękniejszy ostatni zachód.
  14. Chóry anielskie ze związanymi z tyłu rękoma nie śpiewają. Tępe spojrzenia wbite w ziemię do bólu przesyconą kolorem czerwonym. Niebo się mieni rozbłyskami nadchodzących burz. Przedwcześnie pęknięte przez pół, powietrzem gęstniejącym od krzyku ze ściśniętych krtani. Aureole już na nic, ciała jak kłody padają na bruk. W pamięci pozostaje tylko bezradny szum skrzydeł. I powieki niepotrzebnie otwarte na wieczność, krótką jak sen.
  15. @Stary_Kredens dziękuję @kwintesencja dziękuję
  16. Deszcz siąpi czterdziesty dzień, na szczęście nocą obraz się wyostrza. Prostokąty okien zaklinowane w gardzielach przemoczonych podwórek dzielą przestrzeń na prawie zapomniane ścieżki. Tylko lekkie drżenie z trudem przesączanego przez szyby światła przypomina o tysiącach kroków żłobiących koleiny w czasie przeszłym i przeszłym. Teraźniejszość jest przerażająco cicha, prawie martwa, nie licząc poszeptywania sekundnika. Deszcz siąpi.
  17. @kwintesencja dziękuję @Florian Konrad dziękuję
  18. Ponownie wychodzę przez drzwi w suficie, przyczajony, na palcach. Tam czeka jądro galaktyki i spadające gwiazdy do upychania w kieszeniach. Można nimi zapłacić za słodką kawę na opuszczonych stacjach, pijąc ostrożnie rozkręcać spiralę drogi mlecznej, aby zbudować całkiem inny wszechświat. Bez wybuchających słońc i meteorytów od czasu do czasu burzących, nawet najlepsze, koncepcje stworzenia. Ja jednak muszę wracać, dopóki drzwi jeszcze niezatrzaśnięte a ślady stóp wskazują prostą drogę w sen, może nawet wieczność.
  19. Nieśmiertelność ma swoje granice. Przez aklamację pozbawiony głowy. Padają brawa, kat kłania się w pas, rzęsiście oświetlony, blask jupiterów i lamp dodał widowisku splendoru. Tymczasem po ciemnej stronie diabeł spokojnie spał, w końcu nikt nie wzywał jego imienia. Zresztą wszystko by można obrócić w żart, gdyby tylko głowa się nie toczyła, przewracając oczyma, do tego dochodzi enty wymiar, czyli coś z Bułhakowa, bo o Fauście nie warto wspominać. Diabeł ziewnął przeciągle, wstał otrzepawszy spodnie i zarządził pełnię. Czyli wszystko wróciło do normy, nie licząc trochę bardziej żałosnego wycia do jedynego satelity.
  20. Prowadzą na manowce, przykładowo: zamrugała pierwsza gwiazdka, na pobliskim kominie krematorium. Źle się kojarzy, mimo wszystko pora rozpocząć zwyczajowe wypędzanie demonów, z luster i fragmentów czarno - białych zdjęć. Monotonny zaśpiew wyjdź zagłuszy zaokienne szmery, odgłosy odległych kroków idących na zatracenie. Wypolerowane szafoty zalśnią, wywołując uśmiech u utrudzonych katów. Po pracy ich okrwawione dłonie utulą nieświadome dzieci. Będą śniły wszystkie odcienie błękitów w absolutnej czerni. Rano światło rozbije okna, komin wypluje kolejną porcję szarości, kaci jak codzień ujmą stryczki, niewyspane demony ziewając zamkną lustra. Strzępy fotografii uniesione wiatrem przykryją wędrowców.
  21. @Florian Konrad Dziękuję
  22. Zimny poranek: dzień budzi się z ociąganiem, przewraca świat na nice, od podszewki lepiej widać liczne dziury i niedoskonałości szwów. Perfekcyjna bylejakość. Toaleta: twarz ochlapana lodowatą wodą tężeje w grymasie. Pośmiertna maska odbita w mocno skrzywionym kafelku. Ciąg dalszy: niespodziewanie zapada wieczór, na szybach niezabliźnione rany, swędzą. Nie drapię, ręce mam związane tasiemką od nieślubnej wiązanki. Noc: jeszcze tylko uśpię puste fotografie, na których dla mnie zabrakło miejsca. Sen jak zawsze przyniesie Zimny poranek:
  23. @Marcin Sztelak Dziękuję za komentarze.
  24. Był tam by odbierać złudzenia, wbrew oczekiwaniom w bieli, powoli przechodzącej w żółć. Grzechot kości nasilał się z każdym błogosławieństwem, spadającym na bruk, niczym zwiędłe kwiaty. Nadchodząca cisza była zwiastowaniem jeszcze gorszych sekwencji, gdy z drobnej rączki ciągle wypadało coś na kształt lalczanej główki, świeżo po dekapitacji. Był tam by po prostu stać, z wiele mówiącym uśmiechem na sini ejących wargach.
  25. Środek: przez niedomknięte stropy sączy się szarość dni, ciężka od słów niepoczętych. Mruczę cóż składając strzępy pięknych snów do wysuszenia. Będą jak znalazł gdy na horyzoncie zapłoną ognie ołtarzy ofiarnych. Zewnętrze: niedziela, rosół w garncu, w telewizji wspomnienia. Żółta kartka pokrywa się równym ciągiem znaków. Nie mają większego sensu, ale ostatecznie nie będę ich wysyłał w butelce, tym bardziej zakopywał dla potomnych. Wewnętrzne: wciąż jestem niepewnym dzieckiem wtulonym w surogat misia. Bojąc się pustki, wypełniam przestrzeń szeptem i donośnym krzykiem. Summa summarum: Łacina jest martwa.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...