Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 810
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. Zaistnieli razem. Ona i on. W ich własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, był dla nich: wspaniałym pałacem. Pięknym w swojej prostocie i urzekającym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, szałas przeciekał. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, podziwiając wszystko co ich otaczało. A kiedy słońce traciło swój blask, wytwarzając śliczną poświatę w ich sercach, siadywali na trawę, spoglądali na różnokolorowe iskierki, błąkające się wśród srebrzystej toni i prawie nie rozmawiali. Zdania tyle razy wypowiedziane, zasnęły cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności im wystarczało. Słowa mogły by podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce uśmiechały się do nich, gdy je spożywali. Ślady ich zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w ich otoczeniu. Wyspa była ostatnim bąbelkiem czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali jej trwania. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili, gdyż mimo wszystko, brała ich w posiadanie nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć. Kiedy słońce chowało swój łagodny blask za niewidoczną linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach wśród ziarenek piasku i ech, dobywających się z muszelek. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami tej rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi jej ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Całowali się naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były zwarte i gotowe do dalszych działań. Nawet języki swoje trzy grosze wrzuciły, do sklepienia skarbonki. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. I powtórnie kropelki potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach ich wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na ich skórze. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Był dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. A wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ich ciała nadal przytulone do siebie, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej wyspie, gdzie odrobinki przemijania snuły się po piaszczystej plaży, udając, że ich nie widzą. A zatem czas ich nie gonił. Był za leniwy, zauroczony. Nie spełniał wymagań czaso-przestrzeni na własne życzenie. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnionych. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin. Zaistnieli razem. Ona i on. W ich własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, był dla nich: wspaniałym pałacem. Pięknym w swojej prostocie i urzekającym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, szałas przeciekał. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, podziwiając wszystko co ich otaczało. A kiedy słońce traciło swój blask, wytwarzając śliczną poświatę w ich sercach, siadywali na trawę, spoglądali na różnokolorowe iskierki, błąkające się wśród srebrzystej toni i prawie nie rozmawiali. Zdania tyle razy wypowiedziane, zasnęły cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności im wystarczało. Słowa mogły by podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce uśmiechały się do nich, gdy je spożywali. Ślady ich zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w ich otoczeniu. Wyspa była ostatnim bąbelkiem czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali jej trwania. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili, gdyż mimo wszystko, brała ich w posiadanie nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć. Kiedy słońce chowało swój łagodny blask za niewidoczną linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach wśród ziarenek piasku i ech, dobywających się z muszelek. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami tej rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi jej ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Całowali się naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były zwarte i gotowe do dalszych działań. Nawet języki swoje trzy grosze wrzuciły, do sklepienia skarbonki. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. I powtórnie kropelki potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach ich wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na ich skórze. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Był dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. A wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ich ciała nadal przytulone do siebie, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej wyspie, gdzie odrobinki przemijania snuły się po piaszczystej plaży, udając, że ich nie widzą. A zatem czas ich nie gonił. Był za leniwy, zauroczony. Nie spełniał wymagań czaso-przestrzeni na własne życzenie. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnionych. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin. Zaistnieli razem. Ona i on. W ich własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, był dla nich: wspaniałym pałacem. Pięknym w swojej prostocie i urzekającym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, szałas przeciekał. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, podziwiając wszystko co ich otaczało. A kiedy słońce traciło swój blask, wytwarzając śliczną poświatę w ich sercach, siadywali na trawę, spoglądali na różnokolorowe iskierki, błąkające się wśród srebrzystej toni i prawie nie rozmawiali. Zdania tyle razy wypowiedziane, zasnęły cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności im wystarczało. Słowa mogły by podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce uśmiechały się do nich, gdy je spożywali. Ślady ich zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w ich otoczeniu. Wyspa była ostatnim bąbelkiem czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali jej trwania. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili, gdyż mimo wszystko, brała ich w posiadanie nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć. Kiedy słońce chowało swój łagodny blask za niewidoczną linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach wśród ziarenek piasku i ech, dobywających się z muszelek. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami tej rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi jej ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Całowali się naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były zwarte i gotowe do dalszych działań. Nawet języki swoje trzy grosze wrzuciły, do sklepienia skarbonki. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. I powtórnie kropelki potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach ich wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na ich skórze. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Był dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. A wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ich ciała nadal przytulone do siebie, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej wyspie, gdzie odrobinki przemijania snuły się po piaszczystej plaży, udając, że ich nie widzą. A zatem czas ich nie gonił. Był za leniwy, zauroczony. Nie spełniał wymagań czaso-przestrzeni na własne życzenie. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnionych. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin.
  2. Dekaos Dondi

    Dziwny Chłop

    Poszczególne zwrotki da się też czytać od końca (całe wyrazy) apetyt twój wielki nie chcesz zajadać gruby jesteś dosyć nie boisz się głodny padać * mądrość moja nie głupota błyszczy tak rzekł idiota * panienki śpiewająco bzykają panowie im wtórują małe i duże ptaszki żwawo podskakują * megafon stary potłuczony jak rzekłeś to prawda naprawić dać trzeba ciebie zawczasu ponaglam * konia porwać musiał nie sprzedał jałówkę za małe prosięta oraz domu połówkę * trochę jeszcze pożyję dostał nową szansę wszak umrze nie dlatego * wiesz sama młoda nie stara jesteś piękna nie brzydka też szczupła nie gruba jesteś mądra nie głupia chyba przecież wiesz * żywym trupem nie martwym jestem lecz ciało cieplutkie zimne nie wcale pasuje nie trochę jeden trybik że tak powiem niezrozumiale * chcemy świata pięknego nie brzydkiej kloaki potrzebujemy pokoju bez serc krwawienia przebaczenia z miłości nie zła i rozpaczy zrozumienia szacunku bez szyderstwa i poniżenia pragniemy zobaczyć interes bliźniego nie tylko swój * czubkiem nie psychiatrą jest a wciska mu głupot ciąg siedzi jak mądry wszystko niby wie pożal się boże dziwny chłop
  3. @Młoda Dzięki→Bo wiesz... nie na każdym obrazie, ciemną farbę nocy, można rozwodnić do samego świtu. Tyle zależy od tej bańki różnych spraw, w której żyjemy. Trza żywić nadzieję, by w ludzia nie zwątpiła :-)?
  4. Mówić czy milczeć co złotem co srebrem Czyż warto swój umysł zaplątać srodze Rujnować niweczyć tak niepotrzebnie Nawet człowieka co pomóc nam może Zamilknąć trzeba gdy mowa złem kusi Do grzechów namawia co ranić mogą Lub teksty ustami słuszne wyrzucić Być może waśnie wszelakie złagodzą Naucz się milczeć gdy mówisz tak do mnie Bo wszak niechlujnie rozumem kołyszesz Zaiste już lepiej gdy o tym zapomnę Udając że owszem słyszałem ciszę Krwawe bolesne przez słowa utkane Blizny co błądzą w umysłu czeluściach A serce człowieka bije wciąż same Gdy spody butów podpora opuszcza Być czy też nie być rozbitym zwierciadłem Gdy los nas przygniata głazem tak ciężkim Że człowiek na słowa czeka co nagle Padół uczynią choć trochę znośniejszym Powstańmy ludy z pomroków zwątpienia Miłość przez mowę szlak nowy wyznaczy Nie runą mury choć drgać będzie ziemia Czy ona potrafi wszystko wybaczyć?
  5. Dekaos Dondi

    4 Limeryki

    –//–– pan samobójca z dużego miasta chciał godnie skonać ciałem nie szastać nad rzeczką pobujał lecz gałąź do ch ?ja krokodyl paszczą zwłoki pochlastał przecudnej panience rodem z Gądek muzyk bez zgody chciał grać na łące lecz nie podymał zrzedła mu mina gdy ona jemu wyrwała trąbkę podczas wiatru jegomość z Warszawy za wulgaryzmy ganił zawiany lecz mimo zakazu wpadł tyłkiem do stawu teraz mu z gęby lecą wciąż żaby jego miasteczko to Strzelce Wielkie pojechał zbierać bursztyny piękne lecz syrenka hoża wyskoczyła z morza wnet sztywną małże włożył w muszelkę
  6. Odeszła nagle. Nie było go przy niej, gdy umierała. Trzy dni temu wyjechał z miasta załatwiać swoje sprawy. Zawiadomiono go telefonicznie. Przyjechał najszybciej jak mógł. Wracał pociągiem. W czasie podróży nie widział świata, przepięknych krajobrazów, nie dostrzegał ludzi. Po prostu nic go nie obchodziło. W jego głowie kołatało się tylko jedno pytanie: dlaczego mi to zrobiła? Było to z jego strony podejście egoistyczne, ale zarazem takie ludzkie. Nie potrafił w danej chwili inaczej myśleć. Jakby utracił ważną cząstkę samego siebie... jakby go ubyło. Zaczęły mu się przypominać różne wspomnienia z nią związane: jej delikatny uśmiech, kosmyk włosów spadających na czoło, nagie stopy w lekko postrzępionych bucikach, które najbardziej lubiła. Nie chciał uwierzyć, że to wszystko już nigdy nie powróci, nie ujrzy jej żywej. Miał pretensje do siebie, że nie powiedział wszystkiego, co pragnął przekazać. Szansa na tego typu wyznania, skryła się w przeszłości niewypowiedziana. Teraz nie miał do niej dostępu. Minęła bezpowrotnie. Słońce prażyło niemiłosiernie nie zasłonięte najmniejszą chmurką. Ta słoneczna piękna pogoda, była zupełnym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co działo się w sercach ludzi, którzy ją kochali. Może nie zawsze potrafili to okazać, nie byli wobec niej sprawiedliwi. W takich chwilach przychodzą różne myśli do głowy. To prawda, że nie była święta. Na ołtarz raczej nie trafi.. ale istniała. Dla innych i dla siebie. Tak jak potrafiła i umiała najlepiej. Pomyślał sobie, że tam gdzie teraz przebywa, być może jest szczęśliwa. Wybaczono i zaakceptowano ją taką, jaką pragnęła być. Nie chciał uwierzyć, że w ogóle jej nie ma. To było dla niego zbyt trudne. Kilka godzin przed rozpoczęciem pogrzebu pojechał do lasu nazrywać konwalii. Coś go ściskało za gardło, kiedy to czynił. One tak silnie kojarzyły się z jej osobą. Pamiętał, jak dostawała od niego te kwiaty. Widział wtedy jej delikatny uśmiech oraz oczy skore do łez. Przypomniał sobie pokój, który był dla niej cząstką świata. Te wszystkie maskotki, kwiaty, pocztówki, tak silnie były z nią związane. Przypomniał sobie, jak siedziała na kanapie a on na krześle, jak nie chciała, żeby się na nią glapił jak sroka w gnat, a lampa świeciła mu prosto w oczy, jakby był na przesłuchaniu. Myślał sobie, że ładna z niej dziewczyna, lecz postrzelona, zagubiona... a poza tym trochę cwana. Mimo tego lubił ją... z tym całym zwariowaniem. To jej dodawało uroku. Czuł się jej przyjacielem, ale nie wiedział, czy jest kimś więcej. Teraz już nigdy nie wejdzie do tego pokoju, nigdy nie zrobi tam bałaganu ani porządku, nie popłacze cichutko w kącie, nie połapie się w tych swoich zapiskach i mu nie przywali jak się zdenerwuje. Nie będzie też miała ochoty porozbijać mebli. Wrócił z kwiatami prosto do kościoła. Miał w sobie mieszane uczucia. Tak jakby trzymał w rękach cząstkę jej istnienia. Właściwie nigdy jej do siebie nie przytulił. Może postępował głupio jak ostatni osioł. Nie wiedział, czy tego pragnęła, czy nie, ale był na tyle pokręcony, że nawet o to nie zapytał lub po prostu tego nie zrobił. Wtedy by wiedział, co i jak. Zdał sobie sprawę z tego, że ona mogła to tak odczuwać, jakby ją poniżał, traktując w ten sposób. Mówił teraz w myślach: przepraszam, nie wiedziałem... a może nie miałem o czym wiedzieć... tak czy inaczej... wybacz. Msza pogrzebowa zaczęła się w samo południe. Przybyli wszyscy co ją znali, lubili, kochali oraz cała reszta pozostałych, którym wypadało przyjść. Na katafalku stała skromna szczupła trumna. Kryła w sobie jedno wspomnienie więcej. W tej chwili, to najważniejsze. Były w niej także konwalie. Leżały cichutko w ciemności przy jej nieruchomej twarzy. Osobiście położył je w to miejsce. Wierzył, że kiedyś – chociaż teraz zwiędną – odrodzą się w innym świecie, gdzie będzie mogła znowu nasycić się ich zapachem. Lecz w tej chwili zapach śmierci, połączył się z zapachem życia, tworząc jakby symboliczną drogę, do innego lepszego świata. Wierzył w to, chociaż nie wiedział, czy słusznie. Kondukt pogrzebowy posuwał się w kierunku cmentarza, kiedy Słońce prażyło jeszcze bardziej. Pomyślał wtedy: gdyby trumna nie była zamknięta, to byś się ładnie opaliła. Wiedział, że jeśli go słyszy, to się na pewno nie obrazi, bo przecież wie jaki z niego wariat. Przyszło mu na myśl, że człowiek wypływa z jednego portu i dopływa do drugiego, mając do pokonania morze, które jest raz wzburzone, a innym razem spokojne. Dla jednych życie toczy się kołem a dla innych kwadratem. Dla jednych port jest daleko a dla innych blisko. Ona dopłynęła do tego bliskiego. A pozostali sobie jeszcze płyną. Dlaczego właśnie ona nie mogła popłynąć dalej, dlaczego jakaś siła skróciła jej trasę. A może gdyby płynęła dalej, to bardzo by cierpiała z jakiegoś powodu... a jeśli nie. Nie wiedział co o tym myśleć, a nie chciał mieć pretensji do całego świata, bo nie wiedział, co w ostatecznym rozrachunku, jest dla niej lepsze. Na drugi dzień pod wieczór poszedł na cmentarz. Stanął przed grobem, kiedy było prawie ciemno. Było cicho i spokojnie. Można by rzec romantycznie. Nigdy nie chciała dzielić z nim spacerów w ciepłą noc, lub w czasie dnia w blasku Słońca. Domyślał się dlaczego. Ale były to tylko domysły, które domysłami pozostaną. Cała prawda jest po tamtej stronie. Jeżeli owa strona naprawdę istnieje. Chciał wierzyć, że tak. Postawił na grobie mały wazonik z bukietem konwalii. W świetle znicza kwiaty stały się jaśniejsze. Dostał gałązką w głowę, która spadła z drzewa. To mu dało nadzieję. że jeszcze nie wszystko stracone.
