Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'gothic' .
-
Ogród emanował zapachem tysiąca odmian kwiatów, ziół i bylin. Dbałem o jego spokojny wzrost i kwitnienie, na tyle na ile mogła to robić męska, twarda dłoń. Starałem się nie zmieniać w nim zbyt wiele. Zatrudnieni do pomocy ogrodnicy, również mieli pełnić rolę raczej adoratorów, niż aranżerów. Ilekroć mogłem rozmawiać z którymkolwiek z nich to zawsze powtarzali oni pewną zależność której wpływu i ja doświadczałem w całej pełni. Mówili o ogrodzie jak o habitacie duszy, która była w nim zaklęta. Cudownym, magicznym ogrodzie postaci, zaklętej w jego szerokich alejach, ukwieconych rabatach czy przyciętych żywopłotach. Istota owa, jak twierdzili i zaklinali się przy tym, mówiła czasem do nich a czasami do ptaków przysiadłych w krzewach i koronach owocujących drzew. Jej słowa pluskały się w tafli ogrodowych fontann, wędrowały z delikatnym wiatrem po wypełnionych życiodajnymi sokami liściach, szeptały do równo przyciętych traw. Istota głaskała chropowate pnie, zginała rozkwitłe pąki kwiatów. A czasami zostawiała ślady bosych, kobiecych stóp na świeżo przekopanej ziemi. Powtarzała, że to jej raj. Miejsce, które stworzyła i z którego już nigdy nie odejdzie. Zapuściła tu korzenie z białych kości a to co niegdyś nazywała ciałem, użyźniło glebę ogrodu i dało mu prawdziwe serce. W pełni lata, gdy miałem w zwyczaju czytać w bujanym fotelu usytuowanym na środku ganku, nieraz dochodził mnie znajomy śpiew tej istoty. Wiedziałem, że jest zarazem blisko i daleko. Za zakrętem życia. Lecz i za zasłoną śmierci. Minęło tak wiele lat. Za każdym razem gdy tylko zbliżała się żałobna rocznica, miałem nadzieję, że tym razem dobry Bóg zlituje się nade mną i pozwoli mi odejść do jej świata. Lecz dawał mi tylko kolejne próby i zmartwienia doczesne. Kolejne zakręty. Tak wiele, że wyrysowały wreszcie koło. Błędne koło życia. Osnute oparem pragnienia śmierci a zarazem niemożności odejścia. Szedłem ustaloną ścieżką. Jedyną, która mogła mnie zaprowadzić do celu. Spośród tysiąca łęchcących zmysły zapachów, ja rozpoznawałem najlepiej ten jeden, niepowtarzalny. Przyjemny, głęboki i uwodzący, zapach fiołków. Były tak bardzo sobie tożsame. Ukochana matka i jedyna córka. Cel tej ścieżki był wiadomy i zdziwiłbym się gdybym nie zastał swej córki u jej końca. Zbawcza rześkość poranka gasła, pod silnymi i gorącymi promieniami letniego słońca. Muchy, ważki i pszczoły, harcowały w gonitwach i polowaniach. Pachniało jeszcze zroszoną w cieniu ziemią. Rosa perliła się łezkami wilgoci na co większych liściach i wodnych szuwarach. Ptaki wesoło pogwizdywały. W uwitych gniazdach, na sękatych gałęziach jesionów i topoli. Nagrzane powietrze poczynało delikatnie drgać. Jak i Ty miałaś w zwyczaju, gdy rozpalony obłędem pożądania badałem nieśmiało krągłości Twego ciała. Zapomniałem już jak to jest. Gdyby nie nasza córka, to zapomniałbym zupełnie o istnieniu kobiet na tym świecie. Chciano mnie swatać i w swaty do mnie przybywano a jakże. Dla pozycji i majątku ludzie potrafią znieść i zrobić wiele, nawet prosić takiego szaleńca jak ja o uwagę i rozsądek. Cóż mi jednak z rozsądku i majątku, kiedy jedyne bogactwo jakie w życiu miałem musiałem odprowadzić w kondukcie i pochować wbrew swej woli. Mogę dziękować Bogu, że kochałem jeden jedyny raz. Ileż to cierpienia kosztuję. Jeden raz a co gdybym jak inni, kochał po wielokroć? Potem podobno idzie się przyzwyczaić. Kochasz już nie osobę a siebie samego i wygodę. Ludzie są małostkowi. Twierdzili, zapomnisz i będziesz żyć dalej. Minęło tyle lat. Wszystkie jej zdjęcia, portrety i suknie są nadal na swoim miejscu. Pukiel jej czarnych włosów nadal spoczywa w zdobionej złotem szkatułce. Każdy mój wiersz jest hołdem. Żywą pamięcią. A żywym pomnikiem jest przecież też Emily. Jest najpiękniejszym prezentem danym mi przez nią. Mój czas także dobiega już końca. Może Emily o tym wie, bo coraz częściej odwiedza grób matki. Fiołkowa woń, prowadziła mnie w ślad za córką. I znalazłem ją dokładnie u stóp mogiły. Była wręcz jak sobowtór swej matki. Teraz gdy była już pełnoprawną kobietą a nie dziewczynką zdawała się mi czasem duchem, wspomnieniem. Zatrzymaną w przestrzeni czasu projekcją. Starałem się nie popadać w szaleństwo. Lecz gdy patrzyłem na Emily. W kuchni, parku czy na ulicy to nie potrafiłbym ich od siebie odróżnić. A skoro ja jako jej ojciec nie potrafiłem tego uczynić to cóż dopiero miały powiedzieć osoby, które znały mą żonę nieboszczkę i córkę. Jest to sytuacja zupełnie normalna i naturalna, że dziecko a szczególnie córka jest porównywana urodą do swej matki. Emily nie była wyjątkiem. Dostawała olbrzymią ilość komplementów. Za oliwkowo zielone oczęta. Za kruczoczarne, lśniące włosy. Za uśmiech tak słodki i zalotny w swej kobiecości, że aż onieśmielający potencjalnych kandydatów na męża. Moja żona była istną boginią, której zazdrościła mi cała śmietanka towarzyska nie tylko z Bostonu czy Philadelphii ale też Georgii czy Nowego Jorku. Była najpiękniejszym klejnotem, który udało mi się sprowadzić w czasach studenckich z kontynentu. Niderlandzką perłą. Bezcenną, świętą. Emily obróciła się słysząc moje kroki i szybko powstała. Przyniosłam mamie nowy wianek i bukiet. I zaiste na środku mogiły spoczywał świeży wianek utkany z wikliny, fiołków, koniczyny i stokrotek. A w dłoniach Emily ściskała bukiet białych róż. Krzew czerwonych róż oplatał kolczastymi kłączami nagrobek. Niczym korona wieńcząca skronie mojej ukochanej. Ostatnio często zaglądasz tutaj Emily, martwię się czy aby na pewno wszystko z Tobą w porządku? Ależ tato, nie możesz w kółko zaprzeczać oczywistym faktom. Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że nie słyszysz jej głosu i nie czujesz jej obecności tak w domu jak i ogrodzie. Każdy wokół słyszy ją. Każdy wie, że to jej duch zamieszkał w ogrodzie. Nie ma nocy, bym po nagłym zbudzeniu się nie widziała kobiecego widma na brzegu stawu. Czasami huśta się na mojej starej huśtawce i śmieje się w głos. Innym razem woła mnie, lewitując u półotwartej okiennicy. To znów czeka na mnie, dosiadając swej widmowej klaczy, która odeszła bez mała dekadę temu. Czasami prosi bym zbudziła i Ciebie. Tęskni za Tobą ojcze. Ja za nią również moje dziecko, lecz nie mów mi tak strasznych i niepotrzebnych dla wątłego umysłu starca rzeczy jak historię o zjawach i duchach. Odeszła, lecz ja nie zapomniałem i nie zapomnę nigdy. Nie na darmo jej pokoje i sypialnia wyglądają tak jakby dopiero co z nich wyszła. A minęło dwadzieścia długich lat. Dwadzieścia lat ciągłej nocy dla mej duszy. Dwadzieścia lat niepowetowanej niczym straty i tęsknoty. Pożegnaj się z matką Emily i chodźmy do domu miej baczenie na to, że zbliża się dzień gdzie będziesz pielęgnować mogiłę w której i ja spocznę. Będziesz szła tą znajomą drogą przez ogród, niosąc w dłoni dwa bukiety. Po jednym dla kochającej matki i ojca. Ludzi którzy nikogo tak nie ukochali na świecie jak Ciebie. Pamiętaj o tym dziecko. Nie byłem osobą dającą wiarę w tak modny świat spirytyzmu, duchów i zjaw. Nie dałem przekonać się trwożnym opowieściom ogrodników ani służby, więc naturalnie nie uwierzyłem zapewnieniom własnego dziecka. Więc jak wielkie było moje zdziwienie, w samym środku najbliższej nocy. Zdać mi się mogło, że ległem na spoczynek dość wcześnie. Zachodni horyzont nie zdążył pogrążyć się w pełni mroku a ostatnie trele ptaków dochodziły znad koron drzew, żaby rozrechotały się wesoło, taplając się w lekko mulistej toni stawu. Wydawało mi się, że minęła prawie cała, krótka, letnia noc. Przebudziłem się nagle bez widocznej, zewnętrznej przyczyny sądząc że za chwilę zacznie świtać. Lecz gdy już trochę oprzytomniałem, uświadomiłem sobie, że wokół jest ciemno jak oko wykol. A zza okna dobiega jedynie srebrno niebieska lekko fosforyzująca poświata księżyca. Lecz nie był to czas pełnii a nowiu. A gwiazdy nigdy nie świecą tak jasno. Zza okna dobiegł mnie szept, który zmroził mnie do kości. To była ona i szeptała moje imię. Przekląłem w duchu brednie mej córki, i nadal nie do końca przekonany do tego co dane mi będzie ujrzeć, wstałem na drżących nogach i delikatnie podszedłem do okna. A niech mnie święci mają w opiece jeśli kłamię. To zaiste była ona. Ubrana w czarną, wiktoriańską suknię i siedzącą po damsku w siodle swej ukochanej klaczy. Zobaczyła mą postać w oknie, Miała na sobie rękawice do jazdy. Podniosła lewą rękę i dała mi sygnał dłonią bym zszedł do niej. Odjęło mi na szczęście rozum a nie nogi. Wychynąłem jak szybko mogłem z sypialni, potem z zamku, na ślepo wręcz wszedłem do cichej stajni. Dotarłem do boksu z moim kremowym ogierem i nie siodłając go nawet wskoczyłem na jego grzbiet, dając mu po bokach ruszyłem ku wyjściu i skierowałem konia nad brzeg stawu. Czekała w siodle i gdy już prawie byłem przy niej, skręciła konia na zadzie i ruszyła galopem ku znajomej ścieżce wgłąb ogrodu. Ruszyłem za nią. Aż do samego końca drogi. Do jej samotnej mogiły. Gdy wychynąłem zza ostatnich drzew, ona już czekała trzymając klacz za uzdę. Zsiadłem i doskoczyłem do niej w transie. Nie pozwoliłem jej na żaden ruch, słowo. Zasmakowałem w jej ciepłych ustach a ona ochoczo oddawała pocałunki. Spuszczone z uzd konie ruszyły na pobliską trawę a my legliśmy w miłosnym uścisku na usypanej mogile. Pragnąć siebie coraz mocniej i mocniej. Marzyłem tylko o tym by posiąść ją w tym ogrodzie, w mroku bezdennej, letniej nocy, na naszej wspólnej mogile. Nikt mnie więcej nie widział żywego. Emily zaalarmował sługa z samego rana gdy odkryto błąkającego się po ogrodzie konia. Stajenny zaklinał się, że zwierzę nie mogło wyjść samopas i ktoś musiał wyprowadzić konia a dostęp do niego miałem tylko ja i stajenny. Szybko zorientowano się, że w pośpiechu opuściłem sypialnię i zamek. Przeszukano pobliskie wzgórza, pola i lasy. Całe błonia zamku, podziemia i korytarze piwniczne. Wreszcie ogród i brzegi stawu. Gdy nic nie przyniosło efektu. Emily rozkazała służbie rozkopać mogiłę matki. Niechętnie i opornie lecz wykonano jej rozkaz. Nie zajęło to zbyt wiele czasu by odkryć straszną prawdę. Nikt nie potrafił sensownie wytłumaczyć tego co odkryto pod stertą ziemi. Na wieku zamkniętej trumny, spoczywał szkielet mej małżonki a w jego ramionach odkryto moje ciało. Martwe, zimne lecz z tak błogim uśmiechem i radością w oczach, że uznano to za objaw najczarniejszej magii. Pytanie jak znalazłem się pod ziemią a szkielet poza trumną. Kto zakopał mogiłę skoro nikogo ze mną nie było a przecież byłby to absurd, że trup zakopał się sam. Uznano, że ona spędziła mnie do grobu. Wezwała mnie do siebie. Bym już nigdy nie czuł się samotny i pozbawiony miłości. Do dołu wstawiono jeszcze jedną trumnę z mym ciałem i odprawiono pogrzeb. Mogiłę poświęcono i zasypano a Emily cała we łzach ułożyła na niej dwa bukiety białych, cmentarnych róż.
-
graphics CC0 użyto fiaska w estetyce lodowej. kucam w przymrozku luminescencja w gołoledziowej zagrodzie zysku. klimat mało angielski. nos na kwintę. pogoda pod dogiem. poczułem się jak old english terrier w krainie lodu. przyszło mi szczekać na klienta w boksie monitorów w dodatku podpisany z małej litery. igloo miałem dopieszczone z obłoków freonu klekot ptaków północy wyzierał z lady chłodniczej. w śniegowych kieszeniach powietrznych igloo wyhodowano bałwana był poniekąd doskonałym izolatorem ciepła. a jednak uczynny do polowań na otwartym lodzie. oto ja. dumałem. po co im bałwan w wiosce eskimosa? ma palto z jelenia karibu. i szetland subarktyczny z reniferem rudolfem. we wzorki. bezlotki chciały kopulować społecznie choć przecież są monogamiczne. i tu ich nie ma mentalnie. cały ja. wół piżmowy. takin bez brody w płatach fiszbinu. w białym fartuchu w dziale rybnym wśród kardashianek i grycanek. spod lady. --
- 2 odpowiedzi
-
- gothic
- industrial
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami: