Andrzej_Wojnowski
Użytkownicy-
Postów
3 535 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
39
Treść opublikowana przez Andrzej_Wojnowski
-
Cisza rośnie
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Kwiatuszek Dziękuję za komentarz. Zgadzam się - relacje nie składają się wyłącznie z motylków, a cisza potrafi być momentem do myślenia i zmiany. Pozdrawiam serdecznie. -
Płatność
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Leszczym utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Leszczym Dobra ironia i trafna metafora relacji jako „transakcji”, z ciekawym odwróceniem w finale. Pozdrawiam -
@Gosława Czytam to w kluczu tokarczukowskim: codzienność jako metafora pionu, ciche przejście między tym, co zwykłe, a tym, co istotne. Czytam z przyjemnością. Pozdrawiam
-
Cisza rośnie
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Stary_Kredens Dziękuję, cieszę się, że to „drugie dno” zostało zauważone. Pozdrawiam serdecznie. -
a co?
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Stary_Kredens utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Stary_Kredens Lubię taką zwyczajność - bez patosu, bez ambicji, z wyczuwalnym dystansem. Bardzo cichy, a przez to wyrazisty tekst. Pozdrawiam -
Cisza rośnie
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Papierowy Lis Dziękuję za uważne czytanie i dobre słowo. Miło, że tekst został odebrany właśnie w tej chłodnej, delikatnej tonacji - dokładnie o to chodziło. Pozdrawiam serdecznie. @Charismafilos Dziękuję, cieszę się, że trafiło. Pozdrawiam. @bazyl_prost Ten etap mam już za sobą - syn 26, córka 21 🙂 Teraz raczej czas na wiersze. Pozdrawiam. @Marek.zak1 Myślę podobnie. Dziękuję za to dopowiedzenie. Pozdrawiam serdecznie. -
Obiecałaś, że do końca - że po grób, dwa oddechy, zawsze razem uczuć cud, wspólne cele, ciągle głośno, u stóp świat lecz po latach coś nie poszło - mamy pat cisza rośnie, choć mieszkamy wciąż we dwoje wieczorami, każde gaśnie w swym pokoju Bardzo często, powtarzałaś to ma sens a dziś milczysz, czy to koniec, czy to kres jeszcze wczoraj, nam wystarczył jeden znak dzisiaj rzadko twoje usta szepczą tak cisza rośnie, choć mieszkamy wciąż we dwoje wieczorami, każde gaśnie w swym pokoju Na zakręcie, nagle zgubił się nasz ślad niby razem, ale to nie tamta gra w Twoich oczach, coraz częściej widzę chłód chcę go stopić – nie wychodzi – pusty trud cisza rośnie, choć mieszkamy wciąż we dwoje po omacku, szukam Ciebie w swym pokoju
-
Porcelanowy związek
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Berenika97 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Bardzo celny dialog o miłości, która zamienia się w układ funkcjonalny. Metafory codziennych przedmiotów świetnie obnażają emocjonalną asymetrię, a zakończenie boli swoją prostotą. -
przebłyski na skraju nocy
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Sylwester_Lasota utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Wiersz o wyraźnym romantycznym nerwie - bliżej mu do Mickiewicza niż do współczesnej ironii. Jest tu wizja zbiorowego obłędu, pochodu ku przepaści, w której jednostka traci twarz i życie jeszcze przed upadkiem. Bardzo mocne są obrazy „upiornej mary człowieczej” i tłumu podobnych postaci - działają jak moralitet, nie reportaż. Rytm i rymy nadają całości balladową, niemal apokaliptyczną tonację. Finał celny i gorzki: to nie śmierć jest tu tragedią, lecz fakt, że człowiek już wcześniej przestał być żywy. Wiersz ciężki, mroczny, konsekwentny - niepokojąco aktualny. Takie bardzo lubię. -
Pamiętanie
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Berenika97 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Ten wiersz boli w ciszy. Zostaje poczucie, że pamięć może być wygodnym grobem dla tego, co kiedyś żyło. Przeczytałem z przyjemnością. -
Wodo_spady
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Nata_Kruk utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Czytam to jak zapis zmęczenia światem i jego powtórkami. Dużo tu prawdy o tym, jak czas potrafi przytłoczyć. Dziękuję za ten tekst. Pozdrawiam -
korpo day
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 To nie reportaż z HR, tylko piosenka 🙂 Dobrze wiedzieć, że są korporacje z happy endem. Ta z tekstu jest raczej z czasów „przed zmianą na lepsze”. Pozdrawiam! -
Jak co dzień rano szybki bieg Nie chcesz się spóźnić no, bo szef Od dawna ma na ciebie oko Nie warto skakać za wysoko Zaciskasz zęby marszczysz twarz Bo przecież kredyt trzeba spłacić Trudno ci teraz zmieniać pracę Nie chcesz bez premii kolejny raz O ileż kurwa można tak Wstawać i wracać - dzień za dniem I nie mieć siły na długi sen I pytać, czy ja jestem tłem A w biurze znów codzienny syf Ktoś łapie plusy, lecz nie ty Bo ty masz w dupie integracje Bo tobie dziecko w domu płacze Bo ty masz żonę trójkę dzieci Korpo nie widzi takich rzeczy W korpo się liczy uśmiech, gest Wynik tu najważniejszy jest Ty robisz swoje, jak ten wół Co ciągnie w polu ciężki pług Nikt nie dziękuje, nikt nie spyta Marzysz o nocy, noc też zimna A kiedy wracasz - miasto śpi Latarnie świecą jakby łzy Na klatce schody - wciąż pod górę Dasz radę - silną masz naturę A jutro znowu będziesz biec Nie chcesz się spóźnić no, bo szef Od dawna ma na ciebie oko Nie warto skakać za wysoko
-
