Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'lovecraft' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 15 wyników

  1. Demon powiedział, że zabierze mnie do domu, Do krainy bladej i cienistej, na wpół zapamiętanych Wzniosłych schodów i tarasów, obmurowanych Z balustradą z marmuru, od nieba ogromu, Gdy u stóp labirynt kopuł ciągnie się w dali I wież obok wież wzdłuż wybrzeża postawionych. Jeszcze raz, powiedział mi, stanę oszołomiony Na tych starych wzgórzach, słysząc szum morskiej fali Wszystko to obiecał i przez wrota zaćmienia Poniósł mnie pośród chlupotu jezior płomiennych I krwawo-złotych tronów bogów bezimiennych Przed bliskim swym losem wrzeszczących z przerażenia. A potem czarna zatoka, szum morza i mrok: - Tu był twój dom - zadrwił, - kiedy jeszcze miałeś wzrok! - I Howard: The daemon said that he would take me home To the pale, shadowy land I half recalled As a high place of stair and terrace, walled With marble balustrades that sky-winds comb, While miles below a maze of dome on dome And tower on tower beside a sea lies sprawled. Once more, he told me, I would stand enthralled On those old heights, and hear the far-off foam. All this he promised, and through sunset’s gate He swept me, past the lapping lakes of flame, And red-gold thrones of gods without a name Who shriek in fear at some impending fate. Then a black gulf with sea-sounds in the night: “Here was your home,” he mocked, “when you had sight!”
  2. W krainie snu dobre wieści rozchodzą się znacznie szybciej niż te złe. I moje pojawienie się nad brzegiem płynącej leniwie Skai uznano za dobry omen a wręcz długo wyczekiwane święto. Cztery ziemskie noce błądziłem po znajomych mi krainach. Tak tych przyjaźnie nastawionych jak i tych położonych na rubieżach jak Thraa czy Kadatheron. Do Ultharu jednak zagoniły mnie koszmary powstałe w wyniku kolejnej poważnej infekcji i gorączki. Leczyłem się przez jakiś czas w krainie ghouli. Nigdy by mnie nie wypuścili, gdybym wyjawił im prawdziwy cel mojej podróży. Koty Ultharu. Ich rycerze i zagończycy, od zawsze zwalczają ghoule. Polują na nie dla zabawy i treningu lub po prostu z nudy. A nuda w Ultharze potrafi trwać całą ziemską wieczność. Dlatego ghoule gardzą snem i jego marzeniami. Wolą mgielne, posunięte rozkładem nekropolie o dusznym wyziewie moru. Rozkwitłe, krzywo zbitymi krzyżami na połaciach zapomnianego ugoru pogranicza. Odprawiają tam czarnomagiczne sabaty, harcują wesoło po wnętrznościach mogił, z odgryzionymi dłońmi lub całymi nogami trupów w ostrych lecz krzywych zębach. Ghoule słyną z gościnności dla mistrzów snu. Lecz nie warto posilać się u nich czymś więcej niż wodą. Na szczęście ziemskie ograniczenia tutaj nie sięgają. Człowiek jest jedynie spragniony przygód i zabawy a także plotek i wieści. Nie było mnie przez cztery noce lecz tu minęło wieleset lat. Choć czas o jakim zwykle mówimy i do stosowania jakiego, się dostosowaliśmy, nie ma tu zastosowania. Można powiedzieć, że wszystko żyje lecz stoi w miejscu. Nikt się nie rodzi ani nie umiera. Postaci dzieci i starców zdarzają się na ulicach. Lecz są to mistrzowie snu, odwiedzający jak ja tę krainę. Ulthar, Celephais czy nawet Kadath, zawsze wyglądają tak samo. Zaproszono mnie do sali tronowej. Byłem w niej setki razy. Wysokie, marmurowe sklepienie o żebrowym wzorze, pokryte było freskami historii królestwa. Były tam walki w Zaczarowanym Lesie, wojny z ghoulami a także podróż kociego króla za Bazaltowe Słupy Zachodu ku księżycowi. Na pokładzie kryształowego galeonu bez żagli a o anielskich skrzydłach. Były tam księżycowe istoty oraz postać Randolpha Cartera w niewoli u Mi-Go. Wszędzie tak wokół tronu jak i w kątach, krzątała się kocia arystokracja i służba a także uzbrojeni w rapiery strażnicy. Byli tam persowie, koty brytyjskie, egipskie, zwykłe dachowce i syberyjskie o jasnych, przenikliwych oczach. Tron był wydawać by się mogło, prostym fotelem o puchowych obiciach, pełnym wełnistych frędzli i gałganów. Zaściełał go stos długowłosych kocy i miękkich poduszek. A na ich szczycie dumnie wypoczywał koci król, w otoczeniu swego haremu. Był persem w sile wieku i umysłu. Ciemną, połyskującą zdrowo sierść ukrył pod zbroją ze złota a na łebku spoczywał mu niewielki, zdobiony najprawdziwszym rubinem turban o barwie najczystszej bieli. Panie Tracy, Ulthar czekał na Pana z utęsknieniem i można rzec, że niby czarodziej, zjawia się Pan idealnie w czas. Nigdy zbyt wcześnie i nigdy zbyt późno. Ukłoniłem się przed królewskim majestatem. Koty Ultharu tak samo jak ich ziemscy krewniacy, są dumni, pyszni i przekonani o wyższości swej rasy ponad wszelkie inne a w szczególności ludzi. Tylko osoba o wyjątkowych cechach charakteru i woli, może pozwolić sobie na to by stanąć przed obliczem kociego króla w sali tronowej. Koty lubią postaci inteligentne. Naukowców, wynalazców, artystów czy poetów i bardów. Uwielbiają ziemskie opowieści o swoich kuzynach. Choć trzeba przyznać, że koty Ultharu są od nich znacznie większe, silniejsze, mądrzejsze no i potrafią pisać i czytać a nawet malować i rysować. Koci król podobnie do mnie jest poetą. Dodatkowo również miał zaszczyt spisać kronikę swego ludu od dnia pierwszego marzenia sennego o Ultharze aż po finał wędrówki kotów na rubieże krainy snu do ruin miasta cyklopów. Gdzie zginął jego chwalebny ojciec, w walce z nocnymi zmorami. Śnię o Ultharze bardzo często królu, bo nie ma dla mnie jako prostego człowieka, większej nagrody ponad tą która daje możliwość spędzania wśród Was, doskonałych istot, czasu jaki oferuje mi mój niespokojny ostatnio sen. Tym razem wieleset lat błądziłem po prastarych borach i krainach. Górach Pierwszych Bogów, śnieżnym i bijącym piorunami Hateg-Kla. Śniłem tak głęboko, że wypadłem prawie poza płaskowyż żalu… nie karz mi królu mówić o nim i samotnej górze w zimnej postaci ostałej nad jego grozą przeżartym jestestwem. Król spuszył swe wspaniałe futro na wspomnienie Kadath a wzrok jego na mgnienie wręcz osnuła mgła lęku. Miast tego dał znak straży a ci rozwarli wrota. Wprowadzono o dziwo kilku ludzkich więźniów, w kajdanach i brudnych przepaskach. Jednym z więźniów bezsprzecznie była kobieta. Ją rozkazano zakryć szczelnie od stóp do głów, a to dlatego, że ziemskie kobiety są w Ultharze postrzegane jako synonim niesamowitego piękna i seksualnych pragnień. Wojownicy gdy tylko spotkają ziemską kobietę tracą zupełnie głowę i rozsądek. Zakochują się bez pamięci, piorą między sobą a czasami nawet porywają je wywołując zbędne wojny i zatargi. Słowem, kobieta w Ultharze przynosi ogromnego pecha. Więźniowie nie wyglądali mi na mistrzów snu. I z pewnością nimi nie byli. Zdarza się, że niektórych we śnie prowadzi wspaniała i barwna wyobraźnia. Wtedy czasami trafiają przypadkiem do którejś z krain snu. Są w niej jednak zupełnie zagubieni. Nie znają miast, wiosek, postaci. Trafiają wiedzeni jedynie strachem do miejsc z których już nie dane im będzie się obudzić. Nie potrafią kontrolować snu. Płyną z falą postępującego marzenia, raz lądując w bezpiecznym porcie łóżka, innym razem rozbijając się o skały koszmaru. Więźniów postawiono naprzeciw tronu. Zaiste prześmiewczy wydawałby się Wam ten widok. Koty w zbrojach i z szablami w dłoniach prowadzą spętanych, półnagich ludzi przed oblicze króla kotów. Dwóch z nich krzycząc, błagało mnie o łaskę i wstawiennictwo. Zostali szybko uciszeni ostrymi pazurami, które u kotów miejscowych bardziej przypominały pazury lwa niż dachowca. Panie Tracy, sądzę po pana mimice, dokładnie tak samo jak ja, uważa Pan, że nie ma wśród nich mistrzów snu. Lecz czy wobec tylu mileniów spędzonych w krainie, rozpoznaje Pan kogoś z tego grona? Widział Pan ich kiedykolwiek na szlaku, w którymś z cudownych miast wybrzeża lub w osadach i miastach poza Morzem Południowym? Jeśli nie to proszę się nie obawiać, nie zostaną straceni, samica również. Sprzedam ich górnikom, lub wymienię na rubiny w Kadatheronie. Ale wolałem zaczekać z tym do pańskiego przyjazdu. Nie chciałbym być winny tak okrutnej zbrodni i zniewagi jak sprzedaż przyjaciela, własnego przyjaciela. A więc czy rozpoznaje Pan w choć jednym przyjaciela? Długo patrzyłem w ich umęczone oblicza. Wychudzone postury. Na bose stopy i spętane linami dłonie. Zatrzymałem się i przy kobiecie. Czułem podświadomie, że jest inna niż reszta więźniów. Nie odzywała się, nie szlochała nie ruszała się nawet. Dumnie wyprostowana i ciskająca gromy oczyma tak doskonale zielonymi i dużymi, że można by wziąć ją za kuzynkę kotów. Długo na nią patrzyłem. Aż wreszcie… Samicy nie znam ale odkupię ją mości królu i zapłacę sowicie w lepszej walucie niż plugawi górnicy. Zapłacę informacją dla Ciebie i rycerskiej świty, odnośnie tego gdzie wasi zajadli wrogowie ghoule, trzymają klejnoty zrabowane z ciał cmentarnych. A jest to skarb, który widziałem nie dalej jak kilkanaście dni temu, przekraczając bramę głębszego snu. I rozpali on wręcz Wasze wyobrażenie. Cały Ulthar będzie iskrzył blaskiem drogocennych kamieni. A więc ziemska samica za informację? Szedłem z nią do kryształowego nabrzeża. Mój statek o diamentowych żaglach cumował w doku. Weszła niepewnie po trapie. Nie bój się. Już nikt Cię nie skrzywdzi. Odstawię Cię bezpiecznie za granicę snu. Obudzisz się i już nigdy tu nie wrócisz. To sen. Wręcz zdaje się być jawą. Lecz to sen. Podróż przez jego nieskończenie rozległe krainy. Ufasz mi? Przytaknęła głową bez słowa. Była piękna. Jak sen. Jak wieżyczki i zamki Celephais. Jak tajemnicze i senne Ilek-Vad, ukryte w wiecznym półmroku zmierzchu. Jak kamienny, wyniosły i nęcący Thalarion. Jej oczy jak jego bramy za które wejdziesz ochoczo lecz nigdy już nie powrócisz. Ulecieliśmy w gwiazdy. Rozsiane po pogodnym nieboskłonie. Galery pływały w tę i z powrotem wokół nas na szlaku ku księżycowi i Bazaltowym Słupom Zachodu. Wreszcie po wielu miesiącach żeglugi, przekroczyliśmy je. Chwilę przed tym, pocałowałem ją czule, zanim brzask który rodził się nad falami, zabrał mi jej postać do jawy. A ja zostałem znów sam w ukochanej krainie snu. Obudziła się nagle w swoim łóżku. Świt czerwienił się w oknie. Przetarła sen z zielonych, dużych oczu. Czuła się jak gdyby spała miesiącami a nawet latami. Błądziła we śnie tak realnym, że przebudzenie było wręcz zbrodnią. Pamiętała każdy szczegół. Zaczarowany Las, Ulthar, niewolę, ratunek, podróż przez krainy wybrzeża. Swego wybawiciela. Mistrza snu i poetę. Pocałunek na pokładzie jego statku. A potem ciemność i przebudzenie. Obróciła się na drugi bok, przeklinając swoją wybujałą wyobraźnię. Zasnęła tym razem spokojniej. Lecz już zawsze błądziła w jego niekończącym się śnie.