  7. ? ?? ? tam zajączek gdzieś na miedzy smacznie sobie śpi ma kołderkę on z kapusty wiem bo mówił mi śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu małą myszkę w swojej norce zmorzył dawno sen dzisiaj byłam ją odwiedzić dlatego to wiem śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu wiewióreczka w swojej dziupli wśród orzeszków jest biednej zimno spać nie może kupimy jej piec spij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu pan ślimaczek w swoim domku swoje różki skrył gdy spotkałam go na drodze bardzo śpiący był śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu śmieszna kózka dziś skakała ale teraz nie powiedziała mi na uszko ja już prawie śpię śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu chmurka tuli srebrny księżyc żeby nie był sam czasem nawet mu pośpiewa bo on świeci nam śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu ?
  8. Owinięta czarną woalką mroku, pod schodami jest mało widoczna. Smuga cichej jasności wysyłana przez Księżyc, cierpliwie czeka w odrobinkach fruwającego kurzu, na dalszy rozwój wypadków. Część szarego ciała, schowana w granicach cienia, drga niespokojnie, a skołatane myśli drażnią ścianki instynktu. Dzisiaj musi zapolować. Dzieci bardzo głodne. Pragną pokarmu. Zresztą sama też odczuwa brak. Większa niż inne, potrzebuje więcej. W słabej poświacie rzucanej przez blade światło, dostrzega biały, dziwny strzępek. Niespiesznie podchodzi. Obwąchuje ze wszystkich stron. Nie pachnie śmiercią, lecz czymś niezwykłym. Dla niej to zapach nieznany. Nigdy czegoś takiego nie widziała i nie czuła. Pewna tylko jednego: można to zjeść. Podejmuje szybką decyzję. Pożera całość do ostatniej okruszynki. Zyskuje dzięki temu przydatną moc, lecz jeszcze o tym nie wie. Nie zdaje sobie sprawy, że zapomniała o swoich dzieciach. Chłopca nagle coś budzi w środku nocy. Nie bardzo wie, czy to dalsza część snu, czy prawdziwa rzeczywistość. Po jakimś czasie, słyszy tajemnicze odgłosy. Jakby dziwne chrobotanie. Leży w łóżku, nie mogąc się ruszyć ze strachu. Jeszcze nigdy nie odczuwał takiego lęku. Impulsywność dźwięków, rośnie z każdą sekundą. Nocna lampka, nakryta wirującym abażurem, rzuca słaby cień na białą pościel. Światła jest bardzo mało. Dostrzega jedynie sunący kształt na podłodze. Zamyka oczy. Nie chce widzieć tego, co stoi przy nim. Ostre krawędzie rozdzierają prześcieradło. To coś wspina się na łóżko. Pazury tylnych łap, drapią podłogę. Czuje obrzydliwy smród, a po chwili ciężar, który go przytłacza. Trudno o normalny oddech. Miarowe tykanie zegara, odmierza czas do tego, co za chwilę nastąpi. Mimo, że trzecia w nocy, kukułka kuka tylko raz. Rodzice jak zwykle dyskutują przed snem. Uchylone drzwi, przepuszczają snop białego światła. Zapomnieli zgasić, chociaż zazwyczaj to czynią. Co jakiś czas słyszą z oddali wściekłe popiskiwania. Ciche, lecz intensywne. Mają wrażenie, że jakieś tajemnicze stworki, tęsknią za pożywieniem. Nie mogą spokojnie rozmawiać. Wychodzą na korytarz. Pusto. W przytulnym pokoiku słodko urządzonym, śpi ich mała córeczka. Wie, że jest śliczną księżniczką: Nusią. Mamusi, tatusia i kochanego braciszka. Buzię ma uśmiechniętą. Wierzy, że jest szczęśliwa i bezpieczna w swoim śnie. W śnie na pewno. Chłopczyk otwiera oczy. Nie może tak trwać w ciemności. To jeszcze gorsze. W pierwszej chwili nie wie, co widzi. Dopiero po kilku sekundach uświadamia sobie, na co patrzy. Obydwie pary oczu są blisko siebie. Tego czegoś i jego. Dostrzega drgające wąsy i czubek uniesionego ogona, wystającego zza grzbietu, na tle zegara, wiszącego na przeciwległej ścianie. Błyszczące ślepia świdrują go intensywnie. Zwierzę otwiera pysk. Tak samo jak jego wielki cień na ścianie. Chłopiec widzi ostre żółte zęby. Coś obrzydliwego jest do nich przyklejone. Przerażenie schowane w lęku, ma odciętą drogę ucieczki. Następuje wzajemne wykluczenie. Przestaje odczuwać cokolwiek. Z tego wszystkiego zapomina jak to jest. Dziwna więź zaczyna go łączyć z tym straszydłem. Nagle słychać dziwny odgłos. To nocna lampka spada na podłogę, zmieciona śliskim, pomarszczonym ogonem. Kolorowy, wesoły szczurek, przestaje wirować. Rodzice stoją na korytarzu. Popiskiwania nagle ucichły. Mimo tego zaglądają do królestwa kochanej księżniczki. Śpi słodko, oddychając uroczo. Nie idą na piętro, do pokoju syna. Powiedział , że ćwiczyć odwagę. Spełniają prośbę. Z pyska stwora sączy się zielonkawa mgła. Dziecko odrzuca kołderkę, lecz strach go paraliżuje. Nie może uciec. Gęsta, zimna zieloność, zwiększa moc. Ciało zaczyna porastać szara sierść. W ustach wyrastają ostre, żółtawe zęby. Palce zakończone pazurami, drapią wściekle pościel. Przemiana następuje bardzo szybko. Wygląda inaczej a myśli ma zupełnie inne, niż te, które miał przed zaśnięciem. Ma też mniejsze ciało. Na chwile zasypia dziwnym snem. Dostrzega rząd metalowych, ostrych zębów. Nagle spadają w dół. Słyszy pisk i trzask złamanej kości. Jednocześnie w jego głowie pojawiają się słowa: to oni zabili mojego opiekuna – dbał o mnie – jest ojcem moich dzieci – musimy się zemścić – na dole leży smaczny kąsek, którego uwielbiają – bardziej niż kochali ciebie – musisz to zrobić sam, bez mojej pomocy – dostaniesz nagrodę w postaci smacznego ciałka – resztę zjedzą moje głodne dzieci – szkoda, że się z nimi nie podzieliłam, mogłabym zyskać więcej pomocników – podprowadzę cię do jej pokoju - a później wrócę do moich małych ukochanych – powiem im, że szykuje się uczta. W korytarzu nie słychać żadnych dźwięków. Rodzice posnęli w błogim przekonaniu, że wszystko w najlepszym porządku. Nagle ciszę zagłusza tupot małych i dużych pazurów. Ich właściciele schodzą ze schodów. Duży sztywny ogon obija się o stopnie, w miarowym stukocie. Lampka zamieszczona blisko podłogi wydłuża niekształtne cienie. Mniejszy zostaje przed drzwiami. Większy wchodzi do pokoju księżniczki. Czeka przed drzwiami. Jest zadowolona. Umysł dał się uformować, zgodnie z jej życzeniem. Nie tylko umysł. Nie była pewna, czy przemiana, dojdzie do skutku. Póki co, wszystko idzie zgodnie z planem. Da mu czas. Może wejdzie na gotowe. Kiedy będzie po wszystkim. Czas się schować. Słyszy jak ktoś biegnie. Lub biegną. Zajmuje prawie połowę łóżeczka. Buzują w nim mordercze emocje. Czuje zapach młodego świeżego ciałka. Podchodzi bliżej twarzy. Myśli tylko o tym, by rozszarpać to delikatne, miękkie gardło. Jeść mięso, popijając krwią. Wyrywać wnętrzności. Spijać krew. Nagle na obrzeżach umysłu, jak za mgłą, dostrzega obraz: że on zna to miejsce, że ta twarzyczka jest mu znajoma i nie obojętna. Ma wrażenie, że myśli w głowie, płoną żywym ogniem, a on nie wie, jak je ugasić. Nagle dziewczynka otwiera oczy. Rodziców budzi przeraźliwy wrzask. Nie mają wątpliwości skąd dochodzi. Biegną ukochanej córeczki. Po chwili stoją w progu i nie wiedzą co robić. Na łóżeczku ich słodkiej ukochanej księżniczki, siedzi ogromny szary stwór. Dziewczynka przestaje krzyczeć. Jest przerażona. Nie może wydobyć z siebie głosu. Obrzydliwy pysk dotyka delikatnych, dziecięcych policzków. Ostre pazury ranią rękę. Widać krew. W kompletnej ciszy, która zaległa, słychać jedynie, nerwowe uderzenia ogona o pościel. Bestia odwraca pysk w ich kierunku. Jedynie ślepia nie pasują do całości. Przecież te istoty już kiedyś widział. Wie, że oglądał je wiele razy. Tylko kim one są? Chociaż z drugiej strony, chętnie by im skoczył do gardeł. Spostrzega, że coś szepcą między sobą. Po chwili jedna z nich wychodzi. Skacze na podłogę jak ciemny obraz, na tle kolorowych zabawek. Zdaję sobie sprawę, że będąc tak blisko pokarmu, mógłby nie wytrzymać. W mózgu wirują skołatane myśli. Jego świadomość jest bliska odkrycia prawdy, lecz podświadomość, nadal jest pełna, głodnych, zabójczych instynktów. Widzi, że istota wraca do pokoju. Trzyma w ręce łopatę. Wie, co teraz nastąpi. Nie zdąży się dowiedzieć, co to za jedni. Nie ucieka. Bo i po co? Wie o swoich morderczych zapędach. Mógłby zrobić komuś krzywdę. Matka na ułamek sekundy ma wrażenie, że widzi łzy i jakiś żal, w tych… dziwnych, smutnych oczach. Wmawia sobie szybko, że to tylko przewidzenie, lecz częścią matczynego umysłu, nie jest o tym przekonana. Chwilę przed pierwszym uderzeniem, prawie ich rozpoznaje. Zabrakło kilku sekund. Ojciec zadaje pierwszy cios. To coś kwiczy jak zarzynana świnia. Dziewczynka zaczyna płakać. Krzyczy, żeby tatuś go nie zabijał, bo ona wie, kim on jest. Nie przestaje uderzać. Niech kwiczy. Chciał zabić moją księżniczkę. Następne uderzenie. I jeszcze następne. Żona wrzeszczy do niego, żeby przestał. Przecież to jest martwe. Matka bierze córkę na ręce i wybiega z pokoju. Ojca jakby coś opętało. Za każdym uderzeniem, myśli o córce. Przecież mogła być rozszarpana, przez tą paskudną bestię. Uderza jeszcze wielokrotnie. Z coraz większą siłą. Aż w końcu po podłodze walają się osobne części szarego ciała. Zabawki na dywanie, opryskane brudną krwią, zmieniły swój dziecięcy wygląd. Są już bardzo dorosłe. Za bardzo. Odcięty ogon, leży na wilgotnej, poplamionej kartce. Widać na niej obrazek a pod nim koślawe słowa, jakby odwzorowane od czegoś, trochę dziwne jak na małe dziecko: po drugiej stronie łzy radości trochę jest schowane w cennych chwilach nie zwlekaj tylko bierz ? Kochanemu Braciszkowi od kochającej Siostry Wychodzi z pokoju po wiadro i szmatę. Trzeba zrobić tu porządek. Pozbyć się cholernego ścierwa. Po chwili wraca i doznaje prawdziwego szoku. Nawet krzyczeć nie może. Na podłodze leży rozczłonkowane ciało. Martwe oczy w odciętej głowie, spoglądają na pluszowego misia. Poznaje te oczy i twarz. Wśród kości, krwi i mięsa, siedzi to paskudne coś. Patrzy prosto na niego. Skacze w kierunku twarzy. Rani ją paskudnie. Nie czuje bólu. Krew kapie na podłogę. Jest zupełnie otumaniony. Szczurzyca ucieka z pokoju. Spełniła swoją misję. Wszystko zadziałało w nim jak trzeba. Eksperyment się udał. Odruchy prawidłowe. Ojciec klęka na podłodze. Jest w głębokim szoku. Zgarnia wszystko rękami. Pragnie na nowo złożyć syna w jedną całość. Dopasować kawałek do kawałka. Szuka przez chwilę obrazka. Wzoru. Nie znajduje. Jakby układał puzzle. * Nastał kolejny słoneczny dzień. Miasto budzi się ze snu.