Rok 1990 był dla mnie rokiem powtórek. Nie z historii - z życia. Po raz drugi byłem studentem trzeciego roku Technologii Żywności na ART w Olsztynie. Dlaczego po raz drugi? Powiedzmy delikatnie: brak zaliczenia. Nie pierwszy urlop dziekański, nie pierwsza uczelnia i - co ważne - nie pierwsza porażka, która wcale nie bolała. Ten temat przerabiałem już wcześniej na Politechnice Gdańskiej. Tam również okazało się, że świat akademicki nie zawsze jest gotowy na studenta, który: - zadaje pytania nie w porę i za często ma własne zdanie - czasami mówi je głośno - na zajęciach zawsze zmęczony po nieprzespanej nocy - namiętnie gra w brydża i nie umie pogodzić tej pasji z nauką Nie rozpaczałem. Transformacja ustrojowa dopiero się rozkręcała, a ja odkryłem, że życie poza planem studiów bywa znacznie ciekawsze. Od kilku lat w wakacje jeździłem do Szwecji na zbieractwo – ogórki, truskawki, cokolwiek rosło i dawało się zebrać. Dzięki temu: - miałem pieniądze, - miałem niezależność, - mogłem studiować długo, - pyskować prowadzącym, kiedy uznałem to za stosowne. Tym razem pyskowanie skończyło się urlopem dziekańskim. I bardzo dobrze. Bo dzięki temu trafiłem do Wiednia. Piękne miasto. Trafiłem tam na kilka godzin, ale było warto. Pierwsza połowa lat 90. to był osobny ekosystem. Gospodarka niedoboru właśnie się kończyła, a gospodarka „kombinowana” dopiero zaczynała. Popyt na zachodnie drobiazgi był gigantyczny: - kalkulator z napisem po niemiecku, - długopis, który „inaczej pisze”, - zegarek Casio (najlepiej z melodyjką), - walkman, - cokolwiek, co pachniało Zachodem. Autokary zaczęły kursować jak pszczoły do rzepaku. Austria była wtedy El Dorado drobnicy. Koledzy z Politechniki Gdańskiej – tej samej, którą parę lat wcześniej opuściłem w atmosferze umiarkowanego niezrozumienia – właśnie jechali do Austrii na handel. Była na to moda. A ja, wolny student z wolnym rokiem, dołączyłem bez wahania. Ekipa była absolutnie reprezentatywna dla epoki. Mieliśmy: - studenta PG Wojciecha zwanego Zabiegiem, - pracownika naukowego PG Leszka D., ksywa Dębula, - Włodka W. – pracownika administracyjnego PG, - Stefano – wschodzącą gwiazdę firmy spedycyjnej Hartwig, - Prezesa – sklepikarza z Pruszcza Gdańskiego, - i mnie – Fonicza – studenta ART. Na urlopie dziekańskim. Dlaczego Fonicz? To nie było przypadkowe. I wcale nie chodziło o żadną fonetykę ani technikę. Ksywa przyszła z literatury. A dokładniej z książki Siergieja Piaseckiego „Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy” – tej prawdziwej, nieocenzurowanej, z drugiego obiegu, wydanej przez paryską „Kulturę”. Miałem dostęp do takiej literatury i – jak to bywa z rzeczami zakazanymi – pożyczałem ją przyjaciołom. Jednym z bohaterów tej książki jest Miszka Zubow, zwany Foniczem – oficer Armii Czerwonej, człowiek wyjątkowo ograniczony, ideologicznie nabuzowany i kompletnie pozbawiony autorefleksji. Postać karykaturalna, ale przez to niezwykle prawdziwa. A książka, będąca jego wspomnieniami zaczyna się mocnym uderzeniem. „Noc była ciemna jak sumienie faszysty, jak polityka polskiego pana i amerykańskiego imperialisty…” Mój kolega z ogólniaka, z którym zacząłem studia na PG, znany pod pseudonimem Syfaks, uznał najwyraźniej, że to świetny materiał do złośliwości. I któregoś dnia, nazwał mnie Foniczem. Dlaczego? Syfaks był moim przyjacielem, ale – jak to bywa w przyjaźniach młodzieńczych – czasem przesadzał. Podczas pewnej akademickiej imprezy jego przesada osiągnęła poziom krytyczny, więc obiłem mu mordę. Może, to była jego zemsta. Ksywa została, a my byliśmy dalej przyjaciółmi. I tak Fonicz – zamiast sowieckiego oficera z książki Piaseckiego – pojechał po latach do Wiednia autokarem pełnym Polaków, kalkulatorów i długopisów, handlując Zachodem w wersji kieszonkowej. Towarzystwo doborowe, negocjacyjne, odporne na stres i umiarkowanie odporne na alkohol. Autokar ruszył nocą. A noc była długa. Dojechaliśmy do Cieszyna. Odprawa graniczna trwała długo. To było oczywiste. Więc wyskoczyłem „na jedno piwo”. Czeskie. Dobre. Zimne. Jedno zamieniło się w trzy. Czwarte już się czaiło, ale wtedy pojawił się Hoło. Mariusz H., zwany Hołem – człowiek o parametrach fizycznych z górnych widełek: - prawie dwa metry wzrostu, - długie ramiona, - masa argumentów. Dowiedziałem się później, że autobus chciał odjechać beze mnie. Ale Hoło: - zabrał kierowcy kluczyki, - oznajmił spokojnie: „Bez Fonicza nie jedziemy.” Nie było kluczyków zapasowych. Był protest kierowcy. Było poparcie pasażerów (w większości już lekko wstawionych). Demokracja bezpośrednia wygrała. Hoło znalazł mnie w barze. Nie miał pretensji. Wypiliśmy po piwie. Ja czwarte. I wróciliśmy do autobusu. Transformacja ruszyła dalej. Dojechaliśmy do Wiednia nad ranem. Trzy godziny snu na parkingu. Trzy godziny trzeźwienia. I sygnał do ataku. To nie była odsiecz wiedeńska. To było zdobycie Wiednia. Horda skacowanych Polaków ruszyła na sklepy. Pierwszy bastion: Mariahilfer Straße. Największa, najtańsza, najbardziej przygotowana na najazd ze Wschodu: - elektronika, - artykuły biurowe, - zegarki, - kalkulatory, - długopisy. Sprzedawcy mówili łamaną polszczyzną. My mówiliśmy łamaną niemczyzną. Wszyscy się rozumieli. Kupowało się zestawy legendarne: - kalkulator + długopis, - czasem zegarek, - czasem rajstopy, - czasem kosmetyki. Łatwe do przewiezienia. Łatwe do sprzedania. Symbol Zachodu w plastikowym opakowaniu. Po napełnieniu plecaków wataha polskich husarzy wróciła do autobusu. Ja również - z pełnym plecakiem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jako miłośnik piwa czeskiego kupiłem je w sklepie obok. Tak na wszelki wypadek. Nie chciałem, żeby Hoło znów musiał kierować ruchem. Autokar ruszył na północ. A ja wiedziałem jedno: ten rok akademicki może i był stracony w indeksie, ale zyskałem coś znacznie cenniejszego. Doświadczenie. Historię. I świadomość, że w życiu czasem wystarczy kalkulator, długopis i dobry kolega z dużymi ramionami, żeby wyjść na swoje.