  3. Znów wrócił dzień, kiedy jako dziecko zlęknione Widziałem to - raz - dębów wypróchniałych głusza, Szara od mgły, która spowija i zadusza Skradające się kształty, szaleństwem splugawione. Było tak samo - dzikie, bujne trawy lgnęły Do ołtarza, a na nim inskrypcja wielbiąca Bezimiennego, któremu dymy z tysiąca Wież nieczystych, przez przeszłe eony się pięły. Ciało rozciągnięte na kamieniu ujrzałem I wiedziałem, że nie ludzie na uczcie byli; I że dziwny, szary świat nie jest mój, wiedziałem. To był Yuggoth, za gwiezdną pustką - i w tej chwili Ciało wrzasnęło do mnie głosem jak pieśń trupia I zbyt późno pojąłem, że to ciało to ja! I Howard (to już czwarty sonet z "Fungi from Yuggoth", - jak ten strach leci): The day had come again, when as a child I saw—just once—that hollow of old oaks, Grey with a ground-mist that enfolds and chokes The slinking shapes which madness has defiled. It was the same—an herbage rank and wild Clings round an altar whose carved sign invokes That Nameless One to whom a thousand smokes Rose, aeons gone, from unclean towers up-piled. I saw the body spread on that dank stone, And knew those things which feasted were not men; I knew this strange, grey world was not my own, But Yuggoth, past the starry voids—and then The body shrieked at me with a dead cry, And all too late I knew that it was I!
  4. Jego świat rozsypywał się właśnie w posadach. Był funkcją, dla której idealnie nakreślono współrzędne. W jego idealnym, utopijnym świecie, ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Choć przecież od początku miał wręcz pewność ku temu, że niektórym zjawiskom nie sposób zapobiec, są one następstwem odwiecznej bytności spraw które wymykają się ludzkiemu pojmowaniu i zdają się niczym ponad dojmujące uczucie klątwy jako klęski życia. Ten dzień miał nigdy nie nastąpić, bo klątwa jawiła się przecież jako farsa. Bajeczka dla czarnomagicznych kultystów, którzy bawili się w rytuały czy bluźniercze zakony. Była pół martwym mitem, dla ograniczonych umysłów dzikich ludów wysp południowych. Oni naprawdę uwierzyli. W moc tiary. W to, że z jej pomocą wskrzeszą demona. Dlatego nigdy się nie poddali. A muzeum przestało dbać o bezpieczeństwo świata i swoje. Co prawda po tym jak przeczytał te wszystkie manuskrypty i pergaminy. Poznał ze starych wycinków gazet i pamiętników zeznania policjantów i kultystów z Innsmouth. Historię Diabelskiej Rafy. Historię rodu Quarrych. Dzieci Normana i ich potomków. Wszyscy zeszli pod wodę. A Norman? Przecież kilkanaście lat temu sprowadził strażnika do tiary. Oczywiście był to głównie chwyt marketingowy, lecz gdzieś z tyłu głowy pamiętał o zapisach testamentu. Później po kilku latach zatrudnił tego strażnika i dał mu wytyczne by szczególnie mocno pilnował bezpieczeństwa w sali morskiej. Widział jak zmienia się najpierw jego psychika a potem fizjonomia. Strażnik bał się tej sali i tiary. Wody i przeznaczenia rodu, którego był potomkiem. Jego oczy, włosy a szczególnie dłoń. W ostatnich tygodniach, moc tiary przemieniała go na dobre. Ale on jako jego szef nadal udawał, bo ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Po telefonie, ubrał na siebie cokolwiek, w postaci wymiętej i przepoconej koszuli, oraz spodni. Pominął nawet marynarkę i wybiegł z domu nie zamykając za sobą drzwi. Ruszył biegiem opustoszałymi uliczkami, skwerami i pobocznymi zielonymi skrótami. Po kilkunastu minutach gmach muzeum miał dokładnie przed sobą. Był ciemny, cichy i niewzruszony żadnymi postaciami wokół jak i wewnątrz budynku. Szybko odnalazł okna sali morskiej na pierwszym piętrze. Zaklął. Zapomniał o wiecznie zasłoniętych kotarach. Pokonał szerokie stopnie schodów prawie myląc kroki. i wreszcie opadł całym ciężarem na zimne szkło wejściowych drzwi. Za biurkiem nie było nikogo. Lecz leżały na nim. Komórka, latarka i klucze. A także dwa kubki po kawie. Witryna z grzybkiem alarmu, była nienaruszona. Szafka z kluczami od sal, była zamknięta. Czujki wyłączyły oświetlenie sufitu. To znaczy, że nie było w hallu nikogo od co najmniej dziesięciu minut. Mógł wprowadzić kod ręcznie i wejść bez przeszkód ale wolał zawołać strażnika. Walił pięścią z całych sił i wrzeszczał jego imię. Odpowiedziała mu cisza. Głęboką jak grób. Drżącymi palcami wpisał szybko kod. Magnetyczny zamek od razu zapiszczał i zwolnił zapadki. Pchnął lewe skrzydło tak mocno aż odbiło się złoconą rączką od ściany, wyszczerbiając ją odpryskami farby. Zawołał jeszcze raz. Wszedł do hallu. Światło rozbłysło od razu na całej długości schodów i wejścia na piętro. Wszystko było w porządku. Żadnych śladów walki, krwi, wody … ani śladu po strażnikach. To było absolutnie chore a wręcz schizofreniczno niedorzeczne ale wiedział kto był po drugiej stronie słuchawki telefonu, który go zbudził. To był Norman Quarry. Wstał wreszcie z grobu by zapoznać się z potomkiem i namaścić go na następcę. Oby tylko obydwaj trzymali się z dala od tiary, wtedy jeszcze może uda się uciszyć klątwę na kolejne kilka miesięcy albo lat. Uratować niewinnego, lecz i tak skazanego na zagładę człowieka. Wziął pęk kluczy z biurka i ruszył na piętro ku sali morskiej. Był w połowie schodów gdy wreszcie usłyszał jakiś dźwięk, bodaj pierwszy od czasu gdy przekroczył próg. Nie była to jednak ludzka mowa, rozmowa, wentylacja ani nawet odgłos szarpaniny czy bójki. To były fale. Morskie i spokojnie bijące o brzeg. I coś na wzór gulgoczącej, powarkiwanej pieśni. Przed salą morską posadzka była cała mokra. Słone kałuże drżały niespokojnie zupełnie jak gdyby ktoś delikatnie dmuchał na ich powierzchnię. Dźwięki dochodziły zza drzwi. Wsunął klucz i przekręcił. Ściana uwolnionej wody, zalała go momentalnie aż po pas. Zaskoczony, próbował bezskutecznie uskoczyć. Stał jednak twardo na nogach. Woda miała swoje źródło w tiarze, która spoczywała nadal w gablocie w centrum sali. Jej front był jednak wybity. Alarm milczał. Wiązki laserów odbijały się w wodzie, tworząc czerwone, rozmyte ślady. Pieśń nie ustawała. Podszedł powolnym krokiem do tiary. Kamień w niej osadzony, zabłyszczał złowrogo, porzucając swą dotychczasową, matową strukturę. Nigdy nie miał jej w rękach i teraz również nie zamierzał jej dotykać. Zapomniał o strażniku. I dopiero teraz skierował wzrok na lewy róg sali. Tutaj też nie wszystko było po staremu. Gablota z sarkofagiem była co prawda nienaruszona i zamknięta, lecz jak wyjaśnić to, że sam sarkofag był również zasunięty na cztery spusty. Czyżby Quarry wychodząc z grobu, zamknął go za sobą? Przecież to niedorzeczne. A może strażnik widząc co się dzieje w sali. Otworzył gablotę i uwięził mumię na dobre. Istniała jeszcze jedna możliwość. Rozbił front kilkoma solidnymi kopnięciami. Alarm milczał. Dotknął pokrywy trumny. Była mokra i lodowato zimna. Odsunęła się jednak z łatwością. W środku był on. Ciało szare, spękane i przeraźliwie suche. Pachnące wonnymi olejkami, ubrane w różową togę. W zabandażowanych, okaleczonych rybim kalectwem dłoniach ściskał kamienny pastorał kapłana kultu. Oczodoły skierowane wprost na gablotę z tiarą. Zamiast ludzkich nóg. Ohydny rybi ogon, z długą i ostro zakończoną płetwą. Mumia nadal spała. Strażnik wywiązywał się ze swego przeklętego obowiązku. Lecz jednak nie tylko zamknięty sarkofag budził w nim niepokój. Spojrzał pod nogi. Na granicy zgromadzonej wody, dostrzegł mosiężną, przykręconą tabliczkę eksponatu. Norman Quarry 1740-1775 Syn kapitana Valentina Quarry Darczyńca i główny twórca sali morskiej. “Strażnik kultu Dagona”. Wszystko się zgadzało, co do słowa… a jednak… Gulgoczące warczenie dobiegło zza jego pleców. Obrócił się nieprzytomny wręcz z przerażenia. Mumia stała obok gabloty z tiarą. I miała ją na swojej idealnie owalnej, łysej i spękanej głowie. Była również odziana w togę kapłana. Zresztą była identyczną kopią tej mumii z sarkofagu. A może ta z sarkofagu była kopią. Kustosz już wiedział jak było naprawdę. Mumia rzuciła się w wodę, zamachała żywo rybim ogonem i podpłynęła szybko jak strzała do gabloty z sarkofagiem. Wynurzyła obok jego nóg i weszła w ciało zastygłe w trumnie. Pieśń ustała a woda uspokoiła się po czym znikła. Zostawiając jedynie ślady soli morskiej na ścianach i podłodze. Kustosz opadł na kolana. Nie rozumiał. Choć wszystko już było jasne. Spojrzał jeszcze raz w ciche i spokojne oblicze mumii. Ta nadal patrzyła na gablotę w centrum, podążył wzrokiem za nią… tiara znów wróciła na miejsce. Tak samo idealna i piękna. Pożądana i przeklęta. Po wieczność. Wstał i w amoku zerwał ją z aksamitnej poduszki. Była ciężka jak głaz. Jak żywot tych wszystkich potomków Quarrego. Już czas najwyższy. Włożył ją na głowę. I nagle w jego wnętrzu powstała nieodparta chęć wskoczenia do wody. Widział oczyma wyobraźni wyspę podwodną z ukrytą kryptą Przedwiecznych. Tam spał Cthulhu. Widział wszystkich przemienionych kultystów. Widział Valentina, Normana a nawet ostatniego strażnika. Płynął z nimi ku R'lyeh. Ciesząc się ze wskrzeszenia Dagona. Pana głębin. Wyszedł przed gmach i ruszył ku jedynej w okolicy rzece. Czas zejść pod wodę i oddać tiarę w ręce prawowitych właścicieli. Opowiadanie poświęcam Lenore Grey, żywiąc nadzieję że może kiedyś zbiorę cały ich tomik by można go wydać. Dziękuję wszystkim za czytanie i przychylne komentarze. Teraz czas brać się za własną wersję "Coś na progu" lub "Reanimatora Herberta Westa". Chyba, że wolicie ujrzeć jakieś całkowicie autorskie pomysły a nie styl fan fiction.