  9. @Alicja_Wysocka →Dzięki:)→Pozdrawiam:)
  10. @light_2019 →Dzięki ponownie:) Pozdrawiam:) @Gosława Dzięki →Miło mi, że podeszło:) Pozdrawiam:)
  11. @light_2019 →Dzięki→Zmieniłem. Ja tu nieobeznany→Pozdrawiam:)
  12. ? jam diablica co poezją mózgi czortów pragnie tuczyć by paskudną prozą wredną biesów rogi nie obrzucić już na kotłach z grzesznikami lśnią ogniste metafory lecz diabełki nieuczone mamrotają to pierdoły wy szatany pokręcone z nerwów rwie aż kilka włosów w tym napisie z wrzącej smoły aż mi śmierdzi od patosu nagle w kotłach poruszenie znowu grzesznik gdzieś wyłazi on już woli słuchać jędzy niż swój tyłek ciągle smażyć aż lucyfer zbladł jak płótno widząc taką wściekłą babę czy to piekło aby przetrwa z tą niewiastą mam obawę lecz diablica ma ideę by poezją okryć wszystkie z kopytkami bez kopytek no i stara się faktycznie oj wy czorty i grzeszniki z wami wszak skaranie boskie coście znowu nabazgrali toż to rymy częstochowskie jeden grzesznik co najbardziej ta poezja jemu zwisa ma już widły gdzieś tam w tyle gdy mu wetkła to zakwiczał widzą biesy nie przelewki bo jej z oczu leci chłodem kotły z zimna mogą zgasnąć gdy ucząca zrobi szkodę w piekle chaos niespożyty rymy burdel metafory pani płonie kłami macha bezogniowe z was matoły rusza diabeł wnet z kopyta nie ma w sercu lęków żadnych dostał w mordkę i ma wygląd jeszcze bardziej niż szkaradny aż tu nagle wpajająca padła nagle jak ta betka lecz się ocknie bo lucyfer w różne miejsca ją połechtał ależ szefie coś ty zrobił mogłeś dać jej święty spokój by już więcej nie rzucała tfu... poezji nam uroku jam zakochał się w tej bestii bo paskudna z niej diablica ale takiej mi potrzeba trudnej wściekłej do współżycia gdzie ja jestem żółte oczy śliczny ogon i kopyta precz z poezją kocham ciebie nawet gdyby grzesznik pytał no to fajnie szefie drogi mieszkaj z nią na piekła skraju a my tutaj bez poezji na spokojnie tak pomału weselisko było huczne smoła ogień i swawole no a jeszcze poprawiny kiedy koniec... kurde molek potępiony prosto z ziemi tu przed piekła bram się słania nagle czyta że nieczynne piekło jest do odwołania
  13. Dekaos Dondi

    Jedynka i Liczby

    ?→Czyńcie sobie matematykę poddaną. Współtwórzmy ją. ? • ?→Tak Jedynko. Jak rzekłaś. Nie musisz się martwić. ?→ Czy na pewno? → Pytam was → ? ? ? ? ? ?. ?→ To znowu ja. Gdzie jesteście? ?→Nie wiem gdzie są… ale się nie przejmuj. Zostałem jeszcze ja. ?→Co mi po tobie? ?→No jak to co. Razem tworzymy →?? ?→Nie sądzę.
  14. – Dzień dobry.Czy to pan jest tym słynnym psychiatrą, który chce mnie wyleczyć? – Można tak powiedzieć. – Czy ja wyglądam na wariata? – Jak najbardziej. – Wielkie dzięki. Już się bałem, że przyszedłem na próżno. Do twarzy mi z tym? Jak pan sądzi? – To mi płacą, za zadawanie pytań. Proszę… – Ale ja pytam za darmo. Zresztą nie ważne. Spojrzę w lustro i będę wiedział. – ...się zrelaksować. Jak tak dalej pójdzie, to nie dostanę ani grosza. – Nie wolno Ani okradać. Oj oj, to nie ładnie. – Co?...proszę mi powiedzieć, czy pan aby nie udaje wariata? – Ależ skąd. Taki się urodziłem i tak mi dobrze. Zna pan piosenkę zespołu Perfekt...no wie pan: „Chcemy być sobą, chcemy być sobą jeszcze’’ Ja też chce być sobą. – Jeszcze? A może czas na to, żeby przestać być sobą. Wyleczyć się. – Po co tu zjeżdżalnia. To chyba nie jest plac zabaw. – No właśnie. Proszę z niej zjechać – Ale jej koniec jest przy ścianie. Walnę się w łeb i jeszcze bardziej zgłupieje, w określonym temacie. – Przeszkadza to panu? – Ależ nie. Cieszy. – Tak myślałem. Proszę mi powiedzieć, lubi pan żółty kolor? – Tylko głupiec nie lubi. – Podobno ostatnio zmuszał pan staruszkę, żeby przeprowadziła pana przez jezdnię. Czy to prawda? – Nie chciałem, żeby mnie ugryzła. – Staruszka? – Zebra. Leżała na jezdni i na mnie czekała. Nawet się nie ruszała. Cwana bestia. Udawała zdechłą. Samochody po niej jeździły, a ona miała to gdzieś. Cierpliwie czekała na sposobność… – A staruszka co na to? – Wyrywała się z moich objęć. Też się bała atakującej zebry. I taki miałem z niej pożytek. – Lubi pan śpiewać? – Czy lubię śpiewać? – Proszę nie powtarzać jak papuga. – Nie jestem papugą. Gdybym nią był, to bym siedział na drążku. – No tak. – A pan doktor ma drążek? Gdybym na nim usiadł, to bym się stał papugą. Wreszcie mógłbym pofruwać. Nawet zjeżdżalnie, bym widział z lotu ptaka. No to co, z tym pana drążkiem.? – Nie mam żadnego drążka. – A ja mam. Ale jest schowany. – Niech pan nie gada głupot! – Po to tu jestem. Ja mogę. Pan nie. – Proszę się położyć i o niczym nie myśleć. – Ojejku! To łatwe! Równiacha z pana. – Ja tu jestem od wyciągania wniosków. Rozumie pan? – Jestem wariat. Takie pytanie jest nie na miejscu. – Chciałbym pan zahipnotyzować. Może zdołam panu wmówić, że jest pan normalny.. – O zgrozo! Tyle razy: pan. Nie, nie, tylko nie to. Nie poznam siebie w lustrze… – ...a jak pan w to uwierzy… – Wykluczone. To wystaje ponad moje siły. – Co panu znowu wystaje? – Drążek. – Nie widzę żadnego drążka. Wariat pan czy co? – Pan się zapomina. To drążek psychiczny. Ugniotłem go z moich myśli. – Pan myśli, że myśli? A to nowina. – A pan nie myśli? – Ustalmy jedno. Mnie jest przypisana mądrość, a panu głupota. Czy to jasne. – Lubię czasami wydoić żubra. – Aha…... rozumiem. Mam pytanie: po co są okna? – Żeby zaoszczędzić na cegłach. – No no! Nawet pan rozumuje logicznie. – Tylko jak się zapomnę. Przez pomyłkę. – A nie mógłby się pan mylić częściej? – Ale mi tak dobrze, jak jest. – Co pan widzi na tym obrazku? – Kurz. – A pod kurzem? – Siebie widzę, bo za czorta nie wiem, co przedstawia. – To mój portret. Sam namalowałem. – O... – Pan udaje czubka, tak? – Zleciałem z choinki. Ale się nie potłukłem. Dobrze mnie wydmuchano. – Rozum też panu wydmuchano? – A panu? – To ja zadaje pytania. – Ja też mogę. Bo ja tu wszystko mogę. – Dlaczego pan się ciągle wierci na tym krześle? – A pan by chciał, żebym na innym. Mogę się przesiąść. Spacer dobrze mi zrobi. – Słyszałem, że lubi pan chodzić tyłem. To prawda? – Ale mam lusterko wsteczne z błyszczącego papieraka. Cwany byłem. Ukradłem czekoladzie. Nie była zadowolona, kiedy ją rozbierałem. – To nie ładnie kraść odzienia czekoladzie. – Normale też kradną. To co dopiero ja. Chyba się pan nie dziwi. – No nie! Jakbym śmiał. Ale stanowczo potępiam takie aspołeczne zachowanie. – Panu łatwo mówić, bo pan może sobie zapracować na czekoladę. – Jak panu minie, to też pan sobie zapracuje. – Ile pan dostanie czekolad, za gadanie ze mną? – Nie lubię czekolady. – To nie musi się martwić, że ukradnie jej pan srebrny szeleszczący płaszczyk. – O! Proza poetycka? Ja nie kradnę. – A mnie? Mój cenny czas. Wyobrażasz sobie człowieku, co ja mógłbym zrobić… – Nie jestem aż taki kumaty, żeby znać myśli wariata. – Proszę mi nie pochlebiać. To się staje nudne. Zalatuje normalnością. – Martwi to pana? – A pan nie? – Jestem normalnym psychiatrą. – A to ci pech. Pan nie wie, co pan traci. – Dlaczego uciął pan krowie ogon? – Bo chciałem dać chwaścik Puchatkowi… jako sznurek do dzwonka. – No naturalnie. Jak mogłem nie pomyśleć. A dlaczego pan gonił bociana po łące? – To ja biegałem po łące. Bocian biegał po niebie. Żabę mi ukradł. – Wyrwał z rąk? A to ci bestia. – Gdy go zobaczyłem, to on miał żabę a ja nie. To co miałem pomyśleć? Ukradł mi i już. Mówiłem, że normale też kradną. – Przecież to był bocian, nieprawdaż? – Bocian? Królewicz zamieniony w bociana. Berło mu wystawało z… nieważne. Dlatego się domyśliłem. Chciał ukraść królewnę, zamienioną w żabę. Nie zdążyłem jej odczarować, swoją różdżką. – To miał pana pecha. Aha...czy jak się pan uderzy w głowę, to widzi pan gwiazdy? – Gwiazdy nauki? Takie jak pan? – Nie przesadzajmy. Takie normalne. – Jak się raz walnąłem w stół, to zobaczył gwiazdy? – Stół? – Tak. – A skąd pan wie? – Noga mi powiedziała. – Uwierzył pan jej na słowo? – Szuflada potwierdziła. – Pan normalnie robi ze mnie wariata. – A kto jak nie ja, ma to robić. Jestem obcykany w tych sprawach. Tylko na mnie może pan liczyć. – Pan się kąpie goły, czy w majtkach? – W wannie. – Proszę normalnie nie odpowiadać w takim miejscu. Zwolnią mnie z pracy. Rozumie pan? – Kąpie się w gaciach. Takich ogromnych w kształcie wanny. Ma nawet podłużny kran i dwa kuliste zbiorniki, pod spodem… – Mniejsza o szczegóły. – Jak panu za mało i boi się pan o swoją pracę, to proszę dać mi drewienko. Wystrugam drugiego. Mojego kolegę. Usiądzie obok mnie. – Obok? A może tak na drążku? – To musiałbym wystrugać papugę. Nie mam talentu do ptaków. – Gdybym panu kazał, to wyskoczy pan z okna? – No jasne. Tylko proszę mi dać czapeczkę i sztrykowane grube skarpetki. Babcia mi zawsze powtarzała, że najważniejsze ciepłe nóżki i główka. – Proszę pozdrowić mądrą babcię. – Nie da rady. Wyskoczyła przez okno. Ale było bardzo wysoko. Możliwe, że jeszcze leci. – Ja normalnie zwariuje, przez pana! – Będę miał przyjaciela, na trudne dni. – Ma pan ciekawe życie. – No ba. – Ja też tak bym chciał. – Co z panem. Widzę łezkę tęsknoty w oku. Tak nagle? – Panu to dobrze. Tyle wrażeń. Mnie psychiatrę, nikt nie pożałuję. – Mam pana pogłaskać po łebku? – Proszę. – Co pan widzi na tym obrazku? – Ojejku! Siebie!! Ale bohomaz !!!