-
2
-
Nowy rok - nowa logika
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@wierszyki Tak, tekst powstał szybko. Świadomie. Bo to jest krótki felieton, a nie ekspertyza geopolityczna. Nie próbuję udawać, że w kilka godzin da się „wyjaśnić świat”. Próbuję raczej pokazać, że schematy myślenia i działania powtarzają się od dekad, a nowe wydarzenia bardzo często tylko je odsłaniają w nowym świetle. @UtratabezStraty Ten tekst nie ma ambicji dawania odpowiedzi ostatecznych. Ma raczej prowokować do zatrzymania się na chwilę i zapytania: czy naprawdę coś się zmienia, czy tylko zmienia się narracja. Jeśli do tego prowadzi - to znaczy, że spełnia swoją rolę. @Berenika97 Dziękuję za ten komentarz, bo on dotyka dokładnie tego miejsca, w którym komfortowe uproszczenia przestają działać. „Dwa minusy” rzeczywiście nie składają się w polityce międzynarodowej na żaden stabilny plus, choć bardzo chcielibyśmy w to wierzyć - bo wtedy świat byłby choć trochę bardziej policzalny. Historia pokazuje też, że „elastyczność” wobec prawa międzynarodowego rzadko rzeczywiście zapobiega chaosowi. Częściej go tylko odracza albo przenosi w inne miejsce. Chaos po „wyzwoleniu” bywa bardziej spektakularny, ale chaos trwający latami pod autorytarnym reżimem jest po prostu mniej medialny. I dlatego łatwiejszy do zaakceptowania przez zewnętrznych obserwatorów. Zgadzam się natomiast w pełni: nie zmienimy „gadzich mózgów” jednym gestem ani jednym tekstem. Ale możemy przynajmniej przestać opowiadać sobie bajki o moralnej wyższości, gdy faktycznie poruszamy się w logice interesu, siły i selektywnej empatii. Może więc nie chodzi dziś o to, by świat nagle stał się sprawiedliwy, tylko o to, byśmy przestali udawać, że jest - i zaczęli ponosić odpowiedzialność za konsekwencje decyzji podejmowanych w imię tej fikcji. Pozdrawiam serdecznie. -
Nowy rok - nowa logika
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@violetta Dziękuję za odpowiedź, bo on dotyka sedna problemu, a nie jest jedynie polemiką dla samej polemiki. Masz rację w jednym absolutnie fundamentalnym punkcie: po drugiej stronie każdej wojny są zwykli ludzie. Dzieci, kobiety, starsi. Głód nie pyta o paszport, a bomby nie sprawdzają poglądów politycznych. Ten tekst nie powstał po to, by deprecjonować ich cierpienie ani wskazywać „lepsze” i „gorsze” ofiary historii. Właśnie przeciwnie. Piszę go dlatego, że mechanizm, który dziś dotyka Wenezuelę, wczoraj dotykał Iraku, Libii czy Afganistanu. Dotyka zwykłych ludzi, którzy często nie mają żadnego wpływu na decyzje podejmowane przez swoich przywódców. Cierpienie cywilów nie ma narodowości. Jeśli w tekście pojawia się ostra krytyka władzy, to nie dlatego, że „tamci” są gorsi, ale dlatego, że wszędzie na świecie władza zbyt łatwo zasłania się interesem, bezpieczeństwem lub „wyzwoleniem”, a rachunek płacą najsłabsi. Ukraińskie dzieci cierpią dziś tak samo realnie, jak wenezuelskie w ruinie państwa, a afgańskie przez dwie dekady wojny. Nie porównuję więc cierpień. Nie ważę ich na wadze moralnej. Pokazuję tylko, że świat wciąż działa według tej samej logiki: decyzje zapadają wysoko, a konsekwencje spadają w dół. I że oburzenie bywa selektywne - zależne od tego, kto akurat jest „nasz”, a kto „obcy”. Jeśli ten tekst coś kwestionuje, to właśnie myślenie plemienne: „tamci zasłużyli”, „nasi cierpią bardziej”, „ci są ofiarami, a tamci statystyką”. Bo w rzeczywistości ofiarami są zawsze ludzie, a sprawcami bardzo często systemy i elity, które nigdy nie marzną i nigdy nie stoją w kolejkach po chleb. @hollow man W dużej mierze się z Tobą zgadzam - amerykański imperializm od dawna nie ma wiele wspólnego z romantyczną wizją demokracji i wolności, którą sprzedaje się w oficjalnych deklaracjach. Historia CIA w Ameryce Łacińskiej, Chile Allende, Iran 1953 (operacja AJAX), Nikaragua, Gwatemala - to nie są „wpadki”, tylko powtarzalny wzorzec działania. Tak samo Bliski Wschód i selektywna wrażliwość na prawa człowieka, która kończy się tam, gdzie zaczyna się ropa, gaz lub kontrakty zbrojeniowe. Nie mam więc potrzeby bronić Stanów Zjednoczonych jako moralnego hegemona - bo nim nigdy realnie nie były. Różnica między narracją a praktyką była widoczna od dekad. Natomiast ostrożnie podchodzę do tezy o „upadającym imperium, którego los jest przesądzony”. Problemem nie jest tylko Ameryka jako państwo, ale sam model świata opartego na dominacji, w którym każde imperium - niezależnie od flagi - działa podobnie, gdy ma ku temu możliwości. Gdy jedni słabną, inni zajmują ich miejsce, często stosując te same metody, tylko pod innymi hasłami. Dlatego mój tekst nie jest obroną USA ani atakiem wyłącznie na nie. Jest próbą pokazania, że świat wciąż funkcjonuje według tej samej, bardzo starej logiki siły i interesu, a „piękne idee” są najczęściej opakowaniem, nie treścią. I dopóki tego nie zauważymy, będziemy się spierać o to, które imperium jest gorsze, zamiast zapytać, dlaczego wciąż potrzebujemy imperiów. -
@Kwiatuszek Tylko jedno skojarzenie . Brzmienie ciszy. The sound of silence. - YouTube
-
3 stycznia 2026 roku, godzina 7.00 rano. Człowiek jeszcze nie zdążył wypić pierwszej kawy, a tu już taki komunikat: amerykańscy żołnierze pojmali prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro wraz z żoną podczas próby ucieczki. Pojmali go w Caracas. U siebie. We własnym kraju. To się - cytując klasyka - w pale nie mieści. Ale najwyraźniej mamy nowy rok, więc i nową logikę. Jak można pojmać głowę państwa u niego w domu? Okazuje się, że można. Trzeba tylko mieć odpowiednio silną armię, odpowiednio słabego przeciwnika i odpowiednio elastyczne podejście do prawa międzynarodowego. Reszta to już tylko szczegóły techniczne. Nie ukrywam - nie mam w sobie ani grama sympatii do dyktatury. Maduro życzyłem jak najgorzej. Miliony Wenezuelczyków żyły w kraju, który formalnie był państwem, a faktycznie ruiną. Inflacja jak z podręcznika ekonomicznego horroru, brak podstawowych towarów, represje, emigracja. Około osiem milionów ludzi opuściło kraj. To nie statystyka - to całe miasta w drodze. Więc tak, można powiedzieć, że Wenezuela odetchnęła. Że ktoś wreszcie zrobił porządek. Że dyktator z krwią na rękach został wyeliminowany. Tylko że zrobił to… inny człowiek sprawujący władzę w sposób, który delikatnie mówiąc, nie jest wzorem cnót republikańskich. I tu zaczyna się matematyka moralna XXI wieku. Dwa minusy dają plus Zły dyktator został usunięty przez złego wyzwoliciela. Dwa minusy. Czyli - według logiki świata - plus. Brzmi prosto. Wręcz uspokajająco. Jak rachunek w sklepie: było źle, teraz jest lepiej. Ale czy na pewno? Zbawca z pomarańczową gębą i srebrną grzywą ogłasza sukces. Operacja przeprowadzona sprawnie, bez wielotygodniowych bombardowań, bez medialnej jatki. Konkursowo. Tu trzeba oddać sprawiedliwość: tak się robi operacje wojskowe, a nie jak w wykonaniu przyjaciela Putina, który potrafi zamienić „specjalną operację” w kilkuletnią masakrę. Świat patrzy. Jedni klaszczą po cichu, inni głośno oburzają się na naruszenie suwerenności państwa. Zgodnie z prawem międzynarodowym - działanie bezprawne. I tu demokracje mają rację. Tylko że ta racja… jakoś dziwnie selektywna. Bo skoro tak bardzo oburzamy się losem Wenezueli, to dlaczego świat od dekad toleruje dyktatury z Półwyspu Arabskiego? Tam, gdzie praw człowieka nie tyle się nie przestrzega, co wręcz nie zna definicji. Gdzie kobieta bywa dodatkiem do mężczyzny, a mniejszości seksualne - przestępstwem. Gdzie za krytykę władzy można zniknąć szybciej niż Maduro z Caracas. I co? I nic. Wszyscy się tam spotykają. Uśmiechają. Podpisują kontrakty. Robią zdjęcia. Bo ropa. Bo gaz. Bo interesy. Wyzwolenia, które nie wyzwalały Historia uczy nas jednego: każda interwencja zaczyna się od słów „wyzwolenie”, a kończy się zwykle znacznie mniej szlachetnie. Amerykanie chcieli wyzwolić Koreę - skończyło się milionami ofiar, podziałem kraju i reżimem, który straszy świat do dziś. Wietnam - kolejne miliony zabitych, trauma pokoleń. Irak - chaos, terroryzm, rozpad państwa. Afganistan - dwadzieścia lat wojny i powrót do punktu wyjścia. Libia - rozpad i fala migracji. Bilans? Niezbyt imponujący. Chyba że ktoś liczy sukcesy nie w stabilnych państwach, ale w kontraktach, wpływach i strefach oddziaływania. Może więc nigdy nie chodziło o sukces. Może chodziło tylko o interesy, a reszta to narracja dla mediów i wyborców. Świat demokratyczny jest dziś oburzony. I słusznie - bo jeśli dziś można porwać prezydenta jednego państwa, to jutro można każdego. Tyle że ten sam świat od dziesięcioleci wybiórczo stosuje swoje zasady. Prawo międzynarodowe przypomina czasem regulamin siłowni: obowiązuje wszystkich… ale niektórych bardziej. I tak żyjemy w rzeczywistości, w której: - mamy technologie z kosmosu, - prawo ze średniowiecza, - a mózgi… z paleolitu. Wciąż dzielimy świat na plemiona. Na „naszych” i „obcych”. Na dobrych i złych morderców. Na tych, którym wolno, i tych, których trzeba ukarać. Mamy gadzie mózgi , a żyjemy w nowoczesnym świecie. To nie jest nowy problem. To stary problem w nowym opakowaniu. Gadzi mózg nie zna pojęcia uniwersalnej sprawiedliwości. Zna tylko swój interes. Reszta to narracja. Dlatego jeden dyktator jest „zagrożeniem dla świata”, a inny „partnerem strategicznym”. Dlatego jedne zbrodnie są potępiane, a inne przemilczane. Dlatego jednych wyzwala się bombami, a innych chroni kontraktami. Czy Wenezuela na tym zyska? Chciałbym wierzyć, że tak. Naprawdę! Chciałbym, żeby tym razem historia zrobiła wyjątek. Żeby dwa minusy rzeczywiście dały plus. Żeby ludzie mogli wrócić do domu, a kraj zaczął się odbudowywać. Ale doświadczenie uczy mnie ostrożności. Nowy rok przyniósł nową logikę. Ale mechanizmy są stare jak świat. Zmieniły się tylko dekoracje, flagi i technologie. Zamiast mieczy mamy drony. Zamiast listów gończych - tweety. Zamiast imperiów - „koalicje”. I tak dalej dzielimy świat na dobrych i złych. Tylko że coraz trudniej odróżnić jednych od drugich. Niestety
-
Polska – Mesjasz narodów Nieźle, kurwa, nieźle. To hasło brzmi naprawdę potężnie. Podniośle. Dumnie. Jakbyśmy od tysiąca lat byli wyznaczeni do zbawiania świata, a przy okazji - do ponoszenia wszystkich możliwych ofiar. Mesjasz narodów. Naród wybrany do cierpienia, klęsk i moralnej wyższości. Tak mnie wychowywano. I nie tylko mnie. Miliony ludzi, którzy mieli budować nasz wspólny dom, nasiąkali tą narracją od dziecka. Polska jako ofiara. Polska jako mur. Polska jako tarcza. Polska jako przedmurze chrześcijaństwa. A na tym murze - szlachta. Nasza. Święta. Bohaterska. Polska szlachecka była ze mną od zawsze. W podręcznikach, w opowieściach, w patetycznych akademiach szkolnych. Szlachta własną piersią broniła Europy przed zarazą ze Wschodu. Szlachta ratowała cywilizację, kulturę, wiarę. Własną piersią chroniła biednych chłopów pańszczyźnianych, którzy - jak nas uczono - i tak mieliby gorzej pod innym panowaniem. Czy na pewno? Tego pytania nie zadawano. Bo jak można podważać fundament mitu? Jak można pytać o szczegóły, gdy mówi się o obrońcach wiary? Przez długi czas udawałem, że w to wierzę. Udawanie jest wygodne. Nie wymaga myślenia. Ale z wiekiem człowiek robi się leniwy w innych obszarach - i przestaje mu się chcieć udawać. Historia zaczęła odpowiadać na moje dylematy. Bo jak - pytam uczciwie - jak taka zapijaczona, zatłuszczona warstwa społeczna mogła poradzić sobie ze sprawnymi, trzeźwymi, zdyscyplinowanymi Szwedami w 1655 roku pod Ujściem? Nie poradziła sobie. Nawet nie spróbowała. I potem było już tylko gorzej. Od potopu do rozbiorów. Od konfederacji do liberum veto. Od dumy do upadku. Dlaczego? Czy to była taka nacja? Czy taki charakter narodowy? Czy może coś innego? Sześć procent społeczeństwa - sześć procent! - uznało się za inną rasę. Lepszą. Wybraną. Herbową. Z pozwoleniem Boga. Przywileje nadane im kilkaset lat wcześniej przez królów wiązały się z jednym podstawowym obowiązkiem: obroną ojczyzny. Pospolite ruszenie. Piękna idea. Demokratyczna. Patriotyczna. W praktyce - nieporozumienie. Bo jak ma walczyć ktoś, kto jest pijany, otyły i przekonany o własnej boskiej wyjątkowości? Pijany i gruby to już trudne wyzwanie logistyczne, a co dopiero militarne. Może stąd te rasy polskich koni. Nie po to, by dźwigać ciężką zbroję, ale by unieść zajebistą nadwagę jeźdźca. Koń arabski by padł. Nasze pociągowe - ciągnęły. Może tajemnica husarii polegała na tym, że grupa nawalonych grubasów, nie do końca kojarzących, co robią, myśląc, że jadą do Żabki, bo jest promocja na Bociana, taranuje wroga czystym przypadkiem. Może stąd te sukcesy. Jadę po bandzie? Oczywiście. Ale od dziecka słyszę o tej dumie. O tej niezwyciężonej ciężkiej jeździe. Przez dwieście lat niepokonani. Kilkuset przeciw tysiącom. Może po prostu ktoś krzyknął, że na melinie pod Kircholmem jest bimber, i ruszyli z taką determinacją, że przeciwnik nie wiedział, z czym ma do czynienia. Być może obrażam wielu prawdziwych Polaków z genami szlacheckimi. Ale ja czegoś kurwa nie rozumiem. Można być patriotą. Można być obrońcą kraju. Można umierać za ojczyznę. Ale mówimy o kilku procentach społeczeństwa, które uznały się za lepszą kastę. Bóg im dał przywileje. Pokolenie Jafeta. A co z resztą? Co z dziewięćdziesięcioma procentami społeczeństwa? Co z pokoleniem Chama? Gdzie w tym miłosierdzie? Gdzie równość wobec Boga? Coś tu nie gra. Pokolenie Chama miało