  5. Dzwonił zawzięcie raz za razem. Wybierał numer kustosza, za każdym razem odpowiadała mu cisza. Nie było sygnału. Nie poddawał się jednak. Wierzył jeszcze w cudowne ocalenie nie przez zrządzenie losu a przez racjonalność namacalnego człowieka. Kustosz wydawał się idealnym wyborem. Może i twardo stąpał po ziemi opierając się na potędze akademickiego umysłu, lecz z drugiej strony znał historię rodu Quarrych na pamięć niczym pacierz. Znał treść testamentu. Wiedział do czego zdolna jest tiara. Choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznał to czytał z zainteresowaniem, stronice ksiąg i pergaminy o których wspominał Quarry w testamencie. Spisano w nich wszelkie potworne modlitwy i opisy rytuałów. Były tam i kroniki pochodzące z najdawniejszych eonów kosmosu gdy Ziemia i nasza galaktyka nie istniały jeszcze nawet w zamyśle chaosu i Przedwiecznych. Były ryciny i podobizny rybich kapłanów. Pieczęcie Zakonu Dagona i jego najwierniejszych przybocznych. Była tam pieczęć Quarrych. Cyrograf kapitana. Była również i rycina z tiarą. Najpotężniejszym artefaktem zakonu. Kamień w nią zaklęty był bramą w zaświaty. Był okiem samego Dagona. Tiara miała podobno swoje wierne kopie na świecie bo przecież na przestrzeni tak wielu lat podziwiało ją naprawdę wielu zdolnych naukowców i artystów. Wielu domorosłych kultystów i udawanych arcykapłanów, próbowało za ich pomocą zyskiwać poklask i szacunek u zacofanej i ciemnej gawiedzi tak w Europie jak i Stanach. Do najgłośniejszej ze spraw doszło w roku tysiąc osiemset czterdziestym szóstym w małym, przybrzeżnym miasteczku o nazwie Innsmouth w Nowej Anglii. Rozbito tam sektę tak zwanych dagonistów. Nie bez problemu i uszczerbku dla samego miasta i reszty jego mieszkańców. Prawdziwi kultyści a w szczególności mieszkańcy wysp południowych nigdy nie spoczęli by odzyskać tiarę z rąk muzeum. Mieli zamiar wskrzesić klątwę i obudzić Dagona z czeluści R'lyeh. Zakończyć nasz czas na ziemi. Na przeszkodzie zawsze stawało to, że nie mogli przekupić kolejnych kustoszy. Próby kradzieży były duszone w zarodku. Łapówki nie przybliżały ich do celu a muzeum zmęczone tematem klątwy, dokoptowało postać jej strażnika. Normana Quarry. Po kolejnej bezowocnej próbie dodzwonienia się, rzucił bezużyteczne urządzenie na posadzkę. Mrok wokół niego zgęstniał i nie była to wcale wina przygaszonych lamp. A obecności istoty do cna wyklętej. Machinalnie sprawdził widok z kamer w sali morskiej. Nie było tam nic co mogłoby być niepokojące. Żadnego ruchu, cieni, śladów czy znaków… jedynie dwie puste gabloty w tej świątyni przeklętego skarbu. Tym razem sięgnął po tiarę. Więc przyjdzie także po niego. Gdzieś z górnej kondygnacji, spłynął ku niemu osobliwy i zupełnie nie pasujący do otoczenia dźwięk. Był to odgłos spokojnych, morskich fal uderzających o kamieniste, ostre nabrzeże. Wynurzał się cicho i zupełnie nienachalnie. Klątwa płynęła jak krew, jak czas. Leniwą strugą. Posłyszał dokładnie chrapliwy, ledwie zarysowany przez słuch gulgot. Tak jakby ktoś chciał mówić pod powierzchnią tej wody. Tak jakby tonął w odmętach grozy nieuchronnej bo wiecznej. Człapał, śliskim, pokracznym, mokrym chodem. Zbliżał się. Do granicy mroku. Strażnik poddał się. Czuł już inaczej. Każdy spazmatyczny oddech, rozpędzony puls bijący mdłym posmakiem krwi, w jego ściśniętej krtani. Myśli były rozpalone gonitwą bez celu. Wiedział, że ucieczka nie ma sensu. Był tutaj do końca nie przypadkiem. Był ostatnim elementem układanki, lecz czy na pewno ona ma swój kres. Miał przecież córkę. Spojrzał na swoją pokracznie zdeformowaną dłoń w kształcie rybiej płetwy. Taki się urodził. Błona między krótkimi palcami, była teraz czerwona i bolesna. Za kilka miesięcy zacząłby tracić włosy, potem jego skóra stałaby się tłusta i mokra. Oczy wodniste i wyłupiaste a powieki przestałyby mrugać. Na koniec okulałby. Jego stopy zmieniłyby się w małe płetwy. lub nogi zrosły w potężny rybi ogon. Wózek inwalidzki byłby jedyną nadzieją na choćby szczątki ludzkiej normalności. A potem to co spotkało wszystkich jego przodków oprócz jednego. Oficjalny zgon i pogrzeb w trumnie. A tak naprawdę zejście pod wodę i zamieszkanie na podwodnej wyspie Przedwiecznych. Jego daleki przodek wychynął z mroku. Stanął nad schodami prowadzącymi do głównego hallu i patrzył pustymi oczodołami na potomka rodu. Nowego strażnika klątwy. Ubrany był w różową togę, ciągnącą się splątanym ogonem za jego postacią. A na głowie miał tiarę Dagona. Nie mogąc pokonać stopni. Spłynął w dół z niesamowitą gracją jak rybi demon w trakcie sztormu z pokładu fregaty jego ojca. Zatrzymał się tuż obok niego. Nie poruszył się już ani nie rzekł ni słowa. Uczuł, że wbrew sobie i zmysłom, podnosi ręce ku postaci demona. Nie chciał go dotknąć ani uderzyć. Jego dłonie w ogóle nie spoczęły na wysuszonym ciele mumii. Sięgnęły wyżej ku tiarze. Zdjął ją z głowy Normana. Była bardzo ciężka a z tak bliska jeszcze piękniejsza i bardziej pożądana. A klejnot mimo tego, że nie odbijał w swej postaci niczego poza pustką, tym razem ukazał mu uśmiechnięty smoczy łeb bóstwa. Uniósł tiarę jeszcze raz nie po to by wróciła do demonicznej mumii a po to by ukoronować swoje własne skronie. Ekran porzuconego telefonu wzbudził się samoistnie a system wybrał numer kustosza. Tym razem sygnał połączenia wydzwięczał w słuchawce...