  15. @Alicja_Wysocka →Dzięki za komet → Pozdrawiam @Waldemar_Talar_Talar →Dzięki → Tekst można różnie rozumieć. Pozdrawiam @Sylwester_Lasota →Dzięki:) →Nie lubię pisać jednoznacznie. Dziecko na początku mogło patrzeć na wiszące zdjęcie i jako dorosła, też na ten sam... obrazek. A matka na łące mogła jej powiedzieć, że np: jest chora i chyba umrze ( lub co gorsza, że jej nie chce). Specjalnie nie napisałem, co powiedziała. Zdjęcie też wisi cicho. Pozdrawiam. @Jacek_Suchowicz →Dzięki → A mogło być tak, jak rzekłeś. Pozdrawiam. P.S.→Coś mieszam, bo wszystko na jednym:)
  16. mamo dlaczego wisisz tak cicho? proszę powiedz coś do mnie chcę usłyszeć twe słowa przecież umiałaś tak zawsze pocieszyć przytulić pogłaskać do snu ucałować pamiętasz piosenkę co mi śpiewałaś tam ludzie dla ludzi byli kochani lecz też pamiętam smutne twe słowa zdarzyć się może że ktoś cię zrani do dziś wspominam spacer wśród kłosów w górze skowronek zwyczajnie śpiewał zbierałam dla ciebie modraki błękitne chciałam ci wręczyć kawałki nieba słońce świeciło było tak pięknie wtem usłyszałam słowa niechciane chociaż bolało naprawdę mocno wciąż w moim sercu są zachowane znowu tu stoję choć sama nie jestem nie zapomnę cię ani razu wielu się o mnie troszczy i kocha lecz ty spoglądasz tylko z obrazu
  17. Cmentarz wieczorową porą jest przeważnie na powierzchni: pusty. Czasami jedynie lekki ciepły wietrzyk zaszeleści smutno, zesuwając liście z nagrobka, jakby niewidzialny anioł białym skrzydłem dla porządku zamiatał. Jeżeli ma w sobie trochę więcej sił, można też usłyszeć dźwięk rozbijanego znicza. Trwa krótko i nagle się urywa. Niekiedy ruda pocieszna wiewiórka, pokonuje cichym tuptaniem, wąski chodnik, dzielący cmentarne kwatery. Tym razem była widocznie nieco zamyślona. Przebiegła po czyiś butach. Kraina Podziemnych, nie jest na noc zamykana. Miasteczko nie duże. Nawet nikt nie kradnie. Życie toczy się leniwie. Tylko trochę szybciej, niż na wspomnianym cmentarzu. Zardzewiała brama odstrasza trochę swoim wyglądem, ale ludzie strachliwi nie są a pomalować nie ma kto. Większość grobów jest zadbana, a ograbiane są jedynie z liści, jeżeli komuś, tego typu symbol odradzającej się po jakimś czasie natury, przeszkadza. Właśnie zauważa jakieś zwierzątko. Smyrnęło po jego butach. Domyśla się, że to była wiewióra. Przyjechał do miasteczka w odwiedziny. Na cmentarz przyszedł z ciekawości, pooglądać groby. Szczególnie te starsze, z takim zielonym nalotem. Te mu najbardziej podchodzą. Symbolizują bardzo wiele. Księżyc świeci jasno. Poprzez ciemne liście, prześwituje jego światło, snując się po nagrobkach. Długie cienie wystają gdzieniegdzie na chodnik, niczym długie ręce tu pochowanych. Lubi takie widoki. Ten...nieuchronny klimat. Nagle do jego uszu, dobiega krótki skrzypiący dźwięk zardzewiałej furtki. Ktoś wszedł na cmentarz. W miasteczku chociaż małym, są sklepiki różnej maści. Spożywcze na przykład. I takie jakby przemysłowe. Nawet jest niewielka apteka oraz dość duży, jak na panujące warunki, sklep z pamiątkami. Do nabycia różne rzeczy. Rękodzieło też. A czasami można tak trafić, że zdziwienie pewne, widząc na półkach wystawione towary. Nie bardzo go to obchodzi, że ktoś wszedł. Dwóch na cmentarzu, to jeszcze nie tłok. Raczej nie będą sobie przeszkadzać. Spaceruje nadal po różnych alejkach, między ciemnymi wysokimi tujami. Nie wszędzie są, ale jest ich dużo. Jakby strzegły zasad gry. Nie rozmyśla w ten sposób, depcząc podłużne cienie. Jeden z nich, trochę się poruszył. Nawet zauważył ten szczegół, ale w końcu wieje lekki wiatr. Od wczoraj, półka w pamiątkarskim mniej waży. Brakuje jednego eksponatu. Ktoś przyszedł i kupił, wyrzucając pieniążki z różowej świnki. Sprzedawca nie był zdziwiony. Zna osobę i wie, że ma różne pomysły. Lecz nie wie wszystkiego. Przystaje na środku alejki. Na końcu rozwidla się na boki. Szpaler ciemnych drzewek w poświacie księżyca, oświetlającej rzędy nagrobków, wygląda wprost cudownie. Oby tylko nic nie zakłóciło tego pięknego widoku. Mógłby tego nie przeżyć. Niewielka miotełka zgarnia liście z cmentarnej płyty. Jest to nowy grób. Bez gości wewnątrz. Uszykowany na przyszłość. Gdy ostatni listek spada na ziemię, te same ręce kładą zabawkę na zimny kamień. Z furtki odpada skrawek rdzy. Znowu jej trochę ubyło. Nic dziwnego. Miejsce po temu. Stalowy łańcuch wiszący na bramie, błyszczy czarnymi plamami w srebrnym świetle. Słyszy za sobą cichy szelest. Wiatr nieco silniejszy, więc nie wzbudza to w nim niepokoju. Ale ciekawość jak najbardziej. Obraca się do tyłu, obserwując wszystko przed sobą. Z grobu spada szklany znicz. Dźwięk trwa krótko i znowu powraca względna cisza. Słyszy bicie własnego serca. Chyba jednak coś jest nie tak. Nagle wie, że ktoś za nim stoi. Nie widzi rzecz jasna osoby, ale cienie ma przed sobą dwa. Nakładają się na siebie. A powinien być jeden. Wtem słyszy całkiem sympatyczny głosik: – Zagra pan ze mną? Proszę! Z tyłu wychodzi mała dziewczynka i staje przed nim. Na jej twarzy, okolonej złotymi kędziorkami, promieniuje uśmiech. Ma na sobie białą, błyszczącą sukienkę. Taki śliczny, cudowny aniołek. Tylko skrzydełek brakuje. Na tle ciemnych grobów, wygląda niesamowicie. Jak biały kwiat, na płaszczu nocy. Takiego spotkania w takim miejscu, raczej nie przewidywał. Już się bał, że to jakiś potwór, a tu masz. Tylko zwykła dziewczynka. Ale co ona tu robi o tym czasie? Sprzedawca w pamiątkarskim, dopiero teraz zaczyna się zastanawiać. – Powiedz mi droga dziewczynko, co tutaj robisz po ciemku? Gdzie twoi rodzice? – To pana nie powinno obchodzić… to znaczy… przepraszam, że tak niegrzecznie powiedziałam… proszę ze mną zagrać… a później mnie odprowadzisz do domu. – Ale twoi rodzice się na pewno martwią. No pomyśl sama. – W pewnym sensie jestem sama. Moi rodzice nie żyją. Mieszkam z babcią. – A babcia żyje?.. no nie… teraz ja przepraszam. – Nie gniewam się. No i jak będzie? Zagra pan? – A niby w co? – To najprostsza gra na świecie. Proszę iść za mną. Grób jest niedaleko. – Grób? –To będzie nasz stół. Tam jeszcze nikt nie mieszka. Nie będziemy przeszkadzać. – Wiesz co… wzbudziłaś moją ciekawość. Chodźmy. Zupełnie blisko płotu, jest stożek z miękkiej ziemi. Niewielki, ale widoczny. Z małego kopczyka wystaje ludzka kość. Mężczyzna i dziewczynka siedzą po obu stronach pustego nagrobka. Gdyby spojrzeć z boku, widok jest raczej niesamowity, biorąc pod uwagę scenerię wokół. Biała sukienka wyraźnie się odcina, od czarnego marmuru, będącego w tle i całego szpaleru dalszych grobów. Światło księżyca błądzi po nagrobnej płycie, jakby szukając miejsca do długiego spoczynku. Siedzą już przez chwilę, nic nie mówiąc. Jakby coś miało nastąpić. W końcu słychać słowa: – No to w co gramy? – A co to ciebie obchodzi… ojej… znowu przepraszam… to tak zabawa. – Dziwna jesteś. Wiesz? – Wiem. – No dobra. Nie gniewam się. Na czym polega gra? – Już mówiłam. Nic prostszego nie może być… rzuty kościami. – Kościami? Masz na myśli: takie kostki do gry? – Słuchaj uchem a nie brzuchem! – To mi się przestaje podobać. – Już mówiłam. To taka zabawa… przepraszam. – Czyli co robimy? – Ty rzucasz, później ja rzucam i tak na przemian. Kto wyrzuci więcej, zdobywa punkt… kto zdobędzie łącznie więcej, zostaje uczestnikiem nagrody. Rzutów jest niedużo. Tylko 111 dla każdego. Mówiłam, że proste. – Uczestnikiem nagrody? Nie bardzo rozumiem. – Bo to ma być niespodzianka. No co, gramy? – Tak. Rzucajmy. W miasteczku wielkie zamieszanie. Zaginęła dziewczynka. Wnuczka tej sympatycznej babci. Sprzedawca rzecz jasna jest pomocny. Mówi wszystkim, że wpadła do niego, by kupić nową zabawkę, oryginalnie zapakowaną. Nie wie, co było w środku. Nie zaglądał. To zawsze ma być niespodzianka. A gdyby zajrzał, to mógłby się przed dzieckiem wygadać. Zdarzały się różne rzeczy, ale żadne nie były groźne. Prawie w równych odstępach dobiegają odgłosy stukania kości, o nagrobną płytę. Gra w toku. Rzucają naprzemiennie. Raz mężczyzna raz dziewczynka. Lecz ona zapisuje punkty czerwoną kredką, w swoim dzienniczku. Na początku zdobywa więcej. Lecz nagle sytuacja radykalnie się zmienia. To jej przeciwnik zaczyna wygrywać i odczuwać satysfakcję. W końcu mu powiedziała, kilka przykrych słów. Nie bierze tego poważnie… ale jednak. Chyba wygra. Zasłużył na to. Tylko niestety... na niego to działa. Na nią: nie. Wszyscy się zastanawiają, dokąd mogła pójść. Babcia bardzo ją kocha, ale miewa z nią kłopoty. Potrafi wyjść bez pytania, nie wiadomo gdzie. W końcu mieszkańcy pomyśleli, że może poszła do pobliskiego lasu. Tam też idą, żeby jej szukać. Gra dobiega końca, a on nagle zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Za bardzo pochłonięty tą prostą gra i możliwością wygranej, nie zauważył, że świat wokół się zmienia. Nie dosłownie rzecz jasna. Właściwie pozostaje taki sam. Ale jest coraz większy. Po każdym rzucie, jeszcze większy. Po jakimś czasie dociera do niego powaga sytuacji, ale nie może przestać grać. Usilnie chce przerwać, ale nic z tego. Widzi też ręce dziewczynki. Są teraz ogromne, a kostki, nie tylko w palcach, sporych rozmiarów. Ledwo może udźwignąć, żeby rzucić. Odgłos stuknięcia, rani uszy. Ciemne tuje są bardzo wysokie. Prawie dotykają nieba. Jego głowa, lekko wystaje nad nagrobkiem. Dostrzega wielką kostkę, a na niej sześć oczek. Patrzą na niego żółtymi ślepiami. Chwyta ją. Rzuca. Nie może przestać grać. Słyszy słowa: – Niedługo finał. Wszystko wskazuje na to, że wygrasz. Cieszysz się na niespodziankę? Będziesz jej częścią. Całe szpalery ludzi przeczesują las. Ale dziewczynki ani śladu. W końcu ktoś wpada na pomysł, że może poszła na cmentarz. Na cmentarz – dziwią się inni. – A niby po co? Dopiero teraz dostrzega: małą białą trumienkę stojącą blisko pionowej tablicy, żeby nie zawadzała w grze. Nagle dociera do niego przerażająca myśl: co najlepszego zrobiłem. Dałem się skusić, by zagrać. I o co? O dziecięcą niespodziankę. No tak… to nawet było fajne, ale przecież… jej odzywki chociażby. Ma coraz większą kołomyjkę w głowie. Kim ona jest? Czy tak na co dzień, czy tylko tu. Ale przecież to cmentarz. O czym ja w ogóle myślę. Chyba mnie zupełnie porąbało. Ale fakt jest faktem. Słyszy ostatnie stuknięcie. Gra skończona. Wygrał. Wielu ludzi idzie w kierunku cmentarza. Mają nadzieję, że tutaj ją wreszcie znajdą. Wierzą, że jest cała i zdrowa. Ktoś zauważa krew na łańcuchu wiszącym na bramie. To ich trochę zastanawia i wielce niepokoi. Widzi ogromną dłoń. Zbliża się nieuchronnie. Słyszy dziewczęcy śmiech. Słodki i przymilny. Po chwili jest gnieciony: w ogromnych żywych kleszczach. Czuje zapach potu. Dostrzega protezy na jej zębach. Trzyma go na wysokości swojej twarzy. – Nie widzę, żebyś się cieszył. A powinieneś. Przygotowałam dla ciebie ładne łóżeczko. Chyba je wreszcie zauważyłeś. No powiedz coś. Fajny z ciebie gość. – Kim jesteś? – Jestem kim jestem… ojej… przepraszam. – Cholera jasna. Przywróć mnie do normalnych rozmiarów. Za chwile mi kości połamiesz. – Nie będą ci potrzebne. Mogłeś nie grać. Jestem tylko małą dziewczynką. Nie miałam tyle sił, żeby cię zmusić. Mogłeś odejść. – Miałem dziecko zostawić same na cmentarzu? – Patrzyłeś tylko oczami, słuchałeś tylko uchami… – Uszami, jak już. – Zamknij się… o właśnie… przepraszam... zapomniałam o niespodziance. Ludzie z miasteczka, wchodzą na cmentarz. Niewiele widzą. Za dużo drzew. Jedynie z daleka słyszą cichą rozmowę. To ich napawa nadzieją. Jednemu z nich przebiega po nogach wiewiórka. Twarz dziewczynki jest znowu daleko. Obraca go plecami do siebie. Widzi otwartą trumienkę. Rzeczywiście ładna. Tylko nocnej lampki brakuje. Nawet jasiek leży w głowach. Posłanie jest większe i większe. W końcu kątem oka dostrzega boczne ściany. Czuje świeży zapach pościeli. Po chwili wieko, z głuchym łoskotem, zamyka się nad nim i nastaje ciemność. Wie, że trumna jest gdzieś niesiona. Trwa to jakiś czas. Nagle ruch się urywa. Słyszy odgłosy ziemi, stukające o dach. Jest zasypywany. Wie, że to już koniec. Nigdy się stąd nie wydostanie. I nigdy nie będzie wiedział, kim ona była. Brakuje mu tchu. Jest ściśle dopasowany do świata, który wybrał. A poza tym, leży twarzą w dół. Poduszka dławi usta, a obrócić się nie sposób. Dostaje napadu klaustrofobii. Może to i lepiej – myśli sobie. – Szybciej nastąpi koniec. ~~~//~~~ – Dziewczynko! Co tu robisz na cmentarzu? Wszędzie ciebie szukamy. Babcia się zamartwia. Przecież zaczyna już świtać. Masz kurteczkę. Na pewno tobie zimno. – Nie jest mi zimno. Naprawdę. Bawiłam się. – Bawiłaś? Tu? A w co? – Ale najpierw przed wejściem wiewiórka mnie ugryzła. Wytarłam rączkę o łańcuch. – Ugryzła? Co jej zrobiłaś? – Nic nie zrobiłam. Podskoczyła i ugryzła. – Musimy iść do lekarza. Może była wściekła. – Może. – Powiedz jeszcze tylko, w co się bawiłaś. Bo to wszystkich ciekawi. Pan sprzedawca nie wiedział, co tam było. – Ja wiedziałam. – Skąd? – Nie wiem. Chodźcie ze mną. Dziewczynka idzie z przodu. Pozostali z tyłu. Blisko płotu jest mały świeży grobek. – W to się bawiłam. W śmieszną grę i w pogrzeb. – W co? Klęka przy świeżym grobie, bierze kawałek płaskiego kamienia i zaczyna kopać. Po chwili wyciąga białą trumienkę i zdejmuje wieko. Wewnątrz leży szmaciana lalka. ~~~//~~~ Po jakimś tam czasie – Tu posterunek policji. Słucham. – Mój mąż zaginął. Błagam, znajdźcie go. Proszę. – Proszę się uspokoić. Podać... – Uspokoić... czy was pogięło... ojej przepraszam.
  18. Jakub Adamczyk→Dzięki→Z galaretkami czasem różnie bywa:) Pozdrawiam:) Alicja Wysocka↔ Dzięki→Też dostałem apetyt:) Pozdrawiam:)
  19. szumią gwiazdy światełkami czarna przestrzeń pędzi statek to nie gałgan chce być z nami to kosmita światłolatek ? przy urwisku jest ławeczka na ławeczce dziewczę siedzi zapłakana jej chusteczka ukochany czy odwiedzi? nagle w górze coś walnęło między drzewa poleciało dziewczę biedne podskoczyło sukieneczkę aż podwiało patrzy ona w ciemne knieje tam się dziwnie jakoś mieni nagle pada i truchleje toż to paskud nie z tej ziemi mlaskające słyszy słowa przez okienko cię ujrzałem urodziłem się od nowa gdy się w tobie zakochałem dziewczę trochę ochłonęło patrzy rześko i przytomnie ciebie całkiem już pogięło galaretką gadasz do mnie gdzie masz ręce oraz oczy mowa do mnie skąd się błąka nóżka twoja niech podskoczy lub innego pokaż członka tyś ziemianką jest jedyną co to leży w mym serduszku lata świetlne szybko miną zalecimy w tym garnuszku na rodzinnej mej planecie w galarecie mego ciała zapomnimy o wszechświecie ty zanurzysz się wnet cała zacznę tobie czule mlaskać aż odczuwać będę ciarki a ty wołać będziesz jeszcze wpłyń we wszystkie zakamarki dziewczę patrzy się rumieni jakież słodkie lepkie słowa moje życie się odmieni mam ja chętkę znów od nowa ? obudziła się zgłodniała tu na ziemi w swym łóżeczku i do kuchni poczłapała by wyjadać galaretkę tak z garnuszka po troszeczku
  20. Sensowny Pech Jednorazowe, łatwe w montażu szubienice, stały się główną atrakcja turystyczną naszego miasteczka. Szczególnie dla przyjezdnych, pragnących w tym uroczym zakątku popełnić samobójstwo. Niestety, pewien incydent zakłócił dochodowy proceder. – To wybrakowany towar. Chwilkę podyndałem i spadłem. Na domiar złego, doznałem awarii członków, przygnieciony konstrukcją co złamała żebro. Myślałem, że spokojnie na łonie natury ulegnę powieszeniu, a tu masz ci los: bubel – szajs, który uniemożliwił działanie zgodnie z instrukcją, z wytęsknionym skutkiem. Ponadto, co woła o pomstę do nieba, zlekceważono podstawowe zasady bezpieczeństwa. Życie nabrało sensu. Przestało mu wszystko zwisać. Ma jasno wytyczony cel. Włóczyć się po sądach, wygrać i dostać odszkodowanie. Decyzja Matki Dawno temu w leśnej chatce, mieszkała matka z ośmioletnią córką. Pewnego razu dziecko wybrało się na grzyby. Zła czarownica zamieniła ją w paskudnego stworka. Zrozpaczona matka poprosiła o pomoc Leśną Wróżkę. Usłyszała słowa: – Sprawię, że odzyskasz córkę, ale będziesz miała pewien problem. – Nie szkodzi. Proszę, odczaruj! W tej samej chwili ujrzała sporą gromadkę dokładnie takich samych dziewczynek. – Ona ciebie nie pamięta, ale możesz ją odnaleźć twoim... sercem. Matka się chwilę zastanowiła i powiedziała: – Jestem tobie naprawdę wdzięczna i bardzo szczęśliwa. Po stokroć dziękuję... lecz nie będę jej szukać. – Nie będziesz? Jak to? – Chcę być ponad moje serce. Pokocham je wszystkie.
  21. tiku tiku tak trupi taniec trwa tiku tiku trup taki taniec tylko tu trzeszczą trupki trumną trupią trzewia trąbią tępo tupią towarzystwo trupciochanek tańczy trawi treści tkanek trzustka teraz trele tworzy tu tasiemcem truskawkowym tiku tiku tak trupi taniec trwa tiku tiku trup taki taniec tylko tu tyci trupka tuli tężec tętnią tango trzy tętnice tułów tryska toksynami tkliwie tytła topielice trupi tańczy tu tenorek tasak topór też toporek tarmoszona twarz topielca takusienka taka tęga tekściarz trzaska twarze trupie tryumfalnie trzewikami tchórz takowy trwoży tyłek tłamsi taniec twarogami tragizm tutaj tumult taki trupojady!!! trawią trupki tę tradycję tańca treść tudzież tekst
  22. u podnóża akapitu tam gdzie bielą błyszczy łąka literkami napisany wyraz tęskni choć w skowronkach k marudzi o wciąż wzdycha c próbuje rzewnie śpiewać h w cichości a miłością m nieznośnik sobie ziewa u podnóża akapitu rezolutna ciutkę płocha interpunkcja kwiatek śliczny czyta kropką słowo kocham ? ?