przechlapane. Szlachcic mógł zabić. Mógł gwałcić. Mógł sprzedać chłopa jak bydło. A przecież uczono mnie, że w Polsce nie było niewolnictwa. Tak uczono w szkołach w drugiej połowie XX i w XXI wieku. Tyle wiem. Ale im więcej czytam, tym bardziej widzę, że to była niewola w białych rękawiczkach. Z krzyżem nad drzwiami. Dlaczego część społeczeństwa była traktowana gorzej niż fellachowie w Egipcie? Czy to był gniew Boga? Ale za co? Ci ludzie nawet nie mieli czasu grzeszyć. Pracowali, żeby inni nie musieli pracować. Praktycznie nie mieli żadnych praw. Żadnych. Czy to jest zgodne z naukami Chrystusa? Mam wrażenie, że nad krajem nad Wisłą przez wieki wisiała jakaś gęsta chmura. Jakby ocieplenie klimatu przyszło wcześniej i zakryło widok nieba. Gdyby Cieśla z Nazaretu to zobaczył, sandały by mu spadły. Ale nie zauważył. Albo nie zadzwoniono. „To się w pale nie mieści” — jak mawiał najbardziej przegrany warszawiak. Ale mieściło się w głowach Kościoła. Tych najważniejszych. Dlaczego? Bo im się opłacało. A prawa człowieka? Czy coś takiego istniało? Wtedy - nie. Ale dziś? Dlaczego przez setki lat zasłoną milczenia przykrywamy fakt, że grupa trzymająca władzę żerowała jak pasożyt na dziewięćdziesięciu procentach społeczeństwa? Dlaczego stawiamy im pomniki? Za co? Może jeszcze handlarzom niewolników zróbmy aleję gwiazd. Albo order za wkład w rozwój cywilizacji. Nie wiem. Nie rozumiem. Może właśnie dlatego wciąż lubimy być Mesjaszem narodów. Bo łatwiej cierpieć w micie niż spojrzeć w lustro historii.
-
Święta rodzina – ktoś nie umiera i się zaczyna
Andrzej_Wojnowski opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Ludzie żyją dziś długo. Być może za długo. Długowieczność, choć brzmi dumnie i postępowo, w praktyce bywa zjawiskiem wysoce konfliktogennym. I wcale nie ma znaczenia, czy człowiek, który nie zamierza w najbliższym czasie wrócić na łono Abrahama, posiada majątek, czy też nie ma nawet porządnego kredensu. Każdy długowieczny senior - prędzej czy później - robi problem. Ci, którzy nie mają pieniędzy, robią problem czysto ekonomiczny. W ramach obowiązku alimentacyjnego zubażają budżety dzieci, wnuków i całej dalszej rodziny. Zajmują czas, energię i nerwy. W takich sytuacjach zawsze pojawia się myśl niepopularna, wstydliwa, ale obecna: „może mógłby już odejść?” Ci, którzy mają majątek - są jeszcze gorsi. Bo oprócz kosztów generują nadzieje, a nic nie psuje relacji rodzinnych tak skutecznie jak nadzieja połączona z oczekiwaniem. Długowieczny bogacz to tykająca bomba emocjonalna. Każdy dzień jego życia jest dla kogoś opóźnieniem. Ale do rzeczy. Najlepiej na przykładzie. Mojej żonie - poza rodzicami, którzy niech żyją sto lat i dłużej - zostało troje wujków i jedna ciocia. Był jeszcze czwarty wujek, ale umarł parę lat temu. On nie pasował do stada. Związał się z kobietą z proletariackiej Łodzi. Miał jedną córkę, która podobnie jak ojciec nie widziała się w tym stadzie. A stado było… rasowe. W prostej linii od jednego ze świętych. Jakby tego było mało, jakiś przodek był kandydatem na króla Polski. I z takiego stada trafiła mi się żona. Bywa. Święci, królowie, arystokracja. A ja? Ja - plebs. Rodzina repatriantów z Kresów. Prosty chłopak z „Piekiełka” - dzielnicy Braniewa, która kiedyś była najgorszą częścią miasta. A Braniewo… Cóż. Warmia. Miasto, z którego młodzi ludzie od zawsze uciekali. Ja uciekłem czterdzieści lat temu. Z mojej klasy licealnej uciekło ponad dziewięćdziesiąt procent. „Uciekło” to może złe słowo. Poszli na studia. Znaleźli lepsze życie. Ci, co zostali - zostali. Ale znów się rozgadałem. Wracamy do świętych wujów. Pomorska wieś pod Tczewem. Dom prawie trzystuletni. Historia rodziny piękna, duma rodowa ogromna - ile w tym prawdy, wiedzą tylko oni. Ja na pewno nie. Przychodzą czasy powojenne. Ze względu na szlachecko-arystokratyczno-królewskie pochodzenie - problemy egzystencjalne. Ojciec mojego teścia ginie w wypadku. Samochodowym? Traktorem? Spadł z ciągnika? W arystokratycznych rodach prawda bywa traktowana instrumentalnie. W tej rodzinie również. Przekonałem się o tym nie raz. Zostaje matka. Arystokratka. Miłośniczka Goethego i Schillera. Kilkadziesiąt hektarów, których nie objęła nacjonalizacja. Pięciu synów i córka. Łatwo nie było. Ale dali radę. Wszyscy skończyli studia. Budowali nową Polskę - tę, która wcześniej odebrała im majątki. Zakładali rodziny. Żyli całkiem nieźle. Rozmnażali się. Co prawda nie wszyscy, ale materiał genetyczny był przekazywany. Najstarszy brat teścia : żona, brak dzieci. Kolejny brat teścia : brak żony, brak dzieci. Teść: żona, dwoje dzieci. Młodszy brat teścia: żona, jedno dziecko. Najmłodszy brat teścia : żona, sześcioro dzieci. Wygląda na to, że rozmnażanie było jego pasją. Jedyna siostra teścia - troje dzieci - wyprowadziła się z mężem na drugi koniec Polski. Bracia zostali na północy, ona na południu. Jak w bajce. Wszystko działało. I komu to przeszkadzało? Nikomu. Aż do momentu, gdy okazało się, że dwóch braci nie ma dzieci. Jeden z nich - bezżenny i bezdzietny - mieszkał w rodzinnym gnieździe od zawsze. Drugi - bezdzietny, po śmierci żony - wrócił na północ i zamieszkał z nim. W gnieździe rodowym. Mieszkali tam ponad dwadzieścia lat. Pieniądze mieli. Teoretycznie powinien tam być teraz mały, ładny dworek. Arystokracja, hektary, święty w rodzinie. W praktyce… obraz jest inny. Nie wiem, jak to opisać. Może słowo ruina byłoby najbliższe prawdy. I wszystko byłoby jeszcze do zniesienia, gdyby nie fakt, że oni wciąż tam żyją. Teraz tylko jeden. Starszy ma 95 lat. Młodszy — 92. Starszego, bogatszego, zabrał do siebie mój szwagier. Mógł sobie na to pozwolić – miał odpowiednie warunki. Lokalowe. Zaadoptował dla wujka osobny pokój, zapewnił opiekę całodobową – opłacił opiekunkę. Kilka mieszkań wujka w Trójmieście zobowiązuje. Opieka trudna, ale temat ogarnięty. Drugi – biedniejszy, młodszy został w gnieździe rodowym. I tu temat jest nieogarnięty. Opiekę nad nim roztoczyły dzieci brata wielodzietnego. Tego od szóstki dzieci. Szóstka dzieci to heroizm. Ja mam dwoje i bywały chwile, gdy uważałem, że powinienem trafić do psychiatryka. Dodatkowo punktową opiekę sprawuje córka siostry. Czyli: dzieci najmłodszego brata + córka siostry. Opieka rozproszona. Kompetencje różne. Oczekiwania sprzeczne. Idealne pole do konfliktu. Bo długowieczność nie jest problemem biologicznym. Długowieczność to problem społeczny, a w skali mikro - rodzinny dramat. Kto decyduje? Kto płaci? Kto przyjeżdża w nocy? Kto bierze urlop? Kto „robi więcej”, a kto „tylko udaje”? I najważniejsze pytanie, którego nikt nie zadaje głośno: ile to jeszcze potrwa? Tu zaczyna się prawdziwa „święta rodzina”. Nie ta z obrazków. Ta z telefonami, pretensjami, urazami, niedopowiedzeniami i cichą rywalizacją o rację moralną. Każdy jest zmęczony. Każdy uważa, że robi najwięcej. Każdy ma poczucie krzywdy. A senior? Senior żyje. I ma się - na przekór wszystkim - całkiem dobrze. I tak oto ktoś jeszcze nie umarł… A wszystko już się zaczęło… Może być ciekawi. Cdn……….. -
Magia świąt – czy jestem fiutem?
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@tie-break @hania kluseczka @Berenika97 @wierszyki @Kwiatuszek @Marek.zak1 Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy poświęcili czas na przeczytanie tekstu „Magia świąt – czy jestem fiutem?” oraz tym, którzy zostawili po nim dobre słowo, komentarz lub uśmiech. Przyznam szczerze – byłem zaskoczony tak życzliwym odbiorem. To nie był tekst „pod publikę”, lecz zapis autentycznego zdarzenia, bez upiększeń i bez literackich sztuczek. Tak po prostu było. Po sześćdziesięciu latach życia zaczynam zauważać coś, co wcześniej traktowałem jak oczywistość albo wręcz drobną irytację: moje życie nigdy nie było nudne. Zaskakująco często jestem uczestnikiem zdarzeń, które jakimś dziwnym trafem omijają innych. Czasem są zabawne, czasem absurdalne, czasem nieco nerwowe. Bywa, że marzę o spokojnym, przewidywalnym życiu bez adrenaliny – takim, w którym nic się nie dzieje. Ale los, odkąd pamiętam, chyba ma wobec mnie inne plany. Dopiero teraz, dość późno, uświadomiłem sobie, że te drobne epizody, spotkania i sytuacje są czymś więcej niż tylko anegdotą na chwilę. Są zapisem czasu, ludzi i świata, który się zmienia. Dlatego może warto je opisywać , bez zadęcia, bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Nie po to, by się chwalić – bo nie ma czym – ale dlatego, że tak po prostu wyszło. To są wspomnienia dla rodziny i przyjaciół, choć wiem, że często trudno im sobie wyobrazić, jak ciekawe były – i nadal są – czasy, w których żyjemy. Może właśnie dlatego warto je zapisać. Dla pamięci. Dla uśmiechu. Czasem dla refleksji. Tekst „Magia świąt – czy jestem fiutem?” urodził się wczoraj , tak jak całe wydarzenie. Jeszcze raz dziękuję za życzliwość, uwagę i dobre przyjęcie tego tekstu. To bardzo motywujące – i daje odwagę, by spróbować dalej. -
Magia świąt – czy jestem fiutem?
Andrzej_Wojnowski opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Kocham święta. Naprawdę. Kocham tę przedziwną, coroczną metamorfozę ludzi, którzy przez jedenaście miesięcy potrafią się nie zauważać w windzie, a w grudniu nagle mówią sobie „dzień dobry” z intonacją jak z reklamy margaryny. Bóg się rodzi, moc truchleje, a człowiek – choć na chwilę – udaje lepszą wersję samego siebie. W grudniu nawet ja jestem łagodniejszy. Uśmiecham się do kasjerek, nie przeklinam pod nosem w korkach (no, przynajmniej nie głośno), a na widok choinek w marketach czuję coś na kształt wzruszenia, pomieszanego z lekką irytacją cenową. Ale generalnie – atmosfera miłości przedświątecznej działa. Przynajmniej do momentu, kiedy trzeba zaparkować samochód. Od lat wigilijne potrawy rybne to moja działka. Nie dlatego, że tak bardzo się na tym znam, tylko dlatego, że ktoś musi. A skoro ktoś musi, to padło na mnie. Kupuję ryby od dwudziestu lat w tym samym sklepie rybnym na rynku w Pruszczu Gdańskim. Jem to, co kupuję, i – co ważne – wciąż żyję. To, moim zdaniem, najlepsza możliwa rekomendacja. Jedyny problem, jaki pojawia się co roku, to kolejki. Przed świętami nie są to kolejki – to są procesje. Ludzie stoją w nich z minami męczenników, jakby zakup karpia był formą pokuty za całoroczne grzechy. Parking przy rynku? Zapchany. Samochód przy samochodzie, każdy w trybie „polowanie”. Krążę więc jak sęp nad sawanną. Kółko. Drugie. Trzecie. I nagle – cud. Audi wyjeżdża. Jest miejsce. Widzę je jak objawienie. Czaję się. Wjeżdżam. Parkuję. Tradycyjnie – łamiąc przepisy ruchu drogowego, ale w sposób elegancki, z wyczuciem i świąteczną intencją. Wyłączam silnik i czekam na tę błogą ciszę po walce o byt. I wtedy… KLAKSON. Nie taki zwykły „pik”. To był klakson z pretensją. Z żalem. Z oskarżeniem. Wysiadam, odwracam głowę i widzę ją. Atrakcyjna blondynka. Wzrok bazyliszka. Taki, którym w średniowieczu można było zamieniać ludzi w kamień albo przynajmniej w poczucie winy. – Nie widział mnie pan? Chciałam tu zaparkować – mówi głosem, który jednoznacznie sugeruje, że widziałem. I że zrobiłem to specjalnie. Mam alergię na podniesiony głos. Ale kiedy podnosi go kobieta, uruchamia mi się tryb dyplomatyczny. Więc odpowiadam łagodnie, z nutą autoironii: – Gdyby to było dwadzieścia lat temu, na pewno bym panią zauważył… ale dziś? I tu popełniłem błąd komunikacyjny dekady. Bo ja mówiłem o sobie. O wzroku. O wieku. O tym, że człowiek nie jest już tym samym drapieżnikiem parkingowym co kiedyś. Ona natomiast zrozumiała to tak, że właśnie nazwałem ją starą. Zimne spojrzenie. Cisza. Emocjonalny mróz. Powiedziała „dziękuję”. Ja – odruchowo – odpowiedziałem „nie ma sprawy”. I rozeszliśmy się w poczuciu kompletnego nieporozumienia. Poszedłem do sklepu rybnego. Kolejka – trzydzieści metrów. Wtedy przypomniałem sobie, że nie mam karteczki z listą zakupów. Żona mi napisała, co mam kupić. Zapomnę – zmieni zamki. To nie jest metafora. To realna groźba. Wracam do samochodu. I wtedy zauważam napis. Na moim brudnym, zimowym aucie, palcem, z godnym podziwu charakterem, ktoś napisał jedno słowo: FIUT. Natura i pogoda tego nie zrobiły. To był czyn ludzki. I nagle skojarzyłem twórczynię. Nie obraziłem się. Nawet trochę mi zaimponowała. Krótko. Dosadnie. Bez interpunkcji. Biorę kartkę, wracam do kolejki… I kogo spotykam? Moją blondwłosą znajomą z parkingu. – Dzień dobry. Znów się spotykamy – mówi głośno. A potem ogłasza całej kolejce: – Ten pan bezczelnie zajął mi miejsce na parkingu. Nie mogłem zostać dłużny. – A ta pani – mówię – napisała mi na samochodzie „fiut”. Ale nie mam pretensji. Urodziłem się w ubiegłym wieku, w środku szóstej dekady. Mogła napisać „stary fiut”. Skoro tego nie zrobiła, uważam, że jesteśmy kwita. Kilka osób się zaśmiało. Reszta nie zrozumiała albo nie słyszała. Śmiałem się ja. Śmiała się ona. Złożyliśmy sobie życzenia świąteczne. I wtedy pomyślałem: można się pokłócić, można coś o sobie napisać, można kogoś nazwać fiutem, a potem… podać sobie rękę. I może właśnie na tym polega magia świąt. Nie na tym, że jesteśmy idealni. Tylko że potrafimy się z siebie pośmiać, zanim zdążymy się znienawidzić. A czy ja jestem fiutem? Być może. Ale przynajmniej świątecznym -
Bez zmartwychwstania
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na huzarc utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@huzarc Mocny. Cały z lawy i popiołu. Obrazy uderzają, a motyw utraty oczu robi wrażenie. pozdr. -
Wciąż kocham Ją
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na Andrzej_Wojnowski utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Marek.zak1 Masz rację - sny co jakiś czas zabierają nas tam, gdzie serce zostało, choć życie poszło dalej. Może dlatego tak trudno o nich mówić, a tak łatwo przeżyć je na nowo. Ten mój wiersz też jest trochę takim powrotem do miejsca, którego nie da się dotknąć inaczej niż właśnie w śnie -
Maliny przekwitły dawno
Andrzej_Wojnowski odpowiedział(a) na andrew utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Pięknie uchwycony zwykły dzień, który nagle staje się momentem wewnętrznej decyzji. pozdrawiam