  6. Nie spalił domu. Mało tego nie zamierzał nawet niczego już dotykać ani czytać a tym bardziej zabierać ze sobą. Niech to miejsce i ten dom po prostu gnije w czerni nocy. W widmie prastarego kultu Przedwiecznych istot, które przywołał jego trawiony obłędem lub bluźnierczą wiedzą ojciec. Spieszył się jak mógł. Na szczęście nie zabrał ze sobą stosu walizek i podróżnych pakunków a jedynie podręczny neseser i skórzaną torbę o posrebrzanym zatrzasku w stylu toreb lekarskich. Ilekroć oddalał się od framug okiennych na dłużej niż kilka minut to wracał zaraz szaleńczo na przełaj przez zagracony pokój do zajętych przez oddech letargicznej mgły szyb. Wyglądał bacznie lecz z ukrycia, na ciche podwórze. Stał na nim pozostawiony przez ludzi komendanta radiowóz. Wiedział, że nie przyda im się już na tamtym świecie. Mimo to szybko zrezygnował z zuchwałej lecz całkowicie w zaistniałej sytuacji logicznej kradzieży auta. Po pierwsze dlatego, że ktoś mógł go zobaczyć jak jedzie autem policyjnym w stronę miasteczka i stacji kolejowej nie mając munduru ani insygni. Szybko skojarzono by uprowadzenie lub kradzież. A nie chciał by ścigały go siły z tego i innego wymiaru w ten sam zajadły sposób. Po drugie nie miał kluczyków a nie potrafił odpalić auta bez nich. Wreszcie nie wiadomo w jakim stanie było auto. Bak mógł być pusty. Noyes mógł celowo uszkodzić samochód gdy nikt nie patrzył. A ostatnie czego sobie życzył to wypaść z drogi na jednej z zalesionych serpentyn i zlecieć w przepaść grzebiąc wraz ze swą śmiercią tajemnicę istot z Yuggoth. Właśnie, pamiętnik i zapiski. Zabrać je ze sobą i próbować zapobiec odrodzeniu się kultu. A może przekazać je osobom, które jak dawniej jego uczony ojciec, będą w stanie zatrzymać tą spiralę chaotycznej grozy. Przecież to absurd. Szukanie ratunku w wiedzy i rozsądku. W najlepszym wypadku zignorują go lub wyśmieją. W najgorszym, zgotują los opętanego wariata. Ale czy nie byłoby to lepszym rozwiązaniem niż ukłon przed ołtarzem Rady. Dziesięć lat obłędu a potem los niewolniczego robaka. I podróż w przestrzeń kosmiczną. Gdzie nie ma słońca ani księżyca. Nie ma dni ani nocy. Jest tylko ON w jądrze pierworodnej grozy. Pierwszy cień wszechświata. Jego imię przybyło kiedyś do świadomości w głębokim śnie o początku czasu. Jego skrzydła są nieatomicznym niebytem polarnej pustki. Słowa są jadem żałoby. A postać, pieczęcią końca istnienia. Nyarlathotep! Władca czasu i dni. Ten, któremu ślubują nawet myśli Przedwiecznych. Na wspomnienie którego drżą serca, dusze, góry i niebo wszelkich krain jawy i snu od Celephais do Leng aż po pochmurne, ponure Kadath skryte przed ludzkim wzrokiem i snem, ostałe na wieki w zimnej postaci. Złapał się z całej siły za włosy i szarpał. Zamykał kurczowo oczy i jęczał z bezsilnej agonii umysłu. Nie przywołuj ich! Nie daj się opętać! Miał dość. Musiał zniknąć na dziesięć długich lat. Nie zamierzał zgłaszać niczego policji. Jak bowiem opisać to, co nie mieści się w żadnym raporcie? Jak wytłumaczyć pamiętnik pisany ręką ojca a jednak nie należący już do człowieka? Jak przedstawić coś, skoro nawet cudowne ryciny i malowidła Przedwiecznych nie były w stanie odnaleźć określeń dla tak druzgocącego zmysły plugastwa. Jak mówić o Yuggoth, skoro dla uczonych i ich teleskopów, jego położenie na niebie jest próżnią. Poza Neptunem jest tylko pas kamieni i asteroid. Nie ma tam dziewiątej planety. Nie ma ich i ich plugawego potomstwa. Inwokację i modlitwy, dowiodły by prawdziwości jego słów, Lecz nie zmusi choćby i za cenę ocalenia świata, swoich ust do odczytania tych sylab. Szalony Arab uczynił to i spisał je w księdze przed wiekami. Przypłacił to jednak duszą, która do dziś pewnie, krąży między bramami i poza granicą Tiamat. Na stację dotarł o świcie. Była jedną z tych prowincjonalnych, zapomnianych przez rozkłady. Perony popękane, zegar stojący od lat na tej samej godzinie, powietrze ciężkie od pary i sadzy. Zamierzał kupić bilet na pierwszy pociąg, byle dalej, byle w przeciwnym kierunku niż wrzosowiska. Panie… Głos wyrwał go z zamyślenia. Jakiś młody Murzyn stał tuż przy kiosku z gazetami. Był ubrany schludnie, lecz staromodnie, jakby wyszedł z fotografii sprzed dekad. Miał oczy nienaturalnie spokojne, nie śledziły jego ruchów, raczej oczekiwały, aż on sam podejdzie bliżej. Zostawiono dla pana przesyłkę. Powiedział, podając niewielki pakunek owinięty w szary papier. Proszono, bym przekazał osobiście. Od kogo? Zapytał odruchowo. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, z uprzejmością urzędnika, który zna odpowiedź, ale nie widzi powodu, by ją wypowiedzieć. Od rodziny. Zanim zdążył zapytać o cokolwiek więcej, rozległ się gwizd lokomotywy. Gdy odwrócił głowę, mężczyzny już nie było. jakby rozpuścił się w porannej mgle i parze unoszącej się znad torów. Wsiadł do pociągu. Drzwi zatrzasnęły się z głuchym metalicznym dźwiękiem, który zabrzmiał niczym pieczęć. Pakunek rozwinął dopiero, gdy skład ruszył. W środku znajdował się pamiętnik mniejszy od poprzedniego, oprawiony w ciemną skórę, zimną w dotyku. Kartki były wyklejone fotografiami. Nie przedstawiały Ziemi. Bazaltowe góry wznosiły się pod nienaturalnym kątem, jakby prawa perspektywy zostały tam odrzucone. Wąwozy ciągnęły się w nieskończoność, a cienie nie zgadzały się z położeniem światła. Niebo było martwe, jednolite, pozbawione barwy, której mógłby nadać nazwę. Na ostatniej fotografii rozpoznał ojca. Stał obok Noyesa. Obaj odziani byli w ciężkie, ceremonialne szaty, haftowane symbolami, które przypominały astronomiczne diagramy lecz prowadziły nie ku gwiazdom a w byt poza nimi. Za ich sylwetkami wznosiły się ciała istot, których nie sposób było opisać bez obrzydzenia i pogardy. Oni z Yuggoth. List wypadł spomiędzy kart. Pismo ojca było równe, spokojne, niemal szczęśliwe. Jestem bezpieczny... Jestem szczęśliwy... Yuggoth jest miejscem ładu, którego Ziemia nigdy nie zaznała. Rada była łaskawa. Wracam za dziesięć lat, co do dnia. Do tego czasu ktoś musi karmić portal na wrzosowiskach. Wiem, że rozumiesz. Nikt nie może opierać się woli Rady. Za dziesięć lat złożysz ofiarę i dołączysz do nas w kolejnej podróży na dziewiątą planetę układu. Pociąg sunął naprzód, jednostajnie, obojętnie. Za oknem krajobraz zmieniał się powoli. Wrzosowiska, pastwiska i senne wioski o dachach krytych gontem, ustępowały miejsca czarnym, kamiennym pustyniom z onyksu i bazaltu. Widział ludy tańczące nago i dziko wokół płonących ognisk. IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB! Ich nieludzkie wycie odbijało się od zboczy mgielnych gór. Tory ciągnęły się dalej ku przeznaczeniu końca. Aż do samotnej góry pośród płaskowyżu żalu. W której mieszka wieczny Pan. Nienasycony chaos. Opowiadanie z dedykacją dla Lenore Grey i z nadzieją by świat Lovecrafta do którego ma zamiar wejść był dla niej niesamowitą przygodą i natchnieniem w pisarskiej pracy. Tak samo jak dla twórcy tej opowieści.
  7. Wrzask nie ustawał nawet na chwilę. Zlał się w jedną nieznośną kakofonię, razem z syreną alarmu. Prześladował go wszędzie. Na korytarzach, schodach, hallach. Dudnił metalicznym pogłosem w rurach i szybie windy. Miał wrażenie, że wszystkie uwięzione tu wbrew swej woli eksponaty wrzeszczały, wołały o ratunek ale i zemstę. Do świtu pozostało około sześciu godzin. Zegarek i telefon zostawił na biurku. Tak samo jak rozsądek, który i tak wreszcie by go zawiódł. Musiał mieć pewność, choć miał ją głęboko w pierwotnej tkance przetrwania, lecz pragnął namacalnego dowodu. I znalazł go przed otwartymi szeroko oczyma obłędu. Najwyższa z gablot usytuowana na lewo od tiary przy rogu ściany, była pusta. A to oznaczało tylko jedno. Śmiertelne kłopoty. Coś więcej niż widmo starej klątwy. To było przeznaczenie. Gdy dopadł wreszcie do swego biurka, krzyk zamarł w bezdennej gardzieli, pustych korytarzy. Nie pozostawił po sobie echa, śladu, wskazówki, niczego innego, ponad dojmującą grozę oczekiwania. Złapał za telefon, gotów wybrać numer alarmowy… ale co im powie, że jest szalony, obłąkany starymi wizjami, śmiertelnie przerażony i zmęczony? Sala morska miejskiego muzeum, stała się teatrem cieni i duchów dawnej klątwy Quarrego? Gdy nad miastem spokojnie zapada noc, to w eksponaty sali wchodzi przedwieczny demon i nęka jego, biednego, nic nie znaczącego strażnika z zaawansowanym lękiem społecznym i znamionami bardzo dotkliwej psychozy. Widać nie było ratunku wtedy, nie będzie go i dzisiaj. Przypomniał sobie słowa jednej z przewodniczek, która oprowadzała wycieczkę po sali morskiej… W roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym, pierworodny i jedyny potomek Valentina Quarry i jego dziwnej żony, zgłasza się do miejscowego historyka z prośbą by ten przejął w testamencie po nim cały majątek rodziny Quarrych a trzeba zdawać sobie sprawę, że w tamtym czasie była to astronomiczna fortuna. Syn kapitana, Norman opływał w luksusy. Bawił się w Londynie z najwyższych lotów śmietanką towarzyską, Był gościem książąt angielskich, niemieckich i stałym bywalcem na dworze królewskim. Mieszkał w starej jakobińskiej posiadłości oraz posiadał dwa zamki jako rezydencje letnie. Miał kilka fabryk włókienniczych, udziały w kopalniach i faktoriach za oceanem. Rewolucja amerykańska, nie wywarła na nim uszczuplenia dochodów co jeszcze bardziej ugruntowało jego pozycję sprawnego i przedsiębiorczego człowieka. Jedyną skazą wydawało się to, że jeszcze za życia, jego ojciec przymusił go do ożenku z podobnie jak jego matka, dziewczyną pochodzącą z tej samej wyspy mórz południowych. Była zupełnym przeciwieństwem Normana. Niska i dość tęga. Oczy miała wodnistej barwy i jakby ślepe lub pokryte dziwną formą błony, włosy długie lecz bardzo rzadkie i zawsze jakby wilgotne, sztywne w swej prostocie. Skóra jej szara i równie tłusta jak włosy. Nos płaski, bardzo krótki o spłaszczonych dziurkach. Miała z pewnością zdeformowane okrutnie stopy lub całe nogi, bo ledwo trzymała fason chodząc. Kulała i wlokła stopy po ziemi. Nie interesowała się niczym i niewiele wiedziała o cywilizowanym świecie. Jedynie w dziedzinie rodzinnych skarbów, była specjalistką i mogła o nich rozmawiać godzinami. Ubierała się ekstrawagancko i wulgarnie jak na swoje czasy. Zawsze z dodatkiem klejnotów, kolii, kolczyków czy pasów ze swoich rodzinnych stron. Na specjalne okazję zakładała na siebie coś na wzór togi o różowym zabarwieniu, dobierała do niej tiarę o fantazyjnym kształcie nie dającym się sklasyfikować, tiara w centralnym miejscu posiadała czarny, gładki klejnot o podobno złowrogiej mocy. Złośliwcy nazywali ją w tym stroju bluźnierczym kapłanem. lub papieżem zakonu Dagona. Norman miał z nią jednak aż czworo dzieci, trzech synów i córkę. Byli oni jednak skutecznie ukrywani przed światem za murami posiadłości. Złośliwi twierdzili, że to ze względu na mało urodne geny rodzicielki. Stary kapitan Quarry, zmarł w roku tysiąc siedemset sześćdziesiątym ósmym, na dziwną i szybko postępującą chorobę skóry. Musiała być genetyczna bo Norman też cierpiał na bardzo podobne objawy. Pod koniec życia nosił grube rękawice, wiązał bandażami całą twarz a potem zaczął utykać i dziwnie powłóczyć nogami zupełnie jak małżonka. Wreszcie zmuszony był do tego by usiąść na wózek inwalidzki. Znów złośliwcy mówili, że jedynie w wodzie ciało Normana opuszczają wszelkie ułomności i pływa doskonale i z gracją godną trytona albo marlina. Jednak pod koniec życia Norman unikał wszelkiego kontaktu z wodą. Nie wsiadał już na statki ani barki. Nie wyjeżdżał nad morze ani nie zbliżał się do rzek. Ukrócił wypady nad jeziora. Nie chadzał nawet po parkach, gdzie były sztuczne stawy i sadzawki. Nie mył się, oficjalnie z powodu owrzodzeń na skórze, nieoficjalnie był ogarnięty obłędem. Przyjmował płyny z trudem. Pił maleńkimi łyczkami i łykał z niesamowitym bólem w oczach. W testamencie zapisał by pochować go z dala od jakiejkolwiek rzeki a szczególnie morza. Ciało kazał zabalsamować i trzymać w sarkofagu pod stałym dozorem. Historyk bał się tego, że zginie z rąk rabusiów lub włamywaczy polujących na tak wielkie i cudowne skarby. Próbował przekazać skarb na powrót wdowie i dzieciom. Ta jednak zgodziła się by go zatrzymał bo zamierzała wrócić w rodzinne strony jednak bez dzieci, które porzuciła u krewnych Quarrych w pół roku po pogrzebie męża. Nikt już jej więcej nie widział. Lecz widać tiara, którą zostawił u historyka jej mąż była jej bardziej droga od dzieci bo wysyłała do niego poselstwa o odkupienie jej za wygórowane sumy. Jednak zawsze z tym samym skutkiem. Grzeczną acz stanowczą odmową. A to dlatego, że dopisek do testamentu Normana głosił. Panie Farringhton, może Pan sprzedać wszystko co dostał ode mnie ale przyjdzie dzień, że będą chcieli odzyskać tiarę. NIE MOŻE JEJ PAN SPRZEDAĆ, choćby i za cenę wiecznego, złotego raju. ONA PO NIĄ WRÓCI lub upomni się o nią. Tiara MUSI być bezpieczna u Pana. Po swojej śmierci MUSI Pan zapewnić jej bezpieczne miejsce. Chyba, że klątwa jest PRAWDĄ. Wtedy tiara zyska swego wiecznego strażnika. Farringhton umiera w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym drugim. Do ostatniego ziemskiego dnia odmawia wdowie po Quarrym zakupu tiary. W testamencie Farringhton zapisuję skarb na poczet urzędu miasta, który opiekuję się zbiorami po dziś dzień. I do dziś dnia odmawia mieszkańcom wysp południowych odkupu tiary, którą widzicie państwo w samym centrum sali. A w lewym rogu sali mają państwo prawdziwą ucztę dla oczu. Oto otwarty sarkofag z mumią Normana Quarry, którą muzeum odkupiło od prywatnego kolekcjonera kilkanaście lat temu. Norman Quarry powiedziałby zapewne, że skarb zyskał tym samym strażnika lecz na Boga z pewnością nigdy nie miał na myśli samego siebie. Kustosz muzeum miejskiego, został brutalnie zbudzony około pierwszej w nocy natarczywie dzwoniącym telefonem. Odebrał z ociąganiem, mimo tego że na ekranie wyświetliło mu się imię dyżurującego strażnika. Początkowo w słuchawce panowała cisza. Potem jakby fale morskie płynęły przez eter, potem seria zgrzytów, oddechów, zająkanie… cisza, fale i ten głos. Gulgoczący i nieziemski wręcz. Mający dodatkowo zaiste obcy akcent. Kustosz usłyszał tylko tyle. Przybądź obejrzeć nowego strażnika… telefon zamilkł. A kustosz zerwał się na równe nogi.
  8. Był całkowicie sparaliżowany strachem. Drżał okrutnie a dłonie miał całe wilgotne i skostniało zimne. Wiedział doskonale, że za żadne skarby nawet tak cudowne jak te, które kryła ta sala, nigdy już do niej nie wejdzie. Wystarczy, że gdy już był bądź co bądź względnie bezpieczny w swym domowym łóżku i zapadał w szalenie realistyczne sny, to widział w nim tą muzealną salę. Widział a nawet czuł moc tego co najwidoczniej uparło się ku temu by zniszczyć go i jego poukładane życie. Wyczuwał energię tak potężną i złowrogą, że nie mogła być ona nawet obłędem a opętaniem. Przedmiot ów wołał go, kusił a nawet błagał o to by go stąd zabrał. By przywrócił mu wolność. Oddać morzu i istotom z zakonu. Gdy majacząc w gorączce koszmaru, opierał się wszelkimi siłami, słyszał wtedy wyraźnie, gulgoczący, chlupoczący flegmą lub morską pianą śmiech. I głos który szedł przez rubieże nicości wszechpustki kosmosu bezpośrednio do jego uszu. Klątwy nie przerwie ludzka dłoń ani najkrwawsza ofiara. Modlitwy trafiają w próżnię, kapłani odeszli, zostawiając otwarte wrota. Potomkowie zdradzili ojca. Oszukali zakon i wzgardzili pomocą Przedwiecznego. Klątwa nie zgaśnie pod przykryciem oszklonym gablot. Alarmy i lasery nie zapobieżą temu, co i tak ma się stać. Smród mułu i zgniłych ryb mdlił go i rwał bezlitośnie obolałe trzewia. Miał przebłysk wizji, która zdawała mu się najczystszą jawą. Próbował przypomnieć sobie, czy to co teraz widzi, było kiedykolwiek przedmiotem rozmowy między nim a którymkolwiek pracownikiem muzeum, lub czy padło kiedykolwiek w prezentacji przed zwiedzającymi tą salę. Chciałby zaklinać rzeczywistość na wszelkie świętości ale wiedział dobrze, że o tym nie wiedział już nikt spośród żyjących. Pokład lekko chybotał się na fali przyboju. Żagle na przednim maszcie właśnie trymowano od linii wiatru by można było bezpiecznie je zwinąć. Nadbudówka tonęła w mroku tak samo jak dziób okrętu. Ciemność wszędzie wokół. Tylko kilku brudnych, pokracznych i przysadzistych marynarzy uwijało się przy pracy wachtowej. O dziwo byli cisi jak cysterscy zakonnicy a nie wilki morskie. A pracowali przy linach w pocie czoła i strzelających z przemęczenia kościach. Poleceń i rozkazów nie było. Nie pilnował ich ani bosman ani żaden oficer. Wachta była psia bo noc mimo dokowania w tropikach była o tej porze najchłodniejszym momentem doby. Z oddali na rufie, najpewniej w okolicach steru, napłynęły odgłosy czterech szklanek. Cała fregata zadrżała jak gdyby przebijali się przez szelf lodowy. Dębowe burty dudniły jak werble. Uchwycił się prędko głównej reji pod marslem. gotów ku temu by ujrzeć jak jednostka pęka na dwoje od tych wstrząsów. Obrócił się znów w stronę ledwie zarysowanej nadbudówki. Zdarty lakier pokładu, maskował kroki. Ciężkie i stawiane powoli. Jakby ktoś skradał się choć nieumiejętnie bo zdradzał go rodzaj głośnego obuwia oficerskiego. A na dodatek prawdziwie marynarski zapach. Solonego śledzia, rumu i mokrego, fatalnej jakości tytoniu, jaki mógł znaleźć się jedynie w fajce pirackiej lub mało szanowanego kapitana. Kapitan Quarry we własnej osobie zszedł z górnego pokładu na główny i kompletnie ignorując podwładnych, którzy o zgrozo, nie pozostali dłużni i zignorowali kapitana, oparł się o wytarty już solidnie wiatrem i solą reling na sterburcie śródokręcia. Nie tylko krok jego był pijany. Oczy również. Opuchnięte o szerokich źrenicach. Przymykały się na więcej niż zwykłą chwilę. Błądziły po nocnym morzu, za trawersem okrętu. Za jakim lichem wyglądał chyba i on sam do końca nie wiedział a może właśnie wiedział aż za dobrze. Licho w osobie trzech bardzo osobliwych istot wychynęło na powierzchnię wprost z głębiny. Nie sposób wręcz opisać ich aparycji w sposób nie kłócący się z ziemskim postrzeganiem żywych organizmów. Nie były to ani demony morskie, ani syreny ani nawet trytony. Zbyt odszczepieni ewolucyjnie by można określić ich ludźmi a z drugiej strony zbyt do nas podobni by określić ich mianem rybich istot. Nie mieli łusek acz mieli ogon i płetwy. oraz skrzela i miękką, galaretowatą masę błony między krótkimi palcami. Wyłupiaste ślepia którymi wywracali nawet i wgłąb czaszek. Otwory gębowe przypominały te pijawek. Bezzębne, otoczone czymś na kształt meduzowych parzydełek. Tlen z powietrza przechodził przez nie świszczącym wdechem a wydech powodował nagłe zwężenie otworów, Tak mocne, że przypominali morskie komary chcące wysysać krew również pod wodą z niewinnych ofiar. Lecz to był dopiero przedsionek dziwów i niedorzeczności. Każdy z nich był ubrany w liturgiczne długie szaty. Ci dwaj po bokach w togi koloru głębokiego fioletu, znacznie dłuższe niż ich ciała. Na wręcz idealnie owalnych czaszkach, trzymały się kaptury bardzo podobne do tych średniowiecznych nasuwanych pod hełm. Te jednak zamiast szlacheckich herbów, przedstawiały jakieś skomplikowane i chaotyczne wzory i rysunki. Szczególnie jeden powtarzał się nad wyraz często. Był to rysunek postaci o postawie humanoidalnej, jednak ciele i ogonie krokodyla a łbie smoka. Nad jego postacią widniała niewielka błękitno biała planeta a spoczywała ona w matni tysiąca macek ośmiornicznego potwora z milionem ślepi i szarawymi skrzydłami. Ten w środku ubrany był jeszcze bardziej bogato i dostojnie. Zamiast kaptura, przywdział wąską acz niesamowicie wysoką tiarę rozmiaru kilkuletniego, ludzkiego dziecka. Była ozłocona i obsypana klejnotami na całej długości. A w centralnej części umiejscowiono kamień o idealnie gładkim szlifie. Czarny diament lub inny kamień, który mógł pochodzić równie dobrze z innej planety. Na zaróżowioną togę, założył gruby łańcuch lub kolię o splotach tak fantazyjnych, że nie mogło być tutaj mowy o wpływie ziemskiej geometrii. W błoniastej, ułomnej dłoni ściskał coś podobnego do biskupiej laski. Nie drewnianej lecz kamiennej. Zdobił ją wizerunek tego hybrydowego bóstwa o głowie smoka. Identyczny zdobił przód okrętu Quarrego. Był to jego przyjacielski diabeł. Przedwieczny Dagon. A oni byli kapłanami zakonu jego imienia. A Quarry ich marnym sługą. Wpełźli po ledwie zanurzonej na płyciźnie burcie statku i stanęli choć z dużymi problemami z utrzymaniem równowagi przed kapitanem. Ten uśmiechnął się blado i czekał z rękoma założonymi na piersi. Aż wreszcie odezwał się do nich Jak długo zakon będzie o nas pamiętał? Co będzie ze skarbem choćby i po setkach lat nawet? Odpowiedział mu najwyższy kapłan zakonu, gulgoczącym, ropuchowatym skrzekiem. Aż nie wypełni się wola zakonu i ostatni z Twoich potomków nie zejdzie pod wodę ku miastom Przedwiecznych by ujrzeć chwałę pałaców R'lyeh i by oddać pokłon Dagonowi i Cthulhu. Tak długo będzie istniał skarb za Twoje oddanie kapitanie. Każdy z Twoich potomków będzie strzegł go niczym własnego życia. A gdy przyjdzie ten dzień i usłyszą oni we śnie szum fal. Zobaczą R'lyeh powstającą z martwego dna ku powierzchni. Odkryją otwartą czeluść pustego grobu, spotkają twarzą w twarz śniącego Cthulhu. Przebudzonego. Ku chwale zagłady. Ku nowej rachubie eonów. Objawi im prawdę i zwoła swą trzodę ku głębinom. Wtedy już skarb będzie bezużyteczny bo największym skarbem będzie chwała Cthulhu…. Skierował światło latarki w głąb sali. Akurat na centralnie ustawioną gablotę z osobliwą i najcenniejszą tiarą w całej kolekcji. Światło jakby paliło ją. Bo miał nieodparte wrażenie w tej jednej chwili, że cień tiary, który powstał na przeciwległej ścianie, kurczy się wręcz w konwulsjach aż wreszcie przybrał postać humanoidalnej hybrydy. Wrzask tej istoty, wzbudził kolejny alarm… to było ostatnie ostrzeżenie.
  9. Był na nogach już całe dwie doby. Nie zmrużył nawet oka po poprzedniej nocnej zmianie. A dotąd myślał, że nic nie może zszargać mu nerwów tak skutecznie. Pracował jako strażnik już kilka lat. Nie była to praca z gatunku ekskluzywnych, dobrze płatnych czy przystępnych godzinowo. Ale miała ten jeden plus, który odrzucał głęboko w niebyt wszelkie inne i bardziej przyziemne niedogodności. Był tutaj sam na sam ze sobą. Mógł odpocząć od życia. Zalany falą depresyjnej melancholii, przemierzał sale i korytarze miejskiego muzeum. Kochał mrok i samotność, do tego stopnia, że gdy zmuszony był ku temu by zabierać na każdy nocny patrol długą, nieporęczną latarkę, która zalewała eksponaty i okna, ostrym ledowym światłem, przepraszał wtedy w duchu mieszkańców gablot. Nie czuł się jak złodziej a jak intruz i włamywacz, do świata do którego ludzie nie powinni mieć już wstępu ani wglądu. Czuł w kościach i napiętych mięśniach, pulsującą energię przestrzeni. Chłodne nawiewy klimatyzacji, sunęły wręcz wbrew prawom fizyki zaraz nad ziemią. Zimno i nagłe drętwienie, pętało mu kostki. Szedł powoli naprzód. Z sali do sali. Były wielkie niczym zamki i pałace tych, których skarby i kosztowności leżały teraz na kaszmirowych i jedwabnych poduszkach za pancernymi szybami omiotane dodatkowo, ledwie dostrzegalnymi wiązkami laserów. Jedynym odgłosem były jego kroki i przyspieszony znacznie oddech. Musiał dwukrotnie w ciągu nocy obejść cały kompleks muzeum. Wszystkie pokoje, sale, komnaty, potem wracał za biurko usytuowane zaraz obok wejściowych bramek. I walcząc z nadchodzącym snem, skupiał zaczerwienione oczy na podglądzie z dziesiątek kamer. Budynek miał już swoje najlepsze lata za sobą. Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło lub alarmy załączały się samoistnie przez zwarcia w instalacji. Czasami te pospolite odgłosy nocne, wydawane przez puste i ciche mury wybudzały go z chwilowych drzemek, a alarm stawiał go na równe nogi. Mimo tego, że miał doskonałą świadomość, wadliwości osprzętu to i tak zawsze biegł w dane miejsce jak najszybciej mógł. By mieć całkowitą pewność tego, że to jedynie fałszywy alarm. Jedna z sal, usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła, była tą jedną jedyną salą w której czuł coś więcej niż dojmujący smutek, depresję czy samotność. Bał się w duchu tego miejsca. Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok. Nie chciano go tam z pewnością a z drugiej strony to tam właśnie alarmy rozbrzmiewały najczęściej. Tak było i poprzedniej nocy. Był to pierwszy alarm, który rozległ się ledwie chwilę po północy a zarazem ostatni na którego wezwanie odpowiedział. Nie najgorsze było jednak to co wywołało alarm a to co stało się wczesnym świtem gdy miał już na tyle śmiałości by spojrzeć okiem kamery na wnętrze sali. Upewniło go to jedynie w tym, że wszystko wróciło do akceptowalnej normy, choć nie miało ku temu żadnego racjonalnego prawa. By ożywać nocą a rankiem wracać na swoje miejsce i zastygać w martwocie materiału i szlachetnych kamieni. Dlatego miał ochotę porzucić dziś swój posterunek. Dlatego nie zmrużył oka. Zbliżała się północ a on był o krok od tej sali. I był przekonany o tym, że ta noc będzie bliźniacza do tej ostatniej. W tej sali i w tym eksponacie mieszkał demon. I on był tego bardziej niż pewny. Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń. Marmurowa posadzka o barwie pustynnego piasku lśniła w niej aż do przesady. Czarne zasłony w oknach były szczepione olbrzymimi spinaczami, tak by nie można było dostrzec spoza budynku, jaką tajemnicę skrywa sala. Wszelkich czujek i alarmów też było w niej znacznie więcej niż gdzie indziej. A na wstępnym szkoleniu strażników, każdy z nich dowiadywał się by zwracać na nią i jej skarby baczniejszą uwagę. Sam niewiele o niej wiedział i nawet nie dopytywał o szczegóły pracowników muzeum i przewodników wycieczek. A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno. Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy niż faktów historycznych. Może dlatego, że dorobek spoczywający w gablotach był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej znanej ludzkości epoki czy kultury. Wszystkie eksponaty pochodziły, choć to też jedynie domysły, z terytorium mórz południowych, a dostarczył je do miasta na pokładzie swej fregaty kapitan Valentin Quarrie w roku pańskim tysiąc siedemset trzydziestym czwartym. Quarrie pływał w te dzikie zupełnie rejony, przez wiele lat. Najpierw do spółki z Bensonem a potem po tajemniczej śmierci tego drugiego, samotnie pod protektoratem Kompanii Wschodnioindyjskiej aż wreszcie nawet samego dworu królewskiego. Miał łeb na karku I nos do najlepszych interesów. Zgadał się podobno z wodzem jednego z plemion. Obaj lubili przepych i bogactwo. Przemoc również. Kiedy Quarrie pytał wodza o to skąd mają tyle bogactw na wyspie, ten odpowiadał mu jedynie bajeczką o istotach z głębin co za ofiary z ludzi zostawiają im na brzegu oceanu te wszystkie świecidełka i złoto. I że jeśli kapitan skory ku temu to może przezimować na zatoce a wiosną zobaczy na własne oczy obrzędy ku czci istot. Przy okazji może zabrać część błyskotek do Europy w zamian za towary na statku. I Quarry został a jakże. I podobno skumał się z wodzem tak mocno do tego czasu, że dopuścili go nawet do rady. Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać w nowej wierze. Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył ale wziął udział w obrzędzie. Legenda głosi, że złożył w ofierze Bensona z którym popadł w ostry konflikt, który miała rozstrzygnąć komisja admiralicji po powrocie do Anglii. I widział istoty, które wręczyły mu nagrodę. Złote monety i puchary, diademy, korony i tiary całe w szlachetnych kamieniach. Dziwnie jednak lekkie i o fantazyjnych kształtach, które były sprzeczne ze znaną geometrią. Pod szmaragdami i agatami, krył się czarny jak smoła metal o równej i czystej powłoce niczym lustro. Nie pochodził z ziemskich warstw ani skał. Przybył z gwiazd jak i oni. Lubili oni spółkować z ziemianami. Szczególnie z tym plemieniem. Podobno mieszali się z nimi a kobiety nosiły ich potomstwo. Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa. Wyprosił datki na kolejną wyprawę u króla. Dając do skarbca te niesamowite kosztowności. A potem wracał jeszcze nieraz. Sam wreszcie przywiózł sobie stamtąd żonę. Hybrydę o rybich, wyłupiastych oczach i skrzelach. Oliwkowej, tłustej cerze i króciutkim haczykowatym nosie. Była szpetna i okrutnie tępa, lecz niezbędna. Quarry zwiedziony opisami wspaniałych, bogatych miast pod powierzchnią, zgodził się iść pod wodę gdy tylko spłodzi potomka ze świeżo upieczoną żonką. Zmienił nawet nazwę swojej krypy na Dagon. Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza. Śmiał się w głos i odpowiadał, to Diabeł moi kochani. Mój nowy przyjaciel, który obsypuję mnie złotem. Wszyscy zgodnie orzekli. I jego zastraszona załoga,admiralicja, stare pijaki w tawernach a nawet jego brat. Quarry oszalał lub oddał duszę temu Dagonowi.
  10. Nie wiem jakie skręty przez kwartał podupadły Dziwnych dróg morskich ścieżką do domu były mi, Lecz na mym ganku drżałem, z pośpiechu pobladły By wejść do środka i zaryglować ciężkie drzwi. Miałem księgę mówiącą o ukrytym szlaku Przez próżnię, oraz dzielące kosmos zasłony, Trzymające bezwymiarowe światy w saku I w ich własnych włościach zaginione eony. Mój wreszcie był klucz do tamtych niejasnych wizji Iglic o zmierzchu i puszcz knujących w ciemności. Mglistych w otchłaniach o ponadziemskiej precyzji, Przyczajonych jak wspomnienia nieskończoności. Klucz był mój, lecz gdy mamrocząc siedziałem spięty, Lufcik na strychu zadrżał nieporadnie pchnięty. I Howard (Fungi from Yuggoth, sonet III.): I do not know what windings in the waste Of those strange sea-lanes brought me home once more, But on my porch I trembled, white with haste To get inside and bolt the heavy door. I had the book that told the hidden way Across the void and through the space-hung screens That hold the undimensioned worlds at bay, And keep lost aeons to their own demesnes. At last the key was mine to those vague visions Of sunset spires and twilight woods that brood. Dim in the gulfs beyond this earth’s precisions, Lurking as memories of infinitude. The key was mine, but as I sat there mumbling, The attic window shook with a faint fumbling.
  11. Z wysiłkiem księgę pod połą płaszcza trzymałem By przed niepożądanym zasłonić ją wzrokiem; Przez przystani stare uliczki przemykałem Z rozedrganym spojrzeniem i nerwowym krokiem. Matowe okna, skryte wśród cegieł odartych Zerkały podejrzliwie jak gna mnie potrzeba. Na myśl o tym co kryją, czułem nieprzeparty Zew zbawczego widoku błękitnego nieba. Nikt nie widział jak wziąłem tę rzecz, a mimo to, Echo tego śmiechu w mej głowie wciąż krążyło, Mogłem tylko zgadywać z jak ciemnych światów zło Czaiło się w tomiszczu, które mnie skusiło. Każdy krok cięższy - mury jednakie i mroczne - A w dali za mną człapały stopy niewidoczne. I Howard (Fungi from Yuggoth, sonet nr. 2. Teraz widać, że to poemat w odcinkach w formie sonetów. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, że Lovecraft był też poetą, a co dopiero że takim...): I held the book beneath my coat, at pains To hide the thing from sight in such a place; Hurrying through the ancient harbor lanes With often-turning head and nervous pace. Dull, furtive windows in old tottering brick Peered at me oddly as I hastened by, And thinking what they sheltered, I grew sick For a redeeming glimpse of clean blue sky. No one had seen me take the thing—but still A blank laugh echoed in my whirling head, And I could guess what nighted worlds of ill Lurked in that volume I had coveted. The way grew strange—the walls alike and madding— And far behind me, unseen feet were padding.
  12. Ciemność była i kurz w tym miejscu zagubionym W plątaninie starych zaułków przy nabrzeżach, Dziwadeł z morza wyłowionych woń nieświeża I dziwny kłąb mgły przez zachodni wiatr niesiony. Szybki w romby od dymu i szronu ściemniałe, Ukazały stosy ksiąg, jak pnie wykręcone, Gnijące od podłogi, aż po dach - złożone Ze starej wiedzy za grosze sterty zbutwiałe. Wszedłem, oczarowany i drąc pajęczą sieć Wziąłem tom najbliższy i przerzucałem strony, Drżąc na widok słów, które wydawały się mieć Sekret, potworny gdyby został wyjawiony. Spodziewałem się ujrzeć księgarza siwy włos, Ale doleciał mnie tylko śmiejący się głos. I Howard ("Księga" jest pierwszym z trzydziestu sześciu sonetów cyklu "Fungi from Yuggoth". Poprzednio zamieszczone "Wyobcowanie" jest trzydziestym drugim.): The place was dark and dusty and half-lost In tangles of old alleys near the quays, Reeking of strange things brought in from the seas, And with queer curls of fog that west winds tossed. Small lozenge panes, obscured by smoke and frost, Just shewed the books, in piles like twisted trees, Rotting from floor to roof—congeries Of crumbling elder lore at little cost. I entered, charmed, and from a cobwebbed heap Took up the nearest tome and thumbed it through, Trembling at curious words that seemed to keep Some secret, monstrous if one only knew. Then, looking for some seller old in craft, I could find nothing but a voice that laughed.
  13. Ciałem ze swoimi pozostawał w bliskości, A każdy świt na zwykłym miejscu go znajdował, Lecz każdej nocy jego duch chętnie wędrował, Przez pustki i światy inne od codzienności. Zobaczył Yaddith, lecz ocalił rozum w głowie, Ze strefy Ghooric wrócił z duszą niezmienioną, Gdy w noc spokojną poprzez przestrzeń zakrzywioną Doszedł świst wzywający na tamto pustkowie. O świcie jako starszy człowiek się obudził, I zwykłe rzeczy już się takie nie wydają. Wkoło mgliste i mroczne obiekty latają— Zwidami, błyskotkami plan większy go łudzi. Teraz pośród przyjaciół jest jak w obcym tłumie, Do którego należeć dłużej już nie umie. I Howard: His solid flesh had never been away, For each dawn found him in his usual place, But every night his spirit loved to race Through gulfs and worlds remote from common day. He had seen Yaddith, yet retained his mind, And come back safely from the Ghooric zone, When one still night across curved space was thrown That beckoning piping from the voids behind. He waked that morning as an older man, And nothing since has looked the same to him. Objects around float nebulous and dim— False, phantom trifles of some vaster plan. His folk and friends are now an alien throng To which he struggles vainly to belong.
  14. Cylinder zastygł w bezruchu a tuba zamilkła. Tym razem nawet igła fonografu zdawała się nie mieć ochoty wracać na powierzchnię cylindra po raz setny tej przeklętej nocy. Obiecałem, że pomogę w poszukiwaniach, lecz po tym czego się tu dowiedziałem i po tym co usłyszałem i zobaczyłem, stwierdzam jasno, choć z dozą naprawdę przejmującej rozpaczy, że mój nieodżałowany ojciec, został pochłonięty w odmęty, bezdennej paszczy szaleństwa. Po czym uleciał w kompletny niebyt, bagiennych wrzosowisk północnej Szkocji. Przeszukano cały dom od piwnicy po strych. Wszystkie pozostałe obejścia i budynki. Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi krzewami piwonii o które tak dbał. Bardziej niż o jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec był szanowanym profesorem archeologii na uniwersytecie oksfordzkim. Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata. Pamiętam doskonale zimowy poranek, jakieś piętnaście lat wstecz. Zakładałem szkolny mundurek i z teczką w prawej dłoni zmierzałem ku drzwiom domu. Ojciec szedł za mną. Trzymał mnie delikatnie za ramię, tłumaczył mi że jeśli nie zakończy zaplanowanego wykładu na czas to odbierze mnie ze szkoły nasza sąsiadka panna Stevenson. A jeśli wszystko zakończy się zgodnie z planem to obiecuję zabrać mnie potem na łyżwy. Nic nie poszło zgodnie z planem. Otworzyłem drzwi i o mało co nie zderzyłem się w nich z ponurym, wysokim i dość postawnym jegomościem w szarym, długim, dwurzędowym płaszczu o prostym kroju. Jego fason nie był typowym dla wyspiarza a raczej obywatela zbuntowanej kolonii. Dziwny gość otarł mnie ledwie wzrokiem zza przyciemnianych, wąskich szkieł i zwrócił się do mojego ojca. Bardzo przepraszam za tak nagłe najście ale na uniwersytecie powiedziano mi, że jest Pan jeszcze w domu panie Fodden a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który z pewnością pana zainteresuję. Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu. Nazywam się Peter Noyes i jestem zastępcą profesora Clarka na uniwersytecie Miscatonic w Arkham. Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia. Profesor liczy na Pana pomoc w tej sprawie. Jeśli tak w istocie będzie czekam na Pana w dniu jutrzejszym w południe na nabrzeżu numer dwa, celem odbycia podróży najpierw do Bostonu a potem do Arkham. Proszę pamiętać, że nie ma czasu do stracenia. Gwiazda czy też planeta, powoli pojawia się w naszych snach nieprawdaż? Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i szybko znikł za zakrętem skrzyżowania. Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson i nakazał jej by zajęła się mną przez jakiś czas bo czeka go długi i pilny wyjazd do Bostonu. Zostałem u niej długie lata. A ojciec wrócił podobno kilka lat temu. Nikt nie wiedział skąd ani po co. Uważano go za zmarłego. Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii razem z tym całym Noyesem i Clarkiem. Nadal gdzieś w szufladzie biurka mam jego nekrolog z jednej z gazet z Arkham. Żył ale przypłacił to szaleństwem. Nie widziałem go już nigdy później. A teraz zaginął po raz wtóry. Podobno planeta znów nawiedzała go w snach. Odebrałem telefon z policji i obiecałem przybyć na miejsce by jakkolwiek pomóc śledczym. Bo sami nie rozumieli w środek jak wielkiego szaleństwa przyszło im wpaść i brnąć dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom. Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne. Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth? To miasteczko, osada czy może jakaś kodowa nazwa jakiejś świątyni czy wykopalisk? Znaleźli pamiętnik ojca, gdzie ta nazwa pojawia się ciągle. Ten krótki wpis ołówkiem sprzed wielu tygodni. Wreszcie odezwali się do mnie Ci z Yuggoth. Będą czekać w oktawę święta ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach. Zabiorą mnie znowu… Brzmiało to jak żart. Lecz jedno było pewne. Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów. W gabinecie ojca panował półmrok. Oficer śledczy siedział naprzeciw mnie w skórzanym fotelu. Widać było na jego twarzy mieszankę zmęczenia, rezygnacji i powątpiewania ale oczy mówiły zupełnie coś innego. Rozedrgany głos również. To był czysty strach. Cały czas zerkał niespokojnie na rączkę z igłą, jednak nie miał już ochoty a raczej śmiałości by ponownie odtworzyć nagranie. Wreszcie wstał. Zbyt gwałtownie i prędko by móc ukryć nerwowe ruchy nie przystosowanego do tak niecodziennej i tajemniczej wiedzy. Umysł policjanta opiera się na racjonalnym poglądzie, utrwaleniu w twardym dowodzie i bezsprzecznie niepodważalnej tezie. A on miał jedynie dziwne, nic nie wnoszące nagranie z wrzosowisk oraz na dokładkę masę chaotycznych, spisanych w stanie delirycznym dokumentów a także pamiętnik osoby najpewniej zupełnie obłąkanej. Musiał jednak udawać przed świadkiem, że nadal panuję tutaj nad wszystkim a sytuacja jest owszem trudna lecz jeszcze nie beznadziejna. Jedna poszlaka, trop, cokolwiek i będzie można ruszyć dalej a potem czym prędzej wynieść się stąd i zamknąć a najlepiej spalić tą przeklętą budę. Ojciec tego chłopaka był szalony. Lecz również kiedyś był szanowanym naukowcem. Wiedział, że facet żyję i wodzi ich za nos w swoim wyimaginowanym świecie istot z innego wymiaru. Spojrzał jeszcze raz na chłopaka. To nie było typowe przesłuchanie. Bo sprawa była nietypowa ale i chłopak zdawał się nie wiedzieć zupełnie nic. On już dawno stracił ojca i nie zamierzał widać nawet udawać, że może być inaczej. Nie miał żadnego interesu by im pomagać a tym bardziej utrudniać śledztwo. A więc jeszcze raz. Potwierdzasz, że głos z nagrania to głos Twojego ojca? Chłopak patrzył przez nieprzejrzysty mrok za oknem, był teraz gdzieś daleko, musiał cofać się w trudną przeszłość. Tak. To głos mojego ojca a ten drugi głos praktycznie na pewno należy do Noyesa. To już sami ustaliliśmy. Noyes zanim wyruszył z moimi ludźmi na poszukiwanie Twojego ojca, przyznał prawie od razu, że chodzili na wrzosowiska razem. A gdzie jest teraz? On byłby lepszym świadkiem niż ja. Zna mojego ojca dłużej. Nawet zmartwychwstali w tym samym czasie i miejscu. Nie wydaje się to Panu dziwne? Policjant pokiwał głową. Noyes też zaginął, razem z całym moim patrolem. Miał ich zaprowadzić w jedno z miejsc na wrzosowiskach. Tam to wszystko nagrywali. Tam mieszkają oni. Chłopak wybuchł krótkim, lękliwym śmiechem. Ci z tego Yuggoth? Myśli Pan, że mój ojciec i Noyes wpadli w Nowej Anglii przed laty na trop jakiejś ludowej sekty. A potem przybyli tu i zaczęli robić to samo już jako jej członkowie? Może po to są te wszystkie modlitwy, obrzędy i bluźniercze rysunki w pamiętniku. To kult. Mamy w pamiętnikach zapisy o dziewiątej planecie układu. Przecież obaj wiemy, że takowa nie istnieje. Wszystkie teleskopy jej szukają, lecz ona jest tylko marzeniem astronomów. Pojawia się w snach. Bo jest z krainy snu. Jest bajką i pożywką dla tych co mają światłe umysły lecz słabe nerwy. Jak Noyes czy mój ojciec. Pan spojrzy na ten zapis o tutaj. Złapał za zakładkę w pamiętniku i przewrócił strony. Wskazał palcem fragment i odczytał. Zaprowadzili mnie przed oblicze Rady. Ich Starszy opowiedział mi o zagrożeniu tak samo olbrzymim dla nich jak i dla nas. Całej humanoidalnej rasie grozi zagłada. I to ich wina. Połączyłem się z jego myślami. Ach! Co ujrzałem… dobry boże … skuty lodem kontynent a nad nim stróżujące aż do firmamentu czarne, błyszczące góry. Okryte mgłą szaleństwa. Za nimi płaskowyż żalu, na którym palą się wieczne ogniska dzikich plemion wyznawców. Wznoszą do nieba imię najwyższego chaosu. A on słucha, zamknięty w dostojnej sali pałacu na szczycie samotnej, bazaltowej góry. Gdzie jeden człowiek jeno dotarł w wędrówce przez sen. Góry strzegą też miasta. Jeśli można go tak określić, nie tracąc przy tym wiary w postrzeganie wymiarów przestrzennych, matematycznych i fizycznych. Ci, którzy mnie wezwali. Określają je jako Miasto Umarłych acz Śniących. Boże jedyny jeśliś jest to ratuj nas… to miasto jest na Ziemi… to biegun. A pod nim grobowce Starszych. W grotach snują się strażnicy. On przekazał mi kolejną myśl. I zobaczyłem to miasto w pięknej krasie dawnych prekambryjskich dni. Sale, biblioteki, zamki i pałace. Nie zmieniła się jedynie zimna postać góry, leżącej za Leng. Lecz pałac na jej szczycie tętnił życiem, śmiechem i zabawą. Tak hucznie ucztowali Ślepi Bezimienni. A kto im usługiwał. ONI! Byty z Yuggoth. Niewolnicy Cthulhu. Który śpi pod kontynentem… Zamknął z trzaskiem oprawiony w skórę pamiętnik. Jedno było pewne, żywy czy martwy. Jego ojciec jest stracony dla racjonalnego świata ludzi. Dla jego umysłu i serca również. Policjant skrzywił się jak gdyby kazano mu włożyć rękę w cuchnącą, galaretowatą maź, z jakiej składają się Ci z Yuggoth, przynajmniej wedle opisów z pamiętnika. I Twoim zdaniem to mam wpisać do oficjalnego raportu? Twojego ojca, tego dziwnego milczka Noyesa i trzech moich ludzi uprowadzili przedwieczni kosmici, wyglądający jak prehistoryczny budyń z cuchnącej grzybni i trzęsącej się galaretki? No pięknie. Obawiam się drogi chłopcze, że bliżej mi do wersji z sektą lub szalonymi mordercami. Na nagraniu słychać rozmowę Twojego ojca i Noyesa z kimś kto nie odpowiada na ich słowa bo chyba dźwięku fletu i jakiś piszczałek. O ile w ogóle są tam takowe instrumenty, nie można określić jako znany nam język. I jeszcze to metaliczne, głębokie buczenie. Jakby ktoś zamknął wściekły rój szerszeni pod aluminiową misą. To mogą być zakłócenia na cylindrze ale zaiste dziwne jest to, że szczególnie Noyes odpowiada zawsze wtedy gdy buczenie ustaje. Jakby rozumiał przekaz. I jeszcze ten ołtarz na wzgórzach. Znam każde wzgórze w okolicy i nie ma tu żadnych starych kaplic ani kościołów. Żadnych celtyckich świątyń. W epoce polowań na czarownice, mieliśmy w okolicy jednej z wiosek rodzinę posądzoną o czary i konszachty z diabłem. Podobno składali dzieci w ofierze na jednym ze wzgórz. Zanim jednak kapłani i gawiedź rozprawili się z nimi, przyszła na ich dom zagłada. Groza z samej czeluści piekieł. Kobieta przemieniła się w noc wiosennego przesilenia w potwora o tysiącu oczu i odnóży. Pożarła własny dom i odeszła w leśny jar, który do dziś uważa się za przeklęty. Jej syn zginął po tym jak jego ciało rozpadło się dosłownie na części. Podobno byli na to świadkowie bo stało się to na schodach biblioteki miejskiej. Zdążył jeszcze wypożyczyć jakieś czarnomagiczne dzieło a potem wyszedł przed gmach. Złapały go straszne spazmy. Na kolanach wrzeszczał imię ojca, lecz podobno nie tego który go spłodził tu na ziemi. A tego, którego przywołała niegdyś matka. Jego prawdziwy ojciec oszalał po tym wszystkim. Zmarł w szpitalu dla obłąkanych. Do ostatniego wydechu powtarzał podobno by zamknąć portal na wzgórzu bo groza powtórnie przyjdzie z gwiazd. Jak widzisz szaleńców nigdy nam tu nie brakowało. Wiem, że Cię to nie pociesza ale Twój ojciec nie jest wyjątkiem. Zostań tutaj chłopcze i poinformuj mnie niezwłocznie gdyby Twój ojciec, Noyes lub moi ludzie wrócili. Naprawiliśmy linie telegraficzną i telefon. A teraz polecam gorąco przespać się z tym wszystkim czego jesteśmy świadkami. Dobrej nocy życzę. Ukłonił się i wyszedł przez kuchenne drzwi. A ja nalałem sobie kolejną porcję whisky i naprowadziłem igłę na cylinder. Flety i piszczałki były zagłuszająco hipnotyczne. Metaliczne buczenie było pełne wyczekiwania a nawet wściekłego wręcz podniecenia. Drgania wywoływały ciarki na całym ciele a dusza karlała wręcz z niewysłowionego przerażenia. Nagle wszystko ustało a z bezdni ciszy wychynęły słowa Noyesa. Najwyższego kapłana. Nie zapomnę tych inwokacji do końca swych przeklętych dni. IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB! Znów wściekłe buczenie i głos drugiego kapłana. Mojego ojca. Wzywam Cię Przodku Bogów! Wzywam Cię Stworze Ciemności, Czynami Ciemności! Wzywam Cię Stworze Nienawiści, Czynami Nienawiści! Wzywam Cię Stworze Pustkowi, Rytuałem Pustkowi! Wzywam Cię Stworze Bólu, Słowami Bólu! Wzywam Cię z Twego Domu Ciemności! Wzywam Cię z Twego miejsca spoczynku w trzewiach Ziemi! Dało się po tym słyszeć jakby odgłos ogniska i opętańczych skoków lub tańca. FYAAH! FYAAH! BOYYUK! URRAK! I znów szaleńczy ryk Noyesa. NIECH ZMARLI POWSTANĄ! NIECH ZMARLI POWSTANĄ I POCZUJĄ KADZIDŁO!... Nagranie kończyło się nagle tak jak gdyby fonograf został rozbity lub celowo wyłączony. Powziąłem decyzję. Muszę wyjechać Uciec! Rano. Oni już wiedzą. Oni wiedzą. Oni pragną. Dla nich nawet niewinna myśl o tym jest szeptem w ciemności, który ich zwoła. Nie chcę z nimi walczyć. Nie chcę im ulec. Ołtarz ukrył się przed światłem księżyca. Kiedy go zabraknie Oni tu wrócą. Ojciec też. I będzie błagał bym udał się na Yuggoth. Muszę zniszczyć wszystkie dowody. Spalić dom. Pozbyć się swojego zajętego obłędem umysłu…
  15. Babele bloków ku niebiosom w górę sięgają W dole płomienie daremności wirują; Cegły i kamień czarną pleśnią zarastają, Drżą lampy i trupie światła połyskują. Czarne cielska mostów ponad lepkimi rzekami, Bezimienni pajęczyny z kabli wiją; Z wilgotnych głębi katakumb płyną strumieniami Smrodu żywe smugi, które w słońcu gniją. Kolor i splendor, choroba i degeneracja, Wrzask i jazgot i szaleńcza pełzanina, Dziwnych-bogów przez egzotyczny tłum adoracja, Kłąb odorów, od których mózg się zacina. Legiony kotów z zaułków nocnych ciemności, Wyjące i chude w bladym świetle luny, Wrzeszczą przyszłość przemową diabelskiej klarowności Ogrodu Plutona krwawe sycząc runy. Piramidy i wieże zarosłe, kruszejące, Nietoperze w dół w zielsko ulic nurkują; Pod brudnymi mostami Arkham rzeki huczące W samotności, gdy się hordy wycofują. Od chybotania księżyca dzwonnice pękają, Jaskiń gęstym mchem zarośnięte wyloty, A z żyjących, wiatrom i wodzie odpowiadają, Wyjąc wśród pustkowia tylko chude koty. I Howard, który w czasie wolnym od Cthulhu pisywał też wiersze: Babels of blocks to the high heavens towering Flames of futility swirling below; Poisonous fungi in brick and stone flowering, Lanterns that shudder and death-lights that glow. Black monstrous bridges across oily rivers, Cobwebs of cable to nameless things spun; Catacomb deeps whose dank chaos delivers Streams of live foetor that rots in the sun. Colour and splendour, disease and decaying, Shrieking and ringing and crawling insane, Rabbles exotic to stranger-gods praying, Jumbles of odour that stifle the brain. Legions of cats from the alleys nocturnal. Howling and lean in the glare of the moon, Screaming the future with mouthings infernal, Yelling the Garden of Pluto's red rune. Tall towers and pyramids ivy'd and crumbling, Bats that swoop low in the weed-cumber'd streets; Bleak Arkham bridges o'er rivers whose rumbling Joins with no voice as the thick horde retreats. Belfries that buckle against the moon totter, Caverns whose mouths are by mosses effac'd, And living to answer the wind and the water, Only the lean cats that howl in the wastes. Od tłumacza: Arkham kojarzy się dziś z Batmanem, ale H. P. Lovecraft był pierwszy - jego Arkham to wymyślone miasto gdzieś w Massachusetts. Twórcy Batmana nazwali swój dom wariatów Arkham właśnie na cześć Lovecrafta.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...