  23. Martwy punkt. Byłam nim. Blask świecącej latarni zamykał oczy, gdy podążałam ścieżką w moim mniemaniu: radosną i szczęśliwą. W końcu wpadłam w dół. We własne wykopane dzieło. Wyjście na zewnątrz stwarzało nie lada problem. Mokra ziemia leciała na twarz, łącznie ze wszelkim robactwem. Czułam zapach zgniłej ziemi. Za każdym razem, ręce cofały się na śliskim błocie, popychając moje ramiona, na samo dno. Miałam wrażenie, że wyjdą z niego cuchnące zwłoki zmarnowanych dni, wciągając mnie jeszcze głębiej. Wtedy, gdy kopałam ciemną jamę, nie zdawałam sobie sprawy, że złota łopata jest tak naprawdę gównem a ten cudowny dół: szambem. Wszystko było takie jasne i klarowne. Aż za bardzo. Mózg pełen fałszywych kryształów, nie dostrzegał nic poza nimi. Owszem, widziałam cienie na ścianach, ale miałam je gdzieś. Można by rzec: w głębokim poważaniu. To prawda. Były ciemne, ale chociaż niezakłamane. W jakiś sposób dające takie czy inne, stabilne oparcie. Lecz złoty baldachim wisiał nade mną. Złote światło, fałszywie, niby delikatnie, muskało wniebowzięte ciało. Przysłaniało całą resztę tak bardzo, że w końcu rany zaczynały krwawić od nadmiaru gorąca, a kawałki skóry odpadały od ciała. Raniło ciemnością, choć błyszczało jak sarni zadek, za którym biegłam i biegłam, radosna i w skowronkach. Wiem, wiem. Mam dziwne skojarzenia. Ale tak to ze mną jest. Nachodzą mnie teraz dziwaczne myśli. Są takie chwile, że czuję się jak szmata do wycierania podłogi, z której ktoś bardzo wredny, wykręcił całą wodę sensu życia. Wylatuje i spływa do kanalizy. Albo jak domek z kart. Wystarczy słaby wstrząs i wszystkie cząstki lecą prosto na zapaskudzoną ulicę. Ludzie depczą po mnie. Nawet nie dostrzegają tych małych postrzępionych obrazków, tworzących pokręcone życie. Nadal tam jestem. Szybują z kąta w kąt, a stworzeniami, w których wzbudzają jako takie zainteresowanie, są jedynie biegające szczury. Zapewne niedługo nadjedzie śmieciara i wszystko się dla mnie skończy. Zostanę częścią składową wielkiej kupy śmieci. Niezauważana i lekceważona po same uszy. Kiedyś wierzyłam w przeróżne ideały. Nawet w takie głupoty jak: opatrzność i przeznaczenie oraz wiarę w coś lepszego. Staram się jak mogę. Na ile potrafię. Czasami jest to męczące dla innych. Ale chyba zawsze jest tak, że dla jednych jesteśmy zakałą a dla innych skałą, na której mogą w miarę pewnie stanąć. Światło już mnie tak nie razi, ale ból oczu pozostał. Wierzyłam w miłość, wzajemne zaufanie, dobroć. I co z tego? Znaleźli się tacy palanci, którzy tę wiarę wrzucili do bagna razem ze mną. Musiałam się taplać jak świnia w błocie. Nie dosłownie oczywiście. Ale i tak mam często wrażenie, że ktoś mnie za nogi ciągnie na samo dno. Jakieś zimne oślizgłe ręce. Cuchnąca gęsta ciecz wlatuje mi do ust i w końcu zostaję wciągnięta do wewnątrz. Dałam się oślepić, razem z odgłosami pokręconego świata, w którym przed chwilą byłam. Opisuje to w dziwaczny sposób, żebym została dobrze zrozumianą. Zależy mi na tym, chociaż wiem, że dla większości ludzi jestem wrzodem na dupie. Jakimś chodzącym dziwadłem, myślącym zupełnie inaczej niż pozostali. Co oni o mnie wiedzą? Nic. Tak samo, jak ja o nich. Po co się czepiają? Niech każdy dzięcioł swoje robaki wystukuje. Gdy pomogą to dobrze... jak zaszkodzą... no cóż. Mógł z innego drzewa wydłubywać. Jego wybór. Życie bywa bardzo słodkie. Czasami tak słodkie, że aż gorzkie. Zemdlić może. Byłam jak ta głupia bezmyślna ćma, lecąca do światła. Człowiek frunie do muchołapki i nawet o tym nie wie. Miałam wiele takich lotów, które skończyły się niemożnością odklejenia. Trzepotałam skrzydełkami do granic wytrzymałości. Wiele twarzy, od których po gębie dostałam, najchętniej bym rozbiła aż do wytrysku krwi. Ale cóż mogłam poradzić, skoro nóżki miałam przyklejone do lepkiego kusiciela. Najchętniej bym tego zwisającego flaka, zdjęła z sufitu i rozszarpała na strzępy. Ale też wiele ludzi bym przytuliła. Nie jestem z natury zła... Rozbijam każdą świecącą żarówkę, z której wylatuje podejrzane światło. Niestety. Nie zawsze mój wybór jest słuszny. Zostają tylko poranione dłonie. … raczej bardzo emocjonalna. Nawet teraz czynię wiele dobra, ale dużo spraw mnie przerasta, bo jeszcze zupełnie nie wstałam z kolan i jestem mniejsza od nich. A to wszystko dlatego, że kiedyś zostałam bardzo oszukana. Cukierki okazały się potłuczonym szkłem, a czekolada, śmierdzącym… wiadomo czym. Tak w skrócie można określić to, co wtedy przeżywałam. Dla jednych byłam kochaną, a dla innych… niby też… rozświetlali drogę przede mną… nawet róże pozbawiali kolców, a ja głupia wierzyłam, że to nadal ten sam kwiat dla mnie rozkwita… szkoda słów. Jedni kołem życia swobodnie obracają, a inni kaleczą dłonie drutem kolczastym i na dodatek muszą myć podłogę, którą obryzgali. Każdego coś gryzie, ale niektórych przegryza na wylot. Aż flaki na zewnątrz wyłażą. Ale żeby pomóc z powrotem włożyć, to już takich nie ma. Dopóki wszystko cacy-cacy... ale żeby się babrać w cudzych wnętrznościach i rączki pobrudzić. Co to, to nie. Chociaż przyznaję, że parę razy trafiłam na takich, co pomogli. No dobra. Ale jak się pozbyć skazy w ukochanej szybie, żeby jej przy okazji nie rozbić? Dziwne, ale w nocy nieźle sypiam. Może to i dobrze. Rozbiłam nocną lampkę w drobny mak, rzucając nią o ścianę. Tak na wszelki wypadek. Jutro posprzątam. Na dzisiaj mam dość atrakcji. Kiedyś miałam pokręcony sen. Właściwie dodający otuchy, ale i tak dziwaczny. Widziałem we śnie gilotynę. Była cała świecąca, a ostrze jeszcze bardziej. Jak wyrzeźbiona ze złotego lodu. W pewnej chwili przyniesiono człowieka. Położyli go normalnie, jak się kładzie na ścięcie. Nie miał głowy. Ale ostrze miało. Zaczęło lecieć w dół, a kiedy było na wysokości szyi, to się zatrzymało i głowę oddało ciału. Człowiek wstał i sobie poszedł. Wiele myślałam o tym śnie. O co chodziło w tym całym: popieprzonym odwróceniu zdarzeń? Co dalej działo się z tym człowiekiem? Naprawdę nie jestem taka zła. To żadne usprawiedliwianie siebie. Nic z tych rzeczy. Mam swoje wady. I to sporo. Całą wielką kupę. Ale zalety też się znajdą, gdyby dobrze rozgarnąć. Miałam też inny sen. Biegłam na wysoką górę. A im bliżej byłam wierzchołka, tym droga była bardziej stroma. W końcu biegłam po pionowej ścianie, by za chwilę biec, prawie do góry nogami. Ale zbocze mnie nie puściło. Świeciło blaskiem, który nie raził, chociaż widniały na nim: zardzewiałe latarnie. Nie spadłam. W tym momencie się obudziłam. Pomyślałam, że szczyt góry mnie uratował, wydając polecenie ścianie. Tak, wiem. Pokręcone te moje myśli, jakbym myślała, biegając wokół świdra. Kupiłam nocną lampkę. Przecież nie mogę cały czas uciekać. Dzisiaj znowu poszłam na ulubiony mostek. Lubię tam stać i wpatrywać się w rzekę. Jest nie duża, tak samo, jak kładka. Woda diamentowo czysta. Do granic możliwości. Właśnie tu, najbardziej odczuwam przemijanie chwil. Gdy na wodzie nic nie ma, to właściwie nie widać, że płynie. Wydawać by się mogło, że wciąż ta sama, w tym samym miejscu. A wcale tak nie jest. Nie ta sama. To tylko ułuda. Myślę sobie, że nasze życie toczy się na dnie, a my jesteśmy zanurzeni w przezroczystym czasie. Płynie nieustannie. Nic nie możemy na to poradzić. Ani przyspieszyć, ani zwolnić. Jedynie zaakceptować i pogodzić się z tym. Nie wiadomo, co się dzieje na brzegu. Jak wygląda tamta plaża oraz Kraina, w której się znajduje? Czy jakieś istoty, siedzą z kołem ratunkowym, żeby w razie służyć pomocą, nie mamiąc nas świecidełkami coverów życia. Nie da się tego sprawdzić. To jest niemożliwe i niemożliwością pozostanie. Dopóki istniejemy i istnieć będziemy. Gdzie płynie ta rzeka? Skąd i jak jeszcze długo? Czy kiedykolwiek wyschnie? A jeżeli tak, to co z płynącym czasem? Czy jej nurt rozświetla ryby, płynące pod prąd? Bo trupy światła nie potrzebują. Głowę wam tylko zawracam tym moim zafajdanym pisaniem. Ale z normalnym (ha ha, czyli ze mną) człowiekiem tak bywa. Musi raz po raz wyrzygać, co go boli. Ale też wiele razy przełknąć tego gluta, co chciał z siebie wypluć a który tak zawzięcie i metodycznie, plugawił i ranił sklepienie ust. Niekiedy to nawet pomaga. Taki psychiczny pancerz. Później w trudnych okolicznościach, wystarczy lekko usta wytrzeć. No nic! Czekam na zimę, żeby sprawdzić, czy brudny śnieg jest wewnątrz biały. Jeżeli tak, to jeszcze mam szansę. Nie wszystko stracone. Pomału odklejam buty od martwego punktu, chociaż między podeszwami a… nim, zostało jeszcze kilka klejących nitek. To mnie wprawiło w dobry nastrój. No powiedzmy… w nie najgorszy. Muszę stać się ogromnym tygrysem o stalowych zębach, co przegryzie wszystkie błyszczące kraty, którymi mnie obudowano. Na moją zgubę, lecz w pewnym sensie: wzmocnienie. Też tak czynię. Z całych sił, na jakie mnie jeszcze stać. Aż iskry lecą. Mam nadzieję, że doczekam takiej chwili, gdy wreszcie będę wiedziała, czy szklanka jest w połowie pusta, czy w połowie pełna, moich spełnionych i niespełnionych marzeń. Chociażby w niewielkim stopniu, ale w takim, żeby widzieć przed sobą cel, który wzmocni moją wiarę we własne siły. Dopóki mi zależy, to chcę wierzyć, że niemożliwe stanie się możliwym, a przyszłe życie, bez względu na to ile go zostało, będzie dla mnie znośniejsze. Dzisiaj spostrzegłam pierwsze pęknięcia na złotym baldachimie. Tak owszem, jeszcze istnieje. Ale cóż ja widzę? Cztery anioły idące po bokach, w szatach z fałszywego światła, zmieniają się w skwierczące plamy znikające w ziemi. Dźwigary przestają istnieć. To mi dodaje otuchy. Niemożliwe staje się: możliwym. Mam nadzieję, że uciekam po raz ostatni, żeby nie zostać żywcem pogrzebaną pod jego odłamkami. To nie tchórzostwo, tylko taktyka zwycięskiej bitwy. Wierzę, że tak jest. Stoję na łące. Piękna słoneczna pogoda. Wieje lekki przyjemny wietrzyk. Lecz błękitne niebo wysoko nade mną. ɗﻉᛕคѻร
  24. ––//–– nie wiem czy zdołam wybaczyć zwierciadła tafli srebrzystej obrazem fałszu mnie zwiodła miłości twojej tak czystej ~~~~~~~~ przytul mnie swoimi łzami na łące gdzie lustro jest inne tam zapach kwiatów powrócił w odbiciu twe serce niewinne ~~~~~~~~ przytul mnie swoim uśmiechem gdzie serce serca nie rani cierpienie w nas pozostanie lecz nie jesteśmy tu sami
  25. Coś z moim umysłem jest chyba nie tak. Nie jestem tą samą osobą co kiedyś. Byłam normalną kochającą matką, aż do tej przerażającej chwili, kiedy to widzę przed sobą: dwie białe trumienki. Tam w środku leżą moje dzieci. Chłopczyk i dziewczynka. Niewinne a jednak martwe. Pytam się: dlaczego? Do momentu pogrzebu jakoś to znosiłam. Dawałam radę. Teraz ta cała sytuacja jest ponad moje siły. Tyle się naklęczałam, namodliłam. I co? I gówno. Na nic to wszystko się zdało. Wszechmogący miał inne plany wobec mojej osoby. Odebrać mi to, co najbardziej kocham. Pozbawić sensu i celu istnienia. Przeistoczyć miłość w żal do całego świata. Dwóch małych stworzeń... więcej lub mniej na tym świecie. Kto zauważy różnicę wśród miliardów istnień? No pewnie. Czyż mogę narzekać? Mieć jakieś pretensje? Nie ja pierwsza i nie ostatnia z takim ciężarem smutku. Żeby ta całej szopka wreszcie się skończyła. Te durnowate zawodzenie, kondolencje i te całe gadanie przy grobie, o niczym. To mnie doprawdy guzik obchodzi. Na cholerę mi to całe posrane współczucie. Pragnę wrócić jak najszybciej do domu. Tylko po co? Męża nie mam od dawna. Do pustych kątów, w których biegały i gdzie przytulałam moje miłości. Nie wiem co będzie dalej. Czy wystarczy sił, czy ulegnę pokusie i zmienię swoje życie raz na zawsze. Pójdę za nimi gdziekolwiek są. * Minęły dwa lata. Próżno mówić, w jaki sposób przeżyłam ten koszmar. Słowami można jedynie poinformować o cierpieniu, ale nie sprawić, by inni do końca zrozumieli. Tak czy inaczej, dotrwałam do dziś. Cała i w miarę zdrowa, by podjąć decyzję. Są w moich myślach i sercu. Nigdy, przenigdy ich stamtąd nie wyrzucę. W takiej postaci zostaną ze mną raz na zawsze. Tak, to prawda. Po wielu perturbacjach, zaadoptowałam dwójkę dzieci. Dziewczynkę i chłopca. Ona ma na imię: Zuzia, a on: Wojtek. Zbieg okoliczności? Moje miały takie same imiona. Może z racji sytuacji w której się znalazłam, dobrzy ludzie zechcieli mi pomóc, właśnie w ten sposób. Trudno było, ale jakoś przebrnęłam przez te wszystkie wstrętne, biurokratyczne zawiłości. Tylko zawadzały na drodze. Miałam ochotę rozerwać je na strzępy i wdeptać w ziemię, żeby raz na zawsze zgniły. * Postanawiam przerzucić na tę dwójkę dzieci, miłość którą obdarzałam swoje własne. Może się od nich odbije i chociaż cząstka poszybuje do krainy, w której przebywają moje, beze mnie. Tylko czy to będzie ta sama miłość? Czy może jakaś inna? Cień cienia? W końcu są to obce dzieci, tak na prawdę. Mam nadzieję, że wystarczy mi sił, żeby te podróbki, kiedyś potraktować jak własne. Chcę wierzyć, że nie będą musiały długo czekać i wszystko przebiegnie zgodnie z wytyczonym planem. Są w końcu takie słodkie i kochane. Rzeczywiście. Bardzo rozkoszne i grzeczne. Nie mam z nimi żadnego kłopotu. Dzisiaj mnie tylko Wojtek zdenerwował. Znalazł skarpetkę mojej córeczki, którą schowała pod poduszką. Do dzisiaj tam leżała spokojnie, ale przyszedł on, złapał i rzucił na podłogę jak zwykłą szmatę. Na domiar złego zaczął się bezczelnie śmiać, jakby zrobił niewinną psotę. Czyżby łajdak nie wiedział, do kogo należała. Czyja stopa ją nosiła. Oświnił ją brudnymi łapskami. Nie wytrzymuję. Uderzam go w twarz. Jak mogłam. Przecież to tylko niewinne dziecko. Rozpłakał się a po chwili jego siostra. Nie mogę wytrzymać tego obcego wrzasku. Tak samo płakały moje. Dzień przed śmiercią. Nawet już zapomniałam jak zginęły. Podbiegam do Zuzi i potrząsam drobnym ciałkiem, żeby wreszcie przestała. Wojtek już nie płacze. Widocznie nie chce poczuć kolejnego uderzenia. Dobrze mu tak. Niech się boi. Po co ruszał, co nie jego. Co się ze mną dzieje? Cały czas drążą w mojej głowie tunel niezapomnienia. Przecież wiedzą, że nigdy się ich nie wyrzeknę. Nie ma takiej opcji. Z drugiej strony co winne te, które stoją przede mną. Gładzę małe policzki wilgotne od łez. – Mamusiu. Dlaczego uderzyłaś Wojtka? – Do jasnej cholery. Nie jestem waszą zasraną mamusią. To znaczy jestem. – Jak tobie smutno, to pogłaskam ciebie rączką. Albo nawet jeszcze drugą, co mam. Chcesz? – Wojtek też. – Dobrze mamo. – Chodźcie do mnie. Przytulę was. Przepraszam. Klęczę na podłodze. Ściskają mnie ze wszystkich stron a we mnie serce pęka, gdy przypomnę sobie, ile czasu spędziłam w takiej pozycji. I po co? Na co? Ktoś wiedział lepiej. Ktoś, kto niby wszystko może. I co z tego mam? Obściskują mnie jakieś obce bachory. Wstaję i wybiegam z pokoju, głośno szlochając. Coś mnie budzi w nocy. Leżymy we trójkę na podwójnym łóżku. Pod poduszką są znowu skarpetki. Świeżo przeze mnie wyprane. Dotykały je obce ręce. Między nami, leżą misie. Też wyprane. Wojtek się nimi bawił. Dzieci śpią obok mnie. Słyszę to znowu. Jedynie tykanie zegara, lekko zagłusza te dziwne dźwięki. Drzwi są uchylone. W przedpokoju dostrzegam trochę światła. Od przypodłogowej żarówki. Znowu to słyszę. Teraz już wiem, co to za dźwięki. To tuptanie małych bucików. Dostrzegam cienie, przez szparę w drzwiach. Ruszają się, a nawet biegają. Wstaję z łóżka i wchodzę do przedpokoju. Oczywiście nikogo nie ma. Tylko skarpetka leży na podłodze. Wojtek się budzi. Słyszę pytanie: – Mamo. Dlaczego nie śpisz? Chodź do łóżka. Dziwnie mi tu. Jakby... ktoś... no nie wiem sam. – Coś się tobie śniło. Śpij. Bo jeszcze Zuzię zbudzimy. Leżę sama w łóżku. Jest prawie ciemno. Podchodzą do mnie, trzymając w rękach pluszowe misie. Wtykają pluszaki w moje usta. Zaczynam się dusić, lecz one nic sobie z tego nie robią. Kładą coraz głębiej. Nie puszczają mojej głowy. Ciągną boleśnie za włosy. Szepcą wciąż te same słowa: – Zdradziłaś nas do tych przybłędów. Musisz coś z tym zrobić. Najlepiej zabić. Kochałaś nas przecież. Czyżbyś zapomniała? Budzę się nagle w ciszy nocy. Słyszę tuptanie. Oddala się. Wiem, że sprawiam im przykrość. Gdziekolwiek są. Muszę to zmienić. Różne myśli, rozsadzają mi głowę. – Mamo. Co mamy dzisiaj na obiad? – No wiecie... nie mogę was przekarmiać, bo was brzuszki rozbolą. – A co będziemy jeść? – Wiecie co. Położę niebieskie talerzyki na podłogę i nakruszę wam trochę chlebka. Chlebek jest dobry. Wody też dostaniecie. Woda też dobra. Podchodzę do nich i głaszczę po kochanych główkach. Przytulam nawet. Muszę to wszystko jakoś pogodzić. By nie nabrały podejrzeń. Na stole obiad jak trzeba. Dużo różnych smakołyków. W osobnym pokoju. Siadam na krzesełku. Na przeciwko siedzą moje dzieci. Widzę je wyraźnie. Jest tak jak kiedyś. Dokładnie tak samo. Tamte są mało ważne. Nie warte myślenia. Dobrze, że sąsiadki w tych trudnych dla mnie chwilach, uśmiechały się do mnie. Dodawały otuchy. Teraz mogę te obce, obdarzać nie swoim uśmiechem. Patrzę jak moje smacznie jedzą. Żeby tylko te pasożyty w sypialni, nie pobrudziły zabawek w łóżku. Tam gdzie one spały. Cholera jasna. Gdzie ja jestem? Jak mogę tak myśleć? Ktoś otwiera drzwi. Słyszę pytanie: Mamo. Dlaczego siedzisz sama przy pustym stole? Przyjdź do nas. Dzisiaj przeżywam prawdziwy koszmar. Cholerne bachory znalazły szafę, gdzie trzymam ubranka moich pociech. Chciały je ubrać, ale wdzianka okazały się za małe. Podarły niektóre zupełnie. Nie wytrzymuję. Chwytam pasek wiszący na krześle i uderzam gdzie popadnie. Zasłużyły na to jak najbardziej. Szkoda, że nie mam drugiego. Cierpiały by bardziej. Moje prawdziwe stoją wokół, dziwnie uśmiechnięte. Wyglądają na zadowolone. W końcu daję im do zrozumienia, jak bardzo je kocham. A te które dostają w skórę, tylko zawadzają i plugawią tę miłości. Jak mogą tak chodzić po całym domu, jakby były u siebie. Po tych samych śladach i wspomnieniach. A jeżeli zechcą tu zamieszkać, to gdzie się podzieją. Jeszcze kilka uderzeń. Słyszę płacz. Bardzo głośny. Ręce mi cierpną od tego wymachiwania. Już pomału nie wiem, co robię. Czyżbym zmysły traciła? Tak ze mną źle? Padam na podłogę, zalana łzami bezsilności. Widzę mały bucik. Kopie mnie w twarz. Zalewam się krwią. Czuję powtórne uderzenie i ból zębów. Słyszę głos jak przez mgłę: – Za mało ich biłaś. Wiemy, bo za cicho wrzeszczały. Tylko tyle nas kochasz? Dupa z ciebie a nie matka. Nie zapamiętałaś naszych słów? Leżę na podłodze. Otwieram oczy. Zuzia i Wojtek siedzą przy mnie. Znowu na policzkach widzę ślady od łez. Patrzą na mnie i nic nie mówią. Coś zaczynam sobie przypominać. Kojarzyć fakty. Widzę pasek. Trzyma go Zuzia. Nagle do mnie dociera, co zrobiłam. Całkiem spokojnie, mówię do niej: – No uderz. Z całych sił. Kilka razy. Nieskończenie wiele razy. A później daj Wojtkowi. Niech też mi przywali. Z całych swoich sił. Aż poleje się krew. Nie jestem waszą prawdziwą matką. Nie jestem żadną matką. Ta nazwa do mnie nie pasuje. Jestem małpią miłością. Cały czas myślę tylko o sobie. O moim pierdolonym smutku. Zresztą, co tu dużo tłumaczyć. To się może powtarzać. Przyjdą i was zabiorą. I już takiej jak ja, nie oddadzą. – Przepraszamy. Będziemy już grzeczne. Zobaczysz. – Mocno was boli? – No wiesz mamo... z krzesełka wyszły sobie pakuły. – Czyli... może to jednak one mnie powstrzymały. Nie… to niemożliwe… pakuły… to co ja słyszałam… zbiłam was? – Mamo… tak… trochę... co tak myślisz? – Myślę... kto mnie kopnął bucikiem w twarz? I to kilka razy. Budzę się nad ranem. Zapomniałam powiedzieć, że mieszkamy blisko niewielkiego jeziora. Postanawiam, że teraz będę zupełnie inną matką. Przecież one niczemu niewinne. Otoczę je prawdziwą miłością. Tylko dla nich ona będzie. Moje cierpienie ofiaruję właśnie w tym celu. Tylko żebym nie zwątpiła. Nagle znowu coś odczuwam. Nie potrafię jednoznacznie określić stanu umysłu. Widzę przed sobą ogromną skarpetkę. Wskazuje drzwi. To by było nawet śmieszne, ale nie w mojej sytuacji. Chcąc nie chcąc, wybiegam z pokoju a za chwilę z domu. Biegnę co sił w nogach. Znowu słyszę te cholerne głosy. Właściwie nie cholerne. To moje dzieci. Przywołują mnie. Jestem blisko brzegu. Wbiegam na krótkie drewniane molo. Po chwili przystaję na krawędzi zmurszałej deski. Słyszę za sobą kroki. Patrzę w wodę. Zapraszają mnie. Nie muszą nic mówić. Dostrzegam na dnie znajome twarze. Nie martwcie się. Za chwilę będziemy razem. Tak jak dawniej. Pochłania mnie zimna, wilgotna ciemność. Odgłosy kroków są coraz bliżej. Słyszę przytłumione głosy. Dobiegają z zewnątrz. Muszę Coś z moim umysłem jest chyba nie tak. Nie jestem tą samą osobą co kiedyś. Byłam normalną kochającą matką, aż do tej przerażającej chwili, kiedy to widzę przed sobą: dwie białe trumienki. Tam w środku leżą moje dzieci. Chłopczyk i dziewczynka. Niewinne a jednak martwe. Pytam się: dlaczego? Do momentu pogrzebu jakoś to znosiłam. Dawałam radę. Teraz ta cała sytuacja jest ponad moje siły. Tyle się naklęczałam, namodliłam. I co? I gówno. Na nic to wszystko się zdało. Wszechmogący miał inne plany wobec mojej osoby. Odebrać mi to, co najbardziej kocham. Pozbawić sensu i celu istnienia. Przeistoczyć miłość w żal do całego świata. Dwóch małych stworzeń... więcej lub mniej na tym świecie. Kto zauważy różnicę wśród miliardów istnień? No pewnie. Czyż mogę narzekać? Mieć jakieś pretensje? Nie ja pierwsza i nie ostatnia z takim ciężarem smutku. Żeby ta całej szopka wreszcie się skończyła. Te durnowate zawodzenie, kondolencje i te całe gadanie przy grobie, o niczym. To mnie doprawdy guzik obchodzi. Na cholerę mi to całe posrane współczucie. Pragnę wrócić jak najszybciej do domu. Tylko po co? Męża nie mam od dawna. Do pustych kątów, w których biegały i gdzie przytulałam moje miłości. Nie wiem co będzie dalej. Czy wystarczy sił, czy ulegnę pokusie i zmienię swoje życie raz na zawsze. Pójdę za nimi gdziekolwiek są. * Minęły dwa lata. Próżno mówić, w jaki sposób przeżyłam ten koszmar. Słowami można jedynie poinformować o cierpieniu, ale nie sprawić, by inni do końca zrozumieli. Tak czy inaczej, dotrwałam do dziś. Cała i w miarę zdrowa, by podjąć decyzję. Są w moich myślach i sercu. Nigdy, przenigdy ich stamtąd nie wyrzucę. W takiej postaci zostaną ze mną raz na zawsze. Tak, to prawda. Po wielu perturbacjach, zaadoptowałam dwójkę dzieci. Dziewczynkę i chłopca. Ona ma na imię: Zuzia, a on: Wojtek. Zbieg okoliczności? Moje miały takie same imiona. Może z racji sytuacji w której się znalazłam, dobrzy ludzie zechcieli mi pomóc, właśnie w ten sposób. Trudno było, ale jakoś przebrnęłam przez te wszystkie wstrętne, biurokratyczne zawiłości. Tylko zawadzały na drodze. Miałam ochotę rozerwać je na strzępy i wdeptać w ziemię, żeby raz na zawsze zgniły. * Postanawiam przerzucić na tę dwójkę dzieci, miłość którą obdarzałam swoje własne. Może się od nich odbije i chociaż cząstka poszybuje do krainy, w której przebywają moje, beze mnie. Tylko czy to będzie ta sama miłość? Czy może jakaś inna? Cień cienia? W końcu są to obce dzieci, tak na prawdę. Mam nadzieję, że wystarczy mi sił, żeby te podróbki, kiedyś potraktować jak własne. Chcę wierzyć, że nie będą musiały długo czekać i wszystko przebiegnie zgodnie z wytyczonym planem. Są w końcu takie słodkie i kochane. Rzeczywiście. Bardzo rozkoszne i grzeczne. Nie mam z nimi żadnego kłopotu. Dzisiaj mnie tylko Wojtek zdenerwował. Znalazł skarpetkę mojej córeczki, którą schowała pod poduszką. Do dzisiaj tam leżała spokojnie, ale przyszedł on, złapał i rzucił na podłogę jak zwykłą szmatę. Na domiar złego zaczął się bezczelnie śmiać, jakby zrobił niewinną psotę. Czyżby łajdak nie wiedział, do kogo należała. Czyja stopa ją nosiła. Oświnił ją brudnymi łapskami. Nie wytrzymuję. Uderzam go w twarz. Jak mogłam. Przecież to tylko niewinne dziecko. Rozpłakał się a po chwili jego siostra. Nie mogę wytrzymać tego obcego wrzasku. Tak samo płakały moje. Dzień przed śmiercią. Nawet już zapomniałam jak zginęły. Podbiegam do Zuzi i potrząsam drobnym ciałkiem, żeby wreszcie przestała. Wojtek już nie płacze. Widocznie nie chce poczuć kolejnego uderzenia. Dobrze mu tak. Niech się boi. Po co ruszał, co nie jego. Co się ze mną dzieje? Cały czas drążą w mojej głowie tunel niezapomnienia. Przecież wiedzą, że nigdy się ich nie wyrzeknę. Nie ma takiej opcji. Z drugiej strony co winne te, które stoją przede mną. Gładzę małe policzki wilgotne od łez. – Mamusiu. Dlaczego uderzyłaś Wojtka? – Do jasnej cholery. Nie jestem waszą zasraną mamusią. To znaczy jestem. – Jak tobie smutno, to pogłaskam ciebie rączką. Albo nawet jeszcze drugą, co mam. Chcesz? – Wojtek też. – Dobrze mamo. – Chodźcie do mnie. Przytulę was. Przepraszam. Klęczę na podłodze. Ściskają mnie ze wszystkich stron a we mnie serce pęka, gdy przypomnę sobie, ile czasu spędziłam w takiej pozycji. I po co? Na co? Ktoś wiedział lepiej. Ktoś, kto niby wszystko może. I co z tego mam? Obściskują mnie jakieś obce bachory. Wstaję i wybiegam z pokoju, głośno szlochając. Coś mnie budzi w nocy. Leżymy we trójkę na podwójnym łóżku. Pod poduszką są znowu skarpetki. Świeżo przeze mnie wyprane. Dotykały je obce ręce. Między nami, leżą misie. Też wyprane. Wojtek się nimi bawił. Dzieci śpią obok mnie. Słyszę to znowu. Jedynie tykanie zegara, lekko zagłusza te dziwne dźwięki. Drzwi są uchylone. W przedpokoju dostrzegam trochę światła. Od przypodłogowej żarówki. Znowu to słyszę. Teraz już wiem, co to za dźwięki. To tuptanie małych bucików. Dostrzegam cienie, przez szparę w drzwiach. Ruszają się, a nawet biegają. Wstaję z łóżka i wchodzę do przedpokoju. Oczywiście nikogo nie ma. Tylko skarpetka leży na podłodze. Wojtek się budzi. Słyszę pytanie: – Mamo. Dlaczego nie śpisz? Chodź do łóżka. Dziwnie mi tu. Jakby... ktoś... no nie wiem sam. – Coś się tobie śniło. Śpij. Bo jeszcze Zuzię zbudzimy. Leżę sama w łóżku. Jest prawie ciemno. Podchodzą do mnie, trzymając w rękach pluszowe misie. Wtykają pluszaki w moje usta. Zaczynam się dusić, lecz one nic sobie z tego nie robią. Kładą coraz głębiej. Nie puszczają mojej głowy. Ciągną boleśnie za włosy. Szepcą wciąż te same słowa: – Zdradziłaś nas do tych przybłędów. Musisz coś z tym zrobić. Najlepiej zabić. Kochałaś nas przecież. Czyżbyś zapomniała? Budzę się nagle w ciszy nocy. Słyszę tuptanie. Oddala się. Wiem, że sprawiam im przykrość. Gdziekolwiek są. Muszę to zmienić. Różne myśli, rozsadzają mi głowę. – Mamo. Co mamy dzisiaj na obiad? – No wiecie... nie mogę was przekarmiać, bo was brzuszki rozbolą. – A co będziemy jeść? – Wiecie co. Położę niebieskie talerzyki na podłogę i nakruszę wam trochę chlebka. Chlebek jest dobry. Wody też dostaniecie. Woda też dobra. Podchodzę do nich i głaszczę po kochanych główkach. Przytulam nawet. Muszę to wszystko jakoś pogodzić. By nie nabrały podejrzeń. Na stole obiad jak trzeba. Dużo różnych smakołyków. W osobnym pokoju. Siadam na krzesełku. Na przeciwko siedzą moje dzieci. Widzę je wyraźnie. Jest tak jak kiedyś. Dokładnie tak samo. Tamte są mało ważne. Nie warte myślenia. Dobrze, że sąsiadki w tych trudnych dla mnie chwilach, uśmiechały się do mnie. Dodawały otuchy. Teraz mogę te obce, obdarzać nie swoim uśmiechem. Patrzę jak moje smacznie jedzą. Żeby tylko te pasożyty w sypialni, nie pobrudziły zabawek w łóżku. Tam gdzie one spały. Cholera jasna. Gdzie ja jestem? Jak mogę tak myśleć? Ktoś otwiera drzwi. Słyszę pytanie: – Mamo. Dlaczego siedzisz sama przy pustym stole? Przyjdź do nas. Dzisiaj przeżywam prawdziwy koszmar. Cholerne bachory znalazły szafę, gdzie trzymam ubranka moich pociech. Chciały je ubrać, ale wdzianka okazały się za małe. Podarły niektóre zupełnie. Nie wytrzymuję. Chwytam pasek wiszący na krześle i uderzam gdzie popadnie. Zasłużyły na to jak najbardziej. Szkoda, że nie mam drugiego. Cierpiały by bardziej. Moje prawdziwe stoją wokół, dziwnie uśmiechnięte. Wyglądają na zadowolone. W końcu daję im do zrozumienia, jak bardzo je kocham. A te które dostają w skórę, tylko zawadzają i plugawią tę miłości. Jak mogą tak chodzić po całym domu, jakby były u siebie. Po tych samych śladach i wspomnieniach. A jeżeli zechcą tu zamieszkać, to gdzie się podzieją. Jeszcze kilka uderzeń. Słyszę płacz. Bardzo głośny. Ręce mi cierpną od tego wymachiwania. Już pomału nie wiem, co robię. Czyżbym zmysły traciła? Tak ze mną źle? Padam na podłogę, zalana łzami bezsilności. Widzę mały bucik. Kopie mnie w twarz. Zalewam się krwią. Czuję powtórne uderzenie i ból zębów. Słyszę głos jak przez mgłę: – Za mało ich biłaś. Wiemy, bo za cicho wrzeszczały. Tylko tyle nas kochasz? Dupa z ciebie a nie matka. Nie zapamiętałaś naszych słów? Leżę na podłodze. Otwieram oczy. Zuzia i Wojtek siedzą przy mnie. Znowu na policzkach widzę ślady od łez. Patrzą na mnie i nic nie mówią. Coś zaczynam sobie przypominać. Kojarzyć fakty. Widzę pasek. Trzyma go Zuzia. Nagle do mnie dociera, co zrobiłam. Całkiem spokojnie, mówię do niej: – No uderz. Z całych sił. Kilka razy. Nieskończenie wiele razy. A później daj Wojtkowi. Niech też mi przywali. Z całych swoich sił. Aż poleje się krew. Nie jestem waszą prawdziwą matką. Nie jestem żadną matką. Ta nazwa do mnie nie pasuje. Jestem małpią miłością. Cały czas myślę tylko o sobie. O moim pierdolonym smutku. Zresztą, co tu dużo tłumaczyć. To się może powtarzać. Przyjdą i was zabiorą. I już takiej jak ja, nie oddadzą. – Przepraszamy. Będziemy już grzeczne. Zobaczysz. – Mocno was boli? – No wiesz mamo... z krzesełka wyszły sobie pakuły. – Czyli... może to jednak one mnie powstrzymały. Nie… to niemożliwe… pakuły… to co ja słyszałam… zbiłam was? – Mamo… tak… trochę... co tak myślisz? – Myślę... kto mnie kopnął bucikiem w twarz? I to kilka razy. Budzę się nad ranem. Zapomniałam powiedzieć, że mieszkamy blisko niewielkiego jeziora. Postanawiam, że teraz będę zupełnie inną matką. Przecież one niczemu niewinne. Otoczę je prawdziwą miłością. Tylko dla nich ona będzie. Moje cierpienie ofiaruję właśnie w tym celu. Tylko żebym nie zwątpiła. Nagle znowu coś odczuwam. Nie potrafię jednoznacznie określić stanu umysłu. Widzę przed sobą ogromną skarpetkę. Wskazuje drzwi. To by było nawet śmieszne, ale nie w mojej sytuacji. Chcąc nie chcąc, wybiegam z pokoju a za chwilę z domu. Biegnę co sił w nogach. Znowu słyszę te cholerne głosy. Właściwie nie cholerne. To moje dzieci. Przywołują mnie. Jestem blisko brzegu. Wbiegam na krótkie drewniane molo. Po chwili przystaję na krawędzi zmurszałej deski. Słyszę za sobą kroki. Patrzę w wodę. Zapraszają mnie. Nie muszą nic mówić. Dostrzegam na dnie znajome twarze. Nie martwcie się. Za chwilę będziemy razem. Tak jak dawniej. Pochłania mnie zimna, wilgotna ciemność. Odgłosy kroków są coraz bliżej. Słyszę przytłumione głosy. Dobiegają z zewnątrz. Muszę podjąć decyzję, zanim będzie za późno... podjąć decyzję, zanim będzie za późno